Mieszka tu pani, nazwijmy ją panią
Eweliną. Jest lekarką z prawie trzydziestoletnim stażem. Miła, sympatyczna
osoba, ale nade wszystko kompetentna w tym, co robi. Po okolicy szybko
rozchodzi się wieść, że jest świetną lekarką. Taką, co to do rany przyłożyć,
ale przede wszystkim bezbłędnie rozpoznającą
i leczącą wszelkie choroby. Z tego też powodu ma coraz więcej pacjentów,
nieraz przyjeżdżających nawet z odległych rejonów.
Pani Ewelina staje się sławna. Chordy pacjentów dobijają się do drzwi jej gabinetu w niewielkiej, wiejskiej przychodni. Jest ich coraz więcej, a ona nikomu nie odmawia przyjęcia. Przekłada się to bezpośrednio na czas, jaki może poświęcić dla swoich pacjentów. Ma go coraz mniej. Pracować zaś musi coraz więcej. Nie dziwi więc nikogo, że bywa tym wszystkim zmęczona. Mimo to dzielnie trwa na swoim posterunku, czasem jednocześnie wykonując kilka czynności naraz.
Zdarza się bowiem, iż do gabinetu wchodzi pacjent, a po chwili tuż za nim rejestratorka z prośbą do lekarki o pieczątkę na L4, czy innym druku.
Ledwo tylko wychodzi, kolejna osoba, tym razem pielęgniarka, przynosi jej do obejrzenia EKG innego pacjenta, które właśnie mu wykonała. W międzyczasie lekarka bada pacjenta i… odbiera dwa telefony od innych zaniepokojonych swoimi objawami pacjentów.
Poirytowany tym wszystkim pacjent pokornie prosi o wypisanie recept i skierowania na potrzebne badania. Dopytuje się o to i owo w kwestii swoich chorób, ale pytania te są nieustająco przerywane przez owe telefony, pielęgniarkę, rejestratorkę, itd. W końcu pacjent wybiega z gabinetu z plikiem recept i skierowań, ale ze zdenerwowania nie sprawdza w przychodni, co otrzymał. Biegnie do samochodu, bo najczęściej czeka już tam na niego ktoś z rodziny: syn, córka, którzy na chwilę zwolnili się z pracy, albo niecierpliwy współmałżonek. W domu ze zgrozą zauważa, że wśród wielu leków lekarka zapomniała wypisać mu receptę na dwa, jakby nie było, ważne i na już potrzebne leki. To nie koniec. Skierowanie do Laboratorium jest, ale brak skierowania do przychodni specjalistycznej. Musi więc udać się tam drugi raz.
Inni pacjenci zaczynają uskarżać się na podobne sytuacje. Jest to poważna rysa na zawodowym wizerunku lekarki. Rośnie też grono niezadowolonych osób, którzy ze względu na dużą ilość pacjentów, coraz więcej czasu spędzają w kolejkach do gabinetu lekarskiego. Powoli, zamiast zachwalać panią doktor, ludzie odradzają innym korzystanie z jej usług. Wynajdują dogodniejsze warunki i terminy, odwiedzają inne gabinety, w których przyjmują równie dobrzy lekarze.
Pani Ewelinie ubywa pacjentów, a dawna sława przechodzi, może nie tyle w niesławę, co raczej w obojętność pacjentów, tu i tam graniczącą z żalem do pani doktor.
Wniosek nasuwa się sam. Nie zawsze dobrze jest być najlepszym. Od najlepszego wymaga się więcej i więcej, a nie każdy potrafi sprostać temu fizycznie.
W tej samej miejscowości mieszka inna kobieta. Nazwijmy ją panią Jolą.
Pani Jola pracuje w fabryce produkującej akcesoria do mebli. Ma niespełna czterdzieści lat, jest zdrowa i silna. To ważne, bowiem nie wszyscy współpracownicy owej kobiety mogą się tym pochwalić. Pani Jola ma dwójkę dzieci i męża nieudacznika, który nie dość, że zagląda do kieliszka, to jeszcze często zaciąga kredyty. Z tego powodu kobieta ma poważny kłopot i ciągłe długi, potrzebuje więc sporo pieniędzy. Lekarstwem na to wydaje jej się praca. Coraz więcej pracy, a co za tym idzie, więcej zarobionych pieniędzy. W fabryce haruje więc jak wół, wyciągając sporo ponad normę. Jest wręcz mistrzem! Kierownictwo stawia ją za wzór i… podnosi poprzeczkę. Ustala większe normy, bo skoro pani Jola potrafi, to dlaczego inni nie mieliby tyle samo wypracowywać?
Na oddziale pani Joli gro pracowników stanowią kobiety. Czasem muszą korzystać z opieki nad dziećmi, nocami nie dosypiają, co miesiąc nękają je kobiece bóle. Są przez to mniej wydajniejsze w pracy. Ale kierownictwo fabryki nie przyjmuje tego do wiadomości. Bo skoro pani Jola da radę, to przecież inne kobiety też powinne.
Wśród pracowników rośnie więc niechęć do pani Joli. Niechęć z czasem przerasta w złość. Potem w nienawiść. Na koniec niemal zostaje zaszczuta przez załogę. Przodowniczce pracy zostaje wręczona czerwona kartka. Musi poszukać sobie innej pracy.
Pani Jola zwalnia się, ale nie znajduje innego zajęcia. Jest bezrobocie, a ona nie ma wyuczonego zawodu. Niewiele potrafi i ma swoje lata. Długi pani Joli i jej męża z każdym dniem stają się większe. W końcu do drzwi puka komornik. Ktoś radzi jej, żeby poszukać pracy zagranicą. Postawiona pod ścianą, wyjeżdża z kraju. Ma to swoje konsekwencje. Rozpada się jej rodzina.
Pani Jola doskonale wie, gdzie popełniła błąd, ale nie wyciąga z tego wniosków. W nowej pracy popełnia ten sam błąd.
Czasami tylko mówi sama do siebie, albo do znajomych: „Byłam głupia! Chciałam być najlepsza, a stałam się najgorszą”.
A mówią, że na błędach człowiek się uczy!
Mieszka tu też pan, nazwijmy go, panem Leosiem.
Pan Leoś jest z zawodu hydraulikiem. Ma też inne umiejętności. Wszyscy mówią o nim „złota rączka”. Toteż na brak pracy nie narzeka. Czasem wręcz brakuje mu czasu na sen. Pan Leoś ma skrzętnie zapisany terminarz, a każdego klienta tratuje z wielkim szacunkiem. Ceny za jego usługi nie są wygórowane, więc telefon pana Leosia nieustannie dzwoni. Z czasem staje się jego przekleństwem, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przeszkadza mu w pracy. Brudne od smarów, klei i zapraw ręce nie zawsze są w stanie go odebrać. Ponadto dzwonienie nieustannie przerywa mu pracę.
Któregoś dnia wpada na pomysł, aby go wyłączyć w czasie pracy. Włącza go jedynie podczas przerw na posiłki. I wtedy jedząc, jednocześnie oddzwania do potencjalnych klientów.
Niestety, klienci niemogący dodzwonić się do hydraulika, najczęściej rezygnują z jego usług. Z konieczności wynajdują innego. Może mniej operatywnego i droższego, ale jednak go mają. Ktoś w końcu naprawi ten cieknący kran czy pękniętą rurę. Ale nie jest to już pan Leoś.
Przyroda nie znosi pustki. Pan Leoś powoli się starzeje, jego miejsce zajmują inni, młodsi i bardziej rezolutni. W końcu pan Leoś odkrywa, że telefon coraz rzadziej dzwoni, nawet, gdy włącza go już na cały dzień. Niegdysiejszy mistrz w swoim fachu zaczyna cierpieć na brak pracy. Nie rozumie tego, bo przecież z jego wieloletnim doświadczeniem, tanią usługą i miłym usposobieniem powinien mieć klientów na pęczki. Jest przecież w okolicy najlepszy!
Był. Czas przeszły, panie Leosiu. Czas przeszły, niestety! Chyba nie warto było się aż tak starać.
Prymusów nikt nie lubi. Mistrzowie są podziwiani, ale tylko przez pewien czas. Dopóki coś pójdzie nie tak, albo ktoś inny nie zajmie ich miejsca.
Dążenie do doskonałości jest cechą wielu ludzi. Osiągniecie I miejsca na podium także nęci. Ale czy zawsze się opłaca?
Pani Ewelina staje się sławna. Chordy pacjentów dobijają się do drzwi jej gabinetu w niewielkiej, wiejskiej przychodni. Jest ich coraz więcej, a ona nikomu nie odmawia przyjęcia. Przekłada się to bezpośrednio na czas, jaki może poświęcić dla swoich pacjentów. Ma go coraz mniej. Pracować zaś musi coraz więcej. Nie dziwi więc nikogo, że bywa tym wszystkim zmęczona. Mimo to dzielnie trwa na swoim posterunku, czasem jednocześnie wykonując kilka czynności naraz.
Zdarza się bowiem, iż do gabinetu wchodzi pacjent, a po chwili tuż za nim rejestratorka z prośbą do lekarki o pieczątkę na L4, czy innym druku.
Ledwo tylko wychodzi, kolejna osoba, tym razem pielęgniarka, przynosi jej do obejrzenia EKG innego pacjenta, które właśnie mu wykonała. W międzyczasie lekarka bada pacjenta i… odbiera dwa telefony od innych zaniepokojonych swoimi objawami pacjentów.
Poirytowany tym wszystkim pacjent pokornie prosi o wypisanie recept i skierowania na potrzebne badania. Dopytuje się o to i owo w kwestii swoich chorób, ale pytania te są nieustająco przerywane przez owe telefony, pielęgniarkę, rejestratorkę, itd. W końcu pacjent wybiega z gabinetu z plikiem recept i skierowań, ale ze zdenerwowania nie sprawdza w przychodni, co otrzymał. Biegnie do samochodu, bo najczęściej czeka już tam na niego ktoś z rodziny: syn, córka, którzy na chwilę zwolnili się z pracy, albo niecierpliwy współmałżonek. W domu ze zgrozą zauważa, że wśród wielu leków lekarka zapomniała wypisać mu receptę na dwa, jakby nie było, ważne i na już potrzebne leki. To nie koniec. Skierowanie do Laboratorium jest, ale brak skierowania do przychodni specjalistycznej. Musi więc udać się tam drugi raz.
Inni pacjenci zaczynają uskarżać się na podobne sytuacje. Jest to poważna rysa na zawodowym wizerunku lekarki. Rośnie też grono niezadowolonych osób, którzy ze względu na dużą ilość pacjentów, coraz więcej czasu spędzają w kolejkach do gabinetu lekarskiego. Powoli, zamiast zachwalać panią doktor, ludzie odradzają innym korzystanie z jej usług. Wynajdują dogodniejsze warunki i terminy, odwiedzają inne gabinety, w których przyjmują równie dobrzy lekarze.
Pani Ewelinie ubywa pacjentów, a dawna sława przechodzi, może nie tyle w niesławę, co raczej w obojętność pacjentów, tu i tam graniczącą z żalem do pani doktor.
Wniosek nasuwa się sam. Nie zawsze dobrze jest być najlepszym. Od najlepszego wymaga się więcej i więcej, a nie każdy potrafi sprostać temu fizycznie.
W tej samej miejscowości mieszka inna kobieta. Nazwijmy ją panią Jolą.
Pani Jola pracuje w fabryce produkującej akcesoria do mebli. Ma niespełna czterdzieści lat, jest zdrowa i silna. To ważne, bowiem nie wszyscy współpracownicy owej kobiety mogą się tym pochwalić. Pani Jola ma dwójkę dzieci i męża nieudacznika, który nie dość, że zagląda do kieliszka, to jeszcze często zaciąga kredyty. Z tego powodu kobieta ma poważny kłopot i ciągłe długi, potrzebuje więc sporo pieniędzy. Lekarstwem na to wydaje jej się praca. Coraz więcej pracy, a co za tym idzie, więcej zarobionych pieniędzy. W fabryce haruje więc jak wół, wyciągając sporo ponad normę. Jest wręcz mistrzem! Kierownictwo stawia ją za wzór i… podnosi poprzeczkę. Ustala większe normy, bo skoro pani Jola potrafi, to dlaczego inni nie mieliby tyle samo wypracowywać?
Na oddziale pani Joli gro pracowników stanowią kobiety. Czasem muszą korzystać z opieki nad dziećmi, nocami nie dosypiają, co miesiąc nękają je kobiece bóle. Są przez to mniej wydajniejsze w pracy. Ale kierownictwo fabryki nie przyjmuje tego do wiadomości. Bo skoro pani Jola da radę, to przecież inne kobiety też powinne.
Wśród pracowników rośnie więc niechęć do pani Joli. Niechęć z czasem przerasta w złość. Potem w nienawiść. Na koniec niemal zostaje zaszczuta przez załogę. Przodowniczce pracy zostaje wręczona czerwona kartka. Musi poszukać sobie innej pracy.
Pani Jola zwalnia się, ale nie znajduje innego zajęcia. Jest bezrobocie, a ona nie ma wyuczonego zawodu. Niewiele potrafi i ma swoje lata. Długi pani Joli i jej męża z każdym dniem stają się większe. W końcu do drzwi puka komornik. Ktoś radzi jej, żeby poszukać pracy zagranicą. Postawiona pod ścianą, wyjeżdża z kraju. Ma to swoje konsekwencje. Rozpada się jej rodzina.
Pani Jola doskonale wie, gdzie popełniła błąd, ale nie wyciąga z tego wniosków. W nowej pracy popełnia ten sam błąd.
Czasami tylko mówi sama do siebie, albo do znajomych: „Byłam głupia! Chciałam być najlepsza, a stałam się najgorszą”.
A mówią, że na błędach człowiek się uczy!
Mieszka tu też pan, nazwijmy go, panem Leosiem.
Pan Leoś jest z zawodu hydraulikiem. Ma też inne umiejętności. Wszyscy mówią o nim „złota rączka”. Toteż na brak pracy nie narzeka. Czasem wręcz brakuje mu czasu na sen. Pan Leoś ma skrzętnie zapisany terminarz, a każdego klienta tratuje z wielkim szacunkiem. Ceny za jego usługi nie są wygórowane, więc telefon pana Leosia nieustannie dzwoni. Z czasem staje się jego przekleństwem, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przeszkadza mu w pracy. Brudne od smarów, klei i zapraw ręce nie zawsze są w stanie go odebrać. Ponadto dzwonienie nieustannie przerywa mu pracę.
Któregoś dnia wpada na pomysł, aby go wyłączyć w czasie pracy. Włącza go jedynie podczas przerw na posiłki. I wtedy jedząc, jednocześnie oddzwania do potencjalnych klientów.
Niestety, klienci niemogący dodzwonić się do hydraulika, najczęściej rezygnują z jego usług. Z konieczności wynajdują innego. Może mniej operatywnego i droższego, ale jednak go mają. Ktoś w końcu naprawi ten cieknący kran czy pękniętą rurę. Ale nie jest to już pan Leoś.
Przyroda nie znosi pustki. Pan Leoś powoli się starzeje, jego miejsce zajmują inni, młodsi i bardziej rezolutni. W końcu pan Leoś odkrywa, że telefon coraz rzadziej dzwoni, nawet, gdy włącza go już na cały dzień. Niegdysiejszy mistrz w swoim fachu zaczyna cierpieć na brak pracy. Nie rozumie tego, bo przecież z jego wieloletnim doświadczeniem, tanią usługą i miłym usposobieniem powinien mieć klientów na pęczki. Jest przecież w okolicy najlepszy!
Był. Czas przeszły, panie Leosiu. Czas przeszły, niestety! Chyba nie warto było się aż tak starać.
Prymusów nikt nie lubi. Mistrzowie są podziwiani, ale tylko przez pewien czas. Dopóki coś pójdzie nie tak, albo ktoś inny nie zajmie ich miejsca.
Dążenie do doskonałości jest cechą wielu ludzi. Osiągniecie I miejsca na podium także nęci. Ale czy zawsze się opłaca?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz