sobota, 10 kwietnia 2021

Mowa ojczysta, czyli co z niej niebawem zostanie.


Miejsce akcji: Mała miejscowość na południu Polski.
Mieszka tu pewna pani, nazwijmy ją panią Wiktorią. Jest emerytowaną nauczycielką języka polskiego. Pani Wiktoria, zarówno z racji swojego zawodu, jak i z wewnętrznego przekonania, zawsze bardzo dbała i nadal dba o poprawne wysławianie się. Język polski był dla niej niemal świętością i strasznie irytowała się, gdy kaleczyli go jej dawni uczniowie i znajomi. Podobnie rzecz miała się względem swoich dwóch córek. Niestety, gdy córki dorosły i założyły swoje rodziny wyprowadziły się z kraju. Wyjechały do Anglii i raczej nie noszą się z zamiarem powrotu do Polski. Urodzone tam wnuczęta słabo znają język polski. Rzec by można, że wcale. Toteż pani Wiktoria ciężko przeżywa fakt, że jej nauka poszła na marne. Chodzi oczywiście o wpajanie czystej polszczyzny córkom. Często żali się z tego powodu sąsiadowi, panu Stanisławowi.- Nie mogę już ścierpieć tego angielskiego! – narzeka czasem stając przy płocie dzielącym ich domostwa. – Nie dość, że przez telefon wnuczęta stale zagadują do mnie po angielsku, to jeszcze do naszego rodzimego języka wkradło się tyle angielskich słów, iż niedługo ten nasz język to będzie „półpolski, półangielski”.
Pan Stanisław zwykle przytakuje sąsiadce, bo i jemu nie podoba się, że tak się dzieje.
- Mogę ścierpieć, że po zakupy muszę chodzić do marketu, przyzwyczaiłem się już, ale po co tyle angielskich słówek w mediach? Czyżbyśmy nie mieli polskich odpowiedników? Nasz język staje się przez to dla niektórych osób po prostu niezrozumiały – utyskuje pan Stanisław.
Trudno się z nim nie zgodzić. Część Polaków, głównie starsze pokolenie, ale także i to młodsze, gorzej wykształcone, nie zna języka angielskiego. Dla nich rzeczywiście może być to frustrujące.

Sąsiad pani Wiktorii, pan Stanisław, 65-letni wdowiec jest z kolei zapalonym regionalistą. Bynajmniej nie z zawodu, z zamiłowania. Na co dzień posługuje się tutejszą gwarą, którą zresztą opanował do perfekcji. Jest członkiem muzycznego zespołu regionalnego, a także bierze udział w różnych konkursach gwarowych. Ponadto skrupulatnie spisuje każde słowo używane w przeszłości przez jego pradziadów. Jak mawia, robi to dla potomnych. By przyszłe pokolenia miały świadomość tego, skąd się wywodzą i jak dawniej mawiali ich przodkowie. Pasja i przesłanie pana Stanisława rzadko jednak spotyka się ze zrozumieniem. Owszem, są osoby, wśród których wzbudza podziw. Jednakże najczęściej jest wyśmiewany. Co gorsza, pan Stanisław ma syna, który także zdecydował się wyemigrować… do Stanów Zjednoczonych. Jeszcze nie założył rodziny, ale zarzeka się, że do kraju nie wróci. Komunikując się przez Whatsappa namawia ojca, aby ten zaczął uczyć się języka angielskiego.
- Ucz się, tatku, bo jak znajdę sobie żonę i obdarzymy cię wnukami, to się z nimi nie dogadasz! – przestrzega syn Marcin.
Pan Stanisław jednak zwykle odpowiada w ten sam sposób.
- Ani myślę! Nie po to pielęgnuję naszą gwarę, żeby z niej nie korzystać. To ty powinieneś ich nauczyć naszego języka! – burzy się.
Nie pomaga też tłumaczenie, że przecież jest już w wieku, w którym nauka obcych języków ciężko wchodzi do głowy.
Marcin próbuje uświadomić mu coś jeszcze. Mianowicie to, że przyszłe pokolenia na pewno nie będą mówiły językiem, który on tak pielęgnuje, więc wkrótce gwara stanie się językiem martwym. Przy okazji dodaje, że w ostatnim czasie w naszym rodzimym języku pojawiło się tak wiele neologizmów, że niebawem język polski nie będzie przypominał zbytnio tego, którym się teraz posługujemy.
- Nie widzisz tego, tatku, że nowe słowa wypierają stare? – pyta syn.
Pan Stanisław, a jakże, doskonale to widzi, a raczej słyszy. Wielu słów nie rozumie, ale mimo to nadal ma świadomość, że to wciąż jeszcze język polski. Zmieniony, pokaleczony, ale nasz, polski.
- Czy pamiętasz, tatku, „Bogurodzicę”? – spytał któregoś dnia Marcin. – Czy ktoś dzisiaj mówi takim językiem? Przez wieki podobno tak bardzo go szanowano. I co z niego zostało? Tylko zapiski kronikarza.
Ojciec Marcina jest bardzo zdegustowany słowami syna. Trudno mu się pogodzić z faktem, że w pewnym sensie i on jest takim kronikarzem. Najbardziej jednak z tym, że anglojęzyczne słowa wypierają te polskie. A co będzie za parę lat, gdy na przykład okaże się, że Polacy, którzy wyjechali za pracą na wyspy i do innych krajów, zechcą do Polski wrócić? Czy na ulicy usłyszymy częściej język polski, czy raczej angielski?

Tego problemu nie ma małżeństwo warszawiaków, którzy niedawno kupili dom niedaleko pana Stanisława. Wyremontowali go i teraz cieszą się spokojem i pięknem okolicznych terenów. Małżeństwo emerytów, powiedzmy że mają na imię Aurelia i Konrad, czasem zjawia się na różnych spotkaniach organizowanych przez społeczników tejże miejscowości. Jak mawiają, chcą poznać historię i kulturę regionu, ale głównie zintegrować się z mieszkańcami. Tyle że po swojemu. Swój warszawski dialekt i co za tym idzie, pewne zachowania, prezentują bowiem przy każdej okazji.
Nie wszystkim się to podoba. Głównie dlatego, że demonstrują swoją wyższość. Są chyba święcie przekonani, że wszyscy i wszystko winno być podporządkowane stolicy. Także mowa, a może zwłaszcza mowa. Ich przekomarzania w tym temacie bywają bardzo frustrujące. Próbują na przykład wmówić mieszkańcom, że popularne ogórki kiszone to ogórczasy. Osławione kwiatki zwane niemal w całej Polsce margaretkami (od imienia Margaret) to margerytki, albo mergerytki. Wychodzi się zaś nie na zewnątrz albo na pole, tylko na dwór, a dzieci bawią się na dworzu! Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że ich gwara, czy raczej dialekt ma decydować o tym, jak powinni mówić Polacy. A niby czemu! Poza tym w tą swoją mowę wtrącają angielskie słowa, co jak się łatwo domyślić, ma za zadanie podnieść ich rangę wyższości.
Nikt i nic nie jest w stanie przekonać ich, że decydując się na wyprowadzkę z Warszawy wcale nie muszą rezygnować ze swoich dialektycznych nawyków, ale też nie powinni narzucać ich innym. I pochylić się nad przysłowiem „Gdy wpadniesz między wrony, musisz krakać jak i one”, które co prawda odnosi się również do innych aspektów naszego życia, ale jakby nie było, jest to pewna życiowa mądrość, przekazywana sobie przez pokolenia.
Niestety, wielka szkoda, że nasze rodzime „wrony” dają się przeganiać ptakom zza mórz i oceanów.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...