poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Nauczyciel, czyli kto wpływa na wyobraźnię


Miejsce akcji – szkoła podstawowa w średniej wielkości mieście w Polsce.
Jednym z jej uczniów jest chłopak uczęszczający do ósmej klasy. Powiedzmy, że nazywa się Tobiasz. Uczy się średnio, ale jest bardzo dociekliwy. Nie jest dzieckiem, któremu można cokolwiek wmówić, albo narzucić. Tobiasz niczego nie wkuwa na pamięć. Nie musi. Zapamiętuje w inny sposób. Tobiasz tak długo dociera do źródła, aż zrozumie, skąd coś się wzięło i dlaczego.
W szkole tej uczy kilka nauczycielek i dwóch panów. Jednym z nich jest wuefista, a drugi to ksiądz, który przygotowuje drugoklasistów do Pierwszej Komunii św.
Wśród nich jest pani matematyczka, umówmy się, że ma na imię Michalina. Charakter pani Michaliny współgra z przedmiotem, którego uczy. To znaczy, w jej życiu wszystko na czymś musi się opierać i zgadzać. Jest pragmatyczna, konkretna i nie uznaje odstępstw od reguły. Innymi słowami, wszystko jest policzalne i przeliczalne. W przypadku Tobiasza ta przeliczalność przekłada się oczywiście na jego oceny. Nienajlepsze, bo choć Tobiasz matematykę ma w małym palcu, to jednak w oczach pani Michaliny na swoim koncie zanotował wielki minus: jest kłopotliwym uczniem, bo zadaje zbyt dużo pytań. Kobieta nie jest już najmłodsza i trochę zmęczona życiem. Dla niej 2 + 2 = 4, i koniec, kropka! Po co drążyć temat, skąd to się wzięło! Już dawno zostało udowodnione i należy przyjąć to za pewniak!
Inna kobieta, powiedzmy, że ma na imię Celina, uczy fizyki. Fizyka od zawsze interesowała Tobiasza, toteż jej lekcje należą do jednych z ulubionych. Pani Celina przedstawiając uczniom prawa fizyki, które rządzą światem, opiera się na konkretnych badaniach, przeprowadzonych przez nieomylnych specjalistów w tej dziedzinie. W jej oczach Tobiasz również czasem bywa frustrujący, bowiem pyta o wiele szczegółów. Zbyt wiele, a pani Celina naukowcem nie jest i nie do końca potrafi odpowiedzieć na jego pytania. Za to doskonale wydaje rozkazy w stylu: Siadaj! Takie są prawa fizyki i nikt ich nie zmieni! Po prostu trzeba je przyjąć do wiadomości i się z nimi pogodzić, pokrzykuje często, zresztą nie tylko na Tobiasza.
Fizyka jak fizyka. Owszem, ciekawa, ale jest coś ciekawszego. Biologia. Chłopak uwielbia biologię. W jego szkole naucza jej pani o dźwięcznym imieniu Asia.
Pani Asia jest miłą osobą. Do tego młodą i samotną. To ważne, bo ma przez to więcej czasu i niewyczerpanej energii. Tobiasz słucha jej słów z zaciekawieniem. Kobieta mówi w sposób zrozumiały, nawet dla największego ignoranta tego przedmiotu. I ma w sobie jeszcze coś, czego nie mają dwie poprzednie panie. To coś to przekonanie, że z biologicznego punktu widzenia może zdarzyć się wiele nieprzewidzianych sytuacji, które potrafią wpłynąć na powstanie nowych gatunków. Na przykład z dwóch różnych odmian kwiatów, po zapyleniu powstać może całkiem inna, nie występująca dotąd roślina. Podobnie rzecz ma się ze zwierzętami, bakteriami, czy wirusami.
To, że nic tu nie jest do końca przesądzone, niezmiernie frapuje Tobiasza.
Jeszcze ciekawszym przedmiotem wydaje mu się język polski. Bynajmniej nie dlatego, że zasady gramatyki i ortografii są wielce skomplikowane i dla niektórych czasem wręcz nie do przebrnięcia. Tego akurat Tobiasz nienawidzi. Uwielbia za to polonistkę, panią Antosię, a zwłaszcza jej podejście do tematu wyobraźni. Temat ten w życiu ośmioklasisty, ale także innych dzieci oraz ludzi dorosłych odgrywa bardzo ważną rolę, jeśli nie najważniejszą.
WYOBRAŹNIA bowiem, lub jej brak, decyduje o tym, kim i jakim człowiekiem się stajemy. Toteż Tobiasz słucha pani nauczycielki jak nikogo na świecie.
Pani Antosia czytając prozę lub wiersz, zabiera go w nieodgadniony świat. Ten świat w jego wyobraźni staje się „taki jego” i może do niego wpuścić kogo chce. Zobaczyć go swoimi oczami i zapisać w głowie na długi czas, albo przeciwnie, nie przyjąć czegoś do wiadomości, wyrzucić. W wyobraźni Tobiasz może robić, co tylko zapragnie. I to jest bezcenne!
Nie może zrozumieć tylko jednego.
Na lekcjach religii ksiądz i katechetka tłumaczą stale, że to Bóg wszystkim rządzi, nawet naszymi myślami. Gdyby jednak w rzeczywistości tak było, to nic nie byłoby zależne od nas. A przecież jest!
Próbuje więc zapytać o to księdza, powiedzmy, że ksiądz proboszcz ma na imię Tomasz.
Ksiądz Tomasz z natury jest człowiekiem spokojnym, wydawać by się mogło zawsze opanowanym. Prócz tego cierpliwym i wyrozumiałym. Tobiaszowi wydaje się więc najbardziej odpowiednią osobą do rozstrzygnięcia tego typu niejasności. Zadaje więc mu mnóstwo pytań. Ksiądz odpowiada, ale jak się wydaje ośmioklasiście, trochę pokrętnie. Nie wszystko bowiem w jego odpowiedziach się zgadza, jakby powiedział Tobiasz, nie trzyma się kupy. Czasem jedno przeczy drugiemu.
Ksiądz Tomasz, choć miły i dobrotliwy, to jednak głównie demagog. Do tego nie wszystko w kwestiach wiary jest wytłumaczalne, namacalne. I tu tkwi cały problem, przynajmniej dla Tobiasza. Co prawda chłopak ma wielką WYOBRAŹNIĘ, ale to za mało, by wszystko mógł przyjąć bez zastrzeżeń. Mówi o tym księdzu. O to i owo dopytuje, czasem coś podważając. Wspomina o bezsensownych wojnach i katastrofach. Pyta, jak to w końcu jest:
- Bóg jest dobry czy zły? Bo jeśli dobry, to dlaczego zabija tyle niewinnych istnień?
Pyta nie tylko o to. Słyszał przecież w telewizji o pedofilii i nadmiernym bogaceniu się wśród kleru.
To błąd. Nie powinien pytać. To nie jest dobry czas na takie pytania. Nie sprzyja temu polityczny klimat, ale chłopak nie może o tym wiedzieć.
Ksiądz Tomasz, niestety, nie jest w stanie nadążyć za przemyśleniami chłopca, które często nijak nie przystoją do kwestii wiary, a tym bardziej pogodzić się z tym, że kilkunastoletni chłopak zadaje tak drażliwe pytania. Denerwuje się więc. Trudno ocenić, czy bardziej na chłopca, czy raczej na siebie. Poziom adrenaliny rośnie. W końcu przekracza dopuszczalną normę i wybucha.
- A idź mi, ty pomiocie czarta! – krzyczy na Bogu ducha winnego, ciekawskiego chłopca. – Co ta telewizja zrobiła z waszymi umysłami! Boga w was zabiła! Pokolenie LGBT! Tęczowe flagi będziecie wieszać na świętych pomnikach! Nienarodzone dzieci zabijać!
Chłopak nie lubi, gdy posądza się go o coś, czego nie zrobił. Nikt tego nie lubi. Oburza się więc, jednocześnie, choć niepotrzebnie, tłumacząc.
- Ależ, proszę księdza, ja nie powiesiłem żadnej flagi – i dodaje: - Poza tym ksiądz się myli… Święci mogą być ludzie, ale nie pomniki. I nie zabiłem żadnego nienarodzonego dziecka. Nawet nie mam pojęcia, jakby to można było zrobić…
Do dotąd spokojnego i zdawać by się mogło zawsze opanowanego księdza nie docierają żadne tłumaczenia. Zawodzi także logika, ustępując miejsca złości.

Tobiasz odchodzi niepocieszony i nieco przestraszony. Nic złego przecież nie zrobił. Miał tylko pytania, na które pragnął poznać odpowiedzi. Ale nie otrzymał ich od nauczycieli. Zwłaszcza tego, rzekomo najważniejszego z nich.
Co mu zostało? Tylko WYOBRAŹNIA. Jak zadziała? Gdzie go zaprowadzi? Tobiasz przekona się za parę lat.
Póki co myśli, że może dobrze byłoby zostać… szewcem. Bo w tym przypadku wszystko jest proste. Jak w matematyce. Ile butów naprawi, tyle zarobi.
Albo polonistą lub kimś, kto na co dzień ma do czynienia z książkami, z poezją… Bo w powieściach i w poezji wszystko wydaje się takie inne, choć nie zawsze do końca przejrzyste, czasem zbyt wydumane, to w gruncie rzeczy prostsze, bezkonfliktowe. I takie jego…

wtorek, 25 sierpnia 2020

Jestem najlepszy, czyli prosta droga do samounicestwienia

Gdzieś w Polsce. Miejscowość jak wiele innych. Czas akcji - przed wybuchem pandemii.
Mieszka tu pani, nazwijmy ją panią Eweliną. Jest lekarką z prawie trzydziestoletnim stażem. Miła, sympatyczna osoba, ale nade wszystko kompetentna w tym, co robi. Po okolicy szybko rozchodzi się wieść, że jest świetną lekarką. Taką, co to do rany przyłożyć, ale przede wszystkim bezbłędnie rozpoznającą  i leczącą wszelkie choroby. Z tego też powodu ma coraz więcej pacjentów, nieraz przyjeżdżających nawet z odległych rejonów.
Pani Ewelina staje się sławna. Chordy pacjentów dobijają się do drzwi jej gabinetu w niewielkiej, wiejskiej przychodni. Jest ich coraz więcej, a ona nikomu nie odmawia przyjęcia. Przekłada się to bezpośrednio na czas, jaki może poświęcić dla swoich pacjentów. Ma go coraz mniej. Pracować zaś musi coraz więcej. Nie dziwi więc nikogo, że bywa tym wszystkim zmęczona. Mimo to dzielnie trwa na swoim posterunku, czasem jednocześnie wykonując kilka czynności naraz.
Zdarza się bowiem, iż do gabinetu wchodzi pacjent, a po chwili tuż za nim rejestratorka z prośbą do lekarki o pieczątkę na L4, czy innym druku.
Ledwo tylko wychodzi, kolejna osoba, tym razem pielęgniarka, przynosi jej do obejrzenia EKG innego pacjenta, które właśnie mu wykonała. W międzyczasie lekarka bada pacjenta i… odbiera dwa telefony od innych zaniepokojonych swoimi objawami pacjentów.
Poirytowany tym wszystkim pacjent pokornie prosi o wypisanie recept i skierowania na potrzebne badania. Dopytuje się o to i owo w kwestii swoich chorób, ale pytania te są nieustająco przerywane przez owe telefony, pielęgniarkę, rejestratorkę, itd. W końcu pacjent wybiega z gabinetu z plikiem recept i skierowań, ale ze zdenerwowania nie sprawdza w przychodni, co otrzymał. Biegnie do samochodu, bo najczęściej czeka już tam na niego ktoś z rodziny: syn, córka, którzy na chwilę zwolnili się z pracy, albo niecierpliwy współmałżonek. W domu ze zgrozą zauważa, że wśród wielu leków lekarka zapomniała wypisać mu receptę na dwa, jakby nie było, ważne i na już potrzebne leki. To nie koniec. Skierowanie do Laboratorium jest, ale brak skierowania do przychodni specjalistycznej. Musi więc udać się tam drugi raz.
Inni pacjenci zaczynają uskarżać się na podobne sytuacje. Jest to poważna rysa na zawodowym wizerunku lekarki. Rośnie też grono niezadowolonych osób, którzy ze względu na dużą ilość pacjentów, coraz więcej czasu spędzają w kolejkach do gabinetu lekarskiego. Powoli, zamiast zachwalać panią doktor, ludzie odradzają innym korzystanie z jej usług. Wynajdują dogodniejsze warunki i terminy, odwiedzają inne gabinety, w których przyjmują równie dobrzy lekarze.
Pani Ewelinie ubywa pacjentów, a dawna sława przechodzi, może nie tyle w niesławę, co raczej w obojętność pacjentów, tu i tam graniczącą z żalem do pani doktor.
Wniosek nasuwa się sam. Nie zawsze dobrze jest być najlepszym. Od najlepszego wymaga się więcej i więcej, a nie każdy potrafi sprostać temu fizycznie.

