poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Przyjaciel, anioł bez skrzydeł

 

Miejsce akcji: Podbeskidzie, mała miejscowość. Ale sytuacja zapewne dobrze znana wszystkim rodakom.

Mieszkają tu cztery panie w średnim wieku. O sobie mówią, że są przyjaciółkami. W każdym razie, dotąd były.
Panie są wyedukowane, wszystkie mają wyższe wykształcenie, obeznane ze światem mody i najnowszymi nowinkami technicznymi. Co roku spędzają urlop za granicą. Prowadzą Facebooka i Instagrama. Wydawać by się mogło, że nic im nie brakuje. A jednak!
Katarzyna, Grażyna, Izabela i Hanna, załóżmy, że takie mają imiona, dotąd przypominały przyjaciółki z polsatowskiego filmu pod tym samym tytułem. Kto nie oglądał, wyjaśnię krótko: zawsze razem. Na dobre i na złe. Razem cieszyły się, gdy do którejś z nich los się uśmiechnął. Razem też ruszały ze słowami pocieszenia, gdy ten nie był zbyt łaskawy.
Patrząc na to z boku, można by pozazdrościć takiej przyjaźni. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Tyle że… No właśnie! O te dzisiejsze czasy „rzecz się rozbiła”.

Mamy covid. Sytuacja nie dla wszystkich jest do udźwignięcia. Wystawiła na próbę nawet najtrwalsze przyjaźnie. Tak było i w tym przypadku.

Zachorowało kilkuletnie dziecko Katarzyny. A że nieszczęścia chodzą parami, prawda to ogólnie znana, w tym samym czasie zepsuł się pani Katarzynie samochód. Kobieta samotnie wychowuje dziecko i jej sytuacja finansowa nie jest różowa. Nie stać było jej na naprawę samochodu, tak od ręki. Poprosiła więc swoją przyjaciółkę Grażynę o pomoc. Konkretnie o podwiezienie do przyszpitalnej przychodni.
- Nie mogę cię zawieźć do lekarza. Nie teraz. A jeśli ma covid? Nie mogę pozwolić sobie na to, bym i ja się zaraziła. Mam przecież jeszcze dwójkę dzieci i męża – odmówiła niemal z marszu.
Poradziła jej wziąć taksówkę. Pani Izabella i pani Hanna były podobnego zdania. Wydawać by się mogło, że to logiczne.
Tyle że pani Katarzyna na taki zbytek pozwolić sobie nie mogła. Lekarz do domu też nie chciał przyjechać z wizytą. Ostatecznie zlitował się nad nimi niedaleki sąsiad. Użyczył im swojego samochodu.

Jakiś czas później problem miała pani Izabella, która pracuje w wielkiej korporacji. Podczas pandemii swoje służbowe obowiązki wykonuje zdalnie i z tego powodu niemal nie odchodzi od komputera. Komputer jak komputer, rzecz martwa, która przecież ma prawo się zepsuć. I tak się stało. Ponieważ naprawą komputerów zawodowo zajmuje się mąż pani Hanny, poprosiła ją o pomoc.
- No coś ty! – Zdziwiła się pani Hanna odebrawszy telefon od przyjaciółki. – Teraz nikt po domach nie chodzi! Zawieź go do punktu napraw – zasugerowała, wydawało by się, że całkiem słusznie.
Tyle że nie było to możliwe.
- Ale jak to? Przecież wszystko pozamykane. Już tam dzwoniłam. Ba, żeby tylko do jednego punktu… - odparła zmartwiona pani Izabela.
Na szczęście kolega z pracy postanowił kurierem przesłać jej swój laptop, by nie musiała przerywać pracy. Miał bowiem jeszcze komputer stacjonarny. Zanim jednak pojawił się u niej kurier z laptopem kolegi, minęły dwa dni. Pani Hanna, choć także posiadała dwa komputery, jakoś niechętnie podeszła do tego tematu. Pozostałe przyjaciółki też nie wykazały się żadną inicjatywą.

Wszystkie panie, choć nie mogły się odwiedzać, nadal miały ze sobą kontakt telefoniczny i internetowy. Że to nie zastąpi dawnej zażyłości, a co gorsza, znacznie rozluźni łączącą ich dotąd więź, miały przekonać się w niedługim czasie.

Pani Grażyna z czasem straciła pracę. Była menedżerką w jednym z dużych hoteli w pobliskim mieście. Gdy restrykcje związane z pandemią przybrały na sile, hotel został zamknięty. Tym samym pani Grażyna została wysłana na przymusowy, niestety, bezpłatny urlop.  Firma jej męża także miała problemy, przez co pracownikom znacząco obniżono pensję. Małżeństwo zaczynało popadać w długi. Poprosiła więc o pożyczkę swoją przyjaciółkę panią Izabelę. Spotkała się jednak z odmową.
- Przykro mi. To niemożliwe. Niedawno o to samo poprosiła mnie siostra – usłyszała od pani Izabeli.
Potem tłumaczyła jeszcze przez chwilę, że musi mieć jakieś pieniądze dla siebie na czarną godzinę, a że czasy teraz ciężkie, więc nie może się wszystkiego pozbywać.
Wydawało by się, że to przecież logiczne.
Tyle że pani Grażyna zachodziła o głowę, bo powoli zaczynało im już brakować na chleb, a sytuacja z covidem wciąż się pogarszała. Od innych osób, do których zwracała się z prośbą, słyszała podobne teksty, jak od swojej przyjaciółki.
Na szczęście znalazł się ktoś, kto wyciągnął do niej pomocną dłoń. Była nią daleka kuzynka męża.

W końcu przyszedł czas i na panią Hannę. Nie wiedzieć gdzie i kiedy zaraziła się covidem. Zachorował także jej mąż. Oboje z tego powodu znaleźli się w szpitalu. Pani Hanna, najstarsza z kobiet, nie posiadała dzieci ani bliższej rodziny. Wychowała się bowiem w domu dziecka, a jej mąż był z pochodzenia Belgiem i cała jego rodzina właśnie tam mieszkała. Pozbawiona więc bliższej i dalszej rodziny, zdana była tylko na przyjaciół. Ale przyjaciele w takiej sytuacji jakoś wcale nie palili się do pomocy.
Było to zrozumiałe, choć bardzo przykre.
- Może pojechałabyś do mnie do domu i przywiozła nam parę potrzebnych rzeczy? W pośpiechu, gdy zabierała nas karetka, o pewnych rzeczach zapomniałam – spytała przyjaciółki Katarzyny, informując, że wszystko przygotuje sąsiadka.
Jednakże, jako że to kobieta w starszym wieku, nie jest w stanie dowieźć tego do szpitala. Pani Katarzyna jednak nie była chętna. W pamięci wciąż miała swoją trudną sytuację z chorym dzieckiem. Wtedy też po kolei każdy jej odmawiał. Bardziej ze strachu przed wirusem, czy może z braku życzliwości, trudno jednoznacznie ocenić. Poza tym jej samochód nadal stał zepsuty w garażu.
- A nie mogłabyś przyjechać autobusem? – niemal błagała pani Hanna.
- Autobusem?! Tam dopiero można się zarazić! – Dawna przyjaciółka nie zamierzała ulec jej prośbom.
Rozmowy z pozostałymi przyjaciółkami także spełzły na niczym. Ostatecznie ubłagała jedną z pracujących w szpitalu pielęgniarek, która zgodziła się po pracy pojechać do jej domu. Tyle że nie z dobrego serca, a raczej zachęcona pewna sumą gotówki. Dobre i to.

Pani Hanna w wyniku ciężkiego przebiegu choroby męża niebawem go straciła. Sama nie bez szwanku, ale na szczęście wyszła z choroby.
Przyjaciółki przysłały jej mailem kondolencje. Musiały wystarczyć, bo słowa pocieszenia w takiej sytuacji zwykle nic nie wnoszą. Dyżurne „Wszystko się ułoży. Dasz sobie radę. Jesteś silna” nie zastąpią realnej pomocy przyjaciół. Nie po to bowiem wchodzimy w przyjacielskie relacje, często pielęgnowane latami, by potem nie móc z nich korzystać w potrzebie.

