sobota, 10 lutego 2024

Ludzie to czasem durni są

 





zdjęcie: Pixabay

Jest niedzielne popołudnie. Na zewnątrz niemalże wiosna. Piękna pogoda zachęcająca do spacerów. Nie wszystkim jednak to w głowie. Część osób, podobnie jak mój mąż, zasiada przed telewizorem i ogląda transmitowane właśnie skoki narciarskie.
Patrzę na to z politowaniem. Teoretycznie to nic złego. W praktyce rodzi się jednak pytanie: po co to oglądać? Po co w ogóle skakać? Tak, wiem, skacze się dla pieniędzy. Sport zawsze wiąże się z pieniędzmi. Niektórzy tak właśnie zarabiają na życie.
Mąż też rozmawia ze mną w ten sposób. Twierdzenie, że sport w większości przypadków to z góry ustawione widowisko, a wszystko zależy od tego kto płaci, jakoś go nie przekonuje. W gruncie rzeczy doskonale to wie, ale przyznanie się do tego przed samym sobą zaburzyłoby jego percepcję myślenia nastawioną na to, czego w danym momencie oczekuje.
Oglądanie skoczków narciarskich w telewizorze uważam za najnudniejsze zajęcie, ale jakoś próbuję sobie z tym poradzić. Pytam więc, a właściwie stwierdzam:
- To kosztowny i bardzo ryzykowny sport. W dodatku trzeba jeździć gdzieś do Zakopanego, Wisły, czy też zagranicznych miejscowości. Może lepiej byłoby wyjść w bloku, powiedzmy, na balkon czwartego piętra i z przyczepionymi do butów deskami po prostu skoczyć?
Mina mojego męża bezcenna! W tej sytuacji nie próbuję nic więcej tłumaczyć. Przypomina mi się jedynie rozmowa z córką jednej z moich znajomych. Jej mąż też jest skoczkiem narciarskim. Są małżeństwem zaledwie dwa lata, a jak twierdzi, jest już przez te jego skoki wykończona psychicznie.
- Każdy jego skok, ba, każda próba wywołuje we mnie ogromne poczucie lęku – mówiła wtedy. - To lęk przed śmiercią. Jego śmiercią.
Potem dodała jeszcze, że przecież nigdy nie można przewidzieć jak to się skończy. Jeśli nawet nie śmierć, to ewentualne kalectwo też może wchodzić w grę.
Biedna kobieta, doskonale ją rozumiem.

Z kolei inna moja znajoma poleca mniej ryzykowne sporty. Tyle że śmiertelnie nudne. Tenis. Gosia uwielbia tenis, oczywiście w telewizorze. Do tego stopnia, że na rocznicę ślubu z Witkiem zażyczyła sobie wyjazd do Francji, żeby zobaczyć to na żywo. Chłop się wykosztował, ale sprostał życzeniom swojej małżonki.
Nawet jej zazdrościłam, bo przecież poza piłeczką latającą w kółko w jedną i w drugą stronę, miała też szansę zobaczyć kawałek świata. No właśnie – szansę.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie minęły zaledwie trzy dni od ich wyjazdu, a oboje byli już z powrotem w domu.
- Co się stało? - Dopytywałam się, gdy z ciekawości w te pędy do niej pobiegłam.
- Nadwyrężyłam sobie kręgosłup szyjny. Ból był tak wielki, że postanowiliśmy wrócić – oznajmiła mi obolała.
W pierwszej chwili myślałam, że sama grała na tych kortach... Ale nie! Ona tylko przez trzy godziny wodziła wzrokiem za piłeczką.
Nie wiedziałam, śmiać się czy płakać.

Czasem tak właśnie bywa. Śmiać się czy litować? Osobiście wybieram to drugie. Zwłaszcza gdy rozpoczynają się rozgrywki w piłce nożnej. Tylu facetów biega za kawałkiem skóry! A ilu podnieconych, w tym kobiet i dzieci, siedzi na widowni i nadwyrężając swoje gardła zachowuje się jak stado ludzi pierwotnych...
Nigdy tego nie zrozumiem. Może jestem zbyt mało inteligentna?

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...