czwartek, 27 czerwca 2024

O co tyle krzyku

 


Zdjęcie: Pixabay

O jedną lekcję religii w szkołach, którą zredukowano?
To, że nie będzie jej w szkołach, nie znaczy jeszcze, że nie może być jej w ogóle.
Zawsze może odbywać się na plebanii.

Nie ma miejsca na plebanii? Może użyczy swojego pomieszczenia ktoś z wiernych?

Państwo nie zapłaci? No nie, bo przecież państwo to nie tylko katolicy. Inni niekoniecznie mają ochotę się do tego dokładać.
Gdyby ktoś na przykład zabierał mi podatek na zielonoświątkowców czy ludzi wyznających w naszym kraju islam (to tylko przykład), też bym się oburzyła. Zapewne jak większość katolików.

Lekcja religii może bez przeszkód odbywać się na plebanii. Ksiądz (lub katechetka, zakonnica, czy ktokolwiek inny) może bez przeszkód nauczać jej za darmo. Ileż to osób pracuje społecznie i jakoś nikomu korona z głowy nie spadła.
A gdyby ten i ów ksiądz podniósł krzyk, że nie będzie pracował za darmo, niech się złożą na zapłatę za jego pracę rodzice dzieci uczęszczających na religię.

Rodzice boją się o to, że dzieci nie dotrą na miejsce bezpiecznie? Żaden problem.
Każdy ksiądz i każda zakonnica mają samochody. Mogą przecież czekać pod szkołą na dzieci i bezpiecznie dowieźć je na plebanię, a potem z powrotem odwieźć pod szkołę. Ewentualne kwestie finansowe (etylina) też są do ogarnięcia przez rodziców.

O co więc tyle krzyku?
Ano o to, że już mało kto ma ochotę posyłać dzieci na religię.

Religii na dobrą sprawę mogą nauczyć się z internetu. Rodzice w tym wypadku mieliby pełny wgląd w treści przekazywane ich dzieciom.

Komu to nie pasuje?
Księżom. Dlaczego? Powodów pewnie znalazłoby się kilka.
Nie wszystkim oczywiście, bo wciąż wśród nich są tacy księża, którzy są w porządku. Na dociekliwe pytania naszych pociech odpowiadają mądrze, z rozsądkiem, odpowiednio przygotowani pod kątem psychologii i nie naginają swojego podejścia do dzieci przez złe rozumowanie przez nich samych prawd nauki i wiary.
Jesteście w stanie wskazać taką osobę duchowną z imienia i nazwiska?
Jeśli tak to już polowa sukcesu.

środa, 26 czerwca 2024

Dzień bez telewizora i telefonu

 



Zdjęcie: Pixabay

A co za tym idzie, bez wszędobylskiej polityki, przykrych wiadomości z Polski i ze świata. Bez wymądrzania się i chwalenia przez celebrytów, bardziej lub mniej mądrych rad na wszelkie tematy.
Uff! Żyć, nie umierać! To się nazywa wolność! Mieć spokojną głowę i otaczać się przyrodą.
Można wziąć ze sobą kocyk i dobrą książkę, i położyć się gdzieś na trawie. Patrzeć jak chmury suną po niebie, albo przyglądać się wokół roślinom i dziwić się ich urzekającemu pięknu i skomplikowanej budowie.
Można też zabrać ze sobą sztalugi i farby do malowania. Albo pójść na spacer z pieskiem. Jest tyle możliwości...

Dlaczego zatem tego nie robimy lub robimy niezmiernie rzadko? Ano dlatego, że czas kradnie nam telewizor.
Ciągle słyszymy: „Jestem strasznie zajęty! Wracam z pracy, w domu obiad i dzieci do ogarnięcia. Potem jakiś serial albo mecz, wiadomości ze świata, portale internetowe, i ani się obejrzę, już jest wieczór”. Emeryci też znajdą zawsze jakąś wymówkę. Jeśli akurat nie są w stanie zrzucić wszystkiego na pracę, to są przecież jeszcze kolejki u lekarzy, wnuki, którymi trzeba się zająć, tureckie seriale, rozgrywki piłkarskie, piwko z kolegami przy grillu itd.
I tym sposobem rzeczywiście jesteśmy strasznie zajęci. A kiedy nie będziemy? Może nigdy. Może nigdy nie znajdziemy czasu na leniuchowanie, na odwiedziny starych znajomych, na robienie prostych rzeczy, które dawniej sprawiały nam przyjemność. Na podziwianie świata, i to niekoniecznie dalekich jego zakątków, ale tego wokół nas.
Życie „przeleci nam koło nosa”, a my dopiero u jego schyłku zorientujemy się, że przecież tyle było w nim zmarnowanych czy też niepotrzebnych chwil, które można było przeżyć całkiem inaczej. Może więc czas coś z tym zrobić?

Moja znajoma mówi, że raz w tygodniu wyłącza telewizor i telefon, tak całkowicie, i razem z mężem mają tzw, dzień bez telewizora i telefonu. Mają go tylko dla siebie. Każdy robi to, na co ma ochotę. Nikt też tego dnia nie przygotowuje obiadu, nie sprząta, nie robi zakupów, nigdzie się nie spieszy. Jest za to pełny luz.
Nazwała go nawet Dniem dla Życia. Życia ze spokojną głową, wolną od stresu i nadmiaru atakujących ją bodźców. Taki jednodniowy reset.

Kiedyś piątek w kościele katolickim był dniem bezmięsnym, który miał za zadanie pozwolić żołądkowi i wątrobie odpocząć od mięsnych i tłustych potraw. Po to, żeby mogły się nieco zregenerować. Teraz już prawie nikt tego nie przestrzega, a szkoda, bo coś mądrego w tym niewątpliwie jest.
Przydałby się też taki dzień bez mediów. Szkoda, że dotąd nikt tego jeszcze nie wprowadził. Może więc spróbować samemu?

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...