Miejsce
akcji: Niewielkie miasteczko w południowo-wschodniej Polsce.
Na samym skraju tego miasteczka, gdzie jeszcze rozciągają się urodzajne pola i
nieliczne domostwa, mieszka pewna kobieta, nazwijmy ją panią Różą. Jest w wieku przedemerytalnym. Całe swoje życie wraz z
mężem Zenonem zajmowała się rolnictwem. Pani
Róża ponadto jest zdeklarowaną, praktykującą katoliczką i stale powtarza,
że Opatrzność nad nią czuwa. Modli się przy każdej okazji i nawet bez okazji,
czego świadkiem niejednokrotnie byli sąsiedzi. Ma bowiem donośny głos, a że
modlić potrafi się nawet pieląc chwasty w ogródku, albo pasąc krowę, odmawiać
modlitwę różańcową… nic więc dziwnego, że ten i ów mieszkaniec okolicy był tego
świadkiem.
W kraju podobno mamy demokrację, a pani
Róża nie robi tym nikomu krzywdy, należy więc podejść do tego ze
zrozumieniem.
Kobieta słynie też jeszcze z czegoś innego. Każdemu do znudzenia powtarza,
słynne powiedzenie „Jak Kuba Bogu, tak
Bóg Kubie”, co akurat w jej przypadku zgadza się co do joty. Stwórca bowiem
obdarzył małżonków dobrym zdrowiem. Co jakiś czas, pewnie za Jego sprawą, banki
częściowo umarzają im kredyty zaciągnięte na cele rolnicze. Urząd Gminy zaś
obdarza wszelkimi możliwymi dotacjami. Jakby tego było mało, jakaś daleka
krewna całkiem niedawno pozostawiła im w spadku dom i dwa hektary pola.
Wygląda więc na to, że pani Róża wszystko to sobie wymodliła…
Zaledwie kilometr dalej, w centrum owego miasteczka, mieszka jej kuzynka
Emilia. Pani Emilia jest wdową,
kobietą w średnim wieku i ma dwójkę dzieci, trudnych do okiełzania nastolatków, Madzię i Tomka.
Pani Emilia też jest osobą wierzącą, choć w ostatnim czasie nieco mniej
poświęca czasu na codzienne modły i uczęszczanie do kościoła. Nie bez powodu.
Pani Emilia zawsze miała pod górkę.
Śmierć męża, praca na dwóch etatach, w sklepie i w domu, wychowywanie dzieci i
codzienne z tym związane kłopoty. I choć stale modliła się do Boga o to, by
choć trochę ulżył jej w pracy i w kłopotach, nie została wysłuchana. Mało tego,
dwa lata temu przybył jej kolejny problem. Opieka nad matką, sparaliżowaną po
udarze.
Kobieta potrzebowałaby jeszcze co najmniej dwóch par rąk i doby, która miałaby
dwa razy tyle godzin, by móc sobie z tym wszystkim poradzić. Toteż podupadła
nieco na zdrowiu, a i ze zmęczenia czasami odpuszczała sobie niedzielną mszę w
kościele.
Zauważył to miejscowy proboszcz i podczas kolędy od razu jej wygarnął:
- Coś to ostatnio coraz mniej widuję panią w kościele – powiedział
uszczypliwie, choć dobrze znał, a przynajmniej powinien, jej życiową sytuację.
A potem dodał:
- Proszę pamiętać o tym, że „Jak Kuba
Bogu, tak Bóg Kubie”!
Po czym schował do kieszeni kopertę z datkiem na potrzeby parafii i nie
zabawiając długo, opuścił mieszkanie pani
Emilii.
Kobieta nie zdążyła się nawet wytłumaczyć, uroniła za to sporo łez. Bo jak
miało się owo powiedzenie do tego, czego doświadczała, poświęcając całe
przykładne życie Bogu i swojej rodzinie? Nijak.
Niedaleko wdowy, pani Emilii, mieszka siedemdziesięcioletni mężczyzna, nazwijmy
go panem Zygmuntem. Niestety, nie
cieszy się dobrą opinią wśród mieszkańców.
Dwukrotny rozwodnik, z czwórką dzieci na koncie, na których nigdy nie łożył
pieniędzy, leń, pijak i awanturnik. Tak w wielkim skrócie można by opisać pana Zygmunta. Od kilkunastu lat nie zhańbił
się jakąkolwiek pracą. Z tego też powodu nie otrzymał emerytury.
Za to otrzymuje comiesięczną zapomogę z MOPS-u, dodatek na utrzymanie (czynsz)
małego mieszkania, bo taki należy się osobom samotnym i w kryzysie. Jakby tego
było mało, jako że jest już schorowany, trzy razy w tygodniu przychodzi do niego
pani z MOPS-u, żeby mu coś ugotować, wyprać, wyprasować i posprzątać mieszkanie.
Kiedy nie ma pani „opiekunki”, stołuje się w punkcie pomocy bezdomnym. Ubrania
z reguły też otrzymuje z opieki społecznej.
Pan
Zygmunt, a jakże (!) z tego stanu rzeczy jest bardzo zadowolony. Często śmieje
się w twarz innym ludziom, najczęściej tym, którym też doskwiera kryzys
finansowy, albo inne problemy. Szydzi z nich, najczęściej mawiając, że „on to
ma dobrze, bo Bóg ma go w swojej opiece”. Zapominając przy tym, że to nie Bóg,
a raczej podatnicy mają go w swojej opiece. Choć z tym Bogiem… trochę racji w
tym jest. Tyle że trudno pojąć, czym sobie na to zasłużył, gdyż do kościoła
nigdy nie chadzał, choć mawia, że jest katolikiem i ma swoje uczucia religijne,
które łatwo zranić. Śmiechu warte!
Jak ma się owo popularne powiedzenie do ostatniej przedstawionej sytuacji,
chyba nie są w stanie wytłumaczyć nawet najwięksi mędrcy świata.
