Zdjęcie: Pixabay
Dziś trochę prywaty.
Praca
sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej
pracować, nie należy do łatwych. Uwierzcie mi.
Ktoś kiedyś
powiedział, że sekretarka jest jak czarna skrzynka. W
sytuacjach, gdy w firmie dzieje się coś niedobrego, coś się pali,
wali, itd., ona jedna wie, gdzie szukać źródła i jak zgasić
pożar.
To prawda. Przekonałam się o tym będąc czterokrotnie
sekretarką na przestrzeni czterdziestu lat. Bynajmniej nigdy nie
aspirowałam do tej roli. Tak jakoś wyszło.
Po skończeniu
liceum ogólnokształcącego nosiłam się z zamiarem studiowania,
najchętniej na wydziale prawa. Zawsze chciałam zostać adwokatką.
Niestety, moje marzenia już to do siebie mają, że się nigdy nie
spełniają.
Po maturze matka przeprowadziła ze mną stanowczą
rozmowę.
- Jeśli chcesz, to sobie idź na studia, ale my ci
pieniędzy nie damy, bo nie mamy – zawyrokowała stanowczym głosem,
takim nieznającym sprzeciwu.
Cóż było robić. Mieszkałam w
małej wsi, uczyłam się średnio, a przedmioty ścisłe bynajmniej
nie były moją mocną stroną. Nawet, gdybym zdecydowała się pójść
na jakiekolwiek studia, nie byłabym w stanie sama się utrzymać.
Musiałabym podjąć jakąś pracę. Czułam, że nie uciągnę nauki
i pracy razem. Matka też to czuła, bo w zanadrzu miała już dla
mnie pracę i... męża.
- Wujek Władek załatwił ci już pracę
w Fabryce Kapeluszy w Skoczowie – wypaliła jak z dwururki, nie
pytając mnie bynajmniej o zdanie.
To miała być praca tak zwana
umysłowa, tak się wtedy o tym mówiło, był bowiem głęboki PRL,
rok 1975. Praca w dziale zbytu, czyli dzisiejszym dziale
marketingu.
Nie miałam na to ochoty, nic nie szło po mojej
myśli. Do wyboru miałam słuchać matki, albo wyprowadzić się z
rodzinnego domu. Pytanie – dokąd? Czyli jak w/w znaleźć pracę i
mieszkanie.
Nie byłam na to gotowa. Postawiona pod ścianą,
wybrałam to pierwsze, czego całe życie żałowałam.
Tak więc
„wylądowałam” w owej fabryce. Już od początku mi się tam nie
podobało. W biurze, do którego trafiłam, zatrudnione były trzy
panie, plus ja oczywiście. Nie wiem po co, bo wystarczyłyby dwie, a
nawet jedna. To znaczy wiem, ale nie wiedziałam tego od razu. Nie
było wówczas komputerów, kurierów, telefonów komórkowych.
Prywatne samochody miały tylko osoby zajmujące wyższe stanowiska.
Reszta osób przemieszczała się autobusami albo piechotą.
Panie
przepisywały potrzebne dane dosłownie z kartki na kartkę i to po
kilka kopii. Taki to był czas. Pewnie robiłyby to nadal, ale jeden
z dyrektorów sprowadził do biura maszynę drukującą faktury.
Miała klawiaturę jak w komputerze i miejsce skąd „wylatywały”
wydrukowane faktury, czyli taki niewidoczny rodzaj drukarki.
Dwie
panie w wieku czterdzieści plus i jedna przed czterdziestką,
zatrudnione wówczas w biurze, były całkowicie, że tak powiem,
analogowe i podchodziły do niej jak do jeża. Miałam być tą,
która musiała oswoić się z tym cudeńkiem i na dobrą sprawę
zostać do niej przypisaną.
He, he, tyle że do napisania i
wydrukowania miałam dziennie średnio od siedmiu do dziesięciu
faktur. A co na resztę dnia? A no nic, podobnie zresztą jak moje
współpracownice, których głównym zajęciem było plotkowanie.
Toteż coraz częściej wzywano mnie do sekretariatu, w zastępstwie
za często nieobecną sekretarkę.
I
tak się zaczęła moja „kariera” sekretarki.
Sekretariat był
całkiem sporych rozmiarów. Dyrektorów trzech i jeden główny
księgowy. Nie wiadomo, który z nich był najważniejszy.
Podejrzewałam, że ten czwarty, bo bez jego decyzji nic nie mogło
się w zakładzie dziać.
Na początku byłam przerażona. Na
okrągło parzyłam kawy, herbaty, odbierałam telefony, przyjmowałam
z poczty pisma, wszystko skrzętnie zapisując w dzienniku podawczym.
Na szczęście od pisania pism do różnych firm była inna, jak się
potem okazało, zaufana osoba.
Dyrektorzy nagminnie podejmowali u
siebie gości, nie rzadko z lokalnego, i nie tylko, Komitetu PZPR.
Zdarzało się też, choć nie tak znowu często, że i zza granicy.
