Zdjęcie: Pixabay
Nie o politykę bynajmniej
tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe.
Na myśl o tym,
że zbliżają się imieniny męża, Waldemara, Anna przeżywała
swoistą katorgę. Wszystko rozgrywało się w jej myślach już na
dwa tygodnie przed imprezą.
I nie pomagały tłumaczenia mężowi,
że przecież tak jak i reszta znajomych zaniechali zapraszania gości
na imieniny już kilka lat temu.
- Teraz takie czasy –
tłumaczyła Waldkowi. - Imienin się już nie obchodzi. Czy ktoś
ostatnio zapraszał nas na swoje? - pytała zirytowana pomysłem
męża.
Maż jednak obstawał przy swoim.
- Najwyższy czas,
żeby do tego powrócić. Ludzie teraz przestali się kontaktować. A
to doskonała okazja, żeby spotkać się w gronie krewnych i
znajomych. Kto wie, ile jeszcze będziemy żyli na tym świecie –
sięgał po argumenty z najwyższej półki.
Potem musiała
wysłuchać długiego monologu o tym, że przecież wojna u naszych
granic, że Trump nieobliczalny, że tyle chorób czai się za
rogiem, że firmy medyczne chcą zdziesiątkować ludność świata,
i tak dalej, i tak dalej.
- No dobrze, urządzę ci te imieniny –
zdecydowała w końcu, bardziej na odczepne, gdyż biadolenie Waldka
przybierało na sile.
Stanęło na tym, że gości będzie 26,
a Waldemar sam zamówi ciasta w cukierni, a także osobiście je
przywiezie do domu. Catering także zostanie zamówiony.
- Na tyle
osób potrzebowałabym pomocy kucharki, a to już przesada! Ile by to
wszystko razem kosztowało! - burzyła się na samą myśl.
Nie
to jednak najbardziej spędzało jej sen z powiek, a zgoła coś
innego.
Odwieczna polityka przy
stole!
Doskonale wiedziała, że
uprzedzanie kogokolwiek, jak to dawniej bywało, że o polityce nie
rozmawia się przy stole, na nic się zdawało.
Prośby Anny
swoje, a goście swoje. Zawsze znalazł się ktoś, kto nie był
wstanie utrzymać przysłowiowego języka za zębami. Efekt? Można
się domyślić. Część gości wychodziła obrażona, a rodzinne
wojenki trwały potem całymi miesiącami.
- Nie zniosę tego
– martwiła się Anna. - Już nie. Jestem coraz starsza, a co za
tym idzie, coraz mniej mam siły, coraz mniej cierpliwości.
Tego
dnia jak zwykle położyła się wieczorem spać, ale sen nie
przychodził. Anna rozmyślała. Gdzieś kolo godziny drugiej w nocy
na chwilę przysnęła. Ale tylko na chwilę, bo wybudził ją ze snu
jakiś koszmar, po którym trudno było jej ponownie zasnąć. Za to
zaświtała genialna myśl!
- Kącik polityczny! To jest to! -
podzieliła się swoim odkryciem następnego dnia rano.
- Nie
mówisz poważnie? - Waldek nie dowierzał. - Zamierzasz z mojego
gabinetu zrobić pokój do dyskusji o polityce?
- Tak, i nad
drzwiami do niego umieszczę właśnie wielki transparent z takowym
napisem.
Anna nie żartowała. Każdy, komu przyszłaby ochota
wziąć się za politykę, mógłby z niego skorzystać, nie
narażając w ten sposób innych gości na niepotrzebne, męczące
tematy.
Waldemar się dziwił i powątpiewał, by pomysł okazał
się trafiony, ale ostatecznie na niego przystał. Słyszał już, że
gospodarze czasem ustawiali puszkę na stole, do której wrzucano
monety, gdy ktoś próbował zboczyć na tematy polityczna, wtedy
dostawał karę. Ale żeby kącik polityczny?
Imieniny Wojtka
dla wielu okazały się sporym zaskoczeniem. Niektórzy goście już
od progu wyrażali swój aplauz.
- Jak to dobrze, że wróciliście
do tej tradycji – pierwsza zachwycała się kuzynka Zosia. -
Myślałam, że już całkiem pozamykamy się w domach i przestaniemy
odwiedzać. Ludzie teraz całkiem zdziczeli...
- No, no, ja tam
nie zdziczałem. Mam sporo kontaktów w pracy, ale to prawda, nie
spotykamy się w domach, ani nawet przy kawie w kawiarni – trochę
niby oburzył się kuzyn Maks.
Oczywiście uściskom i życzeniom
nie było końca. Ilość przyniesionych kwiatów też zaskoczyła
Annę. Nie była na to przygotowana. Zabrakło wazonów.
