Mała miejscowość na Podbeskidziu.
Mieszkają tu dwie kobiety. Znają się jeszcze z podstawówki.
Nazwijmy je – pani Renia i pani Marysia. Obie są mężatkami, mają dwójkę dzieci i prowadzą podobny styl życia. Ich status społeczny zasadniczo się nie różni. Różnią je jedynie poglądy. Polityczne i religijne.
Pani Renia jest katoliczką, ale nie hołduje nadmiernie bogacącemu się klerowi i niechętnie uczestniczy we wszelkiego rodzajach religijnych świętach. Uważa, że to tylko teatr, który niczego nadzwyczajnego nie wnosi w życie przykładnego katolika. Zaś bez tej całej pompy i sztuczności katolicy mogliby się doskonale obejść. Woli w ciszy modlić się we własnym domu, w ogrodzie, albo usiąść w wolnej chwili na łące i oddać się rozmyślaniom na temat doczesności i wieczności.
Pani Marysia jest odmiennego zdania. Uwielbia chodzić na pielgrzymki, paradować w procesjach, przynosić do kościoła wiechcie ziół i kwiatów, drogie świece, kilkumetrowe palmy. Lubi, gdy wszystkie oczy zwrócone są w jej kierunku. Nigdy nie opuściła żadnej mszy, a przyjmowanie księdza po kolędzie to w jej odczuciu niemal święto narodowe.
Jedna i druga pani kocha Boga i postępuje zgodnie z nakazami Dekalogu, ale każda czci Go w inny sposób.
Nie tylko w tym się różnią. Różnią ich też poglądy polityczne.
Pani Reni bliższa jest partia A, pani Marysi zaś partia B. I choć obie panie realnie nie udzielają się w żadnej z partii, to w Internecie, głównie na Facebooku od czasu do czasu dają upust swoim przekonaniom w kwestiach związanych z działalnością polityków. A to któraś z nich udostępni jakiś mem, a to napisze jakiś komentarz, to znów z kimś polemizuje. Polemizują czasem, choć rzadko, także ze sobą.
Pani Marysia wstawiła ostatnio mem, który pod niebiosa wychwalał przywódcę jej ulubionej partii za to, że „jest wspaniałym strategiem, bo ograł opozycję”. Rzecz dotyczyła sporych podwyżek wynagrodzeń dla rządzących polityków, w sytuacji, gdy przeciętni pracujący Polacy w dobie pandemii tracą swoje miejsca pracy lub z tego powodu obniżane są im pensje.
Nazwijmy je – pani Renia i pani Marysia. Obie są mężatkami, mają dwójkę dzieci i prowadzą podobny styl życia. Ich status społeczny zasadniczo się nie różni. Różnią je jedynie poglądy. Polityczne i religijne.
Pani Renia jest katoliczką, ale nie hołduje nadmiernie bogacącemu się klerowi i niechętnie uczestniczy we wszelkiego rodzajach religijnych świętach. Uważa, że to tylko teatr, który niczego nadzwyczajnego nie wnosi w życie przykładnego katolika. Zaś bez tej całej pompy i sztuczności katolicy mogliby się doskonale obejść. Woli w ciszy modlić się we własnym domu, w ogrodzie, albo usiąść w wolnej chwili na łące i oddać się rozmyślaniom na temat doczesności i wieczności.
Pani Marysia jest odmiennego zdania. Uwielbia chodzić na pielgrzymki, paradować w procesjach, przynosić do kościoła wiechcie ziół i kwiatów, drogie świece, kilkumetrowe palmy. Lubi, gdy wszystkie oczy zwrócone są w jej kierunku. Nigdy nie opuściła żadnej mszy, a przyjmowanie księdza po kolędzie to w jej odczuciu niemal święto narodowe.
Jedna i druga pani kocha Boga i postępuje zgodnie z nakazami Dekalogu, ale każda czci Go w inny sposób.
Nie tylko w tym się różnią. Różnią ich też poglądy polityczne.
