Miejsce akcji:
Podbeskidzie, mała miejscowość. Ale sytuacja zapewne dobrze znana wszystkim
rodakom.
Mieszkają tu cztery panie w średnim wieku. O sobie mówią, że są przyjaciółkami.
W każdym razie, dotąd były.
Panie są wyedukowane, wszystkie mają wyższe wykształcenie, obeznane ze światem
mody i najnowszymi nowinkami technicznymi. Co roku spędzają urlop za granicą.
Prowadzą Facebooka i Instagrama. Wydawać by się mogło, że nic im nie brakuje. A
jednak!
Katarzyna, Grażyna, Izabela i Hanna,
załóżmy, że takie mają imiona, dotąd przypominały przyjaciółki z polsatowskiego
filmu pod tym samym tytułem. Kto nie oglądał, wyjaśnię krótko: zawsze razem. Na
dobre i na złe. Razem cieszyły się, gdy do którejś z nich los się uśmiechnął. Razem
też ruszały ze słowami pocieszenia, gdy ten nie był zbyt łaskawy.
Patrząc na to z boku, można by pozazdrościć takiej przyjaźni. Zwłaszcza w
dzisiejszych czasach. Tyle że… No właśnie! O te dzisiejsze czasy „rzecz się
rozbiła”.
Mamy covid. Sytuacja nie dla wszystkich jest do udźwignięcia. Wystawiła na
próbę nawet najtrwalsze przyjaźnie. Tak było i w tym przypadku.
Zachorowało kilkuletnie dziecko Katarzyny. A że nieszczęścia chodzą parami,
prawda to ogólnie znana, w tym samym czasie zepsuł się pani Katarzynie samochód. Kobieta samotnie wychowuje dziecko i jej
sytuacja finansowa nie jest różowa. Nie stać było jej na naprawę samochodu, tak
od ręki. Poprosiła więc swoją przyjaciółkę Grażynę o pomoc. Konkretnie o
podwiezienie do przyszpitalnej przychodni.
- Nie mogę cię zawieźć do lekarza. Nie teraz. A jeśli ma covid? Nie mogę
pozwolić sobie na to, bym i ja się zaraziła. Mam przecież jeszcze dwójkę dzieci
i męża – odmówiła niemal z marszu.
Poradziła jej wziąć taksówkę. Pani Izabella i pani Hanna były podobnego zdania.
Wydawać by się mogło, że to logiczne.
Tyle że pani Katarzyna na taki zbytek pozwolić sobie nie mogła. Lekarz do domu
też nie chciał przyjechać z wizytą. Ostatecznie zlitował się nad nimi niedaleki
sąsiad. Użyczył im swojego samochodu.
Jakiś czas później problem miała pani
Izabella, która pracuje w wielkiej korporacji. Podczas pandemii swoje
służbowe obowiązki wykonuje zdalnie i z tego powodu niemal nie odchodzi od
komputera. Komputer jak komputer, rzecz martwa, która przecież ma prawo się
zepsuć. I tak się stało. Ponieważ naprawą komputerów zawodowo zajmuje się mąż
pani Hanny, poprosiła ją o pomoc.
- No coś ty! – Zdziwiła się pani Hanna odebrawszy telefon od przyjaciółki. –
Teraz nikt po domach nie chodzi! Zawieź go do punktu napraw – zasugerowała,
wydawało by się, że całkiem słusznie.
Tyle że nie było to możliwe.
- Ale jak to? Przecież wszystko pozamykane. Już tam dzwoniłam. Ba, żeby tylko
do jednego punktu… - odparła zmartwiona pani Izabela.
Na szczęście kolega z pracy postanowił kurierem przesłać jej swój laptop, by
nie musiała przerywać pracy. Miał bowiem jeszcze komputer stacjonarny. Zanim
jednak pojawił się u niej kurier z laptopem kolegi, minęły dwa dni. Pani Hanna,
choć także posiadała dwa komputery, jakoś niechętnie podeszła do tego tematu.
Pozostałe przyjaciółki też nie wykazały się żadną inicjatywą.
Wszystkie panie, choć nie mogły się odwiedzać, nadal miały ze sobą kontakt
telefoniczny i internetowy. Że to nie zastąpi dawnej zażyłości, a co gorsza, znacznie
rozluźni łączącą ich dotąd więź, miały przekonać się w niedługim czasie.
Pani Grażyna z czasem straciła
pracę. Była menedżerką w jednym z dużych hoteli w pobliskim mieście. Gdy
restrykcje związane z pandemią przybrały na sile, hotel został zamknięty. Tym
samym pani Grażyna została wysłana na przymusowy, niestety, bezpłatny
urlop. Firma jej męża także miała
problemy, przez co pracownikom znacząco obniżono pensję. Małżeństwo zaczynało
popadać w długi. Poprosiła więc o pożyczkę swoją przyjaciółkę panią Izabelę.
Spotkała się jednak z odmową.
- Przykro mi. To niemożliwe. Niedawno o to samo poprosiła mnie siostra –
usłyszała od pani Izabeli.
Potem tłumaczyła jeszcze przez chwilę, że musi mieć jakieś pieniądze dla siebie
na czarną godzinę, a że czasy teraz ciężkie, więc nie może się wszystkiego
pozbywać.
Wydawało by się, że to przecież logiczne.
Tyle że pani Grażyna zachodziła o głowę, bo powoli zaczynało im już brakować na
chleb, a sytuacja z covidem wciąż się pogarszała. Od innych osób, do których
zwracała się z prośbą, słyszała podobne teksty, jak od swojej przyjaciółki.
Na szczęście znalazł się ktoś, kto wyciągnął do niej pomocną dłoń. Była nią
daleka kuzynka męża.
W końcu przyszedł czas i na panią Hannę.
Nie wiedzieć gdzie i kiedy zaraziła się covidem. Zachorował także jej mąż.
Oboje z tego powodu znaleźli się w szpitalu. Pani Hanna, najstarsza z kobiet,
nie posiadała dzieci ani bliższej rodziny. Wychowała się bowiem w domu dziecka,
a jej mąż był z pochodzenia Belgiem i cała jego rodzina właśnie tam mieszkała.
Pozbawiona więc bliższej i dalszej rodziny, zdana była tylko na przyjaciół. Ale
przyjaciele w takiej sytuacji jakoś wcale nie palili się do pomocy.
Było to zrozumiałe, choć bardzo przykre.
- Może pojechałabyś do mnie do domu i przywiozła nam parę potrzebnych rzeczy? W
pośpiechu, gdy zabierała nas karetka, o pewnych rzeczach zapomniałam – spytała
przyjaciółki Katarzyny, informując, że wszystko przygotuje sąsiadka.
Jednakże, jako że to kobieta w starszym wieku, nie jest w stanie dowieźć tego
do szpitala. Pani Katarzyna jednak nie była chętna. W pamięci wciąż miała swoją
trudną sytuację z chorym dzieckiem. Wtedy też po kolei każdy jej odmawiał.
Bardziej ze strachu przed wirusem, czy może z braku życzliwości, trudno
jednoznacznie ocenić. Poza tym jej samochód nadal stał zepsuty w garażu.
- A nie mogłabyś przyjechać autobusem? – niemal błagała pani Hanna.
- Autobusem?! Tam dopiero można się zarazić! – Dawna przyjaciółka nie
zamierzała ulec jej prośbom.
Rozmowy z pozostałymi przyjaciółkami także spełzły na niczym. Ostatecznie ubłagała
jedną z pracujących w szpitalu pielęgniarek, która zgodziła się po pracy pojechać
do jej domu. Tyle że nie z dobrego serca, a raczej zachęcona pewna sumą
gotówki. Dobre i to.
Pani Hanna w wyniku ciężkiego przebiegu choroby męża niebawem go straciła. Sama
nie bez szwanku, ale na szczęście wyszła z choroby.
Przyjaciółki przysłały jej mailem kondolencje. Musiały wystarczyć, bo słowa
pocieszenia w takiej sytuacji zwykle nic nie wnoszą. Dyżurne „Wszystko się
ułoży. Dasz sobie radę. Jesteś silna” nie zastąpią realnej pomocy przyjaciół.
Nie po to bowiem wchodzimy w przyjacielskie relacje, często pielęgnowane
latami, by potem nie móc z nich korzystać w potrzebie.
Trudne czasy się zdarzają. Takie czy inne, ale niemal zawsze wystawiają naszych
bliskich i nasze przyjaźnie na próbę. Właśnie jesteśmy w trakcie przechodzenia
bardzo ważnego testu w naszym życiu. Oby nikt z nas nie musiał powiedzieć: „Nie
warto było”. Kogoś pokochać, z kimś się zaprzyjaźnić, komuś pomagać…
Obyśmy nie musieli liczyć jedynie na serca obcych ludzi, tak jak w tych przypadkach.