Pamiętam doskonale, że w sekretariacie były dwa czajniki
elektryczne (mało kto wtedy takie miał) i jeden zwykły, taki na
piec gazowy, który znajdował się w tak zwanej kuchni roboczej. W
owej kuchni przygotowywano kanapki albo jeszcze coś
konkretniejszego. Ale wtedy robiły je panie z innych działów, a ja
je tylko podawałam gościom. Uff! Masakra! Nie wspominam tego
dobrze, za to dobrze wspominam ówczesnych dyrektorów. Byli wobec
mnie bardzo uprzejmi i nigdy nie usłyszałam od nich żadnego złego
słowa. Nie przekraczali też, nawet nie próbowali, ustalonych przez
mnie granic.
Jeden z dyrektorów nad wyraz upodobał sobie kuchnię
roboczą. Spędzał w niej każdą przerwę na śniadanie, delektując
się jedzeniem. Dlaczego akurat tam, a nie przy biurku? Pokoju
śniadań co prawda nie było, ale nie zmienia to faktu, że kuchnia
robocza to niezbyt fajne miejsce. Na początku o tym nie wiedziałam
i któregoś dnia dosłownie wparowałam tam bez ostrzeżenia. Jakież
było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam w niej dyrektora, a przed nim
całkiem spory kopiec jedzenia. Przeprosiłam grzecznie i wyszłam.
Kilka godzin później dyrektor podszedł do mnie i powiedział:
„Droga pani, mnie tam nie było. Żona nie może się o tym
dowiedzieć. I żeby wszystko było jasne... żona nie przygotowuje
mi śniadań. Robię je sobie sam”.
Potem dowiedziałam się, że
był nie tyle strasznym łasuchem, co wręcz głodomorem. Dziwiłam
się wręcz, gdzie się to wszystko w nim mieściło, bo był
niskiego wzrostu i bardzo, bardzo szczupły. W fabryce wszyscy
wiedzieli, że gdy wchodził to kuchni roboczej, wszyscy inni mieli
do niej zakaz wejścia, ale nie ja. Nie wiedziałam.
Jak
wspomniałam na początku, matka miała dla mnie obranego już męża,
którego niechcący sama jej podsunęłam. Dążyła więc do tego,
by jak najszybciej wydać mnie za mąż. Tak więc w październiku,
jeszcze tego samego roku, niespełna cztery miesiące po maturze, pod
naciskiem matki, wstąpiłam w związek małżeński.
Od tamtej
pory wszystko się zmieniło. Mężowi nie podobało się to, że
byłam sekretarką, z zazdrości oczywiście, i zmusił mnie do
porzucenia pracy w Fabryce Kapeluszy w Skoczowie.
Już nie mama z
wujkiem, ale teraz to mąż miał dla mnie plan na życie i kolejną
pracę.
Tym razem w Bielsku - Białej, w Biurze Projektów
„Miastoprojekt”, w którym to sam dawniej pracował.
Nie
przewidział jednak, że ostatecznie znów będę tam, he, he,
sekretarką. Nie od razu jednak.
Rok 1976 zaczął się
dla mnie niezbyt przyjemnie. Nowa praca, nowe otoczenie i to
wielokrotne pytanie mnie, czy nie jestem w ciąży, i to od kadrowej
począwszy poprzez główną księgową i jeszcze kilka innych osób,
co przyprawiało mnie o zawrót głowy. Pamiętam, że kadrowa
przyjmując mnie do pracy zasugerowała wtedy, iż dobrze byłoby,
żebym przyniosła zaświadczenie od ginekologa. Świadków tej
rozmowy oczywiście nie było, niesmak jednak pozostał. W ciążę
zaszłam dokładnie półtora roku później.
Na początku chyba
nie wiedziano, w jakim umieścić mnie dziale, bo co kilka tygodni
pracowałam w innym. Tak więc były kadry, administracja, dział
techniczny, sekretariat. Nie czułam się z tym komfortowo, ale z
drugiej strony patrząc, wiele się wtedy nauczyłam. I nie chodzi tu
bynajmniej o umiejętności jedynie fizyczne, zawodowe.
Nauczyłam
się tam prawdziwego życia. Poznałam wielu ludzi, różnych
zawodów, od architektów począwszy, na instalatorach i obsłudze
administracyjne, do której i mnie zaszeregowano, skończywszy. W
wielkim skrócie pisząc, „góra spotkała się tam z nizinami”,
społecznymi oczywiście. Pracownicy, ci z tak zwanej góry, uważali
się niekiedy za nadludzi. A jeśli nawet nie, to za artystów,
którym bez względu na to, co sobą reprezentowali, należał się
podziw i wyrozumiałość w każdym temacie. Oni przecież byli kimś!
Mieli swoje wizje, niekiedy iluzoryczne, ale zawsze to jakieś wizje.
Projektowali przecież miasta i małą architekturę, w zasadzie
wszystko. To od ich wizji zależało, gdzie ma iść droga, ulica,
gdzie stanąć blok, a gdzie szkoła lub przedszkole. To od nich też
zależało czyje domy miały być pod ich wizje wyburzone, albo które
drzewa wycięte. Wszystko zależało od ich rozbujanego ego i...
Komitetu Powiatowego PZPR.
Artyści bywają specyficzni, ale do
wszystkiego można się przyzwyczaić. Z czasem nawet ich polubiłam.
Potem naśmiewałam się, że po prostu nauczyłam się instrukcji
obsługi większości z nich.
Po niemal dwuletniej tułaczce po
różnych biurach, okazało się, że moim przeznaczeniem jest...
sekretariat. Sekretarka, skądinąd bardzo fajna młoda kobieta była
singielką z małym dzieckiem, a co za tym idzie, często korzystała
z L4 lub opieki nad dzieckiem. Na zastępstwo byłam ja. A gdy
skorzystała z bezpłatnego,
rocznego
urlopu przysługującego na dziecko, stało się oczywistym, że
prędko z tego sekretariatu „nie wyjdę”.
Na szczęście tym
razem dyrektorów było tylko dwóch, i to całkiem znośnych. Chyba
ich wspominam najlepiej z całej swojej „sekretariackiej”
kariery.
Jak wcześniej wspomniałam, sama w międzyczasie
urodziłam dziecko, więc i mnie nie było najłatwiej. Też musiałam
czasem skorzystać z opieki nad dzieckiem. Nikt się jednak na mnie
wtedy nie boczył, ani nie wbijał nieprzyjemnych szpileczek.
Dyrektor naczelny zwykle reagował w ten sposób:
- No tak, matka
Polka! Niech pani idzie na to zwolnienie, ale proszę szybko wracać,
bo my tu bez pani zginiemy.
Czasem dodawał też, co było dla
mnie bardzo miłe, że przyzwyczaili się już do mnie i nie chcą tu
(w sekretariacie) widzieć nikogo innego. Kiedyś usłyszałam :
„Jest pani właściwą osobą na tym stanowisku i nie ma się do
czego przyczepić. Jest nam tu z panią dobrze”. Żeby tak jeszcze
szła za tym jakaś gratyfikacja pieniężna... ale niestety nic z
tych rzeczy.
Drugi z dyrektorów był bardzo specyficzny, ale
bynajmniej nie problematyczny. Wyjątkowo cichy, często zapominałam,
że siedzi w swoim gabinecie. Tak jakby go w ogóle nie było.
Podrywał się jedynie, gdy dzwonili z Komitetu Powiatowego PZPR.
Chyba był to dla niego ogromny stres. Był też typowym artystą,
czyli architektem ze swoją wizją świata na miarę Ameryki.
Zdarzało się, że wychodził ze swojej gawry , prosił o pół
szklanki ciepłej wody, a na odchodnym dziwił się, co ja robię w
sekretariacie. Często pytał, czy przyjechałam z Cieszyna. Tam była
filia naszego biura. Doprawdy nieraz się z tego uśmiałam. Przecież
pracowałam już w sekretariacie prawie dwa lata! Mężczyzna bywał
jednak do tego stopnia rozkojarzony, albo skupiony na swojej wizji
świata, że pewne rzeczy mu się po prostu mieszały. Przyznaję,
czasem bywało to uciążliwe. Wszystkie kolejne sekretarki, jak się
potem okazało, miały na niego sposób, w jaki się na nim
odgrywały, gdy nieco przeginał.
Gdy tylko wychodził do toalety,
która na dodatek była niedaleko sekretariatu, mniej więcej po
minucie wybiegały na korytarz i głośno go nawoływały.
-
Dyrektorze, gdzie pan jest?! Telefon z Komitetu!
Oczywiście
żadnego telefonu nie było, ale biedny Ozi, tak nazywali go
architekci, wylatywał z toalety jak z procy. Jego lęk przed
Komitetem nieraz był powodem dowcipów pracowników i chyba nawet
samego naczelnego. Jednym słowem, z Ozim było całkiem fajnie.
Co
zaś się tyczy naczelnego, też nie było na co narzekać.
Codziennie na śniadanie sekretarka musiała przynieść mu z
pobliskiego sklepu pół litra słodkiej śmietany i dwie bułki.
Dzień bez śmietany i bułek byłby dniem straconym. Tłumaczył się
chorą wątrobą i trzustką. Wiele osób próbowało uświadomić
mu, że z tą śmietaną jest dokładnie na odwrót. To ona powoduje
owe dolegliwości, ale mężczyzna do końca swoich dni uparcie trwał
przy swoim.
Tak więc w sekretariacie biura projektów miałam się
całkiem znośnie.
Nie wiem jak długo trwałaby ta sytuacja,
gdyby nie stan wojenny. Kierownictwo biura wpadło wówczas w
popłoch, podobnie jak inni ludzie. Nagle nikt nie wiedział kto jest
kim. To znaczy, kto był tajnym agentem, a kto pracował w tak zwanym
podziemiu, czyli przeciwko ówczesnej władzy. Każdy bał się
każdego. W dodatku w biurze było tak zwane tajne archiwum, w którym
znajdowały się plany całego miasta, zapewne też i schronów oraz
obiektów wojskowych. I była też Światłokopia, dział, gdzie
drukowano wszelkie plany i inne potrzebne rzeczy. A to było wówczas
na wagę złota, zwłaszcza dla wszelkiej maści opozycjonistów.
Toteż od razu po wybuchu stanu wojennego dział ten został
zamknięty i zabezpieczony plombami.
Sytuacja w kraju już
wcześniej robiła się nieciekawa. Przebąkiwano o zmianie rządu,
ale nikt głośno nie ośmielił się tego powiedzieć.
Na krótko
przed wybuchem stanu wojennego zostałam zdegradowana z sekretarki do
roli telefonistki. Nie wiedziałam dlaczego. To znaczy, teraz już
wiem (nie przyjęłam propozycji wstąpienia do PZPR), ale wtedy nie
miałam pojęcia co się dzieje. Moje miejsce zajęła tak zwana
zaufana osoba z polecenia KP PZPR, dobrze rozeznana w tym, co się
działo w kraju i na swój sposób „pilnująca”, by w biurze
wszystko działało pod jej dyktando.
To był dla mnie pewnego
rodzaju policzek. Siedziałam w maleńkiej klitce razem z portierem,
niemalże dusząc się tam z braku powietrza. Pokoik miał wymiary 2
m na 2,5 m, w tym szafa, w której znajdowały się kable
telefoniczne. Masakra! W dodatku do biura wciąż przychodzili jacyś
ludzie, interesanci czy nie, portier musiał ich wylegitymować i
ewentualnie pokierować w odpowiednie miejsce. Ciągły ruch, hałas,
wszystko to wyprowadzało mnie z równowagi.
Aż przyszedł ten
dzień – 13 grudnia 1981roku. Ogłoszenie stanu wojennego.
Nic
nie działało. Nie jeździły autobusy, pociągi, nie działała
telewizja ani telefony. Przez kilka pierwszych dni nie miałam jak
dostać się do pracy oddalonej od mojego miejsca zamieszka jakieś
17 km. A gdy już stało się to możliwe... pilnowałam nieczynnej
centrali telefonicznej. Od tamtej pory wszystko szło jak po grudzie,
żeby nie powiedzieć, po linii pochyłej.
Rok później okazało
się, że jestem w kolejnej ciąży, którą niestety poroniłam w
piątym miesiącu. Było długie L4 i brak możliwości po powrocie
do pracy na lepsze stanowisko. Długo więc tam nie wytrzymałam i
zwolniłam się sama.
Liczyłam, że znajdę inną, lepszą
pracę, ale się przeliczyłam. Pojawiły się kłopoty ze
zdrowiem.
Tymczasem mąż ubzdurał sobie, że będzie budował
dom. Jego matka uraczyła go polową ogrodu, czyli 7,3 a ziemi,
bynajmniej nie budowlanej. Od tej pory zaczęły się liczne
przepychanki, aby odrolnić teren, a potem uzyskać na nim pozwolenie
na budowę. Trwało to 2 lata. W międzyczasie cały czas chorowałam,
a także urodziłam syna.
Pierwszy materiał budowlany kupił za
pieniądze z kredytu. Kto tak robi! To samobójstwo na raty. Ale nie
w rodzinie męża, rzekomych znawców od wszystkiego. Rady swojej
rodziny traktował jak nakaz od samego Boga. To za ich radą zwolnił
się z pracy i zgłosił prywatną działalność. Od tej pory miał
budować domy. Nie tylko swój, ale w szerokim tego słowa
znaczeniu. Chciał być biznesmenem pełną gębą, zaczynając
tradycyjnie, od kolejnego kredytu, który miał posłużyć na
wypłaty dla ewentualnych zatrudnionych w przyszłości pracowników.
Banki nie wymagały jeszcze wtedy zgody żony, niestety.
Dla mnie
miał już wyznaczoną rolę. Miałam zostać jego sekretarką i
księgową w jednej osobie, bo tak przecież trzeba. W jego
mniemaniu żona powinna mu pomagać.
Czy płacił za mnie
składki na ZUS? Nie. Wynagrodzenie? Oczywiście, że nie.
Nie
chciałam się na to godzić, ale rodzina męża wywierała na mnie
tak wielką presję, że gdybym tego nie zrobiła, niemalże
wyklęliby mnie nie tylko z rodziny, ale też ze wsi.
Pierwszy
samochód kupił też za pożyczone pieniądze. Kilkunastoletni fiat
125p odtąd woził jego i pracowników na prowadzone przez niego
budowy.
Dla mnie był autobus, osławiony PKS, tudzież MZK.
Trzeba było bowiem co najmniej 2 razy w tygodniu udać się do
oddalonego o 17 km. Bielska-Białej. Tu bowiem znajdowały się
wszystkie potrzebne urzędy. Nie było jeszcze wtedy komputerów.
Sprawozdania i wszelkie rozliczenia z prowadzonej przez niego
działalności trzeba było zawozić do miasta. O ile Urząd Skarbowy
upominał się o potrzebne rozliczenia raz w miesiącu, o tyle z
ZUS-em nie było już tak prosto. I nie sam ZUS był tu problemem,
tylko mój mąż, a raczej jego cwaniactwo i chamski charakter.
Niczego nie płacił na czas, bo nie miał z czego. Pracownicy
przychodzili na dwa, trzy dni i się zwalniali lub sam ich zwalniał.
Jedni pili alkohol i nie nadawali się do pracy, inni sami
rezygnowali, nie mogąc znieść mobbingu męża.
Tym sposobem
jego prywatna sekretarka jednego dnia kogoś zgłaszała do ZUS-u i
skarbówki, a po średnio dwóch, trzech dniach znów była zmuszona
jechać do Bielska, żeby go wygłosić. Sterty umów o pracę,
tyleż samo zwolnień. Wszystko wypisane ręcznie, oczywiście na
specjalnych drukach. Były też kolejki w urzędach i mnóstwo z tego
powodu straconego czasu. Na samych urzędach się nie kończyło.
Mąż „załatwiał” kasę gdzie się dało. Z reguły na
bardzo wysoki procent. I znowu wyjazdy autobusem typu: przywieź,
oddaj, uproś o odroczenie, załatw to i owo.
Ile upokorzeń,
które musiałam znieść z tego powodu, nie jestem w stanie zliczyć.
Dodać należy, że cały czas borykałam się ze swoimi kłopotami
zdrowotnymi i wychowaniem dwójki dzieci, przy zerowej pomocy ze
strony mojej i jego rodziny.
Kiedy patrzę na to z perspektywy
minionego czasu, nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak ja to
wszystko wytrzymałam.
Pogarszający się stan zdrowia i brak
opieki nad dziećmi sprawił, że nadszedł ten czas. W końcu
powiedziałam dość!
O innej pracy, niestety, mogłam jedynie
pomarzyć. To nie był czas, gdy zatrudniano ludzi. To był czas, gdy
zwalniano ich na potęgę. Czas bankructwa wielu firm, sklepów, itd.
Jeden wielki pat!
Nie sądziłam, że nadejdzie taki czas,
a ja znów usiądę za biurkiem i będę robiła to, co w gruncie
rzeczy szczerze nienawidziłam. To był rok 1993.
Powoli
dobiegałam czterdziestki. Patowa sytuacja z licznymi bankructwami
firm trwała w najlepsze. Pracę można było zdobyć tylko po
znajomości, albo mieć cholerne szczęście. Nie miałam ani
jednego, ani drugiego, więc tułałam się po urzędach dla
bezrobotnych, bez skutku, powoli tracąc nadzieję na znalezienie
jakiejkolwiek pracy. Wszędzie pytano, ile mam lat i ile znam
języków. Po ogólniaku i w wieku około czterdziestki nikt nie
chciał nikogo zatrudniać, a cóż dopiero kobiet.
Byłam
przerażona tą sytuacja, zwłaszcza że córka uczęszczała do
liceum, z myślą, iż będzie mogła studiować. Syn niebawem miał
przystąpić do Pierwszej Komunii św., a tu oprócz długów, ani
grosza w domowym budżecie.
Któregoś dnia jednak mąż wrócił
z pracy uradowany. Właśnie udało mu się zdobyć kontrakt na
rozbudowę szkoły podstawowej w naszej wsi. Pojawiło się w
światełko w tunelu. Po czasie okazało się, że na końcu tego
tunelu sunie w naszym kierunku pociąg, który niebawem rozjedzie nas
doszczętnie. Ale po kolei.
W szkole podstawowej zmieniła się
dyrektorka. Nie wiedziałam, kto zastąpił poprzednią. Jakieś obce
nazwisko nic mi nie mówiło. Mężowi na początku też nie, ale
zorientował się, gdy po raz pierwszy ją zobaczył.
Okazała się
nią moja dalsza kuzynka, z którą od podstawówki nie miałam
kontaktu. Mieszkała w innym mieście i nie miałam pojęcia, co się
u niej działo przez te wszystkie lata. Właśnie sprowadziła się
do sąsiedniej wsi i jakimś cudem została u nas dyrektorką szkoły.
Nie była wyłoniona przez żaden konkurs. Po prostu, jak sama potem
mówiła, „została przyniesiona w teczce na czas rozbudowy
szkoły”.
Najważniejsze było to, że szukała sekretarki na
cały etat. Dotąd rolę sekretarki pełniła poprzednia dyrektorka,
głównie podczas przerw, gdyż sama uczyła w tejże
szkole.
Otrzymałam więc propozycję zatrudnienia na etacie
sekretarki. Za śmieszne pieniądze, ale w mojej sytuacji nie miałam
wyboru.
Okazało się, niestety, że już na wstępie zostałam
oszukana. Była mowa o całym etacie, a tymczasem przyjęto mnie na
pół etatu. Nikt nie uprzedził mnie wcześniej, że na drugiej
połówce do tej pory figuruje „stara” sekretarka. Dowiedziałam
się o tym, gdy już od kilku dni pracowałam. Umowę o pracę
dostałam po kilkunastu dniach od jej rozpoczęcia i nie wiedziałam,
co z tym fantem zrobić, zwłaszcza że panie nauczycielki solidarnie
opowiedziały się po stronie ówczesnej sekretarki, którą to
rzekomo wygryzłam.
Na gwałt potrzebowaliśmy pieniędzy, więc
ostatecznie umowę podpisałam. To był wielki błąd w moim życiu,
bo zaważył nie tylko na zdrowiu, ale nade wszystko na mojej
reputacji.
Szkoła się rozbudowywała, a co za tym idzie, pracy
nie było na 4 godziny, a na 8. Po jakimś czasie jednak dostałam
cały etat.
Pani dyrektor pracowała w dwóch szkołach i pełniła
ważną funkcję w Radzie Gminy. „Rozbudowywała” też szkołę,
choć się na tym kompletnie nie znała. I gdyby nie mój mąż,
który często podpowiadał jej, że jakiś dostawca, czy ktoś inny
związany z budową próbuje wpuścić ją w przysłowiowe maliny,
albo coś ugrać da siebie, na wielu sprawach pewnie by się
„przejechała”. Robił to z dobroci serca. Potem żałował, bo
wobec niego nie zachowała się jak trzeba, ale to osobny
temat.
Zanim jednak na dobre rozpoczęłam pracę, jeden z
nauczycieli tam pracujących, Krzysiek, chodził za mną krok w krok
i robił mi zdjęcia. Protestowałam, ale tylko głupkowato się
śmiał. Nie wiedziałam, czemu te zdjęcia miały służyć. Potem
ukazały się w kronice z rozbudowy szkoły i na szkolnej gazetce w
korytarzu. Na wszystkich byłam albo z miotłą do sprzątania, albo
z koszem na śmieci, albo ze ścierką. Nie widziałam tych zdjęć
wcześniej. Zobaczyłam je dopiero, gdy Kronika została już
ukończona. Było mi przykro. Zostałam na nich sprowadzona do roli
sprzątaczki, wyśmiana. Rok później zdradził mi, kto go do tego
namówił. Jedna z nauczycielek, po której bynajmniej bym się tego
nie spodziewała.
Na tym drwiny ze mnie się nie kończyły. Jak
wcześniej wspomniałam, nie było jeszcze komputerów, a jedynie
poczciwa stara maszyna do pisania. Rozkłady lekcji nauczycieli
pisało się na wielkich planszach bristolu. Na napisanie tego trzeba
było poświęcić pół dnia. Gdy tylko powiesiłam rozkład w
pokoju nauczycielskim, niemal natychmiast nazwisko jednego z
nauczycieli było zmieniane, powodując u niego złość. Kończyło
się na „ski”, więc jedna z nauczycielek wydrapywała kropkę
nad „i”, dopisując laseczkę, i wychodziło z tego „a”. O
zgrozo, to nie było tylko jeden raz! Dyrektorka wściekała się na
mnie, myśląc, że to mój błąd i kazała zmienić mi cały
rozkład lekcji. Dopiero za którymś razem w końcu uwierzyła, że
to nie może być moja wina. Stała przy mnie i patrzyła jak pisałam
kolejny rozkład. Widziała, że nie popełniłam błędu, a mimo to
kilka minut później znów pojawił się rzekomy błąd w nazwisku
tego nauczyciela. Najgorsze było to, że w świat poszło
przesłanie, iż jestem tępą kretynką, a tak w ogóle to ona
rzekomo żałowała, że zatrudniła kogoś tak
niekompetentnego.
Tyle razy byłam już sekretarką, i nie w tak
małej firmie jak ta, ale moja pracodawczyni, nie wiedzieć czemu,
wszystkie pisma pisała sama odręcznie, a potem dawała mi do
przepisywania, stojąc podczas tej pracy cały czas za moimi plecami.
Czasem coś wtrącała, co było strasznie denerwujące i
rozpraszające. Co za tym idzie, w takich chwilach nie trudno o błąd.
A to nie był przecież komputer, gdzie każdą literówkę można
szybko skasować. Na maszynie do pisania trzeba było pisać wszystko
od początku. Nauczycielki się ze mnie podśmiewały, szemrząc po
kątach, że nie umiem nawet napisać zwykłego pisma.
Była też
sytuacja, bardzo nieprzyjemna, gdy cała wieś aż huczała o tym, że
jestem rzekomą złodziejką. To też za sprawą, może nie do końca
przemyślaną, mojej dyrektorki. Przepłakałam wtedy kilka dni i
nocy.
Rozliczałam delegację do Skoczowa. Zawoziłam zasłony do
pralni. Zanim zamieszkałam w Grodźcu, mieszkałam w sąsiedniej
wsi. Gdzieś z tyłu głowy miałam zakodowane, że z mojej
rodzinnej wioski do Skoczowa jest 8 km. I tak nieopatrznie wpisałam,
zapominając o tym, że przecież z Grodźca jest 2 km mniej. Różnica
raptem 4 złotych. Dyrektorka od razu to wyłapała, i dobrze, ale
nakrzyczała na mnie, że oszukuję. Było mi strasznie przykro. Mało
tego, jej krzyki słyszały nauczycielki, co skrzętnie wykorzystały.
I znów cała wieś się o tym dowiedziała. Jedna z nauczycielek,
niejaka Halinka, od razu wypomniała mi, że chciałam oszukać
dyrektorkę. Co wchodziła do sekretariatu, niby żartem, niby nie,
głośno komentowała: „Jak mogłaś oszukać panią dyrektor!”.
Nie wiedziała, jak bardzo było mi przykro? Na pewno wiedziała.
Inne panie też wiedziały, bo gdy wchodziłam po coś do pokoju
nauczycielskiego, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności chowały
wszystko, co miały przed sobą i po prostu z niego wychodziły. Nie
powiedziałam o tym nawet mężowi. Nosiłam to w sobie zadręczając
się, bo przecież nie mogłam rzucić pracy. Nie wtedy, kiedy nie
miałam nic w zamian.
Środowisko, w którym przyszło mi pracować
było straszne. Dwie panie nauczycielki często przychodziły do
szkoły po spożyciu alkoholu. Już w drzwiach wejściowych
naśmiewały się z siebie nawzajem, zadając sobie pytanie w stylu
„Która akurat zjadła więcej pasty do zębów”, by nie
śmierdzieć alkoholem. Dyrektorka o tym wiedziała. Rodzice
przychodzili na skargę, bo dzieci widywały jedną z pań na lekcji
ewidentnie pijaną. Ale dla owych nauczycielek dyrektorka była
wyjątkowo pobłażliwa. Kiedyś powiedziała mi wprost : „Gdybym
dała im dyscyplinarkę, nikt ich już nie zatrudni, a mają 2 lata
do emerytury. Bez pełnego stażu, emerytury nie dostaną w ogóle”.
Zgadzam się z takim tłumaczeniem, ale dlaczego mnie potrafiła
gnębić za 2 km, a nad nimi stworzyła ochronkę?
Pod szczególną
ochroną u pani dyrektor były nauczycielki na urlopach wychowawczych
i pobierające na chore dzieci L4. To się chwali, byłam za. Tylko
dlaczego, kiedy mój syn zachorował, w sumie dwa razy, usłyszałam
coś takiego?
- Nie masz mamy, teściowej, opiekunki? Inni sobie
jakoś radzą. Coś sobie załatw!
Nie miałam nikogo do pomocy i
dobrze o tym wiedziała. Ona miała mamę, tatę i niezamężną
ciotkę na emeryturze, która właściwie cały czas zajmowała się
jej młodszą córką.
W dodatku za nieobecne nauczycielki trzeba
było zorganizować płatne zastępstwo. Za mnie nikt nie płacił,
gdy byłam na zwolnieniu. Po powrocie czekało mnie mnóstwo
zaległości.
Na szczególną ochronkę u pani dyrektor mogła też
liczyć jedna z pań nauczycielek, której tak ustawiano plan pracy,
by miała 1 dzień wolny w tygodniu. Rzekomo w tym dniu miała lekcje
w jednym z liceum w Bielsku. Gdy sprawa się wydała, żadnego
zatrudnienia tam nie miała, a dzień ten potrzebowała jedynie na
spotkania z przyjacielem, choć niektórzy przebąkiwali, że
chodziło raczej o kobietę. Sama nauczycielka zarzekała się, że
nic takiego nie miało miejsca, a to jedynie plotki, a dzień wolny
potrzebowała aby jeździć … na targowisko.
Kiedy sprawa się
wydała, dyrektorka dosłownie się wściekła. Tylko nie na siebie,
a nie wiedzieć czemu, między innymi na mnie. Wydało się też przy
okazji, że pan nauczyciel, ten od zdjęć, miał podobną sytuację,
akceptowaną przez szefową. Wśród grona pedagogicznego rozgorzała
nieprzyjemna dyskusja, a sama pani dyrektor „nie mogła sobie
znaleźć miejsca” w szkole. Wyżywała więc się głównie na
mnie, bo przecież byłam pod ręką.
Sytuacja w szkole zrobiła
wielce nieprzyjemna, wszyscy chodzili zestresowani, a ja szczególnie
to odczuwałam. Ze stresu nie spałam po nocach, a do pracy
przychodziłam z kołataniem serca. Wtedy też po raz pierwszy
musiałam skorzystać z pomocy kardiologa, który stwierdził
niedomykalność zastawki mitralnej, a potem aortalnej i
trójdzielnej. Zasugerował, że stres może być tego
przyczyną.
Nauczyciele nienawidzili jej z całego serca, ale na
jej widok, wszyscy mieli przyklejony, dyżurny uśmiech na twarzy.
Wiadomo, bali się o swoje stanowiska pracy.
W międzyczasie,
niejako za karę, choć nie za swoje błędy miałam posprzątać
archiwum na strychu. Było tak bardzo zakurzone, że śmiem
twierdzić, iż od kilkudziesięciu lat nikt tam nie zaglądał. W
środku archiwum pełno było zeschniętych nietoperzy i mysich
odchodów, między tym ułożone w stosy wszystkie dzienniki zbierane
tam przez lata oraz inne dokumenty.
Jakoś musiałam sobie z tym
poradzić. Pewnego rodzaju nagrodą było znalezienie cennej
kroniki/spisu z nazwiskami uczniów, która zapewne została założona
wraz z powstaniem tejże szkoły. Wynikało z tego, że miała dobre
sto lat i pisana była dziwnym niemieckim, starodawnym pismem,
przypominającym gotyk. Wspólnie z dyrektorką i ówczesnym
proboszczem próbowaliśmy rozszyfrować, co to za pismo. Nie udało
się jednak, więc dyrektorka zabrała ją do siebie do domu, bo jak
stwierdziła: „To cenny dokument i musi być pod szczególną
ochroną”. Czemu akurat u niej w domu, nie wiem. Nigdy więcej już
potem nie widziałam na oczy tego dokumentu.
Kiedyś dopadła mnie
rwa kulszowa. Nie pomagały zastrzyki. Jedna z pań, którą znałam
wyłącznie z wywiadówki u mojego syna, widząc mnie z trudem się
ruszającą, podeszła do mnie i spytała, czy nie chciałabym
skorzystać z pobliskiego sanatorium, w którym wówczas pracowała.
Akurat zaczął się turnus, a jednej z kuracjuszek zmarł mąż i
musiała wyjechać do domu. Turnus był o 3 dni krótszy, ale co tam!
Pewnie, że chciałam. Dyrektorka się zgodziła. W szkole trwał
akurat tzw. martwy sezon, więc nie było problemu. He, he, po
dziesięciu dniach pobytu w sanatorium posłała po mnie męża i
kazała wracać. Miałam do wyboru: powrót albo zwolnienie z pracy.
Wróciłam, bojąc się jednocześnie o to, że rezygnując, będę
musiała zapłacić za sanatorium z własnej kieszeni. A nie było
mnie na to stać. Na szczęście główna księgowa i zarazem kadrowa
nie zgodziła się na to. To było wbrew przepisom.
Od tamtej pory
jednak w gabinecie dyrektorki średnio 2 razy w tygodniu pojawiała
się żona owego nauczyciela, który tak natarczywie robił mi swego
czasu zdjęcia. Szybko wydało się, że dyrektorka obiecała jej
etat w szkole. A tu klops! Etatu nie ma. Nie zraziło to jednak ani
jednej, ani drugiej. Stopniowo zmniejszała mi etat, najpierw do 1/2
etatu, a potem zapowiedziała, że po nowym roku będzie to już 1/4
etatu, choć obowiązki te same, co na całym etacie. Rzekomo wina
leżała po stronie wójta, który ograniczył ten etat. Dziwne, bo
wraz z nowym rokiem owa pani na moje miejsce zatrudniona została na
cały etat.
Nie przyjęłam proponowanych mi warunków, więc
miałam prawo do zasiłku dla bezrobotnych, ale go nie otrzymałam z
powodu pomyłki w wypowiedzeniu (według dat w nim zawartych, miałam
pracować jeszcze miesiąc) i braku świadectwa pracy.
Nie
otrzymałam go od razu, ani nawet po kilku dniach. Była to czysta
złośliwość dyrektorki, bo doskonale wiedziała, że jeśli nie
dostarczę tych dokumentów do
10- ciu dni po zwolnieniu, zasiłek
przepada.
Pani w pośredniaku poradziła mi wówczas, że aby
zasiłek nie przepadł, muszę wystąpić do sądu z roszczeniem o
wydanie świadectwa pracy. Wtedy mogą mi przywrócić do niego
prawo. Nie chciałam składać skargi do sądu. Innego wyjścia
jednak nie było.
Druk zwolnienia z pracy dostałam pocztą, ale
dwa dni po wyznaczonym przez Urząd Pracy terminie. Było to celowe,
złośliwe działanie dyrektorki. Ostatecznie sąd się nie odbył,
bo uznano (w Gminnym Zespole Obsługi Szkół i Przedszkoli) wypłacić
mi pieniądze za miesiąc, (choć nie o to mi chodziło), który
miałam jeszcze pozostać na swoim stanowisku, tym samym data mojego
zwolnienia z pracy przesunęła się o miesiąc, a ja w tej sytuacji
mogłam wreszcie otrzymać zasiłek dla bezrobotnych.
Na temat
mojej pracy w szkolnym sekretariacie mogłabym pisać jeszcze długo.
Niestety, gdy dzisiaj wracam do niej myślami, nie zawaham się
stwierdzić, że była to najgorsza praca, jaką kiedykolwiek w życiu
podjęłam, a trochę tego było. Nawet w najgorszych snach nie
sądziłam, że z w środowisku nauczycieli może się tak źle
pracować.
Niektórzy z nich byli jak dzieci. Gdy któregoś z
uczniów o coś poprosiłam, zawsze grzecznie to robili. Gdy
poprosiłam o coś nauczycieli, niektórzy dziwnie pytali: „A czy
ja muszę”?, A może nie chcę”, „A po co, a na co, a
dlaczego?”, „A będę coś z tego mieć?”. No cóż, pewnie
powiedzenie „Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie wzięło
się znikąd.
Zachowanie dyrektorki to jedno, zachowanie
pedagogów, to drugie. Oba nie do przyjęcia. Ośmieliłam się tak
napisać, gdyż pracując w kilku innych miejscach, miałam doskonałe
porównanie.
Paradoksalnie ciągłe drwiny ze mnie i usiłowanie
wmówienia mi, że jestem beznadziejną sekretarką, nie potrafię
napisać zwykłego pisma, sprawiło, iż moje wewnętrzne ja za
wszelką cenę podświadomie chciało udowodnić im coś zupełnie
przeciwnego. I tak się stało.
Zaczęłam pisać. Najpierw
opowiadania do gazet, potem felietony, teksty piosenek, rymowane
bajki, a nade wszystko wiersze. Dziś mogę poszczycić się całkiem
sporym dorobkiem literackim.






