Miejsce akcji: Mała miejscowość na południu Polski.
Mieszka tu pewna pani, nazwijmy ją panią
Wiktorią. Jest emerytowaną nauczycielką języka polskiego. Pani Wiktoria,
zarówno z racji swojego zawodu, jak i z wewnętrznego przekonania, zawsze bardzo
dbała i nadal dba o poprawne wysławianie się. Język polski był dla niej niemal
świętością i strasznie irytowała się, gdy kaleczyli go jej dawni uczniowie i
znajomi. Podobnie rzecz miała się względem swoich dwóch córek. Niestety, gdy
córki dorosły i założyły swoje rodziny wyprowadziły się z kraju. Wyjechały do
Anglii i raczej nie noszą się z zamiarem powrotu do Polski. Urodzone tam
wnuczęta słabo znają język polski. Rzec by można, że wcale. Toteż pani Wiktoria
ciężko przeżywa fakt, że jej nauka poszła na marne. Chodzi oczywiście o wpajanie
czystej polszczyzny córkom. Często żali się z tego powodu sąsiadowi, panu Stanisławowi.- Nie mogę już ścierpieć tego angielskiego! – narzeka czasem stając przy płocie
dzielącym ich domostwa. – Nie dość, że przez telefon wnuczęta stale zagadują do
mnie po angielsku, to jeszcze do naszego rodzimego języka wkradło się tyle
angielskich słów, iż niedługo ten nasz język to będzie „półpolski,
półangielski”.
Pan Stanisław zwykle przytakuje sąsiadce, bo i jemu nie podoba się, że tak się
dzieje.
- Mogę ścierpieć, że po zakupy muszę chodzić do marketu, przyzwyczaiłem się
już, ale po co tyle angielskich słówek w mediach? Czyżbyśmy nie mieli polskich
odpowiedników? Nasz język staje się przez to dla niektórych osób po prostu
niezrozumiały – utyskuje pan Stanisław.
Trudno się z nim nie zgodzić. Część Polaków, głównie starsze pokolenie, ale
także i to młodsze, gorzej wykształcone, nie zna języka angielskiego. Dla nich
rzeczywiście może być to frustrujące.
Sąsiad pani Wiktorii, pan Stanisław, 65-letni wdowiec jest z kolei zapalonym regionalistą. Bynajmniej
nie z zawodu, z zamiłowania. Na co dzień posługuje się tutejszą gwarą, którą
zresztą opanował do perfekcji. Jest członkiem muzycznego zespołu regionalnego,
a także bierze udział w różnych konkursach gwarowych. Ponadto skrupulatnie
spisuje każde słowo używane w przeszłości przez jego pradziadów. Jak mawia,
robi to dla potomnych. By przyszłe pokolenia miały świadomość tego, skąd się
wywodzą i jak dawniej mawiali ich przodkowie. Pasja i przesłanie pana Stanisława rzadko jednak spotyka
się ze zrozumieniem. Owszem, są osoby, wśród których wzbudza podziw. Jednakże
najczęściej jest wyśmiewany. Co gorsza, pan
Stanisław ma syna, który także zdecydował się wyemigrować… do Stanów
Zjednoczonych. Jeszcze nie założył rodziny, ale zarzeka się, że do kraju nie
wróci. Komunikując się przez Whatsappa namawia ojca, aby ten zaczął uczyć się
języka angielskiego.
- Ucz się, tatku, bo jak znajdę sobie żonę i obdarzymy cię wnukami, to się z
nimi nie dogadasz! – przestrzega syn Marcin.
Pan Stanisław jednak zwykle
odpowiada w ten sam sposób.
- Ani myślę! Nie po to pielęgnuję naszą gwarę, żeby z niej nie korzystać. To ty
powinieneś ich nauczyć naszego języka! – burzy się.
Nie pomaga też tłumaczenie, że przecież jest już w wieku, w którym nauka obcych
języków ciężko wchodzi do głowy.
Marcin próbuje uświadomić mu coś jeszcze. Mianowicie to, że przyszłe pokolenia
na pewno nie będą mówiły językiem, który on tak pielęgnuje, więc wkrótce gwara
stanie się językiem martwym. Przy okazji dodaje, że w ostatnim czasie w naszym
rodzimym języku pojawiło się tak wiele neologizmów, że niebawem język polski nie
będzie przypominał zbytnio tego, którym się teraz posługujemy.
- Nie widzisz tego, tatku, że nowe słowa wypierają stare? – pyta syn.
Pan Stanisław, a jakże, doskonale to
widzi, a raczej słyszy. Wielu słów nie rozumie, ale mimo to nadal ma
świadomość, że to wciąż jeszcze język polski. Zmieniony, pokaleczony, ale nasz,
polski.
- Czy pamiętasz, tatku, „Bogurodzicę”? – spytał któregoś dnia Marcin. – Czy
ktoś dzisiaj mówi takim językiem? Przez wieki podobno tak bardzo go szanowano.
I co z niego zostało? Tylko zapiski kronikarza.
Ojciec Marcina jest bardzo zdegustowany słowami syna. Trudno mu się pogodzić z
faktem, że w pewnym sensie i on jest takim kronikarzem. Najbardziej jednak z
tym, że anglojęzyczne słowa wypierają te polskie. A co będzie za parę lat, gdy
na przykład okaże się, że Polacy, którzy wyjechali za pracą na wyspy i do
innych krajów, zechcą do Polski wrócić? Czy na ulicy usłyszymy częściej język
polski, czy raczej angielski?
Tego problemu nie ma małżeństwo warszawiaków, którzy niedawno kupili dom
niedaleko pana Stanisława. Wyremontowali go i teraz cieszą się spokojem i
pięknem okolicznych terenów. Małżeństwo emerytów, powiedzmy że mają na imię Aurelia i Konrad, czasem zjawia się na
różnych spotkaniach organizowanych przez społeczników tejże miejscowości. Jak
mawiają, chcą poznać historię i kulturę regionu, ale głównie zintegrować się z
mieszkańcami. Tyle że po swojemu. Swój warszawski dialekt i co za tym idzie, pewne
zachowania, prezentują bowiem przy każdej okazji.
Nie wszystkim się to podoba. Głównie dlatego, że demonstrują swoją wyższość. Są
chyba święcie przekonani, że wszyscy i wszystko winno być podporządkowane
stolicy. Także mowa, a może zwłaszcza mowa. Ich przekomarzania w tym temacie
bywają bardzo frustrujące. Próbują na przykład wmówić mieszkańcom, że popularne
ogórki kiszone to ogórczasy. Osławione kwiatki zwane niemal w całej Polsce
margaretkami (od imienia Margaret) to margerytki, albo mergerytki. Wychodzi się
zaś nie na zewnątrz albo na pole, tylko na dwór, a dzieci bawią się na dworzu!
Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że ich gwara, czy raczej dialekt ma decydować o tym, jak powinni
mówić Polacy. A niby czemu! Poza tym w tą swoją mowę wtrącają angielskie słowa,
co jak się łatwo domyślić, ma za zadanie podnieść ich rangę wyższości.
Nikt i nic nie jest w stanie przekonać ich, że decydując się na wyprowadzkę z
Warszawy wcale nie muszą rezygnować ze swoich dialektycznych nawyków, ale też
nie powinni narzucać ich innym. I pochylić się nad przysłowiem „Gdy wpadniesz między wrony, musisz krakać
jak i one”, które co prawda odnosi się również do innych aspektów naszego
życia, ale jakby nie było, jest to pewna życiowa mądrość, przekazywana sobie
przez pokolenia.
Niestety, wielka szkoda, że nasze rodzime „wrony” dają się przeganiać ptakom
zza mórz i oceanów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz