Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: Pewna miejscowość na południu Polski. Równie dobrze, każda inna
w naszym kraju.
Imieniny, urodziny, chrzciny, rocznica ślubu – każda okazja jest dobra, żeby
spotkać się w doborowym towarzystwie i porozmawiać o problemach życia
doczesnego. Ale nie tylko tego. Istnieje bowiem jeszcze coś, co podobno
znajduje się we Wszechświecie, czytaj, Niebo. W tym Niebie
zaś króluje Pan i Władca Tego i kto wie, może jeszcze jakichś innych Wszechświatów, któremu należy się cześć
i bezwzględne posłuszeństwo.
Jedni w to wierzą, inni nie.
Osoby, które w to wierzą, chętnie mówią o swoich uczuciach religijnych.
Zwłaszcza przy stole podczas osławionych już „imieninach u cioci”. Dlaczego
akurat tam toczą się zwykle zażarte dyskusje i boje tych wierzących z
niewierzącymi, trudno zgadnąć. Może dlatego, że po tradycyjnie zaserwowanej lampce
wina lub kieliszku wódki, „język staje się giętki i powie wszystko, co pomyśli
głowa”?
Na jednej z takich uroczystości spotkało się kilkoro znajomych. W tym pani Zdzisia mieszkająca we wspomnianej
wcześniej miejscowości. Pani Zdzisia
ma to do siebie, że uwielbia wręcz rozprawiać na tematy dotyczące wiary, a
konkretnie jej wiary. Przy czym niemal zawsze, każdy, kto cokolwiek powie na
ten temat, dobrze czy źle, uraża jej uczucia religijne.
Trudno zgłębić, jakie to konkretnie są uczucia, bowiem pani Zdzisia od lat, bodajże czterdziestu, nie była w kościele. Nawet
wirtualnie.
Dokładnie od czasu, kiedy uwiodła pewnego żonatego mężczyznę, który
dla niej porzucił młodą żonę i maleńką córeczkę. Zrozpaczona żona przez kilka
tygodni przychodziła z maleńką córeczką pod fabrykę, w której pracowała pani Zdzisia. Deszcz czy ziąb nie był
dla niej straszny. Płakała i błagała ją, aby nie zabierała dziecku ojca.
Niestety, kobieta nie miała litości i ani myślała wysłuchać jej próśb.
Gdzie były wtedy uczucia religijne pani
Zdzisławy?
Po tym wszystkim spotkała się z dezaprobatą większości koleżanek i kolegów z
pracy, także kierownictwa fabryki. Część z nich odwróciła się od niej, a
przydomek „amatorka cudzych mężów” pozostał jej już na zawsze.
Pani Zdzisława obraziła się więc z
tego powodu na wszystkich i wszystko dookoła, także na Boga. Nadal jednak
pamięta, że ma uczucia religijne i gdy tylko ktokolwiek próbuje w towarzystwie
mówić coś na temat kościoła, księży, czy ogólnie wiary, oburza się sromotnie.
Potrafi wtedy być bardzo niemiła.
O swoich uczuciach religijnych chętnie opowiada także pan Wojciech, niedaleki sąsiad pani Zdzisi. Pan Wojciech w zasadzie ma dwie twarze. Dusza towarzystwa i domowy
oprawca. Tak w wielkim skrócie można by go opisać. Kto pana Wojciecha nie zna bliżej, nie ma pojęcia, że w mężczyźnie
drzemią dwa żywioły. W osobie pana
Wojciecha „amatorka cudzych mężów” znajduje zawsze poplecznika, gdy w
szerszym gronie mowa jest o kościele. Nikt nie ma prawa wspomnieć o pedofilii w
kościele, rozpasanym klerze, który daje zły przykład wiernym, czy choćby źle prowadzonej
nauce religii w szkołach. W takich chwilach gospodarze najczęściej, trochę dla
żartu, chowają wszystkie noże leżące na stole. Bo, a któż to wie, a nuż
zechciałby ich użyć? Tyle w nim złości i nienawiści do przeciwnika/ów w
dyskusji. Każdą uwagę na temat kościoła traktuje jako osobistą zniewagę i
obrazę uczuć religijnych.
Dziwne to o tyle, bo całkiem zapomina o swoich uczuciach religijnych w domu.
Żona pana Wojciecha niejeden raz zmuszona
była tułać się po rodzinie wraz z nieletnimi dziećmi. Swoim despotycznym
zachowaniem i brakiem szacunku do najbliższej rodziny swego czasu niemal nie
doprowadził do rodzinnej tragedii. Najstarsza córka chciała popełnić
samobójstwo. Żonę zaś często można widywać z sińcami pod oczami.
Czy w takich sytuacjach pan Wojciech
może mówić o jakichkolwiek uczuciach religijnych? A co dopiero o obrazie tychże
uczuć?
U cioci na imieninach często pojawia się też pani Irena. Od kilku lat emerytka i od zawsze wzorowa katoliczka.
Tak by się przynajmniej wydawało. Kobieta chyba nigdy nie opuściła żadnej mszy,
także w tygodniu. Nawet, gdy idzie po pieczywo do pobliskiego sklepu, w rękach
trzyma różaniec i głośno się modli. No cóż, można i tak. Jej wybór, jej sprawa.
Pani Irena zawsze i wszędzie gotowa jest
stanąć w obronie swojej wiary. I nawet, gdy na jej oczach rozgrywa się jakaś scena,
dająca do myślenia, że w konkretnym przypadku w kościele dzieje się źle,
wypiera to ze swojej świadomości. Innymi słowy, broni złoczyńcy. Rzekomo w
obronie wiary.
Dobra katoliczka? No nie wiem. Może… Tyle że, gdy przyjrzeć się dokładniej pani Irenie, sprawa nie jest już taka
oczywista.
Kobieta ma dwóch dorosłych synów. Młodszy syn związał się z partią o
nacjonalistycznych poglądach. Wiele lat temu kandydował nawet z jej listy w
wyborach samorządowych. Na szczęście nie otrzymał wymaganej liczby głosów. „Hajluje”
od ponad dwudziestu lat, a w jego pokoju, podobno, wisi portret przywódcy III Rzeszy.
Czy to prawda, nie wiem, ale nie zdziwiłabym się, gdybym go tam zobaczyła.
Smutne jest to, że jego matka, pani
Irena, nic z tym nie robi. Syn nie ma rodziny i nikt nie wie, czym tak
naprawdę się zajmuje, jak zarabia na życie. Matka trzyma go pod swoim dachem,
zapewne utrzymuje i kto wie, czy jeszcze mu nie usługuje. Nie chodzi też do
kościoła. I jakoś matce to nie przeszkadza. Przeszkadza jej za to, i to bardzo,
gdy ktoś nieprzychylnie wyraża się o księżach, czy samej wierze katolickiej. A
już, broń Boże, u cioci na imieninach. Gotowa wtedy rzucić się na delikwenta i wydrapać
mu oczy. Ciśnienie krwi pani Ireny rośnie wtedy do niebotycznych rozmiarów.
Widać to po jej czerwonej ze złości twarzy. Współbiesiadnicy nieraz próbują ją
uspokoić w obawie, iż może skończyć się to zawałem, albo wylewem krwi do mózgu.
Skąd w niej tyle zaciętości? Pani Irena
swoje zachowanie tłumaczy obroną wiary i swoich uczuć religijnych.
Doprawdy? A jak ma się to do „hajlującego” syna? Dlaczego nie każe mu się wynieść
z domu i prowadzić normalne życie?
W tymże doborowym towarzystwie nie brakuje też pewnego pana o imieniu Bogusław. Pan ów nienawidzi swojego
imienia ze względu na jego pierwszy człon i każe nazywać się Bogdanem. Pan Bogusław jest w kontrze do pani
Zdzisławy, Ireny i Wojciecha. Nie to, żeby był osobą niewierzącą. Owszem jest,
ale nienawidzi kleru.
Jego uraz do nich bierze się jeszcze z dzieciństwa. Zdarzało się w przeszłości,
że na lekcjach religii mały Boguś, a potem nastoletni Bogusław, kilka razy
został spoliczkowany przez księdza. Mężczyzna twierdzi, że niesłusznie, bo
niczego złego nie zrobił. Jak było naprawdę, tego się nie dowiemy. Bogusław
poskarżył się matce, ale matka zamiast go wysłuchać, wymierzyła mu karę…
spoliczkowała go. W jej odczuciu bowiem ksiądz to osoba święta. Prawie jak Bóg!
I nawet jej własny syn nie ma prawa mu się przeciwstawić… Należało wręcz nadstawić
drugi policzek.
Fanatyczna natura matki zaowocowała pewnymi konsekwencjami w życiu jej syna. Trudno
więc się dziwić, że pan Bogusław
znienawidził kler, a potem także samą wiarę przez nich głoszoną. Ostatnie zaś
doniesienia w TV i w Internecie na temat złego prowadzenia się księży stały się
jego przysłowiową wodą na młyn. Zwłaszcza na przyjęciach u krewnych i znajomych,
na których wytacza wtedy najcięższe działa. O księżach wyraża się nagannie,
nazywając ich pasibrzuchami, zapominając przy tym, że sam wyglądem przypomina
zawodnika sumo, i zarzuca im różnego rodzaju oszustwa i malwersacje.
Nawiasem mówiąc, śledząc poczynania niektórych duchownych, trudno się z tym nie
zgodzić.
Przy takiej mieszance poglądów i urażonych „uczuć religijnych” nie trudno o
awanturę, nad którą potem gospodarze nie są w stanie zapanować. Towarzystwo
jest podzielone, rozmowy bardzo głośne, naszpikowane wzajemną nienawiścią.
Przykre to wszystko. I hipokryzja, i ataki jednych na drugich.
A tak chciałoby się zaśpiewać „Ale w
koło jest wesoło”. Bo to przecież imieniny! Urodziny! Chrzciny! Ma być radośnie
i miło.
Niestety nie jest. Jest za to awanturniczo, czasem groteskowo… A wszystko przez
uczucia religijne lub ich brak, na które zwykliśmy się ostatnio stale
powoływać.
Dlaczego wszystkich tak to nakręca? Przecież jest tyle innych tematów do rozmów
przy biesiadnym stole.