zdjęcie: Pixabay
Jest
niedzielne popołudnie. Na zewnątrz niemalże wiosna. Piękna pogoda
zachęcająca do spacerów. Nie wszystkim jednak to w głowie. Część
osób, podobnie jak mój mąż, zasiada przed telewizorem i ogląda
transmitowane właśnie skoki narciarskie.
Patrzę na to z
politowaniem. Teoretycznie to nic złego. W praktyce rodzi się
jednak pytanie: po co to oglądać? Po co w ogóle skakać? Tak,
wiem, skacze się dla pieniędzy. Sport zawsze wiąże się z
pieniędzmi. Niektórzy tak właśnie zarabiają na życie.
Mąż
też rozmawia ze mną w ten sposób. Twierdzenie, że sport w
większości przypadków to z góry ustawione widowisko, a wszystko
zależy od tego kto płaci, jakoś go nie przekonuje. W gruncie
rzeczy doskonale to wie, ale przyznanie się do tego przed samym sobą
zaburzyłoby jego percepcję myślenia nastawioną na to, czego w
danym momencie oczekuje.
Oglądanie skoczków narciarskich w
telewizorze uważam za najnudniejsze zajęcie, ale jakoś próbuję
sobie z tym poradzić. Pytam więc, a właściwie stwierdzam:
- To
kosztowny i bardzo ryzykowny sport. W dodatku trzeba jeździć gdzieś
do Zakopanego, Wisły, czy też zagranicznych miejscowości. Może
lepiej byłoby wyjść w bloku, powiedzmy, na balkon czwartego piętra
i z przyczepionymi do butów deskami po prostu skoczyć?
Mina
mojego męża bezcenna! W tej sytuacji nie próbuję nic więcej
tłumaczyć. Przypomina mi się jedynie rozmowa z córką jednej z
moich znajomych. Jej mąż też jest skoczkiem narciarskim. Są
małżeństwem zaledwie dwa lata, a jak twierdzi, jest już przez te
jego skoki wykończona psychicznie.
- Każdy jego skok, ba, każda
próba wywołuje we mnie ogromne poczucie lęku – mówiła wtedy. -
To lęk przed śmiercią. Jego śmiercią.
Potem dodała jeszcze,
że przecież nigdy nie można przewidzieć jak to się skończy.
Jeśli nawet nie śmierć, to ewentualne kalectwo też może wchodzić
w grę.
Biedna kobieta, doskonale ją rozumiem.
Z kolei
inna moja znajoma poleca mniej ryzykowne sporty. Tyle że śmiertelnie
nudne. Tenis. Gosia uwielbia tenis, oczywiście w telewizorze. Do
tego stopnia, że na rocznicę ślubu z Witkiem zażyczyła sobie
wyjazd do Francji, żeby zobaczyć to na żywo. Chłop się
wykosztował, ale sprostał życzeniom swojej małżonki.
Nawet
jej zazdrościłam, bo przecież poza piłeczką latającą w kółko
w jedną i w drugą stronę, miała też szansę zobaczyć kawałek
świata. No właśnie – szansę.
Jakież było moje zdziwienie,
kiedy nie minęły zaledwie trzy dni od ich wyjazdu, a oboje byli już
z powrotem w domu.
- Co się stało? - Dopytywałam się, gdy z
ciekawości w te pędy do niej pobiegłam.
- Nadwyrężyłam sobie
kręgosłup szyjny. Ból był tak wielki, że postanowiliśmy wrócić
– oznajmiła mi obolała.
W pierwszej chwili myślałam, że
sama grała na tych kortach... Ale nie! Ona tylko przez trzy godziny
wodziła wzrokiem za piłeczką.
Nie wiedziałam, śmiać się
czy płakać.
Czasem tak właśnie bywa. Śmiać się czy
litować? Osobiście wybieram to drugie. Zwłaszcza gdy rozpoczynają
się rozgrywki w piłce nożnej. Tylu facetów biega za kawałkiem
skóry! A ilu podnieconych, w tym kobiet i dzieci, siedzi na widowni
i nadwyrężając swoje gardła zachowuje się jak stado ludzi
pierwotnych...
Nigdy tego nie zrozumiem. Może jestem zbyt mało
inteligentna?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz