Opowiadanie
Zenon
siedział nad kuflem piwa oparty o drewnianą ławkę pod rozłożystym
parasolem z wielkim napisem pewnej firmy produkującej ów trunek.
Sprawiał wrażenie zmęczonego lub... rozmarzonego. Szybko okazało
się, że raczej to drugie. Było gorące lato i zbierało się na
burzę. Ani on, ani jego koledzy towarzyszący mu w tym czasie nie
mogli jeszcze wtedy wiedzieć, że także w ich życiu.
Póki co
Zenon myślami był w dalekich krajach razem ze swoją piękną, choć
już nie pierwszej młodości małżonką, Natalią. Od kilku dobrych
lat Natalia nie przestawała zasypywać go pytaniami, kiedy w końcu
wyjadą na zasłużony urlop gdzieś do ciepłych krajów. Oboje od
dawna o tym marzyli, ale marzenia nijak miały się do ich możliwości
finansowych. W tym roku jednak Zenkowi trafiło się dobrze płatne
zlecenie, pracował jako monter urządzeń grzewczych, i przy małej
współpracy ze swoimi rodzicami, którzy postanowili wspomóc go
finansowo, wreszcie mógł sobie na to pozwolić. Był więc
zadowolony jak nigdy dotąd i zamknąwszy oczy, tajemniczo uśmiechał
się pod nosem.
Zauważył to jego kumpel, Marian,
towarzyszący mu przy delektowaniu się napojem z pianką. Oczywiście
nie omieszkał tego skomentować, zwracając się do trzeciego z
mężczyzn, również siedzącego pod owym parasolem.
-
Patrz, Waldek, chyba śnią mu się córy Koryntu! W przeciwnym razie
nie byłby taki uszczęśliwiony – zadrwił sobie z kolegi.
Tamten
tylko głupio się zaśmiał. Na nic więcej nie było go stać.
Opróżnił już kilka piw i alkohol zrobił swoje.
Zenek nieco
się zirytował. Nie lubił, gdy ktoś się z niego naśmiewał. A od
prostytutek zawsze trzymał się z daleka. Poza tym miał przecież
piękną żonę, której zazdrościli mu koledzy, nie tylko ci od
piwka. Nie omieszkał im o tym przypomnieć.
- Co za bzdura! Moja
Natalia jest niczym kwietna łąka w maju! Zawsze piękna, zawsze
zadbana i cudownie pachnąca! I tej jej cudne, długie blond włosy
niczym u anielicy – nie mógł się jej nachwalić.
Marian i
Waldek słysząc to prychali niczym konie, którym właśnie co
rzucono wiązkę siana. I drwili sobie z niego dalej.
W
pewnym momencie, zapewne pod wpływem zbyt dużej ilości wypitych
piw, Waldkowi nagle zmienił się nastrój. Przypomniał sobie bowiem
o swojej żonie, Helenie.
- Co by nie powiedzieć, ty Zenek, masz
jednak szczęście!. Tobie trafiła się anielica, a mnie diablica! I
to jeszcze taka, co ma wszystkie diablice pod sobą. Królowa
diablic!
- E, chyba pani prezes – wtrącił swoje dwa grosze
Marian, coraz słabiej kontaktujący.
Wyliczanie wszystkich
rzekomych przywar swojej żony zajęło mu trochę czasu, zwłaszcza,
że język Waldkowi coraz bardziej się plątał.
Tymczasem burza
wisiała nad nimi i zamierzała poczynić wielkie zamieszanie. Ale
zanim ta atmosferyczna zdążyła się na dobre rozgościć,
uprzedziła ją inna. Na imię miała Helena.
Razem ze swoją
koleżanką, Cecylią, żoną Mariana, od pewnego czasu czaiły się
za wielkim krzakiem w pobliżu raczących się piwem małżonków.
Nie mogąc się doczekać ich rychłego powrotu do domu, postanowiły
doprowadzić ich tam osobiście.
- Są tu! A jakże! -
informowała przez telefon Natalię, żonę Zenka.
- Zaraz ich
stąd przepędzimy! - grzmiała zła jak osa.
Zanim jednak do tego
doszło, do ich uszu dobiegło sporo cierpkich słów,
wypowiedzianych pod adresem Heleny.
Co
było dalej, lepiej nie wiedzieć. W każdym razie Helena
poprzysięgła sobie solidną zemstę na małżonku. Długo nad nią
nie rozmyślała. Jeszcze tego samego dnia pobiegła do sklepu z
materiałami i kupiła całkiem sporo metrów czarnego płótna.
W
czasie, gdy podpity Waldek spał kamiennym snem, ona ciężko
pracowała przy maszynie do szycia. Z uszyciem odpowiedniego stroju
nie miała problemu. Problem nastręczało tylko zrobienie rogów,
ale ostatecznie i z tym sobie poradziła.
- A gdzie widły! Skąd
zdobyć widły? - w duchu pytała samą siebie. Czy diabeł, tudzież
diablica nie powinni mieć wideł? Patrząc jednak na to realnie,
przecież żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku! Co tam widły! Teraz
diabły mają zapewne nowocześniejsze środki bezpośredniego
przymusu. Jakiś paralizator na przykład... gaz pieprzowy albo
jeszcze coś innego.
Stanęło na tym, że ostatecznie wystarczy
łopata. Taka zwykła, do robienia dołów w ogródku.
Swojego
zamysłu jednak nie wprowadziła w czyn jeszcze tej nocy. Małżonek
musiał być całkowicie trzeźwy. I na dobrą sprawę zapomnieć o
tym, że przysporzył jej tyle bólu, choć to akurat przychodziło
mu bez trudu.
Zemsta bowiem, kiedy jej się nie spodziewasz, bywa
najbardziej dotkliwa.
Niespełna dwa tygodnie później,
ubrana w strój diablicy, stanęła w nocy przy jego łóżku.
-
Diablica, powiadasz? No to będziesz miał swoją diablicę!
I z
rozmysłem zatkała mu nos dłonią. Obudzony w ten sposób małżonek
nie wiedział, co się dzieje. Do wnętrza sypialni wpadało tylko
blade, rozproszone światło ulicznej latarni, które na swój sposób
dopełniało całości sytuacji.
Przerażenie Waldemara było tak
ogromne, że skończyło się na noszach w karetce, która na sygnale
zawiozła go ze stanem przedzawałowym do szpitala .
Być może
wszystko by się nie wydało, gdyby ich kilkunastoletni syn, Mateusz,
wcześniej przypadkowo nie odkrył owego przebrania w jednej z
szuflad.
- Przyznaj się, mamo! Zrobiłaś to z rozmysłem. I
właściwie ci się nie dziwię. Ojciec bywa trudny. Wymagający,
despotyczny, złośliwy i wcale cię nie szanuje. Ale chyba nie
pomyślałaś, że tak może to się skończyć?
- Masz rację,
nie pomyślałam – przyznała z pokorą, w głębi duszy jednak
wcale tego nie żałując.
Mateusz zapewnił, że jej nie wyda.
Sam bowiem miał wiele żalu do ojca.
- Może uda mu się wmówić,
że ma omamy i zaproponować psychiatrę? - kombinował.
- Życzę
powodzenia! Zacznij już teraz, bo do psychiatry są o wiele dłuższe
kolejki niż do kardiologa. I koniecznie trzeba pozbyć się tego
stroju!
- Spokojnie, już się tym zająłem. Właśnie płonie w
kominku. A potem dodał:
- Jest środek lata. Nikt nie pali o tej
porze w kominku... Będę miał sporo pracy, żeby go
wyczyścić.
Wniosek z tego taki, że nie warto mówić
wszystkiego co się myśli. A już na pewno nie przy piwie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz