czwartek, 23 lipca 2026

SEKRETARKA

 


Zdjęcie: Pixabay
Dziś trochę prywaty.

Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. Uwierzcie mi.
Ktoś kiedyś powiedział, że sekretarka jest jak czarna skrzynka. W sytuacjach, gdy w firmie dzieje się coś niedobrego, coś się pali, wali, itd., ona jedna wie, gdzie szukać źródła i jak zgasić pożar.
To prawda. Przekonałam się o tym będąc czterokrotnie sekretarką na przestrzeni czterdziestu lat. Bynajmniej nigdy nie aspirowałam do tej roli. Tak jakoś wyszło.
Po skończeniu liceum ogólnokształcącego nosiłam się z zamiarem studiowania, najchętniej na wydziale prawa. Zawsze chciałam zostać adwokatką. Niestety, moje marzenia już to do siebie mają, że się nigdy nie spełniają.
Po maturze matka przeprowadziła ze mną stanowczą rozmowę.
- Jeśli chcesz, to sobie idź na studia, ale my ci pieniędzy nie damy, bo nie mamy – zawyrokowała stanowczym głosem, takim nieznającym sprzeciwu.
Cóż było robić. Mieszkałam w małej wsi, uczyłam się średnio, a przedmioty ścisłe bynajmniej nie były moją mocną stroną. Nawet, gdybym zdecydowała się pójść na jakiekolwiek studia, nie byłabym w stanie sama się utrzymać. Musiałabym podjąć jakąś pracę. Czułam, że nie uciągnę nauki i pracy razem. Matka też to czuła, bo w zanadrzu miała już dla mnie pracę i... męża.
- Wujek Władek załatwił ci już pracę w Fabryce Kapeluszy w Skoczowie – wypaliła jak z dwururki, nie pytając mnie bynajmniej o zdanie.
To miała być praca tak zwana umysłowa, tak się wtedy o tym mówiło, był bowiem głęboki PRL, rok 1975. Praca w dziale zbytu, czyli dzisiejszym dziale marketingu.
Nie miałam na to ochoty, nic nie szło po mojej myśli. Do wyboru miałam słuchać matki, albo wyprowadzić się z rodzinnego domu. Pytanie – dokąd? Czyli jak w/w znaleźć pracę i mieszkanie.
Nie byłam na to gotowa. Postawiona pod ścianą, wybrałam to pierwsze, czego całe życie żałowałam.
Tak więc „wylądowałam” w owej fabryce. Już od początku mi się tam nie podobało. W biurze, do którego trafiłam, zatrudnione były trzy panie, plus ja oczywiście. Nie wiem po co, bo wystarczyłyby dwie, a nawet jedna. To znaczy wiem, ale nie wiedziałam tego od razu. Nie było wówczas komputerów, kurierów, telefonów komórkowych. Prywatne samochody miały tylko osoby zajmujące wyższe stanowiska. Reszta osób przemieszczała się autobusami albo piechotą.
Panie przepisywały potrzebne dane dosłownie z kartki na kartkę i to po kilka kopii. Taki to był czas. Pewnie robiłyby to nadal, ale jeden z dyrektorów sprowadził do biura maszynę drukującą faktury. Miała klawiaturę jak w komputerze i miejsce skąd „wylatywały” wydrukowane faktury, czyli taki niewidoczny rodzaj drukarki.
Dwie panie w wieku czterdzieści plus i jedna przed czterdziestką, zatrudnione wówczas w biurze, były całkowicie, że tak powiem, analogowe i podchodziły do niej jak do jeża. Miałam być tą, która musiała oswoić się z tym cudeńkiem i na dobrą sprawę zostać do niej przypisaną.
He, he, tyle że do napisania i wydrukowania miałam dziennie średnio od siedmiu do dziesięciu faktur. A co na resztę dnia? A no nic, podobnie zresztą jak moje współpracownice, których głównym zajęciem było plotkowanie. Toteż coraz częściej wzywano mnie do sekretariatu, w zastępstwie za często nieobecną sekretarkę.

I tak się zaczęła moja „kariera” sekretarki.
Sekretariat był całkiem sporych rozmiarów. Dyrektorów trzech i jeden główny księgowy. Nie wiadomo, który z nich był najważniejszy. Podejrzewałam, że ten czwarty, bo bez jego decyzji nic nie mogło się w zakładzie dziać.
Na początku byłam przerażona. Na okrągło parzyłam kawy, herbaty, odbierałam telefony, przyjmowałam z poczty pisma, wszystko skrzętnie zapisując w dzienniku podawczym. Na szczęście od pisania pism do różnych firm była inna, jak się potem okazało, zaufana osoba.
Dyrektorzy nagminnie podejmowali u siebie gości, nie rzadko z lokalnego, i nie tylko, Komitetu PZPR. Zdarzało się też, choć nie tak znowu często, że i zza granicy. Pamiętam doskonale, że w sekretariacie były dwa czajniki elektryczne (mało kto wtedy takie miał) i jeden zwykły, taki na piec gazowy, który znajdował się w tak zwanej kuchni roboczej. W owej kuchni przygotowywano kanapki albo jeszcze coś konkretniejszego. Ale wtedy robiły je panie z innych działów, a ja je tylko podawałam gościom. Uff! Masakra! Nie wspominam tego dobrze, za to dobrze wspominam ówczesnych dyrektorów. Byli wobec mnie bardzo uprzejmi i nigdy nie usłyszałam od nich żadnego złego słowa. Nie przekraczali też, nawet nie próbowali, ustalonych przez mnie granic.
Jeden z dyrektorów nad wyraz upodobał sobie kuchnię roboczą. Spędzał w niej każdą przerwę na śniadanie, delektując się jedzeniem. Dlaczego akurat tam, a nie przy biurku? Pokoju śniadań co prawda nie było, ale nie zmienia to faktu, że kuchnia robocza to niezbyt fajne miejsce. Na początku o tym nie wiedziałam i któregoś dnia dosłownie wparowałam tam bez ostrzeżenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam w niej dyrektora, a przed nim całkiem spory kopiec jedzenia. Przeprosiłam grzecznie i wyszłam. Kilka godzin później dyrektor podszedł do mnie i powiedział: „Droga pani, mnie tam nie było. Żona nie może się o tym dowiedzieć. I żeby wszystko było jasne... żona nie przygotowuje mi śniadań. Robię je sobie sam”.
Potem dowiedziałam się, że był nie tyle strasznym łasuchem, co wręcz głodomorem. Dziwiłam się wręcz, gdzie się to wszystko w nim mieściło, bo był niskiego wzrostu i bardzo, bardzo szczupły. W fabryce wszyscy wiedzieli, że gdy wchodził to kuchni roboczej, wszyscy inni mieli do niej zakaz wejścia, ale nie ja. Nie wiedziałam.
Jak wspomniałam na początku, matka miała dla mnie obranego już męża, którego niechcący sama jej podsunęłam. Dążyła więc do tego, by jak najszybciej wydać mnie za mąż. Tak więc w październiku, jeszcze tego samego roku, niespełna cztery miesiące po maturze, pod naciskiem matki, wstąpiłam w związek małżeński.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Mężowi nie podobało się to, że byłam sekretarką, z zazdrości oczywiście, i zmusił mnie do porzucenia pracy w Fabryce Kapeluszy w Skoczowie.
Już nie mama z wujkiem, ale teraz to mąż miał dla mnie plan na życie i kolejną pracę.
Tym razem w Bielsku - Białej, w Biurze Projektów „Miastoprojekt”, w którym to sam dawniej pracował.
Nie przewidział jednak, że ostatecznie znów będę tam, he, he, sekretarką. Nie od razu jednak.


Rok 1976 zaczął się dla mnie niezbyt przyjemnie. Nowa praca, nowe otoczenie i to wielokrotne pytanie mnie, czy nie jestem w ciąży, i to od kadrowej począwszy poprzez główną księgową i jeszcze kilka innych osób, co przyprawiało mnie o zawrót głowy. Pamiętam, że kadrowa przyjmując mnie do pracy zasugerowała wtedy, iż dobrze byłoby, żebym przyniosła zaświadczenie od ginekologa. Świadków tej rozmowy oczywiście nie było, niesmak jednak pozostał. W ciążę zaszłam dokładnie półtora roku później.
Na początku chyba nie wiedziano, w jakim umieścić mnie dziale, bo co kilka tygodni pracowałam w innym. Tak więc były kadry, administracja, dział techniczny, sekretariat. Nie czułam się z tym komfortowo, ale z drugiej strony patrząc, wiele się wtedy nauczyłam. I nie chodzi tu bynajmniej o umiejętności jedynie fizyczne, zawodowe.
Nauczyłam się tam prawdziwego życia. Poznałam wielu ludzi, różnych zawodów, od architektów począwszy, na instalatorach i obsłudze administracyjne, do której i mnie zaszeregowano, skończywszy. W wielkim skrócie pisząc, „góra spotkała się tam z nizinami”, społecznymi oczywiście. Pracownicy, ci z tak zwanej góry, uważali się niekiedy za nadludzi. A jeśli nawet nie, to za artystów, którym bez względu na to, co sobą reprezentowali, należał się podziw i wyrozumiałość w każdym temacie. Oni przecież byli kimś! Mieli swoje wizje, niekiedy iluzoryczne, ale zawsze to jakieś wizje. Projektowali przecież miasta i małą architekturę, w zasadzie wszystko. To od ich wizji zależało, gdzie ma iść droga, ulica, gdzie stanąć blok, a gdzie szkoła lub przedszkole. To od nich też zależało czyje domy miały być pod ich wizje wyburzone, albo które drzewa wycięte. Wszystko zależało od ich rozbujanego ego i... Komitetu Powiatowego PZPR.
Artyści bywają specyficzni, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Z czasem nawet ich polubiłam. Potem naśmiewałam się, że po prostu nauczyłam się instrukcji obsługi większości z nich.
Po niemal dwuletniej tułaczce po różnych biurach, okazało się, że moim przeznaczeniem jest... sekretariat. Sekretarka, skądinąd bardzo fajna młoda kobieta była singielką z małym dzieckiem, a co za tym idzie, często korzystała z L4 lub opieki nad dzieckiem. Na zastępstwo byłam ja. A gdy skorzystała z bezpłatnego,