Trudne czasy się zdarzają. Takie czy inne, ale niemal zawsze wystawiają naszych bliskich i nasze przyjaźnie na próbę. Właśnie jesteśmy w trakcie przechodzenia bardzo ważnego testu w naszym życiu. Oby nikt z nas nie musiał powiedzieć: „Nie warto było”. Kogoś pokochać, z kimś się zaprzyjaźnić, komuś pomagać…
Obyśmy nie musieli liczyć jedynie na serca obcych ludzi, tak jak w tych przypadkach.

sobota, 10 kwietnia 2021

Mowa ojczysta, czyli co z niej niebawem zostanie.


Miejsce akcji: Mała miejscowość na południu Polski.
Mieszka tu pewna pani, nazwijmy ją panią Wiktorią. Jest emerytowaną nauczycielką języka polskiego. Pani Wiktoria, zarówno z racji swojego zawodu, jak i z wewnętrznego przekonania, zawsze bardzo dbała i nadal dba o poprawne wysławianie się. Język polski był dla niej niemal świętością i strasznie irytowała się, gdy kaleczyli go jej dawni uczniowie i znajomi. Podobnie rzecz miała się względem swoich dwóch córek. Niestety, gdy córki dorosły i założyły swoje rodziny wyprowadziły się z kraju. Wyjechały do Anglii i raczej nie noszą się z zamiarem powrotu do Polski. Urodzone tam wnuczęta słabo znają język polski. Rzec by można, że wcale. Toteż pani Wiktoria ciężko przeżywa fakt, że jej nauka poszła na marne. Chodzi oczywiście o wpajanie czystej polszczyzny córkom. Często żali się z tego powodu sąsiadowi, panu Stanisławowi.- Nie mogę już ścierpieć tego angielskiego! – narzeka czasem stając przy płocie dzielącym ich domostwa. – Nie dość, że przez telefon wnuczęta stale zagadują do mnie po angielsku, to jeszcze do naszego rodzimego języka wkradło się tyle angielskich słów, iż niedługo ten nasz język to będzie „półpolski, półangielski”.
Pan Stanisław zwykle przytakuje sąsiadce, bo i jemu nie podoba się, że tak się dzieje.
- Mogę ścierpieć, że po zakupy muszę chodzić do marketu, przyzwyczaiłem się już, ale po co tyle angielskich słówek w mediach? Czyżbyśmy nie mieli polskich odpowiedników? Nasz język staje się przez to dla niektórych osób po prostu niezrozumiały – utyskuje pan Stanisław.
Trudno się z nim nie zgodzić. Część Polaków, głównie starsze pokolenie, ale także i to młodsze, gorzej wykształcone, nie zna języka angielskiego. Dla nich rzeczywiście może być to frustrujące.

Sąsiad pani Wiktorii, pan Stanisław, 65-letni wdowiec jest z kolei zapalonym regionalistą. Bynajmniej nie z zawodu, z zamiłowania. Na co dzień posługuje się tutejszą gwarą, którą zresztą opanował do perfekcji. Jest członkiem muzycznego zespołu regionalnego, a także bierze udział w różnych konkursach gwarowych. Ponadto skrupulatnie spisuje każde słowo używane w przeszłości przez jego pradziadów. Jak mawia, robi to dla potomnych. By przyszłe pokolenia miały świadomość tego, skąd się wywodzą i jak dawniej mawiali ich przodkowie. Pasja i przesłanie pana Stanisława rzadko jednak spotyka się ze zrozumieniem. Owszem, są osoby, wśród których wzbudza podziw. Jednakże najczęściej jest wyśmiewany. Co gorsza, pan Stanisław ma syna, który także zdecydował się wyemigrować… do Stanów Zjednoczonych. Jeszcze nie założył rodziny, ale zarzeka się, że do kraju nie wróci. Komunikując się przez Whatsappa namawia ojca, aby ten zaczął uczyć się języka angielskiego.
- Ucz się, tatku, bo jak znajdę sobie żonę i obdarzymy cię wnukami, to się z nimi nie dogadasz! – przestrzega syn Marcin.
Pan Stanisław jednak zwykle odpowiada w ten sam sposób.
- Ani myślę! Nie po to pielęgnuję naszą gwarę, żeby z niej nie korzystać. To ty powinieneś ich nauczyć naszego języka! – burzy się.
Nie pomaga też tłumaczenie, że przecież jest już w wieku, w którym nauka obcych języków ciężko wchodzi do głowy.
Marcin próbuje uświadomić mu coś jeszcze. Mianowicie to, że przyszłe pokolenia na pewno nie będą mówiły językiem, który on tak pielęgnuje, więc wkrótce gwara stanie się językiem martwym. Przy okazji dodaje, że w ostatnim czasie w naszym rodzimym języku pojawiło się tak wiele neologizmów, że niebawem język polski nie będzie przypominał zbytnio tego, którym się teraz posługujemy.
- Nie widzisz tego, tatku, że nowe słowa wypierają stare? – pyta syn.
Pan Stanisław, a jakże, doskonale to widzi, a raczej słyszy. Wielu słów nie rozumie, ale mimo to nadal ma świadomość, że to wciąż jeszcze język polski. Zmieniony, pokaleczony, ale nasz, polski.
- Czy pamiętasz, tatku, „Bogurodzicę”? – spytał któregoś dnia Marcin. – Czy ktoś dzisiaj mówi takim językiem? Przez wieki podobno tak bardzo go szanowano. I co z niego zostało? Tylko zapiski kronikarza.
Ojciec Marcina jest bardzo zdegustowany słowami syna. Trudno mu się pogodzić z faktem, że w pewnym sensie i on jest takim kronikarzem. Najbardziej jednak z tym, że anglojęzyczne słowa wypierają te polskie. A co będzie za parę lat, gdy na przykład okaże się, że Polacy, którzy wyjechali za pracą na wyspy i do innych krajów, zechcą do Polski wrócić? Czy na ulicy usłyszymy częściej język polski, czy raczej angielski?

Tego problemu nie ma małżeństwo warszawiaków, którzy niedawno kupili dom niedaleko pana Stanisława. Wyremontowali go i teraz cieszą się spokojem i pięknem okolicznych terenów. Małżeństwo emerytów, powiedzmy że mają na imię Aurelia i Konrad, czasem zjawia się na różnych spotkaniach organizowanych przez społeczników tejże miejscowości. Jak mawiają, chcą poznać historię i kulturę regionu, ale głównie zintegrować się z mieszkańcami. Tyle że po swojemu. Swój warszawski dialekt i co za tym idzie, pewne zachowania, prezentują bowiem przy każdej okazji.
Nie wszystkim się to podoba. Głównie dlatego, że demonstrują swoją wyższość. Są chyba święcie przekonani, że wszyscy i wszystko winno być podporządkowane stolicy. Także mowa, a może zwłaszcza mowa. Ich przekomarzania w tym temacie bywają bardzo frustrujące. Próbują na przykład wmówić mieszkańcom, że popularne ogórki kiszone to ogórczasy. Osławione kwiatki zwane niemal w całej Polsce margaretkami (od imienia Margaret) to margerytki, albo mergerytki. Wychodzi się zaś nie na zewnątrz albo na pole, tylko na dwór, a dzieci bawią się na dworzu! Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że ich gwara, czy raczej dialekt ma decydować o tym, jak powinni mówić Polacy. A niby czemu! Poza tym w tą swoją mowę wtrącają angielskie słowa, co jak się łatwo domyślić, ma za zadanie podnieść ich rangę wyższości.
Nikt i nic nie jest w stanie przekonać ich, że decydując się na wyprowadzkę z Warszawy wcale nie muszą rezygnować ze swoich dialektycznych nawyków, ale też nie powinni narzucać ich innym. I pochylić się nad przysłowiem „Gdy wpadniesz między wrony, musisz krakać jak i one”, które co prawda odnosi się również do innych aspektów naszego życia, ale jakby nie było, jest to pewna życiowa mądrość, przekazywana sobie przez pokolenia.
Niestety, wielka szkoda, że nasze rodzime „wrony” dają się przeganiać ptakom zza mórz i oceanów.

 

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...