W tej samej miejscowości mieszka inna kobieta. Nazwijmy ją panią Jolą.
Pani Jola pracuje w fabryce produkującej akcesoria do mebli. Ma niespełna czterdzieści lat, jest zdrowa i silna. To ważne, bowiem nie wszyscy współpracownicy owej kobiety mogą się tym pochwalić. Pani Jola ma dwójkę dzieci i męża nieudacznika, który nie dość, że zagląda do kieliszka, to jeszcze często zaciąga kredyty. Z tego powodu kobieta ma poważny kłopot i ciągłe długi, potrzebuje więc sporo pieniędzy. Lekarstwem na to wydaje jej się praca. Coraz więcej pracy, a co za tym idzie, więcej zarobionych pieniędzy. W fabryce haruje więc jak wół, wyciągając sporo ponad normę. Jest wręcz mistrzem! Kierownictwo stawia ją za wzór i… podnosi poprzeczkę. Ustala większe normy, bo skoro pani Jola potrafi, to dlaczego inni nie mieliby tyle samo wypracowywać?
Na oddziale pani Joli gro pracowników stanowią kobiety. Czasem muszą korzystać z opieki nad dziećmi, nocami nie dosypiają, co miesiąc nękają je kobiece bóle. Są przez to mniej wydajniejsze w pracy. Ale kierownictwo fabryki nie przyjmuje tego do wiadomości. Bo skoro pani Jola da radę, to przecież inne kobiety też powinne.
Wśród pracowników rośnie więc niechęć do pani Joli. Niechęć z czasem przerasta w złość. Potem w nienawiść. Na koniec niemal zostaje zaszczuta przez załogę. Przodowniczce pracy zostaje wręczona czerwona kartka. Musi poszukać sobie innej pracy.
Pani Jola zwalnia się, ale nie znajduje innego zajęcia. Jest bezrobocie, a ona nie ma wyuczonego zawodu. Niewiele potrafi i ma swoje lata. Długi pani Joli i jej męża z każdym dniem stają się większe. W końcu do drzwi puka komornik. Ktoś radzi jej, żeby poszukać pracy zagranicą. Postawiona pod ścianą, wyjeżdża z kraju. Ma to swoje konsekwencje. Rozpada się jej rodzina.
Pani Jola doskonale wie, gdzie popełniła błąd, ale nie wyciąga z tego wniosków. W nowej pracy popełnia ten sam błąd.
Czasami tylko mówi sama do siebie, albo do znajomych: „Byłam głupia! Chciałam być najlepsza, a stałam się najgorszą”.
A mówią, że na błędach człowiek się uczy!

Mieszka tu też pan, nazwijmy go, panem Leosiem.
Pan Leoś jest z zawodu hydraulikiem. Ma też inne umiejętności. Wszyscy mówią o nim „złota rączka”. Toteż na brak pracy nie narzeka. Czasem wręcz brakuje mu czasu na sen. Pan Leoś ma skrzętnie zapisany terminarz, a każdego klienta tratuje z wielkim szacunkiem. Ceny za jego usługi nie są wygórowane, więc telefon pana Leosia nieustannie dzwoni. Z czasem staje się jego przekleństwem, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przeszkadza mu w pracy. Brudne od smarów, klei i zapraw ręce nie zawsze są w stanie go odebrać. Ponadto dzwonienie nieustannie przerywa mu pracę.
Któregoś dnia wpada na pomysł, aby go wyłączyć w czasie pracy. Włącza go jedynie podczas przerw na posiłki. I wtedy jedząc, jednocześnie oddzwania do potencjalnych klientów.
Niestety, klienci niemogący dodzwonić się do hydraulika, najczęściej rezygnują z jego usług. Z konieczności wynajdują innego. Może mniej operatywnego i droższego, ale jednak go mają. Ktoś w końcu naprawi ten cieknący kran czy  pękniętą rurę. Ale nie jest to już pan Leoś.
Przyroda nie znosi pustki. Pan Leoś powoli się starzeje, jego miejsce zajmują inni, młodsi i bardziej rezolutni. W końcu pan Leoś odkrywa, że telefon coraz rzadziej dzwoni, nawet, gdy włącza go już na cały dzień. Niegdysiejszy mistrz w swoim fachu zaczyna cierpieć na brak pracy. Nie rozumie tego, bo przecież z jego wieloletnim doświadczeniem, tanią usługą i miłym usposobieniem powinien mieć klientów na pęczki. Jest przecież w okolicy najlepszy!
Był. Czas przeszły, panie Leosiu. Czas przeszły, niestety! Chyba nie warto było się aż tak starać.

Prymusów nikt nie lubi. Mistrzowie są podziwiani, ale tylko przez pewien czas. Dopóki coś pójdzie nie tak, albo ktoś inny nie zajmie ich miejsca.
Dążenie do doskonałości jest cechą wielu ludzi. Osiągniecie I miejsca na podium także nęci. Ale czy zawsze się opłaca?

wtorek, 18 sierpnia 2020

Ukryta prawda, czyli sprytni złodzieje


Mała miejscowość na Podbeskidziu. Mieszkają tu dwie kobiety. Znają się jeszcze z podstawówki.
Nazwijmy je – pani Renia i pani Marysia. Obie są mężatkami, mają dwójkę dzieci i prowadzą podobny styl życia. Ich status społeczny zasadniczo się nie różni. Różnią je jedynie poglądy. Polityczne i religijne.
Pani Renia jest katoliczką, ale nie hołduje nadmiernie bogacącemu się klerowi i niechętnie uczestniczy we wszelkiego rodzajach religijnych świętach. Uważa, że to tylko teatr, który niczego nadzwyczajnego nie wnosi w życie przykładnego katolika. Zaś bez tej całej pompy i sztuczności katolicy mogliby się doskonale obejść. Woli w ciszy modlić się we własnym domu, w ogrodzie, albo usiąść w wolnej chwili na łące i oddać się rozmyślaniom na temat doczesności i wieczności.
Pani Marysia jest odmiennego zdania. Uwielbia chodzić na pielgrzymki, paradować w procesjach, przynosić do kościoła wiechcie ziół i kwiatów, drogie świece, kilkumetrowe palmy. Lubi, gdy wszystkie oczy zwrócone są w jej kierunku. Nigdy nie opuściła żadnej mszy, a przyjmowanie księdza po kolędzie to w jej odczuciu niemal święto narodowe.
Jedna i druga pani kocha Boga i postępuje zgodnie z nakazami Dekalogu, ale każda czci Go w inny sposób.

Nie tylko w tym się różnią. Różnią ich też poglądy polityczne.

Pani Reni bliższa jest partia A, pani Marysi zaś partia B. I choć obie panie realnie nie udzielają się w żadnej z partii, to w Internecie, głównie na Facebooku od czasu do czasu dają upust swoim przekonaniom w kwestiach związanych z działalnością polityków. A to któraś z nich udostępni jakiś mem, a to napisze jakiś komentarz, to znów z kimś polemizuje. Polemizują czasem, choć rzadko, także ze sobą.

Pani Marysia wstawiła ostatnio mem, który pod niebiosa wychwalał przywódcę jej ulubionej partii za to, że „jest wspaniałym strategiem, bo ograł opozycję”. Rzecz dotyczyła sporych podwyżek wynagrodzeń dla rządzących polityków, w sytuacji, gdy przeciętni pracujący Polacy w dobie pandemii tracą swoje miejsca pracy lub 
z tego powodu obniżane są im  pensje.
Naród uznał, że to ze strony polityków niegodziwość, okradanie ludzi, którzy i tak już ucierpieli przez pandemię. Ku tej opinii skłaniała się też pani Renia, ale nie pani Marysia, która uznała to za zwycięstwo jej partii, bowiem opozycja w kwestii podniesienia swoich uposażeń wyjątkowo się z nią zgadzała (z partią B).
Żadne to zwycięstwo ani ogranie kogokolwiek. To zwykła pazerność polityków, wszystkich polityków! I tych z prawa, i tych z lewa, wszystkich!  Czyste złodziejstwo! – uważała pani Renia.
Pani Marysia dalej jednak traktowała to w kategoriach rozgrywek. Zupełnie jakby to był jakiś mecz, licytacja, a nie uczciwe rządzenie krajem, w dodatku w tych ciężkich czasach.

Bo to trochę tak, jakby pani Renia i pani Marysia mieszkały, egzystowały, w sąsiedztwie złodziei. Taki przykład oczywiście.
Sąsiad z lewej strony, powiedzmy pod osłoną nocy, skradł wszystkie gruszki z ich drzew w sadach.
Sąsiad z prawej strony zaś skradł w obu sadach wszystkie jabłka z dorodnych jabłoni.
Tyle że, powiedzmy, ten z prawej następnego dnia przyszedł do nich i wręczył im po niewielkim koszyku jabłek. Chciał być honorowym złodziejem, czy częściowo zrekompensować stratę? Jak to rozumieć? Otóż, ani jedno, ani drugie. Okazał się bowiem niezłym cwaniakiem, który „ograł” obie panie.
W tym małym koszyku z jabłkami dostrzegły bowiem, że jabłka, które im podarował, nie są jabłkami z ich ogrodów. Ich były dorodne, czerwone i słodkie. A te w koszyku zielone, takie sobie i wyglądały na niedojrzałe, kwaśne.
I wtedy zrozumiały nagle, że oprócz nich, ów złodziej okradł także jeszcze kogoś innego. W dodatku ofiarując im je, skierował niejako podejrzenie o kradzież na panią Renię i panią Marysię. Bo gdyby tak znalazł je u nich ten okradziony człowiek, albo policja…

Ten prosty przykład mógłby posłużyć jako wyjaśnienie dla pani Marysi odnośnie ostatniego opublikowanego mema, wychwalającego pod niebiosa rzekomo wielkiego i sprytnego stratega z partii B. Niestety kobieta nie przyjmuje żadnych wyjaśnień. Ma w tej sprawie swoją koncepcję, swój od dawna przyjęty pogląd i choćby namacalne dowody spływały na jej głowę, niczym majowa ulewa, i tak nie przyjmie żadnych z nich do wiadomości. (Z tyłu głowy stale ma gdzieś 500 plus i 13.emeryturę.) Będzie się 
cieszyć w nieskończoność z tej małej chwili radości, jaką jest ofiarowanie jej przez "złodzieja" koszyka kradzionych jabłek.
I pewnie powie swojej koleżance: Ja od „swojego złodzieja" dostałam przynajmniej koszyk jabłek, a ty nie dostałaś nic! Zrobię sobie z nich kompot, albo upiekę szarlotkę!
I będzie miała swoją małą chwilę słodkości.

Szarlotka zostanie szybko zjedzona, kompot wypity. Trochę słodkiego cukru dostanie się do organizmu, żeby na krótką chwilę dodać siły, albo „odłożyć się na bokach”.
A dalej co? Będzie czekać, aż złodziej znów zawita do jej ogrodu i tym razem skradnie orzechy albo maliny? A potem cierpliwie poczeka, aż pojawi się z uśmiechem na twarzy w drzwiach i wręczy jej kobiałkę agrestu?
Pozwoli złodziejom znów się okradać, czy zbuduje wyższy płot? A może lepiej zastawić sidła?

Disco polo, czyli leć, muzyczko, leć

Podbeskidzka wioska. Taka, jakich w kraju wiele.
Ludzie w niej tacy jak wszędzie. Różni.
Mężczyzna w średnim wieku, nazwijmy go Mateuszem, jest człowiekiem pracy, prostolinijnym, ale zawsze miłym i uśmiechniętym. Pracuje ciężko w fabryce, a po pracy także w domu, a dokładniej koło domu. Zimą odśnieża całkiem spore podwórko. Latem pracy ma jeszcze więcej. Wielki jak Plac Zbawiciela w Warszawie ogród wymaga nieustannej pielęgnacji. Głównie ciągłego koszenia trawy. Mateusz od czasu do czasu naprawi któremuś z kolegów samochód, to znów pomoże zreperować dach, albo pospieszy z pomocą przy drobnych pracach remontowych. Mateusz jest człowiekiem uczynnym, a przez to lubianym. Nikt nie ośmieliłby się powiedzieć mu złego słowa, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy taki ktoś jak on i do czego może się przydać.
Żaden człowiek nie składa się jednak z samych zalet. Posiada też wady. Mateusz nie jest odstępstwem od reguły. Mężczyzna ma pewną przypadłość, która czasem potrafi być męcząca dla sąsiadów. Uwielbia muzykę disco polo.
I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że często słucha jej bardzo głośno. Zwykle, gdy porządkuje obejście, albo naprawia samochód. Wynosi wtedy przed dom swój sprzęt grający i „daje czadu”. Najbliżsi sąsiedzi Mateusza, mówiąc kolokwialnie, mają przechlapane.

Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się dom jego sąsiada, nazwijmy go, Romanem. Roman jest przeciwieństwem Mateusza. Spokojny, opanowany, oczytany i bardzo kulturalny. Człowiek ze wszech miar wykształcony, znający się na sztuce, ale nade wszystko bezkonfliktowy. I za tę ostatnią cechę najbardziej chyba lubiany. Mężczyzna ma też rozliczne znajomości w świecie artystów i polityków.
Jemu także nikt nie ośmieliłby się powiedzieć złego słowa, bo przecież podobnie jak w przypadku Mateusza, nigdy nie wiadomo, kiedy taki ktoś jak on do czego może się przydać.
Roman też kocha muzykę. Tyle że klasyczną. Gdy słucha Beethovena albo Bacha zatraca się w poczuciu czasu i traci kontakt z otoczeniem. Roman jest melomanem w pełnym tego słowa znaczeniu. Gdy słucha muzyki, na ten czas jego dom zamienia się w dobrze nagłośnioną salę koncertową. Mężczyzna najczęściej otwiera taras wychodzący na wprost drogi, przy której zbudowany jest dom i dzieli się swoimi muzycznymi doznaniami z resztą sąsiadów.
Koło domu Romana w takich chwilach nie sposób przejść obojętnie. Latem jest najgorzej.  Niektórzy sąsiedzi mawiają o nim, że jest w transie. Inni przeklinają owe „rzępolenie” na różne sposoby.

Niedaleko domu Mateusza i Romana mieszka pewne małżeństwo. Nazwijmy ich Jakub i Irena. Sąsiedzi mówią o nich „niewidzialni”. A to z tego powodu, że niemal zawsze są w pracy. Do domu wracają późnym wieczorem, kiedy na ogół jest już ciemno. Weekendy spędzają poza domem. Małżeństwo więc nie jest zmuszone słuchać ani muzyki klasycznej, ani disco polo. Mało obchodzi ich Mateusz i Roman. W domu jednak pozostaje 93 letni ojciec pana Jakuba, nazwijmy go, panem Józefem.

Na co dzień zajmuje się nim wynajęta do tego celu opiekunka, młoda dziewczyna. Powiedzmy, że ma na imię Aleksandra.
Dziewczyna skończyła zawodową szkołę fryzjerską, ale nie wiedzieć czemu, nie pracuje w swoim zawodzie. Gdy tylko pogoda na to pozwala, sadza starszego pana na wózek inwalidzki i spaceruje z nim po okolicy.
Siłą rzeczy często przechodzi, albo raczej przejeżdża koło domów Mateusza i Romana. Tak jak i tego dnia. Starszy pan ma kłopoty z kręgosłupem i trochę ze słuchem. Toteż częste przejażdżki koło domów Mateusza i Romana nie robią na nim wrażenia, ale na Aleksandrę, i owszem. Tak jak tego dnia.
Odcinek drogi wzdłuż ogrodzenia pana Romana dziewczyna pokonuje w przyspieszonym tempie. Zwalnia nieco przy domu Mateusza, choć i skoczne dźwięki w rytmie disco polo nie należą do jej ulubionych.
- A pan? Jaką muzykę pan lubi, panie Józefie? – pyta podczas obowiązkowej tego dnia przejażdżki.
Starszy pan zastanawia się przez chwilę i zapewne wraca myślami do swej młodości. Na starość podobno tak to działa. Pamięta się odległe czasy i związane z tym wydarzenia. Gorzej z pamięcią, nie wiem jak to nazwać, tą niedaleką, powiedzmy, sprzed chwili.
Wreszcie odpowiada:
- Oboje z żoną lubiliśmy nasze regionalne piosenki. Ileż to ich nasłuchaliśmy się  na festynach… No i te z radia, ale nie pamiętam już ich tytułów.
Aleksandra urodziła się w XXI wieku i o piosenkach regionalnych ma blade pojęcie, żeby nie powiedzieć, żadne. Ale coś niecoś słyszała w telewizji i trochę jest przerażona. Przeraża ją już sama myśl, co by było, gdyby któregoś dnia jej podopieczny zechciał pójść w ślady swoich sąsiadów, Mateusza i Romana, i swoje ulubione piosnki słuchać równie głośno. Nawet dzieli się swoimi przemyśleniami z panem Józefem.
- Ha, ha! – śmieje się starszy pan. – To by dopiero było!
Po chwili staruszek pyta:
- A gdyby pani, Olu, miała wybrać z tych trzech rodzajów muzyki, to która pani zdaniem jest najładniejsza?

Aleksandra nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Nic dziwnego, bo to rzeczywiście trudny wybór. Jesteśmy przecież bardzo różni, podobnie jak różnorodna jest muzyka. Każda z nich jest inna i na swój sposób miła (lub nie) dla ucha. W dodatku są jeszcze przecież inne gatunki muzyki. Na przykład pop, który najbliższy jest gustowi młodej kobiety.
Tyle że, aby
z przyjemnością każdej z nich posłuchać, trzeba mieć do tego wolny czas i odpowiedni nastrój. A gdy tego brak, nawet najładniejsze dźwięki mogą przyprawić nas o frustrację.

- Co by było, gdybym to ja była ich sąsiadką i też zechciała „dawać koncerty” swojej ulubionej muzyki na całą wieś? – zastanawia się Aleksandra.

A gdyby tak inni sąsiedzi poszli w ich ślady? Każdy przecież wybrałby coś swojego, ulubionego… Wszystko jest przecież kwestią wyborów.
Czy aby jednak trzeba je narzucać innym?


Koronka, czyli zaszufladkowani

Fabryka włókiennicza. Biuro projektowe.
Pracownica, nazwijmy ją panią Elą, pokazuje swojemu szefowi projekt koronki. Szef zatwierdza ów projekt i rozkazuje wdrożyć go do produkcji. Koronka jest biała, lekko sztywna, ma 15 cm szerokości. Dostaje roboczą nazwę – gipiura.
Wkrótce z taśmy schodzą jej pierwsze metry, potem całe szpule. Wreszcie trafia do sklepów.
Niebawem w sklepie dostrzega ją krawcowa, nazwijmy ją panią Małgosią. Pani Małgosia szyje w swoim niewielkim zakładzie krawieckim głównie firany i zasłony. Uznaje, że owa gipiura byłaby doskonałą ozdobą do białych firan. Kupuje ją i niedługo potem spod jej ręki wychodzą przepiękne aranżacje okienne. Szybko zdobywa klientki. Reklamuje się też w Internecie. Przybywa jej zamówień. Pani Małgosia jest bardzo z siebie zadowolona.
Niestety, jak większość rzeczy na tym świecie, jej pomysły zostają jednak skradzione. Coraz to któraś ze szwaczek, jeśli nie usiłuje ją w czymś naśladować, to bywa że podrabia jej projekty w skali 1 do 1.
Powstaje wręcz moda na firany obszyte gipiurą. Co druga gospodyni domowa szczyci się posiadaniem ich w swoich oknach.
Ostatecznie okazuje się, że pani Małgosia staje się prekursorką nowego trendu w szyciu białych firan. Kobieta niewątpliwie ma powód do dumy, mimo że nie wpadła wcześniej na pomysł, aby zastrzec prawa autorskie.

Kilka ulic od domu pani Małgosi mieszka inna młoda kobieta, nazwijmy ją, Justyną.
Justyna ma dwadzieścia parę lat i uwielbia modnie się ubierać. W  jednym ze sklepów z pasmanterią znajduje białą gipiurę. Koronka bardzo jej się podoba. Postanawia ją kupić i obszyć nią górę letniej bluzki, a dokładnie, zakończyć nią falbankę wieńczącą ową górę bluzki. Bluzka jest w stylu hiszpańskim. Całość więc wygląda ładnie. Dodatkowo koronka podkreśla jej hiszpański styl.
Jest lato. Justyna właśnie ma w planach wakacyjny wyjazd nad morze. Uznaje, że bluzka-hiszpanka w sam raz nadaje się na spacery brzegiem morza lub rozgrzanymi o tej porze roku ulicami nadmorskiej miejscowości. Pakuje ją wiec do torby podróżnej. Kilka godzin później paraduje w niej po deptaku, wśród tłumów wczasowiczów, przynajmniej tej żeńskiej części, budząc podziw i zazdrość. Niejedna z pań zapewne chciałaby mieć taką samą bluzkę w swojej kolekcji. Justyna jest zadowolona z siebie i ze swojego pomysłu.

Przy budce z lodami spotyka panią w średnim wieku. Pani, nazwijmy ją, panią Klarą ,nie wiedzieć czemu przygląda się wnikliwie Justynie. Jej zainteresowanie budzi szczególnie bluzka-hiszpanka. Justyna czuje na sobie jej wzrok i zaniepokojona tym pyta:
- Coś nie tak? Ubrudziłam się?
- Ależ nie! Wszystko dobrze, tylko ta gipiura…
Justyna ogląda gipiurę przy falbance, ale niczego osobliwego nie zauważa. Nie rozumie, czemu jej rozmówczyni jest zafrapowana koronką. Dopytuje kobietę o powód zainteresowania owym skrawkiem materiału. Pani Klara chętnie odpowiada:
- Pani wybaczy, ale ta gipiura nie pasuje do bluzki. Gipiurą obszywa się białe firanki…. – słyszy z ust obcej kobiety.
Justyna jest zaskoczona słowami kobiety.
- Ależ to tylko koronka. Co za różnica, gdzie jest przyszyta? – dziwi się.
I słusznie, bo nieprawdą jest, jakoby nie pasowała do jej bluzki. Wręcz przeciwnie, wygląda pięknie i zmysłowo. Justyna przypomina sobie, że podczas kupowania owej gipiury nie wiedziała, ile dokładnie będzie jej potrzebowała i kupiła nieco za dużo. Okazało się, że starczyło jeszcze na obszycie niewielkiego obrusiku, który zresztą również prezentował się świetnie, czemu dawali wyraz znajomi zapraszani na herbatę.
Tymczasem słyszy, że obszywa się nią tylko firanki. Burzy się więc, i słusznie. Postanawia przekonać kobietę, że nie ma racji. Kobieta obstaje jednak przy swoim. Jest przekonana, że gipiura może być tylko i wyłącznie przy firankach.
- Ależ, droga pani, nawet suknie ślubne mają obszycia i staniki z gipiury – Justyna przywołuje, jak jej się wydaje, argument nie do obalenia.
Nie dla pani Klary, bo choć częściowo się z nią zgadza, to nadal uważa, że akurat ten konkretny 15 centymetrowy biały kawałek koronki ma inne przeznaczenie. Jest do firan! Koniec i kropka!

Może to wszystko nudne i mało znaczące. Pewnie tak. Ale pokazuje nam, jak potrafimy czasem zaprogramować swój tok myślenia i jak trudno pogodzić się z tym, że wcale nie musi być tak, jak to widzimy.
Niektórzy z nas mawiają, że „ktoś się na coś zafiksował”. I to chyba jest najwłaściwsze określenie.
To trochę tak, jakby powiedzieć o takich samych gwoździach przy okazji wieszania obrazów na ścianach: „Ten gwóźdź jest do tej ściany, a ten drugi do tej drugiej ściany”. Gwoździe podobne są do siebie jak dwie krople wody i można je użyć w różnych miejscach i na wiele sposobów. Oczywiście są też gwoździe o szczególnym przeznaczeniu i użyte w innym miejscu po prostu nie będą pasować. Ale nie o takich gwoździach, ani o takich koronkach tutaj mowa.

A gdyby tak pani Małgosia nie wpadła wtedy na pomysł, żeby gipiurą obszyć białą firankę?
Ciekawe, czy w ogóle byłaby wtedy jakaś reakcja nieznajomej kobiety, nazwanej przeze mnie Klarą, tej spod budki z lodami? Zapewne nie.

A gdyby tak krawcowa, pani Małgosia, wpadła wtedy na pomysł, żeby gipiurą obszyć na przykład poduszki albo pościel, a nie firanki? Zapoczątkowałaby być może nową modę pościelową.

A gdyby tak Justyna, zamiast bluzkę, obszyłaby gipiurą torebkę albo parasolkę? I nagle okazało się, że to ona jest prekursorką nowego trendu w modzie?

 A jak ma się do tego wszystkiego pani Ela z fabryki włókienniczej? Gdyby tak wtedy zamiast gipiury, wymyśliła coś kompletnie innego?

Ot, taka reakcja łańcuchowa…. A na jej drodze kilka szufladek. Którą wybierzemy?

Kryształ, czyli trudne wybory

Sklep z artykułami gospodarstwa domowego.
Przy stoisku ze szkłem stoi mężczyzna trzydziestoparoletni  mężczyzna. Nazwijmy go panem Maciejem. Przygląda się wazonom na kwiaty. Właśnie wprowadził się do swojej dopiero co kupionej kawalerki. Jest już umeblowana. Pora, żeby zadbać o bibeloty. Spodobał mu się jeden z wazonów. Jest gotów go nabyć. Ma klasyczny kształt, jest średniej wysokości, owalny, górą lekko zwężony, w blado seledynowym kolorze. Mężczyzna dłonią gładzi jego gładką powierzchnię. Jest zadowolony, że nie ma chropowatości i nie napotyka na niej żadnych niepożądanych wypukłości ani innych niepotrzebnych rzeczy.
Jest uniwersalny, zarówno kształtem jak i kolorem. Pasuje właściwie do każdego wnętrza i jest ponadczasowy. Moda na ten kształt trwa od wieków i zapewne nieprędko się zmieni. 
Pan Maciej wkłada go więc do koszyka i niedługo potem uda się do kasy. Zanim to jednak zrobi, na końcu stoiska ze szkłem dostrzeże nieznajomego mężczyznę. Mężczyzna również ogląda wazony. Tyle że…

Ów mężczyzna, nazwijmy go, panem Antonim, zainteresowany jest zgoła odmienną formą wazonów. Pan Antoni uwielbia kryształy. W domu ma już całą kolekcję tych szklanych przedmiotów. Właśnie dostrzegł wazon, którego nie ma jeszcze w swojej kolekcji. Zastanawia się nad jego kupnem.
Bierze go do ręki. Dotyka. Podnosi nieco do góry, przyglądając mu się niejako pod słońce, które przez okno wystawowe wąskim strumykiem przedostaje się do wnętrza sklepu. Słońce pada wprost na jego przeźroczystą powierzchnię, nierówną, z licznymi regularnymi załamaniami, tworzącymi efektowny, symetryczny wzór. Racząc go swoim światłem powoduje, że w zależności od jego ustawienia w kierunku światła zagłębienia i rysy przybierają różne świetliste odcienie. Wazon jest obły, średniej wielkości, rozszerzony górą. Gdyby nie jego wzór na powierzchni, być może byłby jak wiele innych, prosty w swej formie. Ot, taki sobie. I też klasyczny, taki ponadczasowy. Ale za sprawą wzoru, jaki nadano mu przy jego produkcji, taki nie jest.
Pan Antoni jest nim zachwycony. Flakon ma niepowtarzalny wzór. Jego zdaniem każdy, kto na niego spojrzy, powinien dostrzec w nim ukrytą głębię światła, która zmienia się pod kątem jego ustawienia. No i ten wzór. Nawet osoba niewidoma, czy niedowidząca, dotykając powierzchni, może poczuć ową niezwykłość i wyobrazić sobie jego naturalne piękno.
Pan Antoni jest więc zdecydowany. Wkłada wazon do koszyka. Teraz tylko należy za niego zapłacić, a potem udać się do domu i cieszyć swoim nowym nabytkiem.
Zanim to jednak zrobi w otoczeniu obojga panów pojawi się kobieta w średnim wieku z kilkunastoletnią wnuczką. Nazwijmy je, pani Joanna i Klementynka.

Pani Joanna
przyszła tu z zamiarem kupna zwykłych szklanek. Przez chwilę przygląda się razem z wnuczką stojącym na półkach wszelkiej maści szkłom. W końcu podchodzi do tej części długiej półki, na której znajdują się szklanki.  Dokładnie naprzeciwko regału z wazonami. Nastolatka jest trochę zniecierpliwiona zakupami, więc radzi babci:
- Weźmy te! Mają uszka i są z grubego szkła. Może w zmywarce nie będą się tak szybko tłukły.
Babcia nie jest jednak przekonana do jej pomysłu. Wyraźnie widać, że rozgląda się za cienkim szkłem, czego daje dowód, biorąc do ręki kolejną szklankę, taką, jakich wiele na półkach w tym sklepie.
Nagle wnuczka dostrzega szklanki z tak zwanymi wyklejankami. Wyklejanka, to nic innego jak przyklejona na gorąco do szkła kolorowa nalepka. Zwykle przedstawiająca jakąś postać z bajki lub filmu, albo z motywami roślinnymi, bądź zwierzętami. Klementynka upiera się, by kupić właśnie takie ze zwierzakami. Powoli zaczyna wyliczać, która ze szklanek i z jakim zwierzakiem byłaby dla poszczególnych członków rodziny.  Babcia nie chce jednak o tym słyszeć. Ich rozmowa robi się coraz głośniejsza.
Słyszy ją pan Maciej i również pan Antoni. Pani Joanna czuje się trochę niezręcznie. Przeprasza za głośne zachowanie wnuczki i wspólne przekomarzania.

- Nic nie szkodzi – odpowiada pan Maciej, i dodaje, niejako wtrącając się w ich rozmowę: - Osobiście bardziej wolałbym te proste szklanki.

- A mnie się podobają te ze zwierzątkami – wtrąca się pan Antoni. – Lubię, gdy szkło ma w sobie coś szczególnego. Coś, co na dłużej przykuwa uwagę na przedmiocie…

- Rzecz gustu – podsumowuje dyskusję pani Joanna. – Szukam po prostu coś użytecznego. Coś normalnego…
Chce jeszcze dopowiedzieć, że chodzi jej o szklanki, które nie sprawiają kłopotu ani w trakcie picia z nich napoi, ani w trakcie ich mycia. To jednak jest trudne, bo pozostała trójka na dobre zaczyna się licytować.
Pani Joanna nie wie już kogo słuchać i co wybrać. Zapomina powoli, że z chwilą przekroczenia sklepu miała co do kupna szklanek swoje „wyobrażenie”, ale teraz już sama nie wie, czy powinna brać je pod uwagę. Może warto zdać się na rady kogoś innego, na jego odczucie piękna?

- Proste szklanki mogą być praktyczne i zarazem piękne – upiera się pan Maciej.

- Wymyślne też mogą być praktyczne i zarazem piękne – małpuje słowa mężczyzny pan Antoni.

- Prostota równa się wygoda i zawsze na czasie. Odporna na wszelkie mody, także tą w kwestii zastaw stołowych i wszelkiego rodzaju szkła – obstaje przy swoim pan Maciej.

- A nietuzinkowe kształty i kolory to także piękna dekoracja. A co do mody, to w przeciągu ostatnich stuleci tyle ich już było, że kolejna nie stanowi różnicy – dodaje pan Antoni.

Dyskusja panów trwa na dobre. Kobieta przysłuchuje się z uwagą, ale odczuwa pewien dyskomfort. W końcu to ona przyszła tu z zamiarem kupna szklanek i to ona będzie z nich piła. Powinna zatem zdecydować sama. Nie zauważała, że w międzyczasie nastoletnia wnuczka nagle ulotniła się gdzieś jak kamfora. Zaczyna się za nią rozglądać. Tymczasem panowie udają się do kasy. Kobieta stoi przy półce ze szklankami i nie wie, co zdecydować. Panowie uczynili w jej głowie niezły mętlik. Do tego wszystkiego jeszcze wnuczka…

- Najlepiej byłoby, gdybym znalazła takie dwa w jednym. Cienka szklanka z delikatnym, bardzo delikatnym wzorkiem. Może być kolorowy, może być biały, wszystko jedno – mówi do siebie w myślach. – Byłaby do herbaty, na sok, na wodę mineralną, na kompot, a i na kawę też by się od biedy nadawała. Bo przecież gdzie to jest napisane, co mam do nich wlać i gdzie ewentualnie je postawić; schować do półki, czy ustawić na widocznym miejscu, by służyły jednocześnie jako dekoracja.
Nagle tuż koło niej pojawia się jeszcze niedawno poszukiwana wnuczka. W rękach trzyma dwie porcelanowe, białe filiżanki. Mają całkiem ładny kształt i są z cienkiej porcelany. Z rumieńcem na twarzy, zaaferowana pokazuje je babci.

- Pomyślałam, że może potrzebny jest kompromis? – mówi pytającym tonem Klementynka.

Pani Joanna uznaje, że to dobry pomysł. Przy wyjściu ze sklepu spotyka pana Macieja, który pakuje swoje zakupy do bagażnika samochodu. Niedaleko na parkingu stoi również pan Antoni. Rozmawia z jakąś obcą kobietą.
Na widok  mężczyzn reaguje Klementynka. Zapamiętała, że oboje mieli w swych koszykach wazony.
- Babciu, który z wazonów był ładniejszy? – pyta dziewczynka. – Ten prosty, seledynowy, czy ten szklany z wytłaczanym wzorkiem?
Dziewczynka nie rozróżnia jeszcze rodzajów szkła.
- Oba były ładne. Każdy na swój sposób – odpowiada pani Joanna. – Ważne, że oba służą do tego samego. Czyli są na cięte kwiaty.

A gdyby tak Pani Joanna tego dnia odwiedziła market o innej porze? Nie spotkałaby tam ani pana Macieja, ani pana Antoniego. Nie byłoby tej całej dyskusji o szklankach.

Klementynka
pod jej wpływem nie pobiegłaby szukać porcelanowych filiżanek.

Pani Joanna zdałaby się zapewne tylko i wyłącznie na swój wybór. Zapewne wybrałaby coś zupełnie innego.

Życie podsuwa nam różne wybory. I choć wszystkie sprowadzają się do naszej codziennej egzystencji, wybieramy bardzo różnie.
Każdy na swój sposób. Według własnej potrzeby i swojego odczucia.
Niestety, bywa że często za sprawą sugestii innych lub wręcz pod czyjeś dyktando.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...