rocznego urlopu przysługującego na dziecko, stało się oczywistym, że prędko z tego sekretariatu „nie wyjdę”.
Na szczęście tym razem dyrektorów było tylko dwóch, i to całkiem znośnych. Chyba ich wspominam najlepiej z całej swojej „sekretariackiej” kariery.
Jak wcześniej wspomniałam, sama w międzyczasie urodziłam dziecko, więc i mnie nie było najłatwiej. Też musiałam czasem skorzystać z opieki nad dzieckiem. Nikt się jednak na mnie wtedy nie boczył, ani nie wbijał nieprzyjemnych szpileczek. Dyrektor naczelny zwykle reagował w ten sposób:
- No tak, matka Polka! Niech pani idzie na to zwolnienie, ale proszę szybko wracać, bo my tu bez pani zginiemy.
Czasem dodawał też, co było dla mnie bardzo miłe, że przyzwyczaili się już do mnie i nie chcą tu (w sekretariacie) widzieć nikogo innego. Kiedyś usłyszałam : „Jest pani właściwą osobą na tym stanowisku i nie ma się do czego przyczepić. Jest nam tu z panią dobrze”. Żeby tak jeszcze szła za tym jakaś gratyfikacja pieniężna... ale niestety nic z tych rzeczy.
Drugi z dyrektorów był bardzo specyficzny, ale bynajmniej nie problematyczny. Wyjątkowo cichy, często zapominałam, że siedzi w swoim gabinecie. Tak jakby go w ogóle nie było. Podrywał się jedynie, gdy dzwonili z Komitetu Powiatowego PZPR. Chyba był to dla niego ogromny stres. Był też typowym artystą, czyli architektem ze swoją wizją świata na miarę Ameryki. Zdarzało się, że wychodził ze swojej gawry , prosił o pół szklanki ciepłej wody, a na odchodnym dziwił się, co ja robię w sekretariacie. Często pytał, czy przyjechałam z Cieszyna. Tam była filia naszego biura. Doprawdy nieraz się z tego uśmiałam. Przecież pracowałam już w sekretariacie prawie dwa lata! Mężczyzna bywał jednak do tego stopnia rozkojarzony, albo skupiony na swojej wizji świata, że pewne rzeczy mu się po prostu mieszały. Przyznaję, czasem bywało to uciążliwe. Wszystkie kolejne sekretarki, jak się potem okazało, miały na niego sposób, w jaki się na nim odgrywały, gdy nieco przeginał.
Gdy tylko wychodził do toalety, która na dodatek była niedaleko sekretariatu, mniej więcej po minucie wybiegały na korytarz i głośno go nawoływały.
- Dyrektorze, gdzie pan jest?! Telefon z Komitetu!
Oczywiście żadnego telefonu nie było, ale biedny Ozi, tak nazywali go architekci, wylatywał z toalety jak z procy. Jego lęk przed Komitetem nieraz był powodem dowcipów pracowników i chyba nawet samego naczelnego. Jednym słowem, z Ozim było całkiem fajnie.
Co zaś się tyczy naczelnego, też nie było na co narzekać. Codziennie na śniadanie sekretarka musiała przynieść mu z pobliskiego sklepu pół litra słodkiej śmietany i dwie bułki. Dzień bez śmietany i bułek byłby dniem straconym. Tłumaczył się chorą wątrobą i trzustką. Wiele osób próbowało uświadomić mu, że z tą śmietaną jest dokładnie na odwrót. To ona powoduje owe dolegliwości, ale mężczyzna do końca swoich dni uparcie trwał przy swoim.
Tak więc w sekretariacie biura projektów miałam się całkiem znośnie.
Nie wiem jak długo trwałaby ta sytuacja, gdyby nie stan wojenny. Kierownictwo biura wpadło wówczas w popłoch, podobnie jak inni ludzie. Nagle nikt nie wiedział kto jest kim. To znaczy, kto był tajnym agentem, a kto pracował w tak zwanym podziemiu, czyli przeciwko ówczesnej władzy. Każdy bał się każdego. W dodatku w biurze było tak zwane tajne archiwum, w którym znajdowały się plany całego miasta, zapewne też i schronów oraz obiektów wojskowych. I była też Światłokopia, dział, gdzie drukowano wszelkie plany i inne potrzebne rzeczy. A to było wówczas na wagę złota, zwłaszcza dla wszelkiej maści opozycjonistów. Toteż od razu po wybuchu stanu wojennego dział ten został zamknięty i zabezpieczony plombami.
Sytuacja w kraju już wcześniej robiła się nieciekawa. Przebąkiwano o zmianie rządu, ale nikt głośno nie ośmielił się tego powiedzieć.
Na krótko przed wybuchem stanu wojennego zostałam zdegradowana z sekretarki do roli telefonistki. Nie wiedziałam dlaczego. To znaczy, teraz już wiem (nie przyjęłam propozycji wstąpienia do PZPR), ale wtedy nie miałam pojęcia co się dzieje. Moje miejsce zajęła tak zwana zaufana osoba z polecenia KP PZPR, dobrze rozeznana w tym, co się działo w kraju i na swój sposób „pilnująca”, by w biurze wszystko działało pod jej dyktando.
To był dla mnie pewnego rodzaju policzek. Siedziałam w maleńkiej klitce razem z portierem, niemalże dusząc się tam z braku powietrza. Pokoik miał wymiary 2 m na 2,5 m, w tym szafa, w której znajdowały się kable telefoniczne. Masakra! W dodatku do biura wciąż przychodzili jacyś ludzie, interesanci czy nie, portier musiał ich wylegitymować i ewentualnie pokierować w odpowiednie miejsce. Ciągły ruch, hałas, wszystko to wyprowadzało mnie z równowagi.
Aż przyszedł ten dzień – 13 grudnia 1981roku. Ogłoszenie stanu wojennego.
Nic nie działało. Nie jeździły autobusy, pociągi, nie działała telewizja ani telefony. Przez kilka pierwszych dni nie miałam jak dostać się do pracy oddalonej od mojego miejsca zamieszka jakieś 17 km. A gdy już stało się to możliwe... pilnowałam nieczynnej centrali telefonicznej. Od tamtej pory wszystko szło jak po grudzie, żeby nie powiedzieć, po linii pochyłej.
Rok później okazało się, że jestem w kolejnej ciąży, którą niestety poroniłam w piątym miesiącu. Było długie L4 i brak możliwości po powrocie do pracy na lepsze stanowisko. Długo więc tam nie wytrzymałam i zwolniłam się sama.
Liczyłam, że znajdę inną, lepszą pracę, ale się przeliczyłam. Pojawiły się kłopoty ze zdrowiem.

Tymczasem mąż ubzdurał sobie, że będzie budował dom. Jego matka uraczyła go polową ogrodu, czyli 7,3 a ziemi, bynajmniej nie budowlanej. Od tej pory zaczęły się liczne przepychanki, aby odrolnić teren, a potem uzyskać na nim pozwolenie na budowę. Trwało to 2 lata. W międzyczasie cały czas chorowałam, a także urodziłam syna.
Pierwszy materiał budowlany kupił za pieniądze z kredytu. Kto tak robi! To samobójstwo na raty. Ale nie w rodzinie męża, rzekomych znawców od wszystkiego. Rady swojej rodziny traktował jak nakaz od samego Boga. To za ich radą zwolnił się z pracy i zgłosił prywatną działalność. Od tej pory miał budować domy. Nie tylko swój, ale w szerokim tego słowa znaczeniu. Chciał być biznesmenem pełną gębą, zaczynając tradycyjnie, od kolejnego kredytu, który miał posłużyć na wypłaty dla ewentualnych zatrudnionych w przyszłości pracowników. Banki nie wymagały jeszcze wtedy zgody żony, niestety.
Dla mnie miał już wyznaczoną rolę. Miałam zostać jego sekretarką i księgową w jednej osobie, bo tak przecież trzeba. W jego mniemaniu żona powinna mu pomagać.
Czy płacił za mnie składki na ZUS? Nie. Wynagrodzenie? Oczywiście, że nie.
Nie chciałam się na to godzić, ale rodzina męża wywierała na mnie tak wielką presję, że gdybym tego nie zrobiła, niemalże wyklęliby mnie nie tylko z rodziny, ale też ze wsi.
Pierwszy samochód kupił też za pożyczone pieniądze. Kilkunastoletni fiat 125p odtąd woził jego i pracowników na prowadzone przez niego budowy.
Dla mnie był autobus, osławiony PKS, tudzież MZK. Trzeba było bowiem co najmniej 2 razy w tygodniu udać się do oddalonego o 17 km. Bielska-Białej. Tu bowiem znajdowały się wszystkie potrzebne urzędy. Nie było jeszcze wtedy komputerów. Sprawozdania i wszelkie rozliczenia z prowadzonej przez niego działalności trzeba było zawozić do miasta. O ile Urząd Skarbowy upominał się o potrzebne rozliczenia raz w miesiącu, o tyle z ZUS-em nie było już tak prosto. I nie sam ZUS był tu problemem, tylko mój mąż, a raczej jego cwaniactwo i chamski charakter. Niczego nie płacił na czas, bo nie miał z czego. Pracownicy przychodzili na dwa, trzy dni i się zwalniali lub sam ich zwalniał. Jedni pili alkohol i nie nadawali się do pracy, inni sami rezygnowali, nie mogąc znieść mobbingu męża.
Tym sposobem jego prywatna sekretarka jednego dnia kogoś zgłaszała do ZUS-u i skarbówki, a po średnio dwóch, trzech dniach znów była zmuszona jechać do Bielska, żeby go wygłosić. Sterty umów o pracę, tyleż samo zwolnień. Wszystko wypisane ręcznie, oczywiście na specjalnych drukach. Były też kolejki w urzędach i mnóstwo z tego powodu straconego czasu. Na samych urzędach się nie kończyło.
Mąż „załatwiał” kasę gdzie się dało. Z reguły na bardzo wysoki procent. I znowu wyjazdy autobusem typu: przywieź, oddaj, uproś o odroczenie, załatw to i owo.
Ile upokorzeń, które musiałam znieść z tego powodu, nie jestem w stanie zliczyć. Dodać należy, że cały czas borykałam się ze swoimi kłopotami zdrowotnymi i wychowaniem dwójki dzieci, przy zerowej pomocy ze strony mojej i jego rodziny.
Kiedy patrzę na to z perspektywy minionego czasu, nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak ja to wszystko wytrzymałam.
Pogarszający się stan zdrowia i brak opieki nad dziećmi sprawił, że nadszedł ten czas. W końcu powiedziałam dość!
O innej pracy, niestety, mogłam jedynie pomarzyć. To nie był czas, gdy zatrudniano ludzi. To był czas, gdy zwalniano ich na potęgę. Czas bankructwa wielu firm, sklepów, itd. Jeden wielki pat!

Nie sądziłam, że nadejdzie taki czas, a ja znów usiądę za biurkiem i będę robiła to, co w gruncie rzeczy szczerze nienawidziłam. To był rok 1993.
Powoli dobiegałam czterdziestki. Patowa sytuacja z licznymi bankructwami firm trwała w najlepsze. Pracę można było zdobyć tylko po znajomości, albo mieć cholerne szczęście. Nie miałam ani jednego, ani drugiego, więc tułałam się po urzędach dla bezrobotnych, bez skutku, powoli tracąc nadzieję na znalezienie jakiejkolwiek pracy. Wszędzie pytano, ile mam lat i ile znam języków. Po ogólniaku i w wieku około czterdziestki nikt nie chciał nikogo zatrudniać, a cóż dopiero kobiet.

Byłam przerażona tą sytuacja, zwłaszcza że córka uczęszczała do liceum, z myślą, iż będzie mogła studiować. Syn niebawem miał przystąpić do Pierwszej Komunii św., a tu oprócz długów, ani grosza w domowym budżecie.
Któregoś dnia jednak mąż wrócił z pracy uradowany. Właśnie udało mu się zdobyć kontrakt na rozbudowę szkoły podstawowej w naszej wsi. Pojawiło się w światełko w tunelu. Po czasie okazało się, że na końcu tego tunelu sunie w naszym kierunku pociąg, który niebawem rozjedzie nas doszczętnie. Ale po kolei.
W szkole podstawowej zmieniła się dyrektorka. Nie wiedziałam, kto zastąpił poprzednią. Jakieś obce nazwisko nic mi nie mówiło. Mężowi na początku też nie, ale zorientował się, gdy po raz pierwszy ją zobaczył.
Okazała się nią moja dalsza kuzynka, z którą od podstawówki nie miałam kontaktu. Mieszkała w innym mieście i nie miałam pojęcia, co się u niej działo przez te wszystkie lata. Właśnie sprowadziła się do sąsiedniej wsi i jakimś cudem została u nas dyrektorką szkoły. Nie była wyłoniona przez żaden konkurs. Po prostu, jak sama potem mówiła, „została przyniesiona w teczce na czas rozbudowy szkoły”.
Najważniejsze było to, że szukała sekretarki na cały etat. Dotąd rolę sekretarki pełniła poprzednia dyrektorka, głównie podczas przerw, gdyż sama uczyła w tejże szkole.
Otrzymałam więc propozycję zatrudnienia na etacie sekretarki. Za śmieszne pieniądze, ale w mojej sytuacji nie miałam wyboru.
Okazało się, niestety, że już na wstępie zostałam oszukana. Była mowa o całym etacie, a tymczasem przyjęto mnie na pół etatu. Nikt nie uprzedził mnie wcześniej, że na drugiej połówce do tej pory figuruje „stara” sekretarka. Dowiedziałam się o tym, gdy już od kilku dni pracowałam. Umowę o pracę dostałam po kilkunastu dniach od jej rozpoczęcia i nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić, zwłaszcza że panie nauczycielki solidarnie opowiedziały się po stronie ówczesnej sekretarki, którą to rzekomo wygryzłam.
Na gwałt potrzebowaliśmy pieniędzy, więc ostatecznie umowę podpisałam. To był wielki błąd w moim życiu, bo zaważył nie tylko na zdrowiu, ale nade wszystko na mojej reputacji.
Szkoła się rozbudowywała, a co za tym idzie, pracy nie było na 4 godziny, a na 8. Po jakimś czasie jednak dostałam cały etat.
Pani dyrektor pracowała w dwóch szkołach i pełniła ważną funkcję w Radzie Gminy. „Rozbudowywała” też szkołę, choć się na tym kompletnie nie znała. I gdyby nie mój mąż, który często podpowiadał jej, że jakiś dostawca, czy ktoś inny związany z budową próbuje wpuścić ją w przysłowiowe maliny, albo coś ugrać da siebie, na wielu sprawach pewnie by się „przejechała”. Robił to z dobroci serca. Potem żałował, bo wobec niego nie zachowała się jak trzeba, ale to osobny temat.
Zanim jednak na dobre rozpoczęłam pracę, jeden z nauczycieli tam pracujących, Krzysiek, chodził za mną krok w krok i robił mi zdjęcia. Protestowałam, ale tylko głupkowato się śmiał. Nie wiedziałam, czemu te zdjęcia miały służyć. Potem ukazały się w kronice z rozbudowy szkoły i na szkolnej gazetce w korytarzu. Na wszystkich byłam albo z miotłą do sprzątania, albo z koszem na śmieci, albo ze ścierką. Nie widziałam tych zdjęć wcześniej. Zobaczyłam je dopiero, gdy Kronika została już ukończona. Było mi przykro. Zostałam na nich sprowadzona do roli sprzątaczki, wyśmiana. Rok później zdradził mi, kto go do tego namówił. Jedna z nauczycielek, po której bynajmniej bym się tego nie spodziewała.
Na tym drwiny ze mnie się nie kończyły. Jak wcześniej wspomniałam, nie było jeszcze komputerów, a jedynie poczciwa stara maszyna do pisania. Rozkłady lekcji nauczycieli pisało się na wielkich planszach bristolu. Na napisanie tego trzeba było poświęcić pół dnia. Gdy tylko powiesiłam rozkład w pokoju nauczycielskim, niemal natychmiast nazwisko jednego z nauczycieli było zmieniane, powodując u niego złość. Kończyło się na „ski”, więc jedna z nauczycielek wydrapywała kropkę nad „i”, dopisując laseczkę, i wychodziło z tego „a”. O zgrozo, to nie było tylko jeden raz! Dyrektorka wściekała się na mnie, myśląc, że to mój błąd i kazała zmienić mi cały rozkład lekcji. Dopiero za którymś razem w końcu uwierzyła, że to nie może być moja wina. Stała przy mnie i patrzyła jak pisałam kolejny rozkład. Widziała, że nie popełniłam błędu, a mimo to kilka minut później znów pojawił się rzekomy błąd w nazwisku tego nauczyciela. Najgorsze było to, że w świat poszło przesłanie, iż jestem tępą kretynką, a tak w ogóle to ona rzekomo żałowała, że zatrudniła kogoś tak niekompetentnego.
Tyle razy byłam już sekretarką, i nie w tak małej firmie jak ta, ale moja pracodawczyni, nie wiedzieć czemu, wszystkie pisma pisała sama odręcznie, a potem dawała mi do przepisywania, stojąc podczas tej pracy cały czas za moimi plecami. Czasem coś wtrącała, co było strasznie denerwujące i rozpraszające. Co za tym idzie, w takich chwilach nie trudno o błąd. A to nie był przecież komputer, gdzie każdą literówkę można szybko skasować. Na maszynie do pisania trzeba było pisać wszystko od początku. Nauczycielki się ze mnie podśmiewały, szemrząc po kątach, że nie umiem nawet napisać zwykłego pisma.
Była też sytuacja, bardzo nieprzyjemna, gdy cała wieś aż huczała o tym, że jestem rzekomą złodziejką. To też za sprawą, może nie do końca przemyślaną, mojej dyrektorki. Przepłakałam wtedy kilka dni i nocy.
Rozliczałam delegację do Skoczowa. Zawoziłam zasłony do pralni. Zanim zamieszkałam w Grodźcu, mieszkałam w sąsiedniej wsi. Gdzieś z tyłu głowy miałam zakodowane, że z mojej rodzinnej wioski do Skoczowa jest 8 km. I tak nieopatrznie wpisałam, zapominając o tym, że przecież z Grodźca jest 2 km mniej. Różnica raptem 4 złotych. Dyrektorka od razu to wyłapała, i dobrze, ale nakrzyczała na mnie, że oszukuję. Było mi strasznie przykro. Mało tego, jej krzyki słyszały nauczycielki, co skrzętnie wykorzystały. I znów cała wieś się o tym dowiedziała. Jedna z nauczycielek, niejaka Halinka, od razu wypomniała mi, że chciałam oszukać dyrektorkę. Co wchodziła do sekretariatu, niby żartem, niby nie, głośno komentowała: „Jak mogłaś oszukać panią dyrektor!”. Nie wiedziała, jak bardzo było mi przykro? Na pewno wiedziała. Inne panie też wiedziały, bo gdy wchodziłam po coś do pokoju nauczycielskiego, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności chowały wszystko, co miały przed sobą i po prostu z niego wychodziły. Nie powiedziałam o tym nawet mężowi. Nosiłam to w sobie zadręczając się, bo przecież nie mogłam rzucić pracy. Nie wtedy, kiedy nie miałam nic w zamian.
Środowisko, w którym przyszło mi pracować było straszne. Dwie panie nauczycielki często przychodziły do szkoły po spożyciu alkoholu. Już w drzwiach wejściowych naśmiewały się z siebie nawzajem, zadając sobie pytanie w stylu „Która akurat zjadła więcej pasty do zębów”, by nie śmierdzieć alkoholem. Dyrektorka o tym wiedziała. Rodzice przychodzili na skargę, bo dzieci widywały jedną z pań na lekcji ewidentnie pijaną. Ale dla owych nauczycielek dyrektorka była wyjątkowo pobłażliwa. Kiedyś powiedziała mi wprost : „Gdybym dała im dyscyplinarkę, nikt ich już nie zatrudni, a mają 2 lata do emerytury. Bez pełnego stażu, emerytury nie dostaną w ogóle”. Zgadzam się z takim tłumaczeniem, ale dlaczego mnie potrafiła gnębić za 2 km, a nad nimi stworzyła ochronkę?
Pod szczególną ochroną u pani dyrektor były nauczycielki na urlopach wychowawczych i pobierające na chore dzieci L4. To się chwali, byłam za. Tylko dlaczego, kiedy mój syn zachorował, w sumie dwa razy, usłyszałam coś takiego?
- Nie masz mamy, teściowej, opiekunki? Inni sobie jakoś radzą. Coś sobie załatw!
Nie miałam nikogo do pomocy i dobrze o tym wiedziała. Ona miała mamę, tatę i niezamężną ciotkę na emeryturze, która właściwie cały czas zajmowała się jej młodszą córką.
W dodatku za nieobecne nauczycielki trzeba było zorganizować płatne zastępstwo. Za mnie nikt nie płacił, gdy byłam na zwolnieniu. Po powrocie czekało mnie mnóstwo zaległości.
Na szczególną ochronkę u pani dyrektor mogła też liczyć jedna z pań nauczycielek, której tak ustawiano plan pracy, by miała 1 dzień wolny w tygodniu. Rzekomo w tym dniu miała lekcje w jednym z liceum w Bielsku. Gdy sprawa się wydała, żadnego zatrudnienia tam nie miała, a dzień ten potrzebowała jedynie na spotkania z przyjacielem, choć niektórzy przebąkiwali, że chodziło raczej o kobietę. Sama nauczycielka zarzekała się, że nic takiego nie miało miejsca, a to jedynie plotki, a dzień wolny potrzebowała aby jeździć … na targowisko.
Kiedy sprawa się wydała, dyrektorka dosłownie się wściekła. Tylko nie na siebie, a nie wiedzieć czemu, między innymi na mnie. Wydało się też przy okazji, że pan nauczyciel, ten od zdjęć, miał podobną sytuację, akceptowaną przez szefową. Wśród grona pedagogicznego rozgorzała nieprzyjemna dyskusja, a sama pani dyrektor „nie mogła sobie znaleźć miejsca” w szkole. Wyżywała więc się głównie na mnie, bo przecież byłam pod ręką.
Sytuacja w szkole zrobiła wielce nieprzyjemna, wszyscy chodzili zestresowani, a ja szczególnie to odczuwałam. Ze stresu nie spałam po nocach, a do pracy przychodziłam z kołataniem serca. Wtedy też po raz pierwszy musiałam skorzystać z pomocy kardiologa, który stwierdził niedomykalność zastawki mitralnej, a potem aortalnej i trójdzielnej. Zasugerował, że stres może być tego przyczyną.
Nauczyciele nienawidzili jej z całego serca, ale na jej widok, wszyscy mieli przyklejony, dyżurny uśmiech na twarzy. Wiadomo, bali się o swoje stanowiska pracy.
W międzyczasie, niejako za karę, choć nie za swoje błędy miałam posprzątać archiwum na strychu. Było tak bardzo zakurzone, że śmiem twierdzić, iż od kilkudziesięciu lat nikt tam nie zaglądał. W środku archiwum pełno było zeschniętych nietoperzy i mysich odchodów, między tym ułożone w stosy wszystkie dzienniki zbierane tam przez lata oraz inne dokumenty.
Jakoś musiałam sobie z tym poradzić. Pewnego rodzaju nagrodą było znalezienie cennej kroniki/spisu z nazwiskami uczniów, która zapewne została założona wraz z powstaniem tejże szkoły. Wynikało z tego, że miała dobre sto lat i pisana była dziwnym niemieckim, starodawnym pismem, przypominającym gotyk. Wspólnie z dyrektorką i ówczesnym proboszczem próbowaliśmy rozszyfrować, co to za pismo. Nie udało się jednak, więc dyrektorka zabrała ją do siebie do domu, bo jak stwierdziła: „To cenny dokument i musi być pod szczególną ochroną”. Czemu akurat u niej w domu, nie wiem. Nigdy więcej już potem nie widziałam na oczy tego dokumentu.
Kiedyś dopadła mnie rwa kulszowa. Nie pomagały zastrzyki. Jedna z pań, którą znałam wyłącznie z wywiadówki u mojego syna, widząc mnie z trudem się ruszającą, podeszła do mnie i spytała, czy nie chciałabym skorzystać z pobliskiego sanatorium, w którym wówczas pracowała. Akurat zaczął się turnus, a jednej z kuracjuszek zmarł mąż i musiała wyjechać do domu. Turnus był o 3 dni krótszy, ale co tam! Pewnie, że chciałam. Dyrektorka się zgodziła. W szkole trwał akurat tzw. martwy sezon, więc nie było problemu. He, he, po dziesięciu dniach pobytu w sanatorium posłała po mnie męża i kazała wracać. Miałam do wyboru: powrót albo zwolnienie z pracy. Wróciłam, bojąc się jednocześnie o to, że rezygnując, będę musiała zapłacić za sanatorium z własnej kieszeni. A nie było mnie na to stać. Na szczęście główna księgowa i zarazem kadrowa nie zgodziła się na to. To było wbrew przepisom.
Od tamtej pory jednak w gabinecie dyrektorki średnio 2 razy w tygodniu pojawiała się żona owego nauczyciela, który tak natarczywie robił mi swego czasu zdjęcia. Szybko wydało się, że dyrektorka obiecała jej etat w szkole. A tu klops! Etatu nie ma. Nie zraziło to jednak ani jednej, ani drugiej. Stopniowo zmniejszała mi etat, najpierw do 1/2 etatu, a potem zapowiedziała, że po nowym roku będzie to już 1/4 etatu, choć obowiązki te same, co na całym etacie. Rzekomo wina leżała po stronie wójta, który ograniczył ten etat. Dziwne, bo wraz z nowym rokiem owa pani na moje miejsce zatrudniona została na cały etat.
Nie przyjęłam proponowanych mi warunków, więc miałam prawo do zasiłku dla bezrobotnych, ale go nie otrzymałam z powodu pomyłki w wypowiedzeniu (według dat w nim zawartych, miałam pracować jeszcze miesiąc) i braku świadectwa pracy.
Nie otrzymałam go od razu, ani nawet po kilku dniach. Była to czysta złośliwość dyrektorki, bo doskonale wiedziała, że jeśli nie dostarczę tych dokumentów do
10- ciu dni po zwolnieniu, zasiłek przepada.
Pani w pośredniaku poradziła mi wówczas, że aby zasiłek nie przepadł, muszę wystąpić do sądu z roszczeniem o wydanie świadectwa pracy. Wtedy mogą mi przywrócić do niego prawo. Nie chciałam składać skargi do sądu. Innego wyjścia jednak nie było.
Druk zwolnienia z pracy dostałam pocztą, ale dwa dni po wyznaczonym przez Urząd Pracy terminie. Było to celowe, złośliwe działanie dyrektorki. Ostatecznie sąd się nie odbył, bo uznano (w Gminnym Zespole Obsługi Szkół i Przedszkoli) wypłacić mi pieniądze za miesiąc, (choć nie o to mi chodziło), który miałam jeszcze pozostać na swoim stanowisku, tym samym data mojego zwolnienia z pracy przesunęła się o miesiąc, a ja w tej sytuacji mogłam wreszcie otrzymać zasiłek dla bezrobotnych.

Na temat mojej pracy w szkolnym sekretariacie mogłabym pisać jeszcze długo. Niestety, gdy dzisiaj wracam do niej myślami, nie zawaham się stwierdzić, że była to najgorsza praca, jaką kiedykolwiek w życiu podjęłam, a trochę tego było. Nawet w najgorszych snach nie sądziłam, że z w środowisku nauczycieli może się tak źle pracować.
Niektórzy z nich byli jak dzieci. Gdy któregoś z uczniów o coś poprosiłam, zawsze grzecznie to robili. Gdy poprosiłam o coś nauczycieli, niektórzy dziwnie pytali: „A czy ja muszę”?, A może nie chcę”, „A po co, a na co, a dlaczego?”, „A będę coś z tego mieć?”. No cóż, pewnie powiedzenie „Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie wzięło się znikąd.
Zachowanie dyrektorki to jedno, zachowanie pedagogów, to drugie. Oba nie do przyjęcia. Ośmieliłam się tak napisać, gdyż pracując w kilku innych miejscach, miałam doskonałe porównanie.
Paradoksalnie ciągłe drwiny ze mnie i usiłowanie wmówienia mi, że jestem beznadziejną sekretarką, nie potrafię napisać zwykłego pisma, sprawiło, iż moje wewnętrzne ja za wszelką cenę podświadomie chciało udowodnić im coś zupełnie przeciwnego. I tak się stało.

Zaczęłam pisać. Najpierw opowiadania do gazet, potem felietony, teksty piosenek, rymowane bajki, a nade wszystko wiersze. Dziś mogę poszczycić się całkiem sporym dorobkiem literackim.

środa, 3 czerwca 2026

DO BOJU, PANIE I PANOWIE

 





zdjęcie: Pixabay

Podobno cel uświęca środki. Wystarczy wbić przysłowiowy kij w mrowisko.
Przedtem koniecznie trzeba znaleźć sobie temat, po którym część osób poczuje się na swój sposób uradowana, a druga część, odwrotnie, wkurzona.
Dobry temat generuje zasięgi. Tylko, co to znaczy dobry temat? Dla każdego coś innego. Ale generalnie jest jeden pewny kierunek, w którym należałoby się poruszać, he, he, a który zawiedzie nas na szczyty wiedzy i niewiedzy.
A mianowicie: Należy zadać sobie pytanie: Kogo by tu odwołać (czytaj uwalić) z pełnionej przez niego funkcji. I często nie ma to większego znaczenia, jakie stanowisko ten ktoś zajmuje, od prezydenta po sołtysa. Byle coś się działo. Byle było zainteresowanie.
W dobie telefonii komórkowej i Internetu wieści rozchodzą się błyskawicznie. A co za tym idzie, błyskawicznie można kogoś postawić pod ścianą, obrzucić błotem, które raz przyklejone do człowieka, bardzo trudno oczyścić. Zostaje na lata. I co najważniejsze, trudno potem temu komuś udowodnić przed światem swoją niewinność, przekonać, że nie jest się przysłowiowym wielbłądem.

Jakimś dziwnym trafem od wywoływania do tablicy są zawsze jedne i te same osoby.
Ich nazwiska z reguły znają wszyscy w okolicy. Z tegoż bowiem zasłynęli.
Panie i panowie od wbijania kija w mrowisko. Aż dziw, że jeszcze do tej pory nie znalazło się w języku polskim specjalne słowo (cenzuralne oczywiście), które by dostatecznie odzwierciedlało ich poczynania. A może jest, tylko ja jeszcze go nie poznałam?
Osoby te mają jedną wspólną cechę. Rozpętują burzę, po czym najczęściej bez ponoszenia konsekwencji, umykają z miejsca zdarzenia, udając pokornych baranków, „obrońców” ludzi, którym dzieje się (czasem rzekoma) krzywda.
Na ludziach się nie kończy. Są jeszcze przecież drzewa, zwierzęta, czyste lub nie powietrze. Długo by wymieniać.
„Mrowisko” żyje potem swoim życiem, ale pań i panów od wbijania kija, a właściwie należałoby powiedzieć, od skłócania ludzi, już to nie obchodzi.

W każdym razie, żyją wśród nas takie osobniki i choć nikt nie podaje im już ręki, nie zaprasza do siebie na herbatę, większość osób na ich widok odwraca głowę, oni dzielnie trwają na posterunku i nie mają zamiaru zboczyć z raz obranej drogi.

Wydaje im się, że dzięki swojemu niechlubnemu zachowaniu są panami świata. A przynajmniej okolicy. Wybujałe ego, narcyzm, wrodzona złośliwość. A może po prostu zwykła chamowatość? Już nie wiem, co gorsze.

Sama ostatnio napotkałam na swojej drodze dwie panie i jednego pana, których zachowanie przedstawia wiele do życzenia, właśnie w tym temacie. I choć ich ataki nie dotyczą mnie osobiście, naprawdę nie wiadomo, jak sobie radzić z takimi ludźmi. Nie reagować? Nie zniżać się do ich poziomu? Teoretycznie tak, ale wtedy zostaje się bez szansy na jakąkolwiek obronę.
Brak możliwości obrony to słabość, skrzętnie wykorzystywana przez niecnych ludzi do jeszcze większych ataków. Do formułowania kolejnych wyssanych z palca zarzutów. I tak koło się zamyka, a właściwie nie zamyka.

Wątpliwej maści celebryci rozszerzają coraz to nowe kręgi zainteresowanych osób. Zawsze to jakaś droga do osiągnięcia wyznaczonego przez nich celu.
A celem może być na przykład kandydowanie w następnej kadencji na radnego, wójta, posła, itd.
Co tam gminne wieści – opowieści. Jest jeszcze przecież radio i telewizja. Tu można zaistnieć, zasłynąć, pokazać się w całej okazałości, zareklamować.
Ale przedtem musi zwolnić się stanowisko...

piątek, 8 maja 2026

ALEJA KASZTANOWA

 




Zdjęcie: Pixabay

W całej okolicy nie było nic równie pięknego – tak niegdyś pani Maria relacjonowała mi swoją opowieść o Alei Kasztanowej w Grodźcu .
Pani Maria od kilkunastu lat już nie żyje, ale jej słowa ciągle tkwią w mojej głowie.
Oczami wyobraźni próbowałam czasami wrócić do lat świetności owych, podobno, 150 kasztanowców, posadzonych przed wielu laty wzdłuż drogi do Bielowicka i w drugą stronę, koło drogi prowadzącej do dzielnicy Grodźca – Zagóry.
W maju musiało wyglądać to baśniowo, zwłaszcza, że przed stu laty pobudowane były tu nieliczne domy.
Nie to, co teraz. Są ich dziesiątki, a ogromnej wielkości stare kasztanowce niemal siłą wciskają się w ich otoczenie. To już całkiem inny krajobraz...

Wracając jednak do opowieści pani Marii, równie dobrze aleję kasztanowców można było wówczas (za jej czasów) nazwać Aleją Zakochanych. Tam bowiem umawiał się na spotkania niemal każdy, kto zapałał uczuciem do drugiej osoby i poczuł słynne motyle w brzuchu.
O tym, że było to ulubione miejsce zakochanych wiedziałam także od innych osób. Potwierdziła to, nieco młodsza od pani Marii, pani Krystyna i pani Stanisława, obie mieszkanki Grodźca, a także pan Edmund, który ponoć pod jednym z obsypanych kwieciem kasztanów oświadczył się swojej przyszłej małżonce.
Podobno także Aleja Kasztanowa była obowiązkowym punktem wycieczek po okolicy.
Aż do momentu, gdy wybuchła, najpierw pierwsza, a potem druga wojna światowa.
Pani Maria obie przeżyła. Kasztanowce na szczęście też.
Jednakże wszystko ma swój czas...

Moje pierwsze zetknięcie się z osławioną aleją nie było miłe.
O tym, że w Grodźcu jest taka aleja, dowiedziałam się będąc w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego w Bielsku - B. Nie byłam jeszcze wówczas mieszkanką Grodźca, ale w międzyczasie poznałam koleżankę, która uczęszczała do równoległej klasy tego samego liceum i mieszkała w Grodźcu, moją imienniczkę, Renię B.
Renia za wszelką cenę chciała mi ją pokazać, a ja nie miałam nic przeciwko temu.
Umówiłyśmy się więc na spacer w pewne majowe, niedzielne popołudnie.
Autobusem PKS, słynnym ogórkiem, dostałam się do Grodźca i wysiadłam na przystanku, tak jak kazała koleżanka, Grodziec Skrzyżowanie. Był rok 1972. Nie było tam jeszcze żadnej wiaty ani nawet ławeczki. Tylko betonowy pal, na wierzchu którego przymocowany był żółty znak pekaesu.
Niestety, Renia na spotkaniu się nie pojawiła. Jak się potem okazało, rzekomo o nim zapomniała. Nie znałam okolicy, ani nie wiedziałam, gdzie mieszka koleżanka. Autobusy PKS-u w niedzielę kursowały średnio co dwie godziny. Jak się łatwo domyślić, nie miałam co z sobą począć, więc ruszyłam w kierunku Bielowicka, decydując się na samotne oglądanie tego cuda, o którym tak rozprawiała Renia.
Przyznam, w jej przechwalankach było sporo prawdy. Kasztany mnie zauroczyły. Do tego stopnia, że zawędrowałam niemal w okolice dworca kolejowego. Czyli całkiem spory szmat drogi. Idąc, podziwiałam przepiękne kwiatostany, nie oglądając się za siebie. Toteż nie zauważyłam, że za mną podąża ciemna, burzowa chmura. Kiedy się zorientowałam, że zaraz mogę mieć kłopoty, było już za późno. Nagły odwrót niewiele dał. Do przystanku dotarłam kompletnie mokra, a odgłosy burzy powodowały we mnie potworny strach. Gdzie niby miałam się przed nią schronić? Przecież nie pod drzewem!
W duszy więc przeklinałam całą aleję kasztanowców, tudzież moją koleżankę, a na koniec jeszcze kierowocę autobusu, który tak przemokniętej osoby jak ja nie chciał wpuścić do autobusu, którym chciałam udać się z powrotem do domu. Krzyczał, że zmoczę mu siedzenie.
O Alei Kasztanowej starałam się zapomnieć na długie lata. Ale los czasem płata nam figla. Kilka lat później wyszłam za mąż za kolegę z Grodźca i tu przyszło nam zamieszkać.

Mijały lata, postarzeliśmy się, kasztanowce również. Sporo z nich wycięto podczas budowy nowej drogi. Część z nich umarła śmiercią naturalną, z niektórymi rozprawił się wiatr. Z czasem stawały się coraz mniej atrakcyjne. Grube, zniekształcone, zniszczone przez naturalnego wroga, s
zrotówka kasztanowiaczka, czy jak go tam zwał, który niszczył je całymi latami. Dziś sławna aleja kasztanowców nie przypomina tamtej, o której rozprawiano przez lata w okolicy, a nawet jeszcze dalej.

Wiele drzew stanowiło i nadal stanowi realne zagrożenie dla mieszkańców poruszających się drogą, wzdłuż której zostały dawno temu posadzone. Narzekają na nie też niektórzy mieszkańcy wsi, zwłaszcza ci, którym kasztany wręcz „zaglądają” do okien.
Przed kilku laty często wracałam pieszo do domu z przychodni zdrowia znajdującej się przy ul. Kasztanowej. Mieszkam w innej dzielnicy Grodźca, ale lubiłam robić sobie piesze wycieczki na tak zwane skróty, albo dla odmiany okrężną drogą.  Ma to wiele zalet, bowiem w dzisiejszych czasach niekiedy jest to jedyna okazja, żeby spotkać po drodze kogoś dawno niewiedzianego i zamienić z nim choćby parę słów.
Była wśród nich pani Agnieszka, też już dziś nieżyjąca, która narzekała, że niegdyś miała piękny, ukwiecony ogródek, który wszyscy podziwiali, a dziś nic już w nim nie rośnie. Potężne kasztany, niestety, zacieniły teren, a bez słońca nic przecież nie urośnie, poza trawą oczywiście.
Spotkałam też starszego pana Józefa, który resztkami swoich sił grabił opadające na jego ogród i posesję wielkie liście. Oj, nie chcielibyście, Państwo, słyszeć tych wszystkich bluzgów! Ale trudno mu się dziwić.
Wśród niezadowolonych była też emerytka, pani Jadwiga, narzekająca na ogromne rachunki za prąd. Jak mawiała, światło trzeba było włączyć już o 15-tej po południu.
Najbardziej jednak poruszyła mnie historia koleżanki, której brat był członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej. Opowiadała, że każda wichura skutkuje tym, że powalone na drogę drzewa, strażacy muszą natychmiast usuwać. Czasem trwa to przez kilka dni i nocy. Zmęczeni do granic możliwości strażacy, potem muszą udać się do swojej normalnej pracy. Podobno jeden z nich po takiej akcji w drodze do pracy przysnął za kierownicą. Szczęściem w nieszczęściu wjechał tylko do rowu. Strach pomyśleć, co mogłoby się wtedy stać.

Miłośnicy i obrońcy kasztanowców nie biorą takich sytuacji pod uwagę.

Od lat też trwa batalia z urzędem gminy o pobudowanie chodników wzdłuż jezdni, tak, by dzieci mogły swobodnie dotrzeć do szkoły, nastolatkowie na przystanek autobusowy, a starsi ludzie do przychodni zdrowia. Drogą tą jeżdżą nieustająco samochody, w tym ciężarowe i kursowy autobus. Nie trudno więc, by moment nieuwagi zdecydował o czyimś życiu.
I teraz, kiedy pojawiła się taka możliwość, znów wszystko zostało odsunięte w czasie... przez kasztany, które tu i ówdzie rosną w miejscu, gdzie miałby przebiegać chodnik.

Nie ma więc co się dziwić mieszkańcom, którzy stale zadają sobie jedno pytanie:
Co jest ważniejsze? Człowiek czy kasztanowiec? Zachwyt przyrodą czy bezpieczeństwo ludzi?
Bo o tym, że Aleja Kasztanowa budzi skrajne emocje, wiadomo nie od dziś.
Wiadomo za to, że wszystko ma swój czas....


piątek, 13 lutego 2026

KĄCIK POLITYCZNY

 




Zdjęcie: Pixabay


Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe.
Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Waldemara, Anna przeżywała swoistą katorgę. Wszystko rozgrywało się w jej myślach już na dwa tygodnie przed imprezą.
I nie pomagały tłumaczenia mężowi, że przecież tak jak i reszta znajomych zaniechali zapraszania gości na imieniny już kilka lat temu.
- Teraz takie czasy – tłumaczyła Waldkowi. - Imienin się już nie obchodzi. Czy ktoś ostatnio zapraszał nas na swoje? - pytała zirytowana pomysłem męża.
Maż jednak obstawał przy swoim.
- Najwyższy czas, żeby do tego powrócić. Ludzie teraz przestali się kontaktować. A to doskonała okazja, żeby spotkać się w gronie krewnych i znajomych. Kto wie, ile jeszcze będziemy żyli na tym świecie – sięgał po argumenty z najwyższej półki.
Potem musiała wysłuchać długiego monologu o tym, że przecież wojna u naszych granic, że Trump nieobliczalny, że tyle chorób czai się za rogiem, że firmy medyczne chcą zdziesiątkować ludność świata, i tak dalej, i tak dalej.
- No dobrze, urządzę ci te imieniny – zdecydowała w końcu, bardziej na odczepne, gdyż biadolenie Waldka przybierało na sile.

Stanęło na tym, że gości będzie 26, a Waldemar sam zamówi ciasta w cukierni, a także osobiście je przywiezie do domu. Catering także zostanie zamówiony.
- Na tyle osób potrzebowałabym pomocy kucharki, a to już przesada! Ile by to wszystko razem kosztowało! - burzyła się na samą myśl.

Nie to jednak najbardziej spędzało jej sen z powiek, a zgoła coś innego.
Odwieczna polityka przy stole!
Doskonale wiedziała, że uprzedzanie kogokolwiek, jak to dawniej bywało, że o polityce nie rozmawia się przy stole, na nic się zdawało.
Prośby Anny swoje, a goście swoje. Zawsze znalazł się ktoś, kto nie był wstanie utrzymać przysłowiowego języka za zębami. Efekt? Można się domyślić. Część gości wychodziła obrażona, a rodzinne wojenki trwały potem całymi miesiącami.

- Nie zniosę tego – martwiła się Anna. - Już nie. Jestem coraz starsza, a co za tym idzie, coraz mniej mam siły, coraz mniej cierpliwości.
Tego dnia jak zwykle położyła się wieczorem spać, ale sen nie przychodził. Anna rozmyślała. Gdzieś kolo godziny drugiej w nocy na chwilę przysnęła. Ale tylko na chwilę, bo wybudził ją ze snu jakiś koszmar, po którym trudno było jej ponownie zasnąć. Za to zaświtała genialna myśl!
- Kącik polityczny! To jest to! - podzieliła się swoim odkryciem następnego dnia rano.
- Nie mówisz poważnie? - Waldek nie dowierzał. - Zamierzasz z mojego gabinetu zrobić pokój do dyskusji o polityce?
- Tak, i nad drzwiami do niego umieszczę właśnie wielki transparent z takowym napisem.
Anna nie żartowała. Każdy, komu przyszłaby ochota wziąć się za politykę, mógłby z niego skorzystać, nie narażając w ten sposób innych gości na niepotrzebne, męczące tematy.
Waldemar się dziwił i powątpiewał, by pomysł okazał się trafiony, ale ostatecznie na niego przystał. Słyszał już, że gospodarze czasem ustawiali puszkę na stole, do której wrzucano monety, gdy ktoś próbował zboczyć na tematy polityczna, wtedy dostawał karę. Ale żeby kącik polityczny?

Imieniny Wojtka dla wielu okazały się sporym zaskoczeniem. Niektórzy goście już od progu wyrażali swój aplauz.
- Jak to dobrze, że wróciliście do tej tradycji – pierwsza zachwycała się kuzynka Zosia. - Myślałam, że już całkiem pozamykamy się w domach i przestaniemy odwiedzać. Ludzie teraz całkiem zdziczeli...
- No, no, ja tam nie zdziczałem. Mam sporo kontaktów w pracy, ale to prawda, nie spotykamy się w domach, ani nawet przy kawie w kawiarni – trochę niby oburzył się kuzyn Maks.
Oczywiście uściskom i życzeniom nie było końca. Ilość przyniesionych kwiatów też zaskoczyła Annę. Nie była na to przygotowana. Zabrakło wazonów.
Radość gości gasła wraz z przekroczeniem progu salonu, gdzie przy długim stole ustawione były krzesła. I choć suto zastawiony, nie wzbudzał większej uwagi. Wzrok gości niemal w pierwszej kolejności przykuwał wielki napis nad gabinetem Waldka.

- Dzisiaj będzie bez politykowania. A kto będzie miał ochotę podzielić się swoimi uwagami w tym temacie, zapraszamy – Anna wskazała ręką przeznaczone do tego miejsce.
Chyba nie wszystkim, a nawet na pewno, się to nie spodobało, ale nie protestowano.
Atmosfera przy stole była nieco drętwa, choć było widać, że wszyscy starali się uszanować prośbę gospodarzy. Nie rozluźnił jej nawet alkohol ani wykwintne dania. Odnosiło się wrażenie, jakby goście pozbawieni zostali najważniejszej przyjemności, czyli w domyśle, wroga i ataku słownego na niego.

Pierwsza nie wytrzymała Irena, ciotka Anny.
- Wybaczcie, ale czuję się tu dzisiaj jak w okowach. Boję się odezwać, żeby nie odstrzelono mi głowy – wyraziła swoje niezadowolenie.
Irena, kobieta grubo po siedemdziesiątce, mianująca się wszem i wobec wielką patriotką, górowała nad resztą towarzystwa swoją zarówno posturą, jak i barwnym językiem. Z zasady przekrzykiwała wszystkich, narzucając im swoje poglądy na różne tematy. Na polityce rzekomo znała się najlepiej z całego grona i zawsze, i wszędzie zaciekle broniła swoich uczuć religijnych, chociaż do kościoła nie chodziła od czterdziestu lat.
- Ja trochę też – w sukurs przyszedł jej syn Maciej z wielkim medalionem na szyi przedstawiającym symbol Konfederacji, osławionej partii politycznej.
Maciej był nieodłączną kopią swojej matki. Też na wszystkim najlepiej się znał.
- Niby czemu? - spytała gospodyni trochę zaniepokojona nagłą zmianą nastrojów swoich gości. - Jeśli ktoś ma ochotę podyskutować na tematy polityczne, zawsze może to uczynić. Tylko że w gabinecie Waldka...

Chyba nikt się tego nie spodziewał, albo odwrotnie, wszyscy się spodziewali, bo nagle Irena wstała od stołu i powędrowała do gabinetu, zapraszając przy tym innych biesiadników. Można się było tego spodziewać, że kolejnym chętnym pójścia w jej ślady był syn Maciej i jego żona Monika. Rychło dołączył do nich kuzyn Marian i jego partnerka Barbara. Wkrótce gabinet Waldka zapełnił się po brzegi rozegzaltowanymi gośćmi. Przy stole zostali tylko gospodarze i… dzieci.
- Nie do wiary! Spójrz no tylko, Waldek, jak skaczą sobie do oczu...
Rzeczywiście, w jego gabinecie było bardzo głośno. Słychać było przekleństwa i obelgi, ale nikt nie rezygnował z ożywionej dyskusji, jakkolwiek by to nie nazwać.
Anna wraz z mężem patrzyli na to z politowaniem.
- Mam pewien pomysł – powiedziała po chwili żona Waldemara. - Zabierzemy dzieciaki i pójdziemy na spacer. Do pobliskiego lasu. Przedtem jednak zamkniemy ich tam cichaczem na klucz.
- Dobrze byłoby jeszcze sprzątnąć jedzenie ze stołu, ale niestety takiej ilości wiktuałów nie ma gdzie umieścić – zmartwił się nieco gospodarz. - Ostatecznie spakujemy trochę i weźmiemy ze sobą do lasu – zdecydował.

- No i widzisz! Po co była ta impreza? - przekomarzała się z nim żona w drodze do lasu.
- Może po to, żeby kolejny raz zobaczyć jak w ostatnim czasie bardzo się wszyscy zmieniliśmy – odparł też trochę zniesmaczony całą tą sytuacją. - Jak bardzo jesteśmy podzieleni...
- Niewyrozumiali, rozgoryczeni, przepełnienie złością – dodała Anna.
Po chwili żona spytała męża:
- Czy nie uważasz, że trzeba by było zmienić nazwę z
Kącika Politycznego na Igrzyska Złości?
Mąż przytaknął w milczeniu.
I pomyśleć, że wszystko to sprawił jeden mały, zawzięty człowiek...

niedziela, 25 stycznia 2026

W SIÓDMYM NIEBIE NIENAWIŚCI.

 

Zdjęcie: Pixabay

Mam wielu znajomych i krewnych. Tak jak i inni. Nic odkrywczego.
Część z nich nienawidzi Niemców. Część z kolei nienawidzi Ukraińców. Jeszcze inni Żydów, Arabów itd. Też nic odkrywczego.

Na tym nienawiść w Polakach się nie kończy. Nienawidzimy siebie nawzajem. Gdyby było inaczej, nie byłoby tyle sąsiedzkich kłótni, waśni między rodzeństwem, podkładania sobie nóg w pracy. Nie deptano by takich autorytetów jak Wałęsa czy Owsiak, ludzi, którzy potrafili zjednoczyć miliony Polaków. Przykłady można by wyliczać bez końca.
Gdyby tak spytać krewnych lub znajomych za co konkretnie ich nienawidzimy, byłyby trudności z odpowiedzią.

Ale Polska to przecież KATOLICKI kraj!

Niestety, tu można upokorzyć każdego, bezpodstawnie oskarżyć, zniszczyć mu życie, za wyjątkiem oczywiście biskupów, księży i coraz liczniejszej rzeszy tzw. Katoli, którzy wiecznie i z byle powodu mówią o obrazie ich rzekomych uczuć religijnych.

Pan Bóg mówił, że WSZYSCY ludzie są RÓWNI. NIE NALEŻY NIKIM POGARDZAĆ, SZKALOWAĆ, A EWENTUALNE WINY WYBACZAĆ.

Bóg swoje, Polacy swoje.

Kiedyś spytałam jedną z moich znajomych za co konkretnie tak bardzo nienawidzi Żydów. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. Odpowiedź brzmiała: „Bo to są źli ludzie”.
- Zrobili coś złego twojej rodzinie? Tobie, może rodzicom, może dziadkom? - spytałam. - Czy wasza rodzina miała przez nich jakieś kłopoty?
- Nie, ale przecież ogólnie wiadomo, jacy są Żydzi – odparła wówczas moja rozmówczyni.
- Nie znam osobiście żadnego Żyda. Może mi coś o nich opowiesz? - spytałam.
Zamiast tego poczęstowała mnie kilkoma niewybrednymi epitetami, z których najdelikatniejszy brzmiał: Jesteś naiwna!

Inna moja znajoma ma uprzedzenie do Niemców. Nie ma przy tym dla niej znaczenia, że Niemcy, którzy tyle krzywd wyrządzili Polakom już dawno nie żyją. Nie chce słuchać, że ich wnuki chciałyby, aby między tymi dwoma narodami na dobre zapanował pokój.
O tym, że Bóg, w którego tak mocno wierzy, mówił: „WYBACZAJCIE, ABY I WAM WYBACZONO”, też nie chce słyszeć. Krzyczy stale i przy każdej okazji „Oddajcie, co zrabowaliście!”, Naprawcie krzywdy!
O tym, że są krzywdy, których naprawić się już nie da, oczywiście jej wiadomo. Jednakże zaszczepiona w niej z dziada pradziada nienawiść do Niemców trafiła na podatny grunt i wydaje plon obfity, czego absolutnie nie chce przyjąć do wiadomości.
- Czy w twojej rodzinie zginął ktoś z rąk faszystów? - spytałam kiedyś.
Długo się namyślała, zapewne usiłując sobie wygrzebać coś z pamięci, w końcu odparła:
- W mojej nie, ale sąsiedzi rodziców stracili syna.
- A coś wam zrabowano podczas II wojny światowej? Jakieś kosztowności, pieniądze, może coś innego?
- U nas na szczęście nie było co rabować, bo moi dziadkowie byli biedni i posiadali zaledwie hektar pola i starą chatę (przy wschodniej granicy Polski) – usłyszałam wtedy.
Bynajmniej nie chciałam i nie chcę wybielać win popełnionych przez nazistów. Powinni za to odpowiedzieć. Ale czy akurat ich wnukowie i prawnukowie, tego nie jestem pewna.

Wiem jedno. Nie mam pojęcia, co robił mój dziadek czy pradziadek. Nie wiem jakim był człowiekiem. Może też nie był dobrym człowiekiem, ale nie chciałabym odpowiadać za jego winy. Niby z jakiej racji?
Nawet, jeśli kogoś w przeszłości skrzywdził, czemu ja miałabym za niego przepraszać, albo oddawać coś, co komuś zabrał, a czego ja nie mam i nigdy na oczy nie widziałam? I skąd mam wiedzieć, czy rzeczywiście tak było? Czy nie zrobił tego ktoś inny, obarczając winą za to mojego dziadka?

Wczoraj zobaczyłam na Facebooku kilka memów, które umieściła tam koleżanka na temat Ukraińców. Były przykre. Można ich lubić albo nie, ale z pewnością ona sama nie chciałaby być teraz na ich miejscu. A odnosiły się właśnie głównie do teraźniejszości.
Kiedy spytałam jej w prywatnej wiadomości, co konkretnie złego zrobili Ukraińcy jej albo jej rodzinie, że tak bardzo ich nienawidzi, nie odpisała.
Może nie była w stanie wymienić, bo nic takiego nie miało miejsca, a może po prostu nienawidzi ich, bo też dziadkowie i rodzice zaszczepili w niej nienawiść do tego narodu? Tego się już nie dowiem. Dzisiaj odkryłam, że moja „dociekliwość” zaowocowała wyrzuceniem mnie z grona znajomych owej koleżanki.
No cóż, jakoś to przeżyję.
Nie mniej jednak ciężko żyć ze świadomością, że Polska to KATOLICKI KRAJ, a tak dużo w niej ludzi pełnych nienawiści.

niedziela, 11 stycznia 2026

Diablica

 


Opowiadanie
Zenon siedział nad kuflem piwa oparty o drewnianą ławkę pod rozłożystym parasolem z wielkim napisem pewnej firmy produkującej ów trunek. Sprawiał wrażenie zmęczonego lub... rozmarzonego. Szybko okazało się, że raczej to drugie. Było gorące lato i zbierało się na burzę. Ani on, ani jego koledzy towarzyszący mu w tym czasie nie mogli jeszcze wtedy wiedzieć, że także w ich życiu.
Póki co Zenon myślami był w dalekich krajach razem ze swoją piękną, choć już nie pierwszej młodości małżonką, Natalią. Od kilku dobrych lat Natalia nie przestawała zasypywać go pytaniami, kiedy w końcu wyjadą na zasłużony urlop gdzieś do ciepłych krajów. Oboje od dawna o tym marzyli, ale marzenia nijak miały się do ich możliwości finansowych. W tym roku jednak Zenkowi trafiło się dobrze płatne zlecenie, pracował jako monter urządzeń grzewczych, i przy małej współpracy ze swoimi rodzicami, którzy postanowili wspomóc go finansowo, wreszcie mógł sobie na to pozwolić. Był więc zadowolony jak nigdy dotąd i zamknąwszy oczy, tajemniczo uśmiechał się pod nosem.

Zauważył to jego kumpel, Marian, towarzyszący mu przy delektowaniu się napojem z pianką. Oczywiście nie omieszkał tego skomentować, zwracając się do trzeciego z mężczyzn, również siedzącego pod owym parasolem.

- Patrz, Waldek, chyba śnią mu się córy Koryntu! W przeciwnym razie nie byłby taki uszczęśliwiony – zadrwił sobie z kolegi.
Tamten tylko głupio się zaśmiał. Na nic więcej nie było go stać. Opróżnił już kilka piw i alkohol zrobił swoje.
Zenek nieco się zirytował. Nie lubił, gdy ktoś się z niego naśmiewał. A od prostytutek zawsze trzymał się z daleka. Poza tym miał przecież piękną żonę, której zazdrościli mu koledzy, nie tylko ci od piwka. Nie omieszkał im o tym przypomnieć.
- Co za bzdura! Moja Natalia jest niczym kwietna łąka w maju! Zawsze piękna, zawsze zadbana i cudownie pachnąca! I tej jej cudne, długie blond włosy niczym u anielicy – nie mógł się jej nachwalić.
Marian i Waldek słysząc to prychali niczym konie, którym właśnie co rzucono wiązkę siana. I drwili sobie z niego dalej.

W pewnym momencie, zapewne pod wpływem zbyt dużej ilości wypitych piw, Waldkowi nagle zmienił się nastrój. Przypomniał sobie bowiem o swojej żonie, Helenie.
- Co by nie powiedzieć, ty Zenek, masz jednak szczęście!. Tobie trafiła się anielica, a mnie diablica! I to jeszcze taka, co ma wszystkie diablice pod sobą. Królowa diablic!
- E, chyba pani prezes – wtrącił swoje dwa grosze Marian, coraz słabiej kontaktujący.
Wyliczanie wszystkich rzekomych przywar swojej żony zajęło mu trochę czasu, zwłaszcza, że język Waldkowi coraz bardziej się plątał.
Tymczasem burza wisiała nad nimi i zamierzała poczynić wielkie zamieszanie. Ale zanim ta atmosferyczna zdążyła się na dobre rozgościć, uprzedziła ją inna. Na imię miała Helena.
Razem ze swoją koleżanką, Cecylią, żoną Mariana, od pewnego czasu czaiły się za wielkim krzakiem w pobliżu raczących się piwem małżonków. Nie mogąc się doczekać ich rychłego powrotu do domu, postanowiły doprowadzić ich tam osobiście.
- Są tu! A jakże! - informowała przez telefon Natalię, żonę Zenka.
- Zaraz ich stąd przepędzimy! - grzmiała zła jak osa.
Zanim jednak do tego doszło, do ich uszu dobiegło sporo cierpkich słów, wypowiedzianych pod adresem Heleny.


Co było dalej, lepiej nie wiedzieć. W każdym razie Helena poprzysięgła sobie solidną zemstę na małżonku. Długo nad nią nie rozmyślała. Jeszcze tego samego dnia pobiegła do sklepu z materiałami i kupiła całkiem sporo metrów czarnego płótna.
W czasie, gdy podpity Waldek spał kamiennym snem, ona ciężko pracowała przy maszynie do szycia. Z uszyciem odpowiedniego stroju nie miała problemu. Problem nastręczało tylko zrobienie rogów, ale ostatecznie i z tym sobie poradziła.
- A gdzie widły! Skąd zdobyć widły? - w duchu pytała samą siebie. Czy diabeł, tudzież diablica nie powinni mieć wideł? Patrząc jednak na to realnie, przecież żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku! Co tam widły! Teraz diabły mają zapewne nowocześniejsze środki bezpośredniego przymusu. Jakiś paralizator na przykład... gaz pieprzowy albo jeszcze coś innego.
Stanęło na tym, że ostatecznie wystarczy łopata. Taka zwykła, do robienia dołów w ogródku.
Swojego zamysłu jednak nie wprowadziła w czyn jeszcze tej nocy. Małżonek musiał być całkowicie trzeźwy. I na dobrą sprawę zapomnieć o tym, że przysporzył jej tyle bólu, choć to akurat przychodziło mu bez trudu.
Zemsta bowiem, kiedy jej się nie spodziewasz, bywa najbardziej dotkliwa.

Niespełna dwa tygodnie później, ubrana w strój diablicy, stanęła w nocy przy jego łóżku.
- Diablica, powiadasz? No to będziesz miał swoją diablicę!
I z rozmysłem zatkała mu nos dłonią. Obudzony w ten sposób małżonek nie wiedział, co się dzieje. Do wnętrza sypialni wpadało tylko blade, rozproszone światło ulicznej latarni, które na swój sposób dopełniało całości sytuacji.
Przerażenie Waldemara było tak ogromne, że skończyło się na noszach w karetce, która na sygnale zawiozła go ze stanem przedzawałowym do szpitala .

Być może wszystko by się nie wydało, gdyby ich kilkunastoletni syn, Mateusz, wcześniej przypadkowo nie odkrył owego przebrania w jednej z szuflad.
- Przyznaj się, mamo! Zrobiłaś to z rozmysłem. I właściwie ci się nie dziwię. Ojciec bywa trudny. Wymagający, despotyczny, złośliwy i wcale cię nie szanuje. Ale chyba nie pomyślałaś, że tak może to się skończyć?
- Masz rację, nie pomyślałam – przyznała z pokorą, w głębi duszy jednak wcale tego nie żałując.
Mateusz zapewnił, że jej nie wyda. Sam bowiem miał wiele żalu do ojca.
- Może uda mu się wmówić, że ma omamy i zaproponować psychiatrę? - kombinował.
- Życzę powodzenia! Zacznij już teraz, bo do psychiatry są o wiele dłuższe kolejki niż do kardiologa. I koniecznie trzeba pozbyć się tego stroju!
- Spokojnie, już się tym zająłem. Właśnie płonie w kominku. A potem dodał:
- Jest środek lata. Nikt nie pali o tej porze w kominku... Będę miał sporo pracy, żeby go wyczyścić.

Wniosek z tego taki, że nie warto mówić wszystkiego co się myśli. A już na pewno nie przy piwie.

piątek, 9 stycznia 2026

Tunelowe postrzeganie

 



Czarny pick-up zatrzymał się przed domem kilkanaście minut po tym, jak wraz z mężem odeszli od stołu po skończonym obiedzie. Irena właśnie usiłowała upchnąć w zmywarce brudne naczynia, gdy nagle usłyszała odgłos zamykanych drzwi samochodu. Wyjrzała przez okno w kuchni i dostrzegła mężczyznę w średnim wieku zbliżającego się do bramki ogrodzenia.
- Teoś, zobacz kto to! – Krzyknęła do męża, sugerując, aby otwarł mu drzwi.
W zasadzie mogła się domyślić. Podejrzewała, że to kolejny potencjalny nabywca domu, który całkiem niedawno wystawili na sprzedaż. Tyle że zwykle oglądacze, jak ich nazywali z mężem, nie przychodzili w pojedynkę. Najczęściej w towarzystwie swoich partnerek i rzeczoznawców budowlanych. Ten był sam.
- Proszę! – zachęcił go mąż po krótkim przywitaniu. – Żona chwilowo zajęta, oprowadzę więc pana po domu sam.
Nie trwało to zbyt długo, bo też ich dom nie był jakąś okazałą willą z kilkoma sypialniami i tyleż samo łazienkami, ale zwykłym, niedużym domem jednorodzinnym. I nie było w nim nic, co w jakiś szczególny sposób mogłoby zachęcić klientów do jego kupna. Przeciwnie, brakowało garażu, ogrodzenia, dach nadawał się do wymiany. Innymi słowy, wymagał sporo nakładów finansowych.
Po tym, jak dwójka ich dzieci założyła własne rodziny i opuściła rodzinne gniazdo, uznali wspólnie z małżonkiem, że tak duży metraż nie jest im już potrzebny, ani nie stać ich na generalny remont. Marzyło im się coś małego i niedrogiego. Zwykłe mieszkanie w bloku. Biorąc pod uwagę fakt, że z każdym rokiem stawali się coraz starsi i coraz mniej sprawni, koniecznie z windą.
Było jeszcze coś, co za tym przemawiało. Mieszkali na wsi. Wszędzie daleko! Brakowało już sił, by codziennie pokonywać spore odległości do sklepu, przychodni, do kościoła.

Szpakowaty mężczyzna z wydatnym brzuszkiem i oznakami pojawiającej się na głowie łysiny nie był zbyt rozmowny. Rozglądał się w te i we wte. Czasem czegoś dotykał, na przykład kafelek w łazience, albo dłonią stukał w ściany, co nieco ich dziwiło. Sprawdzał też, czy białe, plastikowe okna dobrze się otwierają, albo z dezaprobatą przyglądał się panelom na podłogach.
- To koniecznie do wymiany – mówił wskazując na drzwi, panele, kafelki. – No i ten brak garażu… To duży minus – oznajmił po chwili.
- A pan, przepraszam, że spytam, sam tu będzie mieszkał, czy z partnerką? – Wypalił jak z dwururki małżonek, choć już wcześniej Irena ganiła go za takie pytania. Nie powinien był je zadawać. Co go to obchodzi…
Mężczyźnie też chyba nie spodobało się pytanie, bo obrzucił go dziwnym, wydawać by się mogło, nieprzychylnym wzrokiem, ale zdecydował się udzielić odpowiedzi.
- Jeszcze nie wiem – stwierdził krótko, aczkolwiek zdecydowanie.
- Jak to? – znów spytał wścibski mąż.
- Ano, tak to! Jestem teraz na życiowym zakręcie i nie do końca wiem, jak dalej powinno potoczyć się moje życie – odparł wymijająco, choć jak dla Ireny wyczerpująco.
Natychmiast przyszło jej na myśl, że być może akurat co się rozwiódł, albo co gorsza, owdowiał. Mogło też być oczywiście mnóstwo innych powodów.
W międzyczasie oczami dawała znaki mężowi, żeby nie pytał już o nic więcej, bo nie dało się ukryć, że miał na to wielką ochotę. Na szczęście nie udało mu się zadać mężczyźnie kolejnego kłopotliwego pytania, gdyż ten zdążył go uprzedzić. Tym samym ponownie ich zaskoczył, a właściwie wprawił w kompletne osłupienie.
- Byli tu państwo szczęśliwi? – spytał nieoczekiwanie. – Pytam, czy ten dom jest domem szczęśliwym?
Potencjalni kupcy różne zadawali pytania na temat ich oferty, ale musiała przyznać, żadnemu z nich nigdy nie przyszło do głowy, żeby o to spytać.

Kompletnie zaskoczeni, spojrzeli na siebie w myślach kombinując, jakiej mu udzielić odpowiedzi. W dodatku zgodnej z prawdą. Pytanie było czysto retoryczne, okazało się jednak, że żadne z nich nie było w stanie wydusić z siebie prostych słów, tak albo nie.
Nieoczekiwanie zadane pytanie sprawiło, że przed oczami Irenie nagle stanęło całe ich życie spędzone wspólne z Teosiem. Próbowała przypomnieć sobie w wielkim skrócie wszystkie dobre i złe chwile. Nie sposób jednak było dokonać rzetelnej oceny w tak krótkim czasie.
W oczach męża dostrzegła, że i on chyba zmaga się z podobnym odczuciem. Stali więc na wprost siebie w milczeniu, zaskoczeni pytaniem, pod obstrzałem wzroku nieznajomego, z pytającymi wyrazami na twarzach.
- Tak, chyba tak… - pierwszy odezwał się Teoś, poprawiając nerwowo okulary, jednocześnie przeczesując palcami swoje szpakowate włosy.
Ten nerwowy trik zdarzał mu się, kiedy stawał przed jakimś wyzwaniem i nie wiedział, co powinien w danym momencie zrobić. Albo w jakiejś innej stresującej sytuacji.
Co zaś się tyczy osoby Ireny, w podobnych przypadkach zamieniała się w przysłowiowy słup soli. Teraz też. Nie umiała wykrzesać z siebie ani jednego słowa. Wcześniej wiele razy zadawała sobie pytanie, czy małżeństwo z Teosiem sprawiło, że jest szczęśliwa, bądź nie. Ale nigdy nie myślała o tym pod kątem domu, który zamieszkiwali. Bo czyż kilka ścian i dach miały stanowić o czyimś szczęściu lub jego braku? Zawsze myślała, że to ludzie w nim mieszkający o tym decydują. A tymczasem…
- Jak to, chyba tak – zdziwił się mężczyzna. – Nie można być trochę szczęśliwym, trochę nieszczęśliwym. Chyba jestem, chyba nie jestem… - parafrazował słowa męża.
Widząc ich zakłopotanie, ośmielił się zadać kolejne, powiedziałaby, pytanie pomocnicze.
- Czy te ściany, meble, sprzęty, bibeloty, sprawiają, że chętnie państwo do niego wracają? Na przykład po pracy albo z podróży?
Znów spojrzeli na siebie z mężem, równie zaskoczeni jak poprzednio. Nad tym też się nie zastanawiali. Mało tego, nie widzieli związku z tym, co zamierzali zrobić z domem. Przecież ewentualny nowy nabywca i tak zrobi w nim wszystko po swojemu. Wymieni glazurę, meble i całą resztę. Pomaluje ściany na inny kolor. Po co więc te pytania?
- Dlaczego pan pyta o takie rzeczy? – Odezwała się wreszcie, dzieląc się z nim swoimi przemyśleniami.
- Bo to dla mnie ważne, droga pani - odparł bez chwili zastanowienia. – Nie do końca wiem, na czym to polega, ale niektóre domy mają pozytywną energię. Inne wprost przeciwnie. Ciekaw jestem, jak ten dom wpłynął na państwa życie.
Potem wygłosił krótką pogadankę na temat tego, że nie warto pakować się w coś, co nie przynosi nam szczęścia i że należy unikać toksycznych ludzi i domów.
I bez jego podpowiedzi doskonale oboje o tym wiedzieli. Tyle że wciąż nie potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to ma się do ich domu. To przecież ludzie dokonują życiowych wyborów. W głębi duszy powątpiewali, by mury mogły mieć na nie jakiś wpływ.
Mężczyzna nie zabawił u nich długo. Spytał jeszcze o cenę i możliwości negocjacji, po czym odjechał w siną dal, zostawiając obojga z dylematem. Obiecał jednak, że niebawem powróci. Wyglądało na to, że byłby chętny na jego zakup, ale najwidoczniej chciał to i owo jeszcze przemyśleć.

- Szczęśliwy dom? – pytał Teoś sam siebie, zamykając za nim drzwi na klucz. – Myślałaś kiedyś o naszym domu w ten sposób? – Dopytywał się wróciwszy do kuchni, w której usiłowała dokończyć swoją wcześniejszą pracę, przerwaną przez niezapowiedzianego gościa. Z wielkim zapałem zmywała plastikowe miski, których nie można było włożyć do zmywarki i ścierała kuchenne blaty.
- Nie – przyznała szczerze. - Ale myślę, że chyba jest szczęśliwy.
Teoś spojrzał jej w oczy i przypomniał słowa nieznajomego.
- Chyba? Trochę szczęśliwy, trochę nieszczęśliwy? Taki ni w pięć, ni w dziesięć?
- Co ty mówisz? – zirytowała się.
Ton głosu męża najwyraźniej robił się trochę przykry. Nie rozumiała, skąd ta nagła zmiana i do czego zmierza. Tego dnia jednak i tak już się nie dowiedziała. Kilka chwil później mąż zabrał wędkę i udał się nad staw znajdujący się w niedalekiej odległości od ich miejsca zamieszkania. Domyśliła się, że chciał pobyć sam. Zapewne dlatego, żeby podumać i spróbować odpowiedzieć sobie na postawione przez nieznajomego pytanie. Sama zaś usiadła z książką na kanapie, ale czytanie jakoś jej nie szło. Stale gubiła wątek. W końcu postanowiła ją odłożyć i też się nad tym zastanowić.
Nie trzeba było zbytnio się wysilać, by wspomnienia ruszyły niczym śnieżna lawina. Mnóstwo wspomnień. Wspólnie spędzonych w tym domu czterdzieści kilka lat to szmat czasu. Nieskończona ilość dobrych i złych chwil, trudnych do spamiętania, a tym bardziej do policzenia. Teraz chronologicznie przywoływane w pamięci stawały się jakby takim życiowym przeglądem wydarzeń i zarazem pewnego rodzaju rachunkiem sumienia. Żeby jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy byli w tym domu szczęśliwi, należało dokonać jakiegoś, choćby bardzo ogólnego, podsumowania. Nie sądziła, że okaże się to takie trudne.
W pewnym momencie postanowiła wspomóc się kartką papieru i długopisem. Po jednej stronie spisała te dobre chwile, po drugiej te złe. Szybko okazało się, że jedna kartka nie wystarczy.

Czas biegł nieubłaganie, na zewnątrz powoli zapadał zmrok. Co raz to zerkała przez okno, martwiąc się jednocześnie, że mąż nie wraca. Już dawno powinien być w domu. Z drugiej strony nie dziwiła się, że ociąga się z powrotem do domu. Całkiem prawdopodobne, że i on miał kłopot z dokonaniem oceny wspólnie spędzonych lat. Być może potrzebował na to znacznie więcej czasu, niż sama wcześniej założyła. Mijały godziny i w końcu zrobiło się całkiem ciemno. Z każdą minutą Irena stawała się coraz bardziej niespokojna. Zaczęły nachodzić ją złe myśli. W dodatku telefon komórkowy Teosia nie odpowiadał. Wielokrotne próby nawiązania z nim kontaktu spełzły na niczym. Zaniepokojona zdecydowała podzielić się swoimi obawami z bratem męża mieszkającym w tej samej okolicy.
- U mnie go nie ma. Może poszedł do knajpy na kieliszek wódki? – próbował ją uspokoić przez telefon. – Pewnie tak! Mężczyźni już tak mają.
Tej nocy nie położyła się do łóżka. Teoś nie wrócił na noc, a to mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło.
- Pewnie się schlał i któryś z kumpli go przygarnął pod swój dach. Nie panikowałbym – bagatelizował problem brat męża Bartłomiej, gdy kolejny raz do niego zadzwoniła.
Niestety nie miała tego jak sprawdzić. Jeśli nawet było tak, jak sugerował Bartek, nie mogła wiedzieć z kim pił i do czyjego poszedł domu. Nieprzespana noc sprawiła, że tym intensywniej zaczęła myśleć o ich małżeństwie pod kątem szczęśliwego domu. Nawet dopisała na kolejnych kartkach kilka następnych punktów. Ale kiedy próbowała dokonać ogólnego podsumowania, z przerażeniem odkryła, że znacznie więcej jest minusów niż plusów. A co, jeśli i Teoś doszedł do takich samych wniosków? Może zechce coś z tym zrobić. Na przykład powie: „Do widzenia, moja droga! Dzieci dorosły. Nie mamy już wobec nich żadnych obowiązków. Nie łączy nas żaden kredyt, żadna emocjonalna więź… Tylko wspólne rachunki.”

Powoli w duchu zaczynała przeklinać nieznajomego mężczyznę, który tego dnia pojawił się w ich domu. Gdyby nie on, pewnie żadne z nich nie wpadłoby na pomysł, żeby dokonać małżeńskiego remanentu. Wszystko byłoby po staremu. Cóż z tego, że na ich koncie pojawiło się manko. Dopóki żadne z nich nie miało tego świadomości, żyli sobie spokojnie. Może byle jak, może trochę obok siebie, ale spokojnie. Teraz ten spokój zabrał im jakiś nieznajomy mężczyzna. Wkroczył w ich prywatną przestrzeń bez ostrzeżenia i zmącił jednym durnym pytaniem.
Teoś nie pojawił się w domu tego dnia, następnego również. Przerażona postawiła na nogi chyba całą okolicę, rozpytując o małżonka, ale nikt nie był w stanie jej pomóc. Brat z kolegami, zakładając najgorsze, przeszukali okolicę stawu, ale nic podejrzanego nie znaleźli. Zawsze to jakaś dobra wiadomość, ale przecież…
Trzeciego dnia odezwał się telefon męża. Odebrała go drżącymi rękami w nadziei, że usłyszy jego głos, a nie policji.
- Przepraszam, że się nie odzywałem – usłyszała i odetchnęła z ulgą. Szybko jednak okazało się, że przedwcześnie.
- Sama rozumiesz, musiałem pomyśleć – mówił spokojnym głosem.
- Jasne! Ja też!
Teoś długo nie umiał wydusić z siebie kolejnych słów. Zaczynał i kończył wpół słowa.
- Bo widzisz, ja… ja chyba dalej… nie wiem, czy chcę…
- Co chcesz mi powiedzieć? – zaczęła się na dobre denerwować.
Gdzieś w głębi duszy czuła, że to, co za chwilę usłyszy nie będzie miłe. Ba, mało tego! Jakaś część kobiety powoli zaczynała odbierać sygnał płynący z wnętrza, który docierał do głowy Ireny w postaci bolesnych impulsów. Jakby ktoś delikatnie raził ją prądem. W istocie stała cała nim porażona i przerażona jednocześnie.
- Bo widzisz – zaczął po chwili nieco nieskładnie – wszystko przemyślałem. To znaczy, nasze małżeństwo. I nie będę dłużej ukrywał, że nie byłem ani w tym domu jako takim, ani z tobą, w ogóle szczęśliwy.
Nie była w stanie opisać, co czuła słysząc jego słowa. W tym samym momencie włączyła się jej podświadomość i zaczęła krzyczeć.
- Przecież ty też! Dlaczego mu tego nie powiesz? Dlaczego milczysz?
Milczała, bo zabrakło jej słów. Prostych słów, które byłyby w stanie oddać jej stan ducha, który nagle zdawać by się mogło, że siłą wielkiej koparki wywrócił całe jej życie do góry nogami.
W międzyczasie małżonek nabierał coraz większej pewności siebie i pokusił się na więcej. Bez cienia wątpliwości oznajmił zdezorientowanej małżonce, nie dopytując się, co ona o tym sądzi:
- Sprzedamy ten dom i pójdziemy każdy w swoją stronę.
Przez moment przemknęło jej przez myśl, że po prostu powiedział tak, żeby sprowokować ją do kłótni. Często, gdy sam nie potrafił czegoś jednoznacznie rozstrzygnąć, podstępnie podsuwał temat, oczekując, by zrobili to za niego inni. A potem, gdy sytuacja stawała się uciążliwa, uchylając się od odpowiedzialności z miną niewiniątka mówił: „Przecież tak chciałaś/eś! Ale teraz niczego już nie była pewna. Musiała jednak zareagować.
- Nie sądziłam, że z taką łatwością przejdzie ci to przez gardło. Tyle lat razem pod jednym dachem! Nie do wiary… - nie dokończywszy rozmowy rozłączyła się.
Chwilkę później zdecydowała się wyjść z domu, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Poczuła bowiem, że pod wpływem złych emocji zaczyna robić jej się duszno. Nigdzie jednak się nie oddalała. Usiadła na schodach prowadzących do domu.
Okazało się, że Teofil rozmawiając z nią przez telefon stał kilka kroków dalej, niemal pod samym domem. Nie od razu go dostrzegła. Chował się jakby za dorodnym krzakiem jałowca. Krótko potem usiadł koło niej.
- No, to teraz możesz jasno odpowiedzieć nieznajomemu mężczyźnie na jego pytanie, gdy znowu do nas zawita – rzekła, nie wdając się zbytnio w dyskusję.
Nigdy wcześniej nie brała pod uwagę tego, że mogliby się kiedykolwiek rozstać. I to w taki sposób.

Przez następne dni chodziła rozżalona, sprawiając wrażenie jakby zła wróżka rzuciła na nią jakieś zaklęcie i zamieniła w kałużę wody, albo w nic niewartą kupkę piasku. Piasku, który rozsypał się kopnięty butem jakiegoś nieznajomego przechodnia, który pojawił się znikąd i dokonał życiowej demolki za pomocą jednego nieskomplikowanego pytania.
Odkryła, że poprzednie lata wlekły się niczym stary, drewniany wóz drabiniasty prowadzony przez zmęczonego, na wpół zaspanego woźnicę. Woźnicę, któremu w zasadzie było wszystko jedno, kiedy dotrze do celu. Miał do przebycia pewien odcinek drogi, wyznaczony czas i polecenie dowiezienia czegoś do konkretnego punktu. Droga była długa, ciężka i wyboista. Utracił więc cały swój życiowy wigor, zesłabł i zdążył zsiwieć. W miarę jak zbliżał się do kresu swojej podróży, być może ze zmęczenia przestawał zauważać mijane po drodze rzeczy ważne i mniej ważne, interesujące i te mało znaczące. W ogóle niewiele zauważał, choć to wszystko nadal gdzieś tam było. On patrzył tunelowo.
Życie w tunelu na dłuższą metę jest niezmiernie męczące. Z czasem wręcz niemożliwe. Nie mogła sobie wybaczyć, że tak późno oboje zdali sobie z tego sprawę. Że musiał zjawić się ktoś obcy, żeby im to uświadomić.

Niespełna miesiąc później stała przed ich, a w zasadzie już nie ich, domem w towarzystwie kilku waliz i tekturowych pudeł. Czekała na umówiony transport. Znajomego kierowcę, który miał ją z tym wszystkim zawieźć do jej nowego lokum. Niewielkiej kawalerki na obrzeżach miasta, którą wynajęła dla siebie, jak mawiała w myślach, na resztę swoich dni. Mąż miał zasobniejszy portfel, większą emeryturę, więc stać było go na wynajęcie połowy domu w okolicy. Ich dom niebawem miała zamieszkać inna rodzina.
Tego dnia było trochę chłodno i zbierało się na deszcz. Martwiła się, by kierowca zdążył przed czasem. Bagaże nie powinny były przecież zmoknąć. Tymczasem, zamiast niego ujrzała na horyzoncie znajomy czarny pick-up, którego bynajmniej się wtedy nie spodziewała. Łysawy i nieco otyły mężczyzna zaparkował przed bramą ogrodzenia, a potem wysiadł i ruszył wprost w jej kierunku.
- Dzień dobry! Czyżbym się spóźnił? – pytał, idąc i nieco dysząc.
- Zależy na co? – odparła bez entuzjazmu.
- Założyłem, że szybko państwo nie sprzedadzą tego domu i uda mi się go tanio kupić. Jest przecież taki sobie, bez wyrazu. Ale chyba się pomyliłem… Nie wierzę, że tak szybko znalazł się nabywca – najwyraźniej się z nią droczył, wprawiając przy tym w irytację.
„Może i jest taki sobie, ale tylko na niego było nas stać”, pomyślała sobie w duchu.
- No proszę! Chciał go pan jak najtaniej kupić! A ja myślałam, że przyjechał pan, żeby usłyszeć odpowiedź na zadane przez pana pytanie – próbowała z nim polemizować.
Mężczyzna zaczął przyglądać jej się spod oka, udając, że nie bardzo wie, o czym mówi. Tarmosił przy tym swoją nieogoloną brodę, jakby ręką chciał z niej usunąć dwu, może trzydniowy, zarost. Nie spodobało jej się, że pojawił się w takim momencie, ba, że w ogóle się pojawił!
- Proszę spojrzeć! – pokazała dłonią na tkwiące obok niej toboły. – Na swój sposób przyłożył pan do tego rękę! Uświadomił nam, że nie byliśmy tu szczęśliwi.
Na krótką chwilę zapanowało milczenie. Na jego twarzy nie widać było, żeby się za cokolwiek kajał. Zresztą, za co? Nic tu nie zawinił. Stał wyprostowany jak strzała w naprężonym łuku z rękami w kieszeniach spodni, co ewidentnie było wyrazem ignorancji. Nie tylko wobec jej osoby, ale całej sytuacji, do której niechcący doprowadził. I ta twarz… nazbyt pewna siebie! Irytująca. I te oczy! W duchu nazwała je rentgenowskimi. Swoje spuściła najniżej jak się dało. Trochę z rozczarowania, trochę z poczucia winy przed samą sobą. Bo przecież nigdy nie jest tak, że gdy rozpada się jakiś związek, za jego rozpad odpowiada tylko jedna strona. Co prawda od każdej reguły są wyjątki, ale nie w tym przypadku.
Po krótkiej chwili milczenia odezwała się ponownie:
- To moje. Mąż już wyprowadził się wcześniej. Zaczął nowe życie – powiedziała nieco sarkastycznie, wskazując oczami na bagaże.
- Ależ, droga pani, nie miałem wtedy nic złego na myśli… Wszystko zależy od punktu widzenia – próbował coś tłumaczyć.
- A nie od punktu siedzenia, jak mawiają niektórzy? – syknęła.
Rozmowa z nieznajomym nie trwała długo, bo zza opłotków dojrzała światła samochodu, którym miała udać się do nowego, wynajętego mieszkania, a które to od teraz miało w pewnym sensie stanowić o jej dalszym losie. W pewnym sensie, bo przecież to ona decydowała o tym, jak sobie ułoży w nim życie.
W międzyczasie niebo przed deszczem poczerniało na tyle, że światła samochodu były aż nadto widoczne. Poderwała się więc i złapała za pierwszy z brzegu karton.
- O! Jest moje światełko w tunelu! – Krzyknęła na pożegnanie i poprosiła, żeby opuścił posesję.
- Kto to był? – spytał znajomy w trakcie jazdy, widząc jak mężczyzna odjeżdża sprzed domu. – Jakiś kolejny chętny na kupno domu?
- Nie. Posłaniec z nieba – powiedziała wymyślając naprędce pierwsze lepsze określenie, wprawiając go, a jakże, w zaskoczenie.
Nagle uświadomiła sobie, że kto wie, może rzeczywiście taką miał rolę do spełnienia. Teoś zawsze mawiał, że w życiu nic nie dzieje się przez przypadek. A ona? Podchodziła do tego sceptycznie. Od tej pory już nie.

SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...