niedziela, 8 września 2024

TORTOWA WOJENKA




DROGIE CZYTELNICZKI I CZTELNICY MOJEGO BLOGA!

OD TERAZ NA BLOGU BĘDĄ WYŁĄCZNIE OPOWIADANIA NAPISANE NA PODSTAWIE PRAWDZIWYCH HISTORII.

                                                                                   
 Nazwy własne z wiadomych powodów zmienione.


O gustach rzekomo się nie dyskutuje. A co w kwestii smaków? Chyba powinno być podobnie, choć nie do końca wszyscy się z tym zgadzają.
Zwykło się mówić, że coś jest dobre albo niedobre, lub takie sobie. W skrajnych sytuacjach zdarzało się słyszeć – niebo w gębie, albo przeciwnie, paskudne!

Magdalena i Nina miały zgoła odmienne smaki i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie... torty, które o mały włos nie stały się zarzewiem wojny domowej.
Na temat stosunków między teściową a synową od lat krążą legendy, ale między Magdaleną i synową, Niną, wszystko układało się jak należy. Żadnych potyczek słownych, a tym bardziej małych lub wielkich wojenek. Do momentu, kiedy to nadeszły okrągłe urodziny teścia Waldemara.
Z tej okazji żona solenizanta zamówiła w cukierni tort. A że sam Waldemar był już człowiekiem raczej wiekowym, a co za tym idzie, trochę konserwatywnym, tort zgodnie z jego oczekiwaniami był tradycyjny. W jego środku ciasto nasączone było ponczem, trzy rodzaje mas, a na wierzchu klasyczne ozdoby, czyli czekoladowa polewa, małe i większe różyczki, a wszystko zwieńczały, a jakże, dwie duże, ozdobne świeczki. Ot, taki sobie tort, jak wiele innych.
Poszło właśnie o ten poncz, który jak wiadomo bywa często konserwantem masy, zwłaszcza, gdy latem panują męczące upały. W takich warunkach maślane masy szybko się psują. Niestety, ze względu na swoje rozmiary w lodówce nie zawsze się zmieści. Z konieczności więc stawiamy go gdzieś w chłodniejsze miejsce.
Wszyscy goście, w ilości dwudziestu biesiadników, zachwycali się jego smakiem, tylko nie Nina.
- Fuj! - krzyknęła ledwo wzięła pierwszy kęs do ust. - Tego nie da się jeść!
Natychmiast wszystkie pary ócz skierowały się w jej stronę, a na twarzach gości malowało się zdziwienie. Ten i ów zadał podstawowe pytanie: - Dlaczego?
- Jest tak nasączony alkoholem, że śmierdzi nim na odległość. Po prostu fatalny! - udzieliła wyjaśnienia zaskoczonym gościom.
Goście na szczęście nie podzielali jej zdania i dosłownie zmietli z talerzyków swoje porcje. Nina jednakże nie poprzestawała na swojej krytyce.
- Kto dzisiaj robi takie torty?! I ta dekoracja! Teraz tak się nie dekoruje ciast ani tortów. Ostatni raz taka dekorację widziałam w latach dziewięćdziesiątych...
Pierwszy zaśmiał się wuj Antoni.
- No to akurat w czasach naszej młodości. Fajnie, że można znów powrócić do niej myślami, a i przypomnieć sobie tamte smaki – przekomarzał się z Niną, która oczywiście odżegnywała się od zjedzenia tortu jak tylko mogła.
Magdalenie zrobiło się przykro, bo choć sama go nie piekła, a jedynie zakupiła, to niewybredna krytyka Niny była na swój sposób irytująca.

