niedziela, 24 stycznia 2021

Umiar, czyli wszystko ma swoje granice

Mała wioska na południu Polski. Mieszka tu kobieta w wieku sześćdziesiąt plus. Nazwijmy ją panią Marianną.
Odkąd pani Marianna przeszła na emeryturę bardzo do serca wzięła sobie rady swojego lekarza, tudzież znajomych, w kwestii zdrowia. Wreszcie ma dość czasu, żeby zadbać także o siebie, a nie tylko o męża i dzieci. Kobieta nieszczególnie garnie się do sportu, ale coś jednak musi zrobić, by jak najdłużej zachować na starość w miarę dobrą kondycję. Kupiła więc kijki do nordic walking, krokomierz i codziennie maszeruje po okolicy. Właśnie mija trzeci rok, odkąd pani Marianna niestrudzenie ćwiczy swoje mięśnie oraz fizyczną i psychiczną wytrzymałość.


Tuż obok kobiety, po sąsiedzku, mieszka pewien pan, nazwijmy go panem Edmundem. Niemal jej równolatek. On także postanowił zadbać o swoją kondycję fizyczną. Wybrał jednak do tego jazdę na rowerze. Codziennie przemierza na mim kilkanaście kilometrów. Bywa że i więcej. Czasem, gdy oboje przypadkowo się spotykają, przechwalają się swoimi dokonaniami w tym temacie.
- Wczoraj zaliczyłem 30 km! – chwali się pan Edmund. – Pogoda była dobra, to i dobrze mi się pedałowało.
- A ja w tym tygodniu zrobiłam 20! I to na własnych nogach! – przechwala się kobieta.
- Jeżdżę na tym rowerze już 2 lata i trochę – mówi pan Edmund.
- O! A ja spaceruję ponad 3 lata! To się nazywa zawzięcie, no nie?

Ruch to zdrowie. Fizyczny i podobno dobry też dla naszej psychiki. Nikt tego raczej nie próbuje kwestionować. Ale jest coś, o czym często zapominamy, czyli tak zwany umiar.

Któregoś dnia bowiem pan Edmund i pani Marianna spotykają się przypadkowo u ortopedy.
- A cóż to, sąsiadko, coś boli? – pyta mężczyzna.
- Ach, okazało się, że przedobrzyłam – dopowiada pani Marianna. – Nadwyrężyłam sobie nadgarstki. Kto by pomyślał! Lekarz stwierdził, że od tego ciągłego trzymania i machania kijkami zrobiły mi się jakieś zwyrodnienia kości – żali się, wychodząc z gabinetu lekarskiego.
- Proszę poczekać! Przede mną w kolejce jest tylko jedna osoba - proponuje podwózkę sąsiadce pan Edmund.
Dodaje przy tym, że w jego przypadku wizyta u ortopedy szybko się odbędzie. W rękach trzyma bowiem zdjęcia rentgenowskie stawów kolanowych i jest przekonany, że to tylko kwestia postawienia diagnozy. W tym układzie kobieta decyduje się zaczekać i skorzystać z jego propozycji.
Gdy pan Edmund wychodzi z gabinetu nie ma jednak zbyt dobrej miny. Przeciwnie, jest przerażony.
- Tak, sport to zdrowie! Nigdy już w to nie uwierzę! – pokrzykuje nieco zły.
- Oba kolana praktycznie do wymiany! – żali się pani Mariannie. – Nie wyobrażam sobie tego. Jak ja będę chodził, o jeździe na rowerze nie wspomniawszy?  
Kobieta rozumie sąsiada, bo jej siostra też ma podobny problem i przeszła już wymianę stawu w kolanie. Ponadto, jak się okazuje, taka operacja jest niebezpieczna, zwłaszcza dla starszych ludzi. Często skutkuje zastoiną krwi w żyłach, tak zwanymi skrzepani. O bólu pooperacyjnym i długiej rehabilitacji nie wspomniawszy.
Pan Edmund jest rozżalony, głównie chyba sam na siebie.
- Jak ostatni głupek pedałowałem codziennie tyle kilometrów! I co? Tylko sobie zaszkodziłem! Zużyłem jeszcze bardziej i tak już zużyte starością stawy. Po co mi to było?
Po chwili dodaje:
- No cóż, starość nie radość! Oboje mamy problem. Tylko jeszcze Józka nam tu do kompletu brakuje!
Pani Marianna niezmiernie się dziwi, bo co jak co, ale ich znajomy, który mieszka kilka domów dalej, na zdrowie nie narzeka. Jak bardzo się myli, szybko uświadamia jej pan Edmund.

Pan Józek
ma świetną kondycję i równie dobry umysł. Jak na jego wiek, niedługo skończy siedemdziesiąt lat, wydaje się być okazem zdrowia. Ponadto często wyjeżdża w różne zakątki Polski z zespołem regionalnym, do którego zapisał się cztery lata temu, czego osobiście oboje mu zazdroszczą. Nigdy na nic nie narzeka, więc kobieta jest zaskoczona.
- On tylko w tym zespole śpiewa – stwierdza po chwili. – Od śpiewania nie można nabawić się kontuzji…
- I tu się mylisz, droga sąsiadko. Otóż niedawno spotkałem go, robiąc zakupy w sklepie. Zagadnąłem, ale biedak nie był w stanie ze mną porozmawiać.
Okazało się, że pan Józek od tego ciągłego śpiewania ma problem ze strunami głosowymi. Pan Edmund nie umiał wyjaśnić, konkretnie jaki, ale faktem jest, że problem jest poważny.
- Okazuje się, że w starszym wieku struny głosowe nie są już tak elastyczne jak dawniej. Krzycząc lub głośno śpiewając, mogą odmówić posłuszeństwa, a w skrajnych wypadkach wręcz pęknąć – komentuje całą sytuację.
- Nie do wiary! Nawet śpiewając można sobie zaszkodzić? – pyta kompletnie oszołomiona tą wiadomością pani Marianna.

Oboje wspólnie dochodzą do wniosku, że na zdrowie może wyjść tylko umiar.
- Gdybym tak nie szalał na tym rowerze, może dzisiaj nie miałbym problemu z kolanami. Wystarczyło zrobić 5, 10 km dziennie, a nie po 30 – stwierdza ostatecznie pan Edmund.
- Też niepotrzebnie tyle namachałam się tymi kijkami. Zwykły spacer pewnie byłby bezpieczniejszy – przyznaje rację jemu i sobie zarazem pani Marianna.

Ruszać jednak się trzeba. Żeby nie „zardzewieć” i nie zgnuśnieć. Ćwiczyć ciało i ducha, mając jednak na uwadze swój wiek i ewentualne przyszłe konsekwencje. Bo co było dobre, gdy miało się lat kilkanaście albo dwadzieścia, trzydzieści, niekoniecznie sprawdzi się w wieku sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt. Są pewne granice, których jednak nie należy przekraczać. Zdrowie, a raczej jego brak, szybko nam o tym przypomni.
No cóż, kłania się stare porzekadło, które mówi, że młodość rządzi się swoimi prawami, starość również.


czwartek, 14 stycznia 2021

Empatia, czyli coś, czego niektórym brakuje

Miejsce akcji: Mała miejscowość na Podbeskidziu, choć zapewne podobnych przykładów jest w kraju mnóstwo.Mieszka tu kobieta w wieku sześćdziesiąt plus. Od niedawna emerytka. Powiedzmy że nazywa się pani Aniela. Przez całe swoje zawodowe życie pracowała jako referentka w jednej z powiatowych firm. Nie zarabiała dużo. Ze średnim wykształceniem i na tym stanowisku nikt nie zarabiał kokosów. Ani w Peerelu, ani teraz. Toteż można domyślić się, że jej emerytura daleko odbiega od średniej krajowej. 
Pani Aniela od zawsze jest samotna. Dawniej, gdy żyli jeszcze jej rodzice, którymi przez wiele lat się opiekowała, jakoś sobie radziła. W końcu, co dwie emerytury i jej pensja to nie to samo, co dostaje teraz od ZUS-u. Z konieczności więc żyje bardzo skromnie. Niestety, nie dorobiła się samochodu. Zapewne jakoś dawałaby sobie radę, gdyby nie dręczące ją poważne choroby. Brakuje jej pieniędzy na leki, a i dowozić na zabiegi nie ma kto. Zwłaszcza teraz w czasie pandemii. Każdy boi się wziąć do samochodu i zawieźć do specjalisty, jakby nie było, obcą osobę. Woli nie ryzykować. I to jest zrozumiałe. Tyle że pani Aniela z każdym dniem coraz bardziej podupada na zdrowiu. Jest coraz słabsza i niezmiernie załamana swoją sytuacją. Nie ma już siły sama dojść do przystanku autobusowego, by gdziekolwiek się udać. Pożaliła się nawet na swój los kilku znajomym osobom. 

Wśród nich znalazł się miejscowy proboszcz. Nazwijmy go księdzem Stanisławem. Pani Aniela jest zdeklarowaną katoliczką, a księdza Stanisława darzy wielkim szacunkiem. Niestety, chyba nie działa to w dwie strony, bowiem, gdy zdradziła mu, że brakuje jej pieniędzy na taksówki, którymi ewentualnie mogłaby dostać się do miasta, aby skorzystać z potrzebnych badań i zabiegów, nie znalazła u niego ani zrozumienia, ani współczucia.
- Dawniej któryś z sąsiadów albo znajomych tu i tam mnie podrzucił – tłumaczyła proboszczowi. – Ale teraz w czasach covida wszyscy pozamykali się w domach. – Nawet ich o to nie proszę, bo doskonale rozumiem. Mają rodziny i nie chcą nikogo zarazić. A ja przecież błąkam się po tych przychodniach… A tam wiadomo co.
- Pani Anielo! Będę się za panią modlił – usłyszała wtedy. A potem dodał, że tylko tak może pomóc.
Czy oby jednak tylko tak?
Zna przecież miejscowych notabli i prezesów firm, także różnych ludzi dobrej woli. Mógłby rzec słówko w tym temacie komuś z nich. Na pewno ktoś by się zlitował i rzucił przysłowiową stówkę dla pani Anieli. Jeśli nawet nie dla niej, to dla księdza, który mógłby te pieniądze właśnie dla niej przeznaczyć. Miałaby chociaż na jeden przejazd do miasta w miesiącu. Ale zabrakło, no właśnie czego? Odrobiny chęci, czy empatii?

O sytuacji naszej bohaterki wie również, a jakże, lekarz rodzinny. Nazwijmy go doktorem Norbertem.
- Mogę jedynie wypisać pani tańsze odpowiedni leków – usłyszała kiedyś od doktora Norberta.
Dobre i to, ale to nie załatwi sprawę dojazdów na zabiegi. Może mógłby bardziej się postarać? Można przecież załatwić darmowe przejazdy specjalistycznym samochodem, odpowiednikiem karetki. Chociaż raz na jakiś czas. Ale, gdy kobieta mu o tym wspomniała, zbył ją pierwszą z brzegu wymówką, że niby się do tego nie kwalifikuje. Poza tym doktor Norbert ma podobne znajomości jak ksiądz Stanisław. Tym samym szerokie pole do popisu. Gdyby tylko chciał…

Po sąsiedzku z kobietą mieszka pewna pani, emerytowana sekretarka z miejscowej szkoły. Nazwijmy ją panią Agnieszką.
Pani Agnieszka jakiś czas temu została wdową, ale nie ma powodów narzekać na swój los. Dzieci dobrze się w życiu ustawiły, a mąż zostawił jej pokaźną sumę zaoszczędzonych pieniędzy. Był zastępcą prezesa jednej z dobrze prosperujących firm w okolicy. Po nim też pani Agnieszka załatwiła sobie w ZUS-e całką przyzwoitą emeryturę.
Kobieta ma już swoje lata. Nigdzie nie wyjeżdża, nie wydaje na siebie zbytnio pieniędzy, jako że wszystko już ma. I to w nadmiarze. Na dobrą sprawę, nie bardzo wie, co z pieniędzmi robić, więc część z nich wysyła Rydzykowi, a część oddaje proboszczowi.
Zna trudną sytuację swojej sąsiadki, ale pozostaje niewzruszona na żale pani Anieli. Czasem wręcz jej dogaduje, próbując obecny stan rzeczy zrzucić na karb rzekomej niegospodarności i lenistwa naszej bohaterki.
- Trzeba było postarać się o lepszą pracę! Miałabyś teraz z czego żyć! No i męża, dzieci! – grzmiała niegdyś sąsiadka.
Niestety, pani Aniela niemal przez cały czas opiekowała się sparaliżowaną matką, a potem także chorowitym ojcem, o czym jej sąsiadka doskonale wie. Nie miała czasu na znalezienie sobie męża. Zresztą, kto by chciał wziąć sobie za żonę kobietę z takim obciążeniem?
Mimo to pani Agnieszka wciąż próbuje doszukać się w całej tej przykrej sytuacji jej winy. Nieustannie przywołuje popularne powiedzenie „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”.
Swego czasu pani Aniela, by móc przeżyć do kolejnej emerytury, zmuszona była pożyczyć u sąsiadki 100 złotych. Tyle że po tygodniu musiała oddać 110! Pani Agnieszka, choć praktykująca katoliczka, za grosz nie ma sumienia, nie tylko w tej kwestii. Gdy przez dwa tygodnie zimową porą nie paliło się światło w domu pani Anieli, jako że została pozbawiona prądu za niezapłacone rachunki, sąsiadka nawet nie zainteresowała się, czy nie stało się jej się coś złego.
A wystarczył jeden telefon… Czasem może podarowanych parę groszy, których i tak ma w nadmiarze.

Przykre to bardzo. Coraz mniej ludzi z sercem na dłoni, coraz więcej pozbawionych współczucia i szacunku dla drugiego człowieka. Niewyrozumiałych i roszczeniowych. I wszystko to w rzekomo katolickim kraju…

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...