wtorek, 26 września 2023

Facebookowe fauxs pas





Zdjęcie: Pixabay 

Można mieć na Facebooku grubo ponad tysiąc znajomych i nie wiedzieć o tym, że niektórzy z nich nie żyją od kilku lat? Okazuje się, że można.

Niedawno szukałam profilu jednej z moich znajomych i przez przypadek najechałam kursorem na zdjęcie pewnego pana, który również tam figuruje. Nie byłoby to jakąś sensacją, gdyby nie fakt, że niejako z automatu, obok tegoż profilu pojawiła się tak zwana lista wspólnych znajomych. Ze dziwieniem zauważyłam, iż jest ich około trzydziestu. Co prawda pan ów jest dobrze znany w naszej okolicy, ale wątpiłam, by przynajmniej część z nich rzeczywiście go znała.
Przyszło mi na myśl, że być może akceptował wszystkie zaproszenia, które dostawał, jakoś specjalnie nie kontrolując tego, kogo przyjmuje do swego grona znajomych.
No cóż, można i tak. Jest to jednak trochę ryzykowne.

Nie to jednakże mnie zdziwiło. Dużo większym zaskoczeniem był fakt, że kilku z nich od dawna już nie żyło. A jeden pan posiadał aż cztery konta. Na każdym co prawda inne zdjęcie profilowe, ale nie zmienia to faktu, że była to ta sama osoba, o czym świadczyło imię i nazwisko. Tym sposobem „martwe dusze” zasilały poczet znajomych owego pana i dałabym głowę, że pan nie miał pojęcia o tym, że nie żyją. Ba, pewnie nawet ich nie znał...
Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby poinformować go o tym w prywatnej wiadomości. Ostatecznie jednak zaniechałam go. Z jednego powodu.

Przypomniało mi się, jak niegdyś pewien inny pan składał życzenia urodzinowe swojemu znajomemu z Facebooka, który nie żył już od dwóch lat. Niestety, nikt z rodziny nie zlikwidował mu konta.
Tyle że... zmarły mieszkał niedaleko, żeby nie powiedzieć, po sąsiedzku. Dzieliło ich zaledwie może czterysta metrów...

Czekałam, aż ów znany wszystkim pan popełni faux pas i zrobi podobnie. Tak, wiem. Jestem trochę złośliwa, ale czyż moja reakcja nie jest adekwatna do wspomnianej sytuacji?
Można czasem coś przeoczyć, o czymś nie wiedzieć, nawet o czyjejś śmierci. Mieszkamy przecież w różnych stronach kraju, a nawet świata. Nie zawsze docierają do nas bieżące wiadomości. Ale, na miły Bóg, przez kilka lat?


sobota, 23 września 2023

Albośmy to jacy tacy

 


Zdjęcie:: Pixabay

Polacy nie chcą w swoim kraju muzułmanów. Czy słusznie? Trudno powiedzieć. Życie nie jest bowiem czarno-białe. Ma wiele odcieni. Ich życie także.
Nie jest moim zamiarem bronić racji tych osób, którzy ich nie chcą, ani tych, którzy patrzą na nich łaskawym okiem. Mamy przecież demokrację (podobno jeszcze mamy) i każdy ma prawo do swoich wyborów.
Dziwi mnie jednak, choć już nie powinno, dlaczego przyjmujemy wobec nich tak wrogą postawę i postrzegamy jako jedno wielkie zło. Czyżby u nas nie było terrorystów, gwałcicieli, morderców, pedofilów, ludzi na usługach różnych grup przestępczych?
Wystarczy wziąć do ręki pierwszą z brzegu gazetę, albo zajrzeć do Internetu. Włos staje na głowie. Przestępstwo goni przestępstwo. I to wszystko o nas, o Polakach, tych złych oczywiście.
Problem drugi. Pogarda. Gardzimy ludźmi o innym kolorze skóry. Uważamy, że jesteśmy od nich lepsi, bo mamy ładniejszy kolor skóry... I to by było na tyle.

Ale jakoś nie przeszkadza nam oglądanie ich telenowel, i to w hurtowych ilościach.
Mam na myśli tureckie seriale, od których roi się w polskiej telewizji.
Podglądamy w nich ich życie. Chętnie „zaglądamy do łóżek”, śledzimy ich zachowania, nastroje, życiowe perypetie. A wszystko to w kontekście takiej a nie innej religii, której są wyznawcami.
Seriale to „pikuś”, nie wszyscy przecież je oglądają.
Ale za to większość rodaków uwielbia odwiedzać muzułmańskie kraje. Bo tam przecież jest ciepło i miło. Wyjeżdżamy więc co roku na urlop, ba, nawet na weekend, do Turcji, Maroka, Tunezji, Zjednoczonych Emiratów... Poopalać się, odpocząć od szarości dnia codziennego.
Przyjmują nas najlepiej jak potrafią, pomijając fakt, że po części jesteśmy dla nich źródłem utrzymania. Uśmiechają się do nas, podsuwając pod nos swoje rarytasy. Częstują przepięknie podanymi daniami, słodyczami, oferują nieraz za przysłowiowe grosze swoje ręcznie wykonane wyroby. Nie przeszkadza to oczywiście Polakom przywozić je do kraju i niejednokrotnie całkiem sporo na nich zarabiać.
Nie brzydzimy się wówczas ich kolorem skóry. Nie ma znaczenia wtedy, że przepięknie udekorowane danie podaje nam ręka innego koloru niż nasza. Nie wzdrygamy się na widok muzułmanina, który sprzedaje nam precjoza własnoręcznie wykonane, albo podaje butelkę wody mineralnej, gdy na ulicy doskwiera nam wysoka temperatura podczas zwiedzania ich miast, tudzież na plaży.

Dlaczego więc w kraju zachowujemy się inaczej?
Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Część z nas potrafi na nie odpowiedzieć.
A tym, którzy nadal się zastanawiają, radzę przypomnieć sobie stare powiedzenie, które brzmi: „Lepiej budować mosty niż wznosić mury”

Punktuję czy oceniam

 

Zdjęcie : Pixabay

- Ja nie oceniam, ja tylko punktuję – usłyszałam niedawno przypadkowy dialog pomiędzy dwoma kobietami w średnim wieku. Wiek oczywiście nie ma tu znaczenia. Cała reszta już tak.
Panie stały na targowisku przy jednym ze straganów i rozprawiały na tematy chyba tylko im znane. Nie mniej jednak na tyle głośno, że ten i ów na chwilkę przystawał, podejrzewając, iż nieoczekiwanie stał się świadkiem jakiejś kłótni. Sama zrobiłam podobnie.
- No właśnie! Punktujesz! - zirytowała się pani, nazwijmy ją panią A. - Wytykasz mi błędy.
- Powiedziałam tylko, że powinnaś postąpić inaczej – obruszyła się druga kobieta. Nazwijmy ją panią B.
- Czyli jednak uważasz, że popełniam błędy... Mało tego, wszystkie „wypunktowałaś”.
- Trochę tego jest – pani B nie odpuszczała.
- Aha! W takim razie jaką postawisz mi ocenę za te błędy? - pani A wyraźnie była rozeźlona na swoją rozmówczynię. - Pewnie jedynkę!
- Przecież mówiłam, że cię nie oceniam...
- A to nie to samo? Wytykasz mi to i tamto. To już jest jakaś ocena mojego postępowania.

Zwał jak zwał, pomyślałam sobie, w duchu przyznając rację pani A. Bo skoro ktoś głośno mówi o tym, co mu się w nas nie podoba, to jak to inaczej nazwać?
Ocenić, wypunktować, wytknąć – to przecież w tym wypadku synonimy.

Tamtego dnia nie zabawiłam zbyt długo przy owym straganie. Nie wiem, jak ostatecznie skończyła się ta dyskusja, przekomarzanie, czy kłótnia, jakkolwiek by tego nie nazwać . Uświadomiła mi, albo raczej przypomniała o tym, o czym wiedziałam od zawsze. Stale kogoś oceniamy, nawet, jeśli nie jesteśmy tego świadomi. W myślach, w mowie, a nawet w naszych uczynkach. A zwłaszcza w uczynkach, bo czyż nie dystansujemy się od ludzi, których uważamy za złych, albo odwrotnie? Tych, których w naszej ocenie są dobrzy, chcemy mieć w kręgu znajomych.

Po co więc zapewniać kogoś, że się go niby nie ocenia, skoro jest inaczej. Nawet jeśli nie głośno, a jedynie w myślach. To jakiś rodzaj hipokryzji.

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...