Radość
gości gasła wraz z przekroczeniem progu salonu, gdzie przy długim
stole ustawione były krzesła. I choć suto zastawiony, nie wzbudzał
większej uwagi. Wzrok gości niemal w pierwszej kolejności
przykuwał wielki napis nad gabinetem Waldka.
-
Dzisiaj będzie bez politykowania. A kto będzie miał ochotę
podzielić się swoimi uwagami w tym temacie, zapraszamy – Anna
wskazała ręką przeznaczone do tego miejsce.
Chyba nie
wszystkim, a nawet na pewno, się to nie spodobało, ale nie
protestowano.
Atmosfera przy stole była nieco drętwa, choć było
widać, że wszyscy starali się uszanować prośbę gospodarzy. Nie
rozluźnił jej nawet alkohol ani wykwintne dania. Odnosiło się
wrażenie, jakby goście pozbawieni zostali najważniejszej
przyjemności, czyli w domyśle, wroga i ataku słownego na niego.
Pierwsza nie wytrzymała Irena, ciotka Anny.
- Wybaczcie,
ale czuję się tu dzisiaj jak w okowach. Boję się odezwać, żeby
nie odstrzelono mi głowy – wyraziła swoje niezadowolenie.
Irena,
kobieta grubo po siedemdziesiątce, mianująca się wszem i wobec
wielką patriotką, górowała nad resztą towarzystwa swoją zarówno
posturą, jak i barwnym językiem. Z zasady przekrzykiwała
wszystkich, narzucając im swoje poglądy na różne tematy. Na
polityce rzekomo znała się najlepiej z całego grona i zawsze, i
wszędzie zaciekle broniła swoich uczuć religijnych, chociaż do
kościoła nie chodziła od czterdziestu lat.
- Ja trochę też –
w sukurs przyszedł jej syn Maciej z wielkim medalionem na szyi
przedstawiającym symbol Konfederacji, osławionej partii
politycznej.
Maciej był nieodłączną kopią swojej matki. Też
na wszystkim najlepiej się znał.
- Niby czemu? - spytała
gospodyni trochę zaniepokojona nagłą zmianą nastrojów swoich
gości. - Jeśli ktoś ma ochotę podyskutować na tematy polityczne,
zawsze może to uczynić. Tylko że w gabinecie Waldka...
Chyba
nikt się tego nie spodziewał, albo odwrotnie, wszyscy się
spodziewali, bo nagle Irena wstała od stołu i powędrowała do
gabinetu, zapraszając przy tym innych biesiadników. Można się
było tego spodziewać, że kolejnym chętnym pójścia w jej ślady
był syn Maciej i jego żona Monika. Rychło dołączył do nich
kuzyn Marian i jego partnerka Barbara. Wkrótce gabinet Waldka
zapełnił się po brzegi rozegzaltowanymi gośćmi. Przy stole
zostali tylko gospodarze i… dzieci.
- Nie do wiary! Spójrz no
tylko, Waldek, jak skaczą sobie do oczu...
Rzeczywiście, w jego
gabinecie było bardzo głośno. Słychać było przekleństwa i
obelgi, ale nikt nie rezygnował z ożywionej dyskusji, jakkolwiek by
to nie nazwać.
Anna wraz z mężem patrzyli na to z
politowaniem.
- Mam pewien pomysł – powiedziała po chwili żona
Waldemara. - Zabierzemy dzieciaki i pójdziemy na spacer. Do
pobliskiego lasu. Przedtem jednak zamkniemy ich tam cichaczem na
klucz.
- Dobrze byłoby jeszcze sprzątnąć jedzenie ze stołu,
ale niestety takiej ilości wiktuałów nie ma gdzie umieścić –
zmartwił się nieco gospodarz. - Ostatecznie spakujemy trochę i
weźmiemy ze sobą do lasu – zdecydował.
- No i widzisz! Po
co była ta impreza? - przekomarzała się z nim żona w drodze do
lasu.
- Może po to, żeby kolejny raz zobaczyć jak w ostatnim
czasie bardzo się wszyscy zmieniliśmy – odparł też trochę
zniesmaczony całą tą sytuacją. - Jak bardzo jesteśmy
podzieleni...
- Niewyrozumiali, rozgoryczeni, przepełnienie
złością – dodała Anna.
Po chwili żona spytała męża:
-
Czy nie uważasz, że trzeba by było zmienić nazwę z Kącika
Politycznego na Igrzyska
Złości?
Mąż
przytaknął w milczeniu.
I
pomyśleć, że wszystko to sprawił jeden mały, zawzięty
człowiek...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz