Mała wioska na południu Polski. Mieszka tu kobieta w wieku sześćdziesiąt plus.
Nazwijmy ją panią Marianną.
Odkąd pani Marianna przeszła na emeryturę bardzo do serca wzięła sobie rady
swojego lekarza, tudzież znajomych, w kwestii zdrowia. Wreszcie ma dość czasu,
żeby zadbać także o siebie, a nie tylko o męża i dzieci. Kobieta nieszczególnie
garnie się do sportu, ale coś jednak musi zrobić, by jak najdłużej zachować na
starość w miarę dobrą kondycję. Kupiła więc kijki do nordic walking, krokomierz
i codziennie maszeruje po okolicy. Właśnie mija trzeci rok, odkąd pani Marianna
niestrudzenie ćwiczy swoje mięśnie oraz fizyczną i psychiczną wytrzymałość.
Tuż obok kobiety, po sąsiedzku, mieszka pewien pan, nazwijmy go panem Edmundem. Niemal jej równolatek.
On także postanowił zadbać o swoją kondycję fizyczną. Wybrał jednak do tego
jazdę na rowerze. Codziennie przemierza na mim kilkanaście kilometrów. Bywa że
i więcej. Czasem, gdy oboje przypadkowo się spotykają, przechwalają się swoimi
dokonaniami w tym temacie.
- Wczoraj zaliczyłem 30 km! – chwali się pan
Edmund. – Pogoda była dobra, to i dobrze mi się pedałowało.
- A ja w tym tygodniu zrobiłam 20! I to na własnych nogach! – przechwala się
kobieta.
- Jeżdżę na tym rowerze już 2 lata i trochę – mówi pan Edmund.
- O! A ja spaceruję ponad 3 lata! To się nazywa zawzięcie, no nie?
Ruch to zdrowie. Fizyczny i podobno dobry też dla naszej psychiki. Nikt tego
raczej nie próbuje kwestionować. Ale jest coś, o czym często zapominamy, czyli
tak zwany umiar.
Któregoś dnia bowiem pan Edmund i pani
Marianna spotykają się przypadkowo u ortopedy.
- A cóż to, sąsiadko, coś boli? – pyta mężczyzna.
- Ach, okazało się, że przedobrzyłam – dopowiada pani Marianna. – Nadwyrężyłam sobie nadgarstki. Kto by pomyślał!
Lekarz stwierdził, że od tego ciągłego trzymania i machania kijkami zrobiły mi
się jakieś zwyrodnienia kości – żali się, wychodząc z gabinetu lekarskiego.
- Proszę poczekać! Przede mną w kolejce jest tylko jedna osoba - proponuje
podwózkę sąsiadce pan Edmund.
Dodaje przy tym, że w jego przypadku wizyta u ortopedy szybko się odbędzie. W
rękach trzyma bowiem zdjęcia rentgenowskie stawów kolanowych i jest przekonany,
że to tylko kwestia postawienia diagnozy. W tym układzie kobieta decyduje się
zaczekać i skorzystać z jego propozycji.
Gdy pan Edmund wychodzi z gabinetu
nie ma jednak zbyt dobrej miny. Przeciwnie, jest przerażony.
- Tak, sport to zdrowie! Nigdy już w to nie uwierzę! – pokrzykuje nieco zły.
- Oba kolana praktycznie do wymiany! – żali się pani Mariannie. – Nie wyobrażam
sobie tego. Jak ja będę chodził, o jeździe na rowerze nie wspomniawszy?
Kobieta rozumie sąsiada, bo jej siostra też ma podobny problem i przeszła już
wymianę stawu w kolanie. Ponadto, jak się okazuje, taka operacja jest
niebezpieczna, zwłaszcza dla starszych ludzi. Często skutkuje zastoiną krwi w
żyłach, tak zwanymi skrzepani. O bólu pooperacyjnym i długiej rehabilitacji nie
wspomniawszy.
Pan Edmund jest rozżalony, głównie
chyba sam na siebie.
- Jak ostatni głupek pedałowałem codziennie tyle kilometrów! I co? Tylko sobie
zaszkodziłem! Zużyłem jeszcze bardziej i tak już zużyte starością stawy. Po co
mi to było?
Po chwili dodaje:
- No cóż, starość nie radość! Oboje mamy problem. Tylko jeszcze Józka nam tu do
kompletu brakuje!
Pani Marianna niezmiernie się dziwi,
bo co jak co, ale ich znajomy, który mieszka kilka domów dalej, na zdrowie nie
narzeka. Jak bardzo się myli, szybko uświadamia jej pan Edmund.
Pan Józek ma świetną kondycję i równie dobry umysł. Jak na jego wiek,
niedługo skończy siedemdziesiąt lat, wydaje się być okazem zdrowia. Ponadto
często wyjeżdża w różne zakątki Polski z zespołem regionalnym, do którego
zapisał się cztery lata temu, czego osobiście oboje mu zazdroszczą. Nigdy na
nic nie narzeka, więc kobieta jest zaskoczona.
- On tylko w tym zespole śpiewa – stwierdza po chwili. – Od śpiewania nie można
nabawić się kontuzji…
- I tu się mylisz, droga sąsiadko. Otóż niedawno spotkałem go, robiąc zakupy w
sklepie. Zagadnąłem, ale biedak nie był w stanie ze mną porozmawiać.
Okazało się, że pan Józek od tego
ciągłego śpiewania ma problem ze strunami głosowymi. Pan Edmund nie umiał
wyjaśnić, konkretnie jaki, ale faktem jest, że problem jest poważny.
- Okazuje się, że w starszym wieku struny głosowe nie są już tak elastyczne jak
dawniej. Krzycząc lub głośno śpiewając, mogą odmówić posłuszeństwa, a w
skrajnych wypadkach wręcz pęknąć – komentuje całą sytuację.
- Nie do wiary! Nawet śpiewając można sobie zaszkodzić? – pyta kompletnie
oszołomiona tą wiadomością pani Marianna.
Oboje wspólnie dochodzą do wniosku, że na zdrowie może wyjść tylko umiar.
- Gdybym tak nie szalał na tym rowerze, może dzisiaj nie miałbym problemu z
kolanami. Wystarczyło zrobić 5, 10 km dziennie, a nie po 30 – stwierdza
ostatecznie pan Edmund.
- Też niepotrzebnie tyle namachałam się tymi kijkami. Zwykły spacer pewnie
byłby bezpieczniejszy – przyznaje rację jemu i sobie zarazem pani Marianna.
Ruszać jednak się trzeba. Żeby nie „zardzewieć” i nie zgnuśnieć. Ćwiczyć ciało
i ducha, mając jednak na uwadze swój wiek i ewentualne przyszłe konsekwencje.
Bo co było dobre, gdy miało się lat kilkanaście albo dwadzieścia, trzydzieści,
niekoniecznie sprawdzi się w wieku sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt. Są pewne
granice, których jednak nie należy przekraczać. Zdrowie, a raczej jego brak,
szybko nam o tym przypomni.
No cóż, kłania się stare porzekadło, które mówi, że młodość rządzi się swoimi prawami, starość również.