Zdjęcie: Pixabay
Opowiadanie oparte na faktach.
Halloween – w Polsce kontrowersyjne święto. Dlaczego jedne osoby nie mają nic przeciwko, a inne się burzą? Trudno tak do końca zgadnąć.
Cieszą się nim głównie dzieci. Te małe i te duże, które już dawno weszły w dorosłość, ale gdzieś w głębi duszy wciąż czują w sobie coś z dziecka.
Czy jakaś wielka dynia z wyciętymi otworami na oczy i nos jest w stanie uczynić komuś coś złego? No nie! A wycięty z tektury lub namalowany na oknie kościotrup? Też nie! A czy podarowana rozbawionym dzieciakom garść cukierków to coś niestosownego? Oczywiście, że nie!
Co więc takiego złego jest w tej zabawie? Ano nic! Jedynym argumentem na nie, które dotąd można było usłyszeć, to to, że to święto pogańskie. Co to właściwie znaczy?
Mała Zosia miała problem ze zrozumieniem nie tylko słowa „pogańskie”. Jak to dzieci, pewne sprawy rozumiała po swojemu. Nie widziała nic złego w święcie, które przyszło do nas zza oceanu. Alboż to ono jedno? Jakoś nikt nie protestował , gdy mowa była o walentynkach. A choinka? Z upragnieniem czekają na nią wszyscy, i młodzi, i starzy. Zwyczaj ten pochodzi z Niemiec i w dodatku zapoczątkowali go protestanci. Czemu więc tyle krzyku o Halloween?
Na kilka dni przed owym świętem zapytała mamy wprost:
- Jak myślisz, mamusiu, czy nasz sąsiad, pan Antoni znowu na nas nakrzyczy, gdy w tym roku razem z kolegami namalujemy mu kredą na drzwiach kościotrupa?
To było jedno z tych pytań, na które mama nie znała odpowiedzi. Pan Antoni bowiem był trochę nieprzewidywalny. Albo inaczej – przewidywalny.
Starszy pan, schorowany i trochę zdziwaczały, stracił żonę kilka lat temu. Od tamtej pory z domu wychodził jedynie do kościoła. Za to codziennie. Przychodziła do niego pani z Opieki Społecznej, która mu sprzątała, czasem coś ugotowała, albo zrobiła zakupy. Powinien się cieszyć z takiego obrotu sprawy, ale on wyżywał się na niej na wszystkie możliwe sposoby. Drażniło go wszystko wokół, a szczególnie dzieci.
A gdy nastawał Halloween przechodził sam siebie. Jego złośliwościom nie było końca. Niszczył dekoracje z dyni przed blokiem, które dzieci robiły na tę okoliczność. Na drzwiach sąsiadów zaś malował krzyże, i to bynajmniej nie kredą. Chciał w ten sposób dać im do zrozumienia, że katolicy obchodzą to święto zgoła inaczej. Choć święto zmarłych obchodzą u nas ludzie różnych religii, a także osoby niewierzące, tyle że na różne sposoby, pan Antoni „wrzucał wszystkich do jednego worka” i wręcz nakazywał świętować go zgodnie z regułami nakazanymi przez kościół katolicki. Był takim, jak to ostatnio zwykło się mawiać, „katoterrorystą”.
Nie wszystkim podobały się jego rządy, ani też tak zwane życiowe mądrości pana Antoniego, jakby żywcem zaczerpnięte ze średniowiecza.
Halloween był więc doskonałą okazją, żeby trochę móc ponaigrywać się z upierdliwego, złośliwego staruszka. Malowanie kościotrupa na jego drzwiach było najdelikatniejszym psikusem. Ktoś kiedyś posunął się nieco dalej i zapalił pod jego drzwiami kilka zniczy. Ktoś inny dodał kilka sztucznych chryzantem, ktoś położył dynię.
To
były niestosowne żarty, ale jakoś nikt z sąsiadów nie żałował
pana Antoniego.
Tymczasem Zosia drążyła temat i oczekiwała, że
mama pochwali zamiary dzieciaków.
Pytanie córki trochę
zafrapowało mamę.
- Lepiej nie – poradziła jej. - To starszy
pan, schorowany. Zdenerwuje się, i jeszcze, nie daj Boże, dostanie
wylewu krwi do mózgu albo zawału. W tym wieku wszystko jest
możliwe.
Dziewczynka jednak nie odpuszczała.
- To jaki inny
dowcip można by mu zrobić? - dopytywała się nieco zawiedziona.
Mamie
jednak nie przychodziły do głowy żadne inne nieco subtelniejsze
pomysły. Przestrzegała jedynie, by mieć na uwadze jego wiek i
problemy zdrowotne.
Wszystko wskazywało na to, że tym razem
nielubiany sąsiad będzie miał spokojny dzień i starym zwyczajem
zamówi taksówkę, by zawiozła go na cmentarz, gdzie na grobie
swojej zmarłej żony położy kwiaty i zapali znicze.
Tak się
jednak nie stało. Na dwa dni przed owym świętem pan Antoni
zwichnął sobie nogę. O wizycie na cmentarzu nie mogło być mowy.
Wieść rozniosła się po bloku lotem błyskawicy.
Wydawało
się, że ze względu na swoją kontuzję, a tym samym
unieruchomienie w fotelu, bądź na kanapie, zmierzły staruszek
nijak nie będzie w stanie zaszkodzić fantazjom dzieciaków. Z
radością więc przystąpiły do dzieła.
Na skwerze przed
blokiem urosła wielka instalacja z dyń, tudzież utworzonych ze
sztucznych kości i patyków przedziwnych stworów odzianych w białe
płótna i inne straszne akcesoria. O zmroku, tradycyjnie rozlegały
się stamtąd budzące strach dźwięki. Może wielu osobom się to
nie podobało, ale nikt nie ośmielił się przerwać zabawy
dzieciakom.
Dowiedziawszy się jednak o kontuzji pana
Antoniego, Zosię zaczęły nachodzić mieszane uczucia. Trochę, jak
i pozostali, miała ochotę mu dokuczyć, ale jednocześnie zrobiło
jej się żal mężczyzny. Podobnych uczuć doświadczał Jasiek,
trzynastolatek z sąsiedniego bloku, który nieoczekiwanie wysunął
propozycję nie do odrzucenia.
- A może tak dla odmiany zrobimy
mu inny dowcip? - spytał, po czym podzielił się swoim pomysłem z
Zosią, która chętnie mu przytaknęła.
Wieczorem, tuż przed
świętem zmarłych oboje udali się na cmentarz, na którym
spoczywała jego żona. Na grobie pani Amalii ustawili doniczkę z
chryzantemami i zapalili kilka zniczy. W sukurs przyszli im koledzy i
koleżanki, którzy też pojawili się w tym miejscu z kwiatami.
Wszystko nagrano telefonem komórkowym, po czym cała ferajna udała
się do do mieszkania pana Antoniego, by mu to dokładnie
zrelacjonować.
Na początku mężczyzna nie chciał wpuścić ich
do mieszkania. Ledwo doczłapał się do drzwi. Ostatecznie jednak
udobruchał się, a kiedy zobaczył filmik z cmentarza... omal się
nie rozpłakał.
- Ale ja nie mam dla was żadnych cukierków... -
żachnął się trochę jakby tym faktem rozżalony.
- Nie
szkodzi! Zaraz skoczę do siebie i przyniosę! - zaoferowała się
Zosia.
Zabrała też ze sobą... połówkę wydrążonej dyni. W
środku były jesienne kwiaty i kilka kolorowych liści z drzew.
Ostentacyjnie postawiła ją na środku stołu. Mężczyzna, o dziwo,
nie zaprotestował.
- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego święto
zmarłych jest takim melancholijnym, ale też zarazem ponurem dniem –
wyjawił swoje wątpliwości Jasiu. - Przecież zmarli udali się do
innego wymiaru, do tego lepszego świata. Przynajmniej tak mówi się
na lekcji religii. Należy więc się jedynie z tego cieszyć, a nie
szlochać.
Na pewno komuś, kto stracił bliskie osoby trudno
byłoby się z tego powodu cieszyć. Może dlatego w takich momentach
nie dopuszczamy do siebie innych uczuć, poza nieukojonym żalem.
Czasami żal nigdy nie mija, ale życie toczy się dalej i trzeba go
sobie poukładać na nowo.
Wygląda na to, że nasi przodkowie,
poganie, lepiej sobie z tym radzili. Ale może to tylko pozory?
***
Co mają do tego chryzantemy albo dynie? Chyba tylko to, że
jedne kwitną akurat w tym sezonie, a drugie właśnie
dojrzewają.
Jedna z moich znajomych zastanawiała się
niegdyś, czy nie lepiej byłoby, żeby zamiast sterty sztucznych
kwiatów i zniczy, stawiać na grobach zdjęcia zmarłych. W
sytuacjach, kiedy jeszcze byli wśród nas. Takie kadry z ich
życia.
A dzieci? Jeszcze nie wszystko rozumieją, a czasem
rozumieją więcej od nas.
Niech się dalej bawią dyniami i
robią psikusy. Nie ma w tym nic złego. To ich prawo. Przyszykujmy
dla nich cukierki!