Pół roku później pojawiła się kolejna okazja do świętowania. Tym razem u Niny i Marka, syna Magdaleny i Waldemara. Towarzystwo zjawiło się niemal w tym samym składzie, co u jego rodziców.
Był i tort. Wielki, przerażająco słodki, bo owinięty w warstwę o grubości niemal dwóch centymetrów marcepanem. Na jego wierzchu zaś stały przeróżne figurki z masy cukrowej. Czego tam nie było! Strażak, policjant, kominiarz, pielęgniarka, striptizerka i Bóg wie jeszcze kto. Cukrowe figurki zabezpieczone były „płotkiem” z czekolady, tak by nie pospadały z tortu. Na samym zaś środeczku stał... komin ze sztucznym ogniem, który w odpowiednim momencie wystrzelił ponad stołem.
Tyle dekoracja, a smak? No właśnie, jakże odmienny od tradycyjnego. Dwa rodzaje mas, jedna bardzo słodka, druga agrestowa, bardzo kwaśna. Zdaniem Magdaleny, jakoś to ze sobą nie współgrało. Mimo to nie pisnęła ani słówkiem. Delikatnie zdjęła całą marcepanową, grubą warstwę, odkładając ją na bok talerzyka, by następnie zjeść sam środek. Nie każdy bowiem lubi marcepan. Z cukrowych ozdóbek zrezygnowała już na wstępie.
W jej ślady poszło kilkoro innych gości.
Tymczasem Nina przechwalała się zarówno jego kunsztem jak i ceną oraz nazwą popularnej w mieście cukierni, w której tort został zakupiony. Podkreśliła przy tym, i to nie raz, że masy są zrobione na maśle.
Magdalena niemal ugryzła się w język, by nie palnąć, że to akurat doskonale czuć, bo troszkę zalatywały starym, zjełczałym masłem. Ceniła sobie takt i sama też starała starała się być taktowną, a poza tym takie uwagi sprawiłyby synowej przykrość, a tego wolała uniknąć.
Gdy już goście opuszczali dom Marka i Niny, oboje chcieli na koniec uraczyć ich słodkimi figurkami z tortu.
- Weźcie sobie do domu, zjecie jutro – przekonywał gości Marek, ale chętnych na nie prawie nie było.
Ojcu wręczył niemal na siłę pielęgniarkę, a swoją matkę chciał obdarować policjantem, ale odmówiła.
- Przecież wiesz, że mam cukrzycę i nie powinnam...
Na to wtrąciła się Nina.
- Oj tam, oj tam! Czasem trzeba zgrzeszyć! Ale jedno mama musi przyznać. W torcie zero tego wstrętnego alkoholu! Taki tort to ja rozumiem! A te figurki, majstersztyk!
Może i majstersztyk, tylko dlaczego nikt na nie nie reflektował? A ten kilogram marcepanu to tak, ot, i do kubła na odpadki, pomyślała Magdalena, żegnając się przed wyjściem.

Synowa zadzwoniła następnego dnia.
- Naprawdę nie smakował mamie nasz tort, czy też raczej była to demonstracja?
- Jaka demonstracja? - zapytała zaskoczona Magdalena.
- No, taki rewanż za to, że skrytykowałam tort teścia?
Tego się Magda nie spodziewała. Do głowy nie przyszedłby jej żaden rewanż. Zresztą, nie ośmieliła się skrytykować tortu ani przed gośćmi, ani przed Niną, tak jak to wcześniej zrobiła synowa. Chciała powiedzieć coś dyplomatycznego, w stylu „przecież każdy ma odmienny gust i smak”, ale nie zdążyła.
- Minęły dekady. Wszystko się zmienia. To zwykła różnica pokoleń – mądrzyła się synowa.
- Chyba raczej kwestia mody – odparła Magdalena, dodając: - Przepis na ciasto biszkoptowe znane było już wieki temu i raczej nic się w tym temacie nie zmieniło. Podobnie z masami. To i owo udoskonalono. Reszta to rzecz upodobań. Co zaś się tyczy mody, to zwykle szybko przemija. Ciekawa jestem, jak będą w przyszłości wyglądały torty moich wnucząt. Na pewno futurystycznie... Nie potrafię sobie tego wyobrazić – zaśmiała się.
- Ani ja! - zawtórowała jej Nina.
Może będą w kształci rakiety albo jakiejś nieznanej nam jeszcze planety? A co ze smakiem?
Może trzeba zapytać o to sztuczną inteligencję?



sobota, 3 sierpnia 2024

Urlopowy szok

 



Zdjęcie: Pixabay

Urlop nad Bałtykiem jest lepszy niż we Włoszech. Jestem w szoku” - pisze jakaś pani na jednym z portali internetowych.
Czytając takie rewelacje, w pewnym sensie też doznałam szoku.
No bo jak to porównać? Jakby nie było to dwie skrajności.
Tam upały, u nas względnie ciepło.
Tam ceny proporcjonalne do zarobków, u nas niekoniecznie.
Zależy też co porównujemy.
Plaże? Tam cały przekrój, od piaszczystych ,poprzez te z ciemnym, wulkanicznym piaskiem, po kamieniste. U nas wyłącznie piaszczyste.
Morze? We Włoszech ciepłe, przyjemne. Bałtyk niemal zawsze zimny albo wręcz lodowaty.
Góry? Tam większe niż u nas. Które piękniejsze? Trudno ocenić, zależy co się komu podoba.
Może więc jeziora? Zaczynając od tego na północy Włoch, Jeziora Garda, to jak to się ma do naszego Śniardwy?
Roślinność? Królują gaje oliwne, cyprysy, palmy, itp. U nas raczej świerki i sosny, kasztany i wierzby, grusze, śliwy i jabłonie.
Może zatem ludzie? Tam pogodni, choć rozkrzyczani, ale ogólnie życzliwi. U nas raczej smętni, w większości zatroskani, roszczeniowi i zawistni, choć bywa że także gościnni. W ostatnich czasach jednak coraz mniej...
Miasta? Jest tam co oglądać. Od starożytności począwszy, po nowoczesne, futurystyczne rozwiązania. Wielkie galerie, wielcy mistrzowie. Tyle że brudno.
U nas wielkiego szału nie ma, ale za to przynajmniej jest czysto. I wielkich artystów też trochę mamy.

Co zatem tak zszokowało ową panią? Czym urlop w Polsce nad Bałtykiem tak ją ujął?
Zgaduję, zgaduję i nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jedynie co przychodzi mi do głowy, to język. Jest różnica. Włoskiego pewnie pani nie zna, polski już tak.

No bo jak, będąc we Włoszech na urlopie, powiedzieć w ich ojczystym języku: „Poproszę dwie gałki lodów?” Albo w restauracji przy stoliku zapytać: „Czy to miejsce jest zajęte?”. Pojawia się problem i to jest wielki minus urlopu na Półwyspie Apenińskim.

Nad Bałtykiem tego problemu już nie ma. Dogadamy się ze wszystkimi. Można nawet komuś nawtykać to i owo, i też każdy zrozumie. No szok!
Doprawdy u nas jest o niebo lepiej!

czwartek, 27 czerwca 2024

O co tyle krzyku

 


Zdjęcie: Pixabay

O jedną lekcję religii w szkołach, którą zredukowano?
To, że nie będzie jej w szkołach, nie znaczy jeszcze, że nie może być jej w ogóle.
Zawsze może odbywać się na plebanii.

Nie ma miejsca na plebanii? Może użyczy swojego pomieszczenia ktoś z wiernych?

Państwo nie zapłaci? No nie, bo przecież państwo to nie tylko katolicy. Inni niekoniecznie mają ochotę się do tego dokładać.
Gdyby ktoś na przykład zabierał mi podatek na zielonoświątkowców czy ludzi wyznających w naszym kraju islam (to tylko przykład), też bym się oburzyła. Zapewne jak większość katolików.

Lekcja religii może bez przeszkód odbywać się na plebanii. Ksiądz (lub katechetka, zakonnica, czy ktokolwiek inny) może bez przeszkód nauczać jej za darmo. Ileż to osób pracuje społecznie i jakoś nikomu korona z głowy nie spadła.
A gdyby ten i ów ksiądz podniósł krzyk, że nie będzie pracował za darmo, niech się złożą na zapłatę za jego pracę rodzice dzieci uczęszczających na religię.

Rodzice boją się o to, że dzieci nie dotrą na miejsce bezpiecznie? Żaden problem.
Każdy ksiądz i każda zakonnica mają samochody. Mogą przecież czekać pod szkołą na dzieci i bezpiecznie dowieźć je na plebanię, a potem z powrotem odwieźć pod szkołę. Ewentualne kwestie finansowe (etylina) też są do ogarnięcia przez rodziców.

O co więc tyle krzyku?
Ano o to, że już mało kto ma ochotę posyłać dzieci na religię.

Religii na dobrą sprawę mogą nauczyć się z internetu. Rodzice w tym wypadku mieliby pełny wgląd w treści przekazywane ich dzieciom.

Komu to nie pasuje?
Księżom. Dlaczego? Powodów pewnie znalazłoby się kilka.
Nie wszystkim oczywiście, bo wciąż wśród nich są tacy księża, którzy są w porządku. Na dociekliwe pytania naszych pociech odpowiadają mądrze, z rozsądkiem, odpowiednio przygotowani pod kątem psychologii i nie naginają swojego podejścia do dzieci przez złe rozumowanie przez nich samych prawd nauki i wiary.
Jesteście w stanie wskazać taką osobę duchowną z imienia i nazwiska?
Jeśli tak to już polowa sukcesu.

środa, 26 czerwca 2024

Dzień bez telewizora i telefonu

 



Zdjęcie: Pixabay

A co za tym idzie, bez wszędobylskiej polityki, przykrych wiadomości z Polski i ze świata. Bez wymądrzania się i chwalenia przez celebrytów, bardziej lub mniej mądrych rad na wszelkie tematy.
Uff! Żyć, nie umierać! To się nazywa wolność! Mieć spokojną głowę i otaczać się przyrodą.
Można wziąć ze sobą kocyk i dobrą książkę, i położyć się gdzieś na trawie. Patrzeć jak chmury suną po niebie, albo przyglądać się wokół roślinom i dziwić się ich urzekającemu pięknu i skomplikowanej budowie.
Można też zabrać ze sobą sztalugi i farby do malowania. Albo pójść na spacer z pieskiem. Jest tyle możliwości...

Dlaczego zatem tego nie robimy lub robimy niezmiernie rzadko? Ano dlatego, że czas kradnie nam telewizor.
Ciągle słyszymy: „Jestem strasznie zajęty! Wracam z pracy, w domu obiad i dzieci do ogarnięcia. Potem jakiś serial albo mecz, wiadomości ze świata, portale internetowe, i ani się obejrzę, już jest wieczór”. Emeryci też znajdą zawsze jakąś wymówkę. Jeśli akurat nie są w stanie zrzucić wszystkiego na pracę, to są przecież jeszcze kolejki u lekarzy, wnuki, którymi trzeba się zająć, tureckie seriale, rozgrywki piłkarskie, piwko z kolegami przy grillu itd.
I tym sposobem rzeczywiście jesteśmy strasznie zajęci. A kiedy nie będziemy? Może nigdy. Może nigdy nie znajdziemy czasu na leniuchowanie, na odwiedziny starych znajomych, na robienie prostych rzeczy, które dawniej sprawiały nam przyjemność. Na podziwianie świata, i to niekoniecznie dalekich jego zakątków, ale tego wokół nas.
Życie „przeleci nam koło nosa”, a my dopiero u jego schyłku zorientujemy się, że przecież tyle było w nim zmarnowanych czy też niepotrzebnych chwil, które można było przeżyć całkiem inaczej. Może więc czas coś z tym zrobić?

Moja znajoma mówi, że raz w tygodniu wyłącza telewizor i telefon, tak całkowicie, i razem z mężem mają tzw, dzień bez telewizora i telefonu. Mają go tylko dla siebie. Każdy robi to, na co ma ochotę. Nikt też tego dnia nie przygotowuje obiadu, nie sprząta, nie robi zakupów, nigdzie się nie spieszy. Jest za to pełny luz.
Nazwała go nawet Dniem dla Życia. Życia ze spokojną głową, wolną od stresu i nadmiaru atakujących ją bodźców. Taki jednodniowy reset.

Kiedyś piątek w kościele katolickim był dniem bezmięsnym, który miał za zadanie pozwolić żołądkowi i wątrobie odpocząć od mięsnych i tłustych potraw. Po to, żeby mogły się nieco zregenerować. Teraz już prawie nikt tego nie przestrzega, a szkoda, bo coś mądrego w tym niewątpliwie jest.
Przydałby się też taki dzień bez mediów. Szkoda, że dotąd nikt tego jeszcze nie wprowadził. Może więc spróbować samemu?

wtorek, 26 marca 2024

CZYLI NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO

 

Zdjęcie: Pixabay

W każdym razie niewiele.
Zaczęło się! Znowu mamy paradę twarzy wiszących głównie na płotach i drzewach.
Wiadomo, wybory do rad gmin i powiatów.
Barwne plakaty kandydatów niekiedy wiszą w miejscach, gdzie absolutnie wisieć nie powinny, gdyż zasłaniają widoczność kierowcom skręcającym w boczne drogi i ulice. Ponadto, bywa że często rozpraszają ich uwagę. Ale, czy którego z kandydatów to obchodzi?
Na plakatach w większości te same twarze. Trwa wielka bitwa, głównie o stołki, i co za tym idzie, o pieniądze. Zarobić można na tym całkiem nieźle. A co potem, czyli po wygranej? Ano, bywa różnie. Kandydaci, a później radni, nie zawsze rzetelnie przykładają się do swojej pracy.
Osobiście znam pewnego pana, nie mieszkającego w żadnej z miejscowości, które reprezentuje w Radzie Powiatu, ani też nie słyszałam i nie widziałam, by kiedykolwiek nieprzymuszony i z własnej woli się w nich pojawił. Chyba że trzeba przeciąć jakąś wstęgę, przywitać ministra lub inną osobistość, dokonać otwarcia jakiejś uroczystości. Co do tej ostatniej, to jest to podwójnie opłacalne, bo przy okazji można załapać się na gościnę i dobrze sobie podjeść.
Znam też pewną panią, która lwią część swojej kadencji uczestniczyła w spotkaniach/zebraniach Rady Powiatu przez Internet. Nie do końca było to z jej winy, bo niestety zachorowała. No cóż, siła wyższa. Rodzi się jednak pytanie, czy w tej sytuacji nie powinien ktoś ją zastąpić? No bo jak można zajmować się sprawami mieszkańców przez Internet? W wielu wypadkach trzeba przecież pojechać i na miejscu przyjrzeć się zgłaszanej przez nich sprawie.
Tyle że w przypadku zastępstwa pojawiłoby się kolejne pytanie: Komu w tej sytuacji wypłacić należną tej pani dietę?
A co ze sprawami dręczącymi mieszkańców, z dziurawymi drogami, brakiem kanalizacji i problemami, którymi na co dzień mierzą się mieszkańcy miast i wsi? W obu przypadkach bywało różnie, ale najczęściej nie tak, jak sobie mieszkańcy tego życzyli.
Zadrżałam, gdy całkiem niedawno znów zobaczyłam plakaty z ich zdjęciami...
O wieku wielu kandydujących osób lepiej nie wspominać. Choć niektórzy przy pomocy photoshopa sporo się odmłodzili. Oj, i to bardzo! Zmarszczki takie wygładzone... Jeszcze trochę i wyglądaliby prawie jak w czasach liceum!
A teraz coś, że tak powiem, z własnego podwórka, czyli z mojej wsi. Otóż niedawno dowiedziałam się, że jednak z kandydatek do Rady Powiatu ma kryminalną przeszłość. Na swoim koncie ma wyrok i kilkuletnią odsiadkę za kratami. I to bynajmniej nie za wypadek drogowy czy inne drobne przestępstwo.
Byłam w szoku, akurat nie znam tej pani. Gdy jedna z internautek zapytała, dlaczego nikt tego nie kontroluje (nie ma rozeznania w tej kwestii), jej post natychmiast zniknął z przestrzeni internetowej razem z innymi postami wyrażającymi zdziwienie w tym temacie. Tajemnicą pozostaje na czyje polecenie.
Rzekomo mamy wybór. Możemy po prostu na nich nie głosować. Czy oby na pewno to coś da, skoro większość z nich jest na początkach list? Wszyscy wiemy jak to wygląda w praktyce.

czwartek, 7 marca 2024

DOBRZE BYĆ SINGLEM Z WYBORU?

 

Zdjęcie: Pixabay

- Ty to masz dobrze! Ma tobie kto pomóc - usłyszałam całkiem niedawno od swojej znajomej.
Rozmowa dotyczyła, nie tyle zbliżających się wielkimi krokami świąt wielkanocnych, co nadchodzącej wiosny. Co za tym idzie, wiosennych porządków. A bardziej konkretnie, mycia okien po sezonie zimowym.
- Nie mam już sił – narzekałam, co zresztą jest zgodne z prawdą. - Przecież niewiele brakuje mi do siedemdziesiątki.
„Zmęczenie materiału” w tym wieku jest oczywiste i uzasadnione. Jak się nad tym dobrze zastanowić, to nasze rodzicielki, będąc po siedemdziesiątce, niewiele były w stanie cokolwiek już zrobić. Mowa oczywiście o pracach domowych. Prawie we wszystkim wyręczały ich dzieci.
Przynajmniej tak było w mojej rodzinie i rodzinie męża oraz w rodzinach moich krewnych i znajomych.
Pewnie teraz w co poniektórych rodzinach też tak bywa. Tyle że młodzi są przecież tacy zapracowani... Przynajmniej tak mówią. Większość z nich być może oczekuje, że z tego powodu to raczej rodzice będą im pomagać. A jeśli nawet nie, to zdarza się, że pomoc dzieci sprowadza się do ofiarowania rodzicom „paru złotych” na to, żeby wynajęli sobie sprzątaczkę lub kogoś do mycia okien.
Dobre i to! Tyle że wynajęcie firmy lub osoby sprzątającej przed świętami graniczy z cudem. O tym młodzi często nie pamiętają.
Raczej więc lepiej o tym nie wspominać i od razu samemu zabrać się za porządki.

Nie rozumiałam jedynie, co miała na myśli moja znajoma, Janina, mówiąc, że ja to niby mam się dobrze. Szybko jednak mnie oświeciła.
- Ty masz męża i dzieci, ja muszę o wszystko zadbać sama! - oznajmiła ni to z nutą zazdrości w głosie, ni to przekory.
Trochę się zirytowałam. Zresztą nie pierwszy raz. Zwłaszcza że rzeczywistość nieco  rozmijała się z tym, co mówiła Janina. Wypaliłam więc jak z kałasznikowa:
- Ty też mogłaś mieć...
- Sorry, ale ja jestem singielką z wyboru i dobrze mi z tym – usłyszałam w odpowiedzi.
Oczywiście, że ci dobrze – pomyślałam w duchu. Nie wiesz, co to trudy ciąży, o porodach nie wspomniawszy. Nie wiesz, co to nieprzespane noce, choroby dzieci, ciągły strach o ich zdrowie i szczęśliwe powroty do domu ze szkoły. Nigdy nie musiałaś prać sterty brudnych ciuchów dzieci i męża, ani czyichś śmierdzących skarpet. Nie musiałaś też słuchać utyskiwań ani wszelakich pretensji skierowanych pod twoim adresem, choć nie ty byłaś przecież ich przyczyną. Nikt nie rozładowywał na tobie swoich frustracji, głównie związanych z wykonywanym zawodem... albo z polityką. Żyłaś sobie w zamkniętej bańce, trochę jak księżniczka, a jedynym twoim zmartwieniem było to, by nie stracić pracy, bo przecież trzeba z czegoś żyć. W dodatku twierdzisz, że dobrze jest ci samej z sobą. Czego więc mi zazdrościsz?
Nawet ją o to spytałam. Niestety, zareagowała głośnym, szyderczym śmiechem. Jakby chciała dać mi do zrozumienia, że sama sobie jestem winna.
Trochę było w tym racji. Mogłam przecież też się ustawić w życiu tak jak ona. Ale gdyby każda kobieta lub mężczyzna wybraliby taki sposób na życie jak Jasia, do czego by to doprowadziło?

Pech chciał, że jeszcze tego samego dnia, gdy parałam się w ogrodzie uporządkowaniem go po zimie, napatoczyła się inna moja znajoma, Danuta.
- Nie masz chłopa? - pokrzykiwała przechodząc koło mojego domu, widząc mnie z grabkami w rękach, grabiącą połamane gałązki z drzew i zeschłe liście nagromadzone przez wiatry. - Nie powinien ci w tym pomóc? Ja bym się takich rzeczy nie tknęła!
Może i powinien, pomyślałam. Tyle że miał w tym czasie inną pracę, a poza tym i tak niezbyt kwapił się do pomocy. Przynajmniej w tym temacie.
- Przegoniłam swojego dziada i tobie radzę zrobić to samo! - Danka udzielała mi rad, o które nie prosiłam, argumentując to tym, że dopiero teraz wie, gdy się rozwiodła, jakie życie może być piękne.
Nie minęła jednak minuta, gdy usłyszałam:
- Ale tobie to dobrze, bo masz na kogo liczyć... I w święta pewnie zjedzie się rodzina...
Zaraz (!) pomyślałam sobie: A to przypadkiem nie ty właśnie co próbowałaś mnie przekonać, jaka to niby jesteś szczęśliwa ze swojego wyboru?

Wieczorem po kolacji usiadłam na chwilę przy komputerze. Na popularnym komunikatorze, Facebooku, na Messengerze, dostrzegłam kolegę z lat młodzieńczych, Marcina. Od dawna nic nie publikował, nie odzywał się. Z ciekawości więc zapytałam, co u niego słychać. Z krótkiej rozmowy dowiedziałam się, że niedawno rozwiódł się z żoną.
- Stale ode mnie czegoś żądała. A to zrób to, a to tamto! A to załóż czystą koszulę, a to nie chodź w slipkach po domu, a to zrób zakupy! - tłumaczył mi swoją sytuację, po czym dodał: - A ja chcę być wolnym człowiekiem, więc ją olałem i złożyłem papiery o rozwód.
- To grubo – zdążyłam jedynie wypowiedzieć dwa słowa, bo szybko okazało się, że właśnie usiłuje przyrządzić sobie kolację, więc nie chciałam mu przeszkadzać.
- Kupiłem w Biedronce dwa hamburgery i czytam jak je przygotować – wyjaśnił, na koniec zaskakując mnie słowami, które tego dnia słyszałam kolejny raz. - Tobie to dobrze! Ty już po kolacji...
Naprawdę? Niby dlaczego, pomyślałam. Sama musiałam ją sobie zrobić. Nikt tego nie zrobił za mnie. Rzeczywiście, biedny ten Marcin – uśmiechałam się w myślach.
Kolejny SINGIEL z wyboru! Podobno szczęśliwy...

sobota, 10 lutego 2024

Ludzie to czasem durni są

 





zdjęcie: Pixabay

Jest niedzielne popołudnie. Na zewnątrz niemalże wiosna. Piękna pogoda zachęcająca do spacerów. Nie wszystkim jednak to w głowie. Część osób, podobnie jak mój mąż, zasiada przed telewizorem i ogląda transmitowane właśnie skoki narciarskie.
Patrzę na to z politowaniem. Teoretycznie to nic złego. W praktyce rodzi się jednak pytanie: po co to oglądać? Po co w ogóle skakać? Tak, wiem, skacze się dla pieniędzy. Sport zawsze wiąże się z pieniędzmi. Niektórzy tak właśnie zarabiają na życie.
Mąż też rozmawia ze mną w ten sposób. Twierdzenie, że sport w większości przypadków to z góry ustawione widowisko, a wszystko zależy od tego kto płaci, jakoś go nie przekonuje. W gruncie rzeczy doskonale to wie, ale przyznanie się do tego przed samym sobą zaburzyłoby jego percepcję myślenia nastawioną na to, czego w danym momencie oczekuje.
Oglądanie skoczków narciarskich w telewizorze uważam za najnudniejsze zajęcie, ale jakoś próbuję sobie z tym poradzić. Pytam więc, a właściwie stwierdzam:
- To kosztowny i bardzo ryzykowny sport. W dodatku trzeba jeździć gdzieś do Zakopanego, Wisły, czy też zagranicznych miejscowości. Może lepiej byłoby wyjść w bloku, powiedzmy, na balkon czwartego piętra i z przyczepionymi do butów deskami po prostu skoczyć?
Mina mojego męża bezcenna! W tej sytuacji nie próbuję nic więcej tłumaczyć. Przypomina mi się jedynie rozmowa z córką jednej z moich znajomych. Jej mąż też jest skoczkiem narciarskim. Są małżeństwem zaledwie dwa lata, a jak twierdzi, jest już przez te jego skoki wykończona psychicznie.
- Każdy jego skok, ba, każda próba wywołuje we mnie ogromne poczucie lęku – mówiła wtedy. - To lęk przed śmiercią. Jego śmiercią.
Potem dodała jeszcze, że przecież nigdy nie można przewidzieć jak to się skończy. Jeśli nawet nie śmierć, to ewentualne kalectwo też może wchodzić w grę.
Biedna kobieta, doskonale ją rozumiem.

Z kolei inna moja znajoma poleca mniej ryzykowne sporty. Tyle że śmiertelnie nudne. Tenis. Gosia uwielbia tenis, oczywiście w telewizorze. Do tego stopnia, że na rocznicę ślubu z Witkiem zażyczyła sobie wyjazd do Francji, żeby zobaczyć to na żywo. Chłop się wykosztował, ale sprostał życzeniom swojej małżonki.
Nawet jej zazdrościłam, bo przecież poza piłeczką latającą w kółko w jedną i w drugą stronę, miała też szansę zobaczyć kawałek świata. No właśnie – szansę.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie minęły zaledwie trzy dni od ich wyjazdu, a oboje byli już z powrotem w domu.
- Co się stało? - Dopytywałam się, gdy z ciekawości w te pędy do niej pobiegłam.
- Nadwyrężyłam sobie kręgosłup szyjny. Ból był tak wielki, że postanowiliśmy wrócić – oznajmiła mi obolała.
W pierwszej chwili myślałam, że sama grała na tych kortach... Ale nie! Ona tylko przez trzy godziny wodziła wzrokiem za piłeczką.
Nie wiedziałam, śmiać się czy płakać.

Czasem tak właśnie bywa. Śmiać się czy litować? Osobiście wybieram to drugie. Zwłaszcza gdy rozpoczynają się rozgrywki w piłce nożnej. Tylu facetów biega za kawałkiem skóry! A ilu podnieconych, w tym kobiet i dzieci, siedzi na widowni i nadwyrężając swoje gardła zachowuje się jak stado ludzi pierwotnych...
Nigdy tego nie zrozumiem. Może jestem zbyt mało inteligentna?

SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...