Pani Reni bliższa jest partia A, pani Marysi zaś partia B. I choć obie panie realnie nie udzielają się w żadnej z partii, to w Internecie, głównie na Facebooku od czasu do czasu dają upust swoim przekonaniom w kwestiach związanych z działalnością polityków. A to któraś z nich udostępni jakiś mem, a to napisze jakiś komentarz, to znów z kimś polemizuje. Polemizują czasem, choć rzadko, także ze sobą.
Pani Marysia wstawiła ostatnio mem, który pod niebiosa wychwalał przywódcę jej ulubionej partii za to, że „jest wspaniałym strategiem, bo ograł opozycję”. Rzecz dotyczyła sporych podwyżek wynagrodzeń dla rządzących polityków, w sytuacji, gdy przeciętni pracujący Polacy w dobie pandemii tracą swoje miejsca pracy lub z tego powodu obniżane są im pensje.
Naród uznał, że to ze strony polityków niegodziwość, okradanie ludzi, którzy i
tak już ucierpieli przez pandemię. Ku tej opinii skłaniała się też pani Renia,
ale nie pani Marysia, która uznała to za zwycięstwo jej partii, bowiem opozycja
w kwestii podniesienia swoich uposażeń wyjątkowo się z nią zgadzała (z partią
B).
Żadne to zwycięstwo ani ogranie kogokolwiek. To zwykła pazerność polityków, wszystkich polityków! I tych z prawa, i tych z lewa, wszystkich! Czyste złodziejstwo! – uważała pani Renia.
Pani Marysia dalej jednak traktowała to w kategoriach rozgrywek. Zupełnie jakby to był jakiś mecz, licytacja, a nie uczciwe rządzenie krajem, w dodatku w tych ciężkich czasach.
Bo to trochę tak, jakby pani Renia i pani Marysia mieszkały, egzystowały, w sąsiedztwie złodziei. Taki przykład oczywiście.
Sąsiad z lewej strony, powiedzmy pod osłoną nocy, skradł wszystkie gruszki z ich drzew w sadach.
Sąsiad z prawej strony zaś skradł w obu sadach wszystkie jabłka z dorodnych jabłoni.
Tyle że, powiedzmy, ten z prawej następnego dnia przyszedł do nich i wręczył im po niewielkim koszyku jabłek. Chciał być honorowym złodziejem, czy częściowo zrekompensować stratę? Jak to rozumieć? Otóż, ani jedno, ani drugie. Okazał się bowiem niezłym cwaniakiem, który „ograł” obie panie.
W tym małym koszyku z jabłkami dostrzegły bowiem, że jabłka, które im podarował, nie są jabłkami z ich ogrodów. Ich były dorodne, czerwone i słodkie. A te w koszyku zielone, takie sobie i wyglądały na niedojrzałe, kwaśne.
I wtedy zrozumiały nagle, że oprócz nich, ów złodziej okradł także jeszcze kogoś innego. W dodatku ofiarując im je, skierował niejako podejrzenie o kradzież na panią Renię i panią Marysię. Bo gdyby tak znalazł je u nich ten okradziony człowiek, albo policja…
Ten prosty przykład mógłby posłużyć jako wyjaśnienie dla pani Marysi odnośnie ostatniego opublikowanego mema, wychwalającego pod niebiosa rzekomo wielkiego i sprytnego stratega z partii B. Niestety kobieta nie przyjmuje żadnych wyjaśnień. Ma w tej sprawie swoją koncepcję, swój od dawna przyjęty pogląd i choćby namacalne dowody spływały na jej głowę, niczym majowa ulewa, i tak nie przyjmie żadnych z nich do wiadomości. (Z tyłu głowy stale ma gdzieś 500 plus i 13.emeryturę.) Będzie się cieszyć w nieskończoność z tej małej chwili radości, jaką jest ofiarowanie jej przez "złodzieja" koszyka kradzionych jabłek.
Żadne to zwycięstwo ani ogranie kogokolwiek. To zwykła pazerność polityków, wszystkich polityków! I tych z prawa, i tych z lewa, wszystkich! Czyste złodziejstwo! – uważała pani Renia.
Pani Marysia dalej jednak traktowała to w kategoriach rozgrywek. Zupełnie jakby to był jakiś mecz, licytacja, a nie uczciwe rządzenie krajem, w dodatku w tych ciężkich czasach.
Bo to trochę tak, jakby pani Renia i pani Marysia mieszkały, egzystowały, w sąsiedztwie złodziei. Taki przykład oczywiście.
Sąsiad z lewej strony, powiedzmy pod osłoną nocy, skradł wszystkie gruszki z ich drzew w sadach.
Sąsiad z prawej strony zaś skradł w obu sadach wszystkie jabłka z dorodnych jabłoni.
Tyle że, powiedzmy, ten z prawej następnego dnia przyszedł do nich i wręczył im po niewielkim koszyku jabłek. Chciał być honorowym złodziejem, czy częściowo zrekompensować stratę? Jak to rozumieć? Otóż, ani jedno, ani drugie. Okazał się bowiem niezłym cwaniakiem, który „ograł” obie panie.
W tym małym koszyku z jabłkami dostrzegły bowiem, że jabłka, które im podarował, nie są jabłkami z ich ogrodów. Ich były dorodne, czerwone i słodkie. A te w koszyku zielone, takie sobie i wyglądały na niedojrzałe, kwaśne.
I wtedy zrozumiały nagle, że oprócz nich, ów złodziej okradł także jeszcze kogoś innego. W dodatku ofiarując im je, skierował niejako podejrzenie o kradzież na panią Renię i panią Marysię. Bo gdyby tak znalazł je u nich ten okradziony człowiek, albo policja…
Ten prosty przykład mógłby posłużyć jako wyjaśnienie dla pani Marysi odnośnie ostatniego opublikowanego mema, wychwalającego pod niebiosa rzekomo wielkiego i sprytnego stratega z partii B. Niestety kobieta nie przyjmuje żadnych wyjaśnień. Ma w tej sprawie swoją koncepcję, swój od dawna przyjęty pogląd i choćby namacalne dowody spływały na jej głowę, niczym majowa ulewa, i tak nie przyjmie żadnych z nich do wiadomości. (Z tyłu głowy stale ma gdzieś 500 plus i 13.emeryturę.) Będzie się cieszyć w nieskończoność z tej małej chwili radości, jaką jest ofiarowanie jej przez "złodzieja" koszyka kradzionych jabłek.
I pewnie powie swojej koleżance: Ja od „swojego złodzieja" dostałam przynajmniej koszyk jabłek, a ty
nie dostałaś nic! Zrobię sobie z nich kompot, albo upiekę szarlotkę!
I będzie miała swoją małą chwilę słodkości.
Szarlotka zostanie szybko zjedzona, kompot wypity. Trochę słodkiego cukru dostanie się do organizmu, żeby na krótką chwilę dodać siły, albo „odłożyć się na bokach”.
A dalej co? Będzie czekać, aż złodziej znów zawita do jej ogrodu i tym razem skradnie orzechy albo maliny? A potem cierpliwie poczeka, aż pojawi się z uśmiechem na twarzy w drzwiach i wręczy jej kobiałkę agrestu?
Pozwoli złodziejom znów się okradać, czy zbuduje wyższy płot? A może lepiej zastawić sidła?
I będzie miała swoją małą chwilę słodkości.
Szarlotka zostanie szybko zjedzona, kompot wypity. Trochę słodkiego cukru dostanie się do organizmu, żeby na krótką chwilę dodać siły, albo „odłożyć się na bokach”.
A dalej co? Będzie czekać, aż złodziej znów zawita do jej ogrodu i tym razem skradnie orzechy albo maliny? A potem cierpliwie poczeka, aż pojawi się z uśmiechem na twarzy w drzwiach i wręczy jej kobiałkę agrestu?
Pozwoli złodziejom znów się okradać, czy zbuduje wyższy płot? A może lepiej zastawić sidła?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz