niedziela, 25 stycznia 2026

W SIÓDMYM NIEBIE NIENAWIŚCI.

 

Zdjęcie: Pixabay

Mam wielu znajomych i krewnych. Tak jak i inni. Nic odkrywczego.
Część z nich nienawidzi Niemców. Część z kolei nienawidzi Ukraińców. Jeszcze inni Żydów, Arabów itd. Też nic odkrywczego.

Na tym nienawiść w Polakach się nie kończy. Nienawidzimy siebie nawzajem. Gdyby było inaczej, nie byłoby tyle sąsiedzkich kłótni, waśni między rodzeństwem, podkładania sobie nóg w pracy. Nie deptano by takich autorytetów jak Wałęsa czy Owsiak, ludzi, którzy potrafili zjednoczyć miliony Polaków. Przykłady można by wyliczać bez końca.
Gdyby tak spytać krewnych lub znajomych za co konkretnie ich nienawidzimy, byłyby trudności z odpowiedzią.

Ale Polska to przecież KATOLICKI kraj!

Niestety, tu można upokorzyć każdego, bezpodstawnie oskarżyć, zniszczyć mu życie, za wyjątkiem oczywiście biskupów, księży i coraz liczniejszej rzeszy tzw. Katoli, którzy wiecznie i z byle powodu mówią o obrazie ich rzekomych uczuć religijnych.

Pan Bóg mówił, że WSZYSCY ludzie są RÓWNI. NIE NALEŻY NIKIM POGARDZAĆ, SZKALOWAĆ, A EWENTUALNE WINY WYBACZAĆ.

Bóg swoje, Polacy swoje.

Kiedyś spytałam jedną z moich znajomych za co konkretnie tak bardzo nienawidzi Żydów. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie. Odpowiedź brzmiała: „Bo to są źli ludzie”.
- Zrobili coś złego twojej rodzinie? Tobie, może rodzicom, może dziadkom? - spytałam. - Czy wasza rodzina miała przez nich jakieś kłopoty?
- Nie, ale przecież ogólnie wiadomo, jacy są Żydzi – odparła wówczas moja rozmówczyni.
- Nie znam osobiście żadnego Żyda. Może mi coś o nich opowiesz? - spytałam.
Zamiast tego poczęstowała mnie kilkoma niewybrednymi epitetami, z których najdelikatniejszy brzmiał: Jesteś naiwna!

Inna moja znajoma ma uprzedzenie do Niemców. Nie ma przy tym dla niej znaczenia, że Niemcy, którzy tyle krzywd wyrządzili Polakom już dawno nie żyją. Nie chce słuchać, że ich wnuki chciałyby, aby między tymi dwoma narodami na dobre zapanował pokój.
O tym, że Bóg, w którego tak mocno wierzy, mówił: „WYBACZAJCIE, ABY I WAM WYBACZONO”, też nie chce słyszeć. Krzyczy stale i przy każdej okazji „Oddajcie, co zrabowaliście!”, Naprawcie krzywdy!
O tym, że są krzywdy, których naprawić się już nie da, oczywiście jej wiadomo. Jednakże zaszczepiona w niej z dziada pradziada nienawiść do Niemców trafiła na podatny grunt i wydaje plon obfity, czego absolutnie nie chce przyjąć do wiadomości.
- Czy w twojej rodzinie zginął ktoś z rąk faszystów? - spytałam kiedyś.
Długo się namyślała, zapewne usiłując sobie wygrzebać coś z pamięci, w końcu odparła:
- W mojej nie, ale sąsiedzi rodziców stracili syna.
- A coś wam zrabowano podczas II wojny światowej? Jakieś kosztowności, pieniądze, może coś innego?
- U nas na szczęście nie było co rabować, bo moi dziadkowie byli biedni i posiadali zaledwie hektar pola i starą chatę (przy wschodniej granicy Polski) – usłyszałam wtedy.
Bynajmniej nie chciałam i nie chcę wybielać win popełnionych przez