czwartek, 12 września 2024

NIEWINNE POZDROWIENIA

 


zdjęcie: Pixabay

Opowiadanie oparte na faktach


Odkąd mamy nowoczesne telefony komórkowe, a na nich różnorodne aplikacje, możemy sobie na różne sposoby przesyłać pozdrowienia. Życzyć dobrego ranka, mile spędzonego dnia, pysznej popołudniowej kawki, spokojnej nocy i tak dalej. Do tego dołączona okolicznościowa fotka, awatar, czy choćby emotikon, potrafi sprawić wiele radości. To przede wszystkim dowód na to, że ktoś o nas pamięta.

Ledwo tylko zaczynał się nowy dzień Zuzanna z ciekawością spoglądała na niewielki ekranik telefonu, by sprawdzić, kto i co tym razem jej przysłał. Był to niewątpliwie miły dla niej moment. Zawsze chętnie odpisywała, dziękując za przesłane życzenia, umieszczając jednocześnie informacje zwrotne i dołączając stosowne kolorowe zdjęcia czy rysunki.
Jej siostra Agata miała jednak na ten temat zgoła odmienne zdanie.
- To zwykłe bzdurki, wysyłane z automatu do wszystkich znajomych z listy w telefonie – twierdziła, dodając przy tym. - Skąd wiesz, że naprawdę dobrze ci życzą? Dobrego dnia, spokojnej nocy? A może akurat przeciwnie? Woleliby, żeby przydarzyło ci się coś niekoniecznie złego, ale nieprzyjemnego już tak?
Zuzanna odpowiadała zawsze podobnie:
- Bzdurki, nie bzdurki, mnie to sprawia przyjemność. Dlaczego miałabym podejrzewać kogoś o nieszczerość?

O tym, że w głowach ludzi nie zawsze „siedzi” to co na papierze czy w telefonicznej informacji, wiedziała przecież od dawna. Stosunkowo długo żyje już na tym świecie, by nie zorientować się, jak ten świat się kręci. Jednakże znajomi, którzy co dnia zagadywali ją w ten sposób, i vice wersa, z całą pewnością nie należeli do tych, którzy byliby jej nieprzychylni, a ona im tym bardziej nie. Toteż dogaduszki siostry puszczała mimo uszu.
Któregoś jednak dnia zaczęła się nad tym głębiej zastanawiać. To był czwartek. Niby zwykły dzień, niby zwykłe życzenia. Tyle że napisane w języku niemieckim. Pod życzeniami znajdowało się zdjęcie kubka kawy, do tego jakaś czekoladka, parę ciasteczek. W sumie miłe. Guten Morgen brzmiał napis nad kubkiem.
Dlaczego akurat po niemiecku? Zdarzyło się już parę razy, że otrzymała życzenia z napisem angielskim Good Morning. To akurat w naszym kraju jest dość popularne, więc nie widziała w tym nic zdrożnego. Toteż nie przywiązywała do tego wagi.
Ale niemieckie napisy na życzeniach zaczęły pojawiać się coraz częściej. I to zawsze od tej samej osoby, która na dodatek stale demonstrowała swoją niechęć do obywateli zza Odry. Jak to rozumieć?

- Dziwne... Co nadawczyni chciała mi w ten sposób przekazać? – Zuzanna podzieliła się swoimi wątpliwościami z siostrą Agatą.
- Może to, że ciebie też stawia na równi z nimi – zasugerowała siostra.
- Ale jak to? Przecież ja nie mam nic wspólnego z Niemcami...
- Jesteś pewna? Przecież od lat mieszka tam twoja córka. Urodziła tam dzieci. Jakby nie było, twoje wnuczki są Niemkami – wypaliła prosto z mostu.
Musiała przyznać, że nie przyszłoby jej na myśl, żeby tak o tym pomyśleć. Tylu Polaków przecież wyjechało za granicę: do Stanów, Anglii, Norwegii, Irlandii, Niemiec. Założyli tam swoje rodziny. Chyba nie ma kraju, w którym by nas nie było. I nikt im z tego tytułu nie robi wymówek.
- Dlaczego akurat padło na mnie? Dlatego, że moja znajoma z What's Appa akurat nie lubi Niemców? - zdawała sobie w myślach pytanie.

Za którymś razem, gdy znowu otrzymała podobne życzenia i podzieliła się tą informacją z siostrą, Agata pokusiła się na pewną sugestię.
- Twoja znajoma, z tego co wiem, pochodzi z Rusi Czerwonej. To teren dawnej i obecnej Ukrainy oraz tereny na wschód od Krakowa. Mniej więcej jakoś tak.
- I co z tego? - zapytała Zuzanna, nie od razu domyślając się do czego zmierza siostra.
- Jak to co? A ludzie z tamtych stron to niby mają u nas dobre notowania?
Jedni mieli, inni nie, jak i ludzie z różnych stron świata. Polacy też nie wszędzie są lubiani. Ale, żeby zaraz wytykać znajomej jej pochodzenie? Nie leżało to w charakterze Zuzanny.
- Nie zrobię tego. Nie przeszkadza mi jej pochodzenie. Poza tym nie będę zniżała się do jej poziomu. Z drugiej strony, jeżeli rzeczywiście uważa mnie za pół Polkę, pół Niemkę, albo co gorsza, za Niemkę... sprawia mi to przykrość. Chyba powinnam z nią o tym porozmawiać - głośno myślała.

Po długim namyśle Zuzanna ostatecznie nie poruszyła tego tematu, nie zwróciła jej uwagi. Uznała, że lepszym rozwiązaniem będzie po prostu zaprzestanie wysyłania do niej wiadomości zwrotnych. Może sama zrozumie swój błąd. A jeśli nawet nie, to przynajmniej będzie miała na jej temat wyrobione zdanie.

***
Szkoda, że nie jesteśmy w stanie przeskanować czyjejś głowy, odczytać myśli. W wielu sytuacjach ułatwiłoby nam to życie.
I kto by pomyślał, że czasem czyjeś wewnętrzne nastawienie do kogoś lub czegoś, może niespodziewanie zdradzić taka zwykła mała, niby niewinna fotka w telefonie...

niedziela, 8 września 2024

TORTOWA WOJENKA




DROGIE CZYTELNICZKI I CZTELNICY MOJEGO BLOGA!

OD TERAZ NA BLOGU BĘDĄ WYŁĄCZNIE OPOWIADANIA NAPISANE NA PODSTAWIE PRAWDZIWYCH HISTORII.

                                                                                   
 Nazwy własne z wiadomych powodów zmienione.


O gustach rzekomo się nie dyskutuje. A co w kwestii smaków? Chyba powinno być podobnie, choć nie do końca wszyscy się z tym zgadzają.
Zwykło się mówić, że coś jest dobre albo niedobre, lub takie sobie. W skrajnych sytuacjach zdarzało się słyszeć – niebo w gębie, albo przeciwnie, paskudne!

Magdalena i Nina miały zgoła odmienne smaki i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie... torty, które o mały włos nie stały się zarzewiem wojny domowej.
Na temat stosunków między teściową a synową od lat krążą legendy, ale między Magdaleną i synową, Niną, wszystko układało się jak należy. Żadnych potyczek słownych, a tym bardziej małych lub wielkich wojenek. Do momentu, kiedy to nadeszły okrągłe urodziny teścia Waldemara.
Z tej okazji żona solenizanta zamówiła w cukierni tort. A że sam Waldemar był już człowiekiem raczej wiekowym, a co za tym idzie, trochę konserwatywnym, tort zgodnie z jego oczekiwaniami był tradycyjny. W jego środku ciasto nasączone było ponczem, trzy rodzaje mas, a na wierzchu klasyczne ozdoby, czyli czekoladowa polewa, małe i większe różyczki, a wszystko zwieńczały, a jakże, dwie duże, ozdobne świeczki. Ot, taki sobie tort, jak wiele innych.
Poszło właśnie o ten poncz, który jak wiadomo bywa często konserwantem masy, zwłaszcza, gdy latem panują męczące upały. W takich warunkach maślane masy szybko się psują. Niestety, ze względu na swoje rozmiary w lodówce nie zawsze się zmieści. Z konieczności więc stawiamy go gdzieś w chłodniejsze miejsce.
Wszyscy goście, w ilości dwudziestu biesiadników, zachwycali się jego smakiem, tylko nie Nina.
- Fuj! - krzyknęła ledwo wzięła pierwszy kęs do ust. - Tego nie da się jeść!
Natychmiast wszystkie pary ócz skierowały się w jej stronę, a na twarzach gości malowało się zdziwienie. Ten i ów zadał podstawowe pytanie: - Dlaczego?
- Jest tak nasączony alkoholem, że śmierdzi nim na odległość. Po prostu fatalny! - udzieliła wyjaśnienia zaskoczonym gościom.
Goście na szczęście nie podzielali jej zdania i dosłownie zmietli z talerzyków swoje porcje. Nina jednakże nie poprzestawała na swojej krytyce.
- Kto dzisiaj robi takie torty?! I ta dekoracja! Teraz tak się nie dekoruje ciast ani tortów. Ostatni raz taka dekorację widziałam w latach dziewięćdziesiątych...
Pierwszy zaśmiał się wuj Antoni.
- No to akurat w czasach naszej młodości. Fajnie, że można znów powrócić do niej myślami, a i przypomnieć sobie tamte smaki – przekomarzał się z Niną, która oczywiście odżegnywała się od zjedzenia tortu jak tylko mogła.
Magdalenie zrobiło się przykro, bo choć sama go nie piekła, a jedynie zakupiła, to niewybredna krytyka Niny była na swój sposób irytująca.

Pół roku później pojawiła się kolejna okazja do świętowania. Tym razem u Niny i Marka, syna Magdaleny i Waldemara. Towarzystwo zjawiło się niemal w tym samym składzie, co u jego rodziców.
Był i tort. Wielki, przerażająco słodki, bo owinięty w warstwę o grubości niemal dwóch centymetrów marcepanem. Na jego wierzchu zaś stały przeróżne figurki z masy cukrowej. Czego tam nie było! Strażak, policjant, kominiarz, pielęgniarka, striptizerka i Bóg wie jeszcze kto. Cukrowe figurki zabezpieczone były „płotkiem” z czekolady, tak by nie pospadały z tortu. Na samym zaś środeczku stał... komin ze sztucznym ogniem, który w odpowiednim momencie wystrzelił ponad stołem.
Tyle dekoracja, a smak? No właśnie, jakże odmienny od tradycyjnego. Dwa rodzaje mas, jedna bardzo słodka, druga agrestowa, bardzo kwaśna. Zdaniem Magdaleny, jakoś to ze sobą nie współgrało. Mimo to nie pisnęła ani słówkiem. Delikatnie zdjęła całą marcepanową, grubą warstwę, odkładając ją na bok talerzyka, by następnie zjeść sam środek. Nie każdy bowiem lubi marcepan. Z cukrowych ozdóbek zrezygnowała już na wstępie.
W jej ślady poszło kilkoro innych gości.
Tymczasem Nina przechwalała się zarówno jego kunsztem jak i ceną oraz nazwą popularnej w mieście cukierni, w której tort został zakupiony. Podkreśliła przy tym, i to nie raz, że masy są zrobione na maśle.
Magdalena niemal ugryzła się w język, by nie palnąć, że to akurat doskonale czuć, bo troszkę zalatywały starym, zjełczałym masłem. Ceniła sobie takt i sama też starała starała się być taktowną, a poza tym takie uwagi sprawiłyby synowej przykrość, a tego wolała uniknąć.
Gdy już goście opuszczali dom Marka i Niny, oboje chcieli na koniec uraczyć ich słodkimi figurkami z tortu.
- Weźcie sobie do domu, zjecie jutro – przekonywał gości Marek, ale chętnych na nie prawie nie było.
Ojcu wręczył niemal na siłę pielęgniarkę, a swoją matkę chciał obdarować policjantem, ale odmówiła.
- Przecież wiesz, że mam cukrzycę i nie powinnam...
Na to wtrąciła się Nina.
- Oj tam, oj tam! Czasem trzeba zgrzeszyć! Ale jedno mama musi przyznać. W torcie zero tego wstrętnego alkoholu! Taki tort to ja rozumiem! A te figurki, majstersztyk!
Może i majstersztyk, tylko dlaczego nikt na nie nie reflektował? A ten kilogram marcepanu to tak, ot, i do kubła na odpadki, pomyślała Magdalena, żegnając się przed wyjściem.

Synowa zadzwoniła następnego dnia.
- Naprawdę nie smakował mamie nasz tort, czy też raczej była to demonstracja?
- Jaka demonstracja? - zapytała zaskoczona Magdalena.
- No, taki rewanż za to, że skrytykowałam tort teścia?
Tego się Magda nie spodziewała. Do głowy nie przyszedłby jej żaden rewanż. Zresztą, nie ośmieliła się skrytykować tortu ani przed gośćmi, ani przed Niną, tak jak to wcześniej zrobiła synowa. Chciała powiedzieć coś dyplomatycznego, w stylu „przecież każdy ma odmienny gust i smak”, ale nie zdążyła.
- Minęły dekady. Wszystko się zmienia. To zwykła różnica pokoleń – mądrzyła się synowa.
- Chyba raczej kwestia mody – odparła Magdalena, dodając: - Przepis na ciasto biszkoptowe znane było już wieki temu i raczej nic się w tym temacie nie zmieniło. Podobnie z masami. To i owo udoskonalono. Reszta to rzecz upodobań. Co zaś się tyczy mody, to zwykle szybko przemija. Ciekawa jestem, jak będą w przyszłości wyglądały torty moich wnucząt. Na pewno futurystycznie... Nie potrafię sobie tego wyobrazić – zaśmiała się.
- Ani ja! - zawtórowała jej Nina.
Może będą w kształci rakiety albo jakiejś nieznanej nam jeszcze planety? A co ze smakiem?
Może trzeba zapytać o to sztuczną inteligencję?



KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...