Zdjęcie: Pixabay
Można
mieć na Facebooku grubo ponad tysiąc znajomych i nie wiedzieć o
tym, że niektórzy z nich nie żyją od kilku lat? Okazuje się, że
można.
Niedawno szukałam profilu jednej z moich
znajomych i przez przypadek najechałam kursorem na zdjęcie pewnego
pana, który również tam figuruje. Nie byłoby to jakąś sensacją,
gdyby nie fakt, że niejako z automatu, obok tegoż profilu pojawiła
się tak zwana lista wspólnych znajomych. Ze dziwieniem zauważyłam,
iż jest ich około trzydziestu. Co prawda pan ów jest dobrze znany
w naszej okolicy, ale wątpiłam, by przynajmniej część z nich
rzeczywiście go znała.
Przyszło mi na myśl, że być może
akceptował wszystkie zaproszenia, które dostawał, jakoś
specjalnie nie kontrolując tego, kogo przyjmuje do swego grona
znajomych.
No cóż, można i tak. Jest to jednak trochę
ryzykowne.
Nie to jednakże mnie zdziwiło. Dużo większym
zaskoczeniem był fakt, że kilku z nich od dawna już nie żyło. A
jeden pan posiadał aż cztery konta. Na każdym co prawda inne
zdjęcie profilowe, ale nie zmienia to faktu, że była to ta sama
osoba, o czym świadczyło imię i nazwisko. Tym sposobem „martwe
dusze” zasilały poczet znajomych owego pana i dałabym głowę, że
pan nie miał pojęcia o tym, że nie żyją. Ba, pewnie nawet ich
nie znał...
Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby poinformować
go o tym w prywatnej wiadomości. Ostatecznie jednak zaniechałam go.
Z jednego powodu.
Przypomniało mi się, jak niegdyś pewien
inny pan składał życzenia urodzinowe swojemu znajomemu z
Facebooka, który nie żył już od dwóch lat. Niestety, nikt z
rodziny nie zlikwidował mu konta.
Tyle że... zmarły mieszkał
niedaleko, żeby nie powiedzieć, po sąsiedzku. Dzieliło ich
zaledwie może czterysta metrów...
Czekałam, aż ów znany
wszystkim pan popełni faux pas i zrobi podobnie. Tak, wiem. Jestem
trochę złośliwa, ale czyż moja reakcja nie jest adekwatna do
wspomnianej sytuacji?
Można czasem coś przeoczyć, o czymś nie
wiedzieć, nawet o czyjejś śmierci. Mieszkamy przecież w różnych
stronach kraju, a nawet świata. Nie zawsze docierają do nas bieżące
wiadomości. Ale, na miły Bóg, przez kilka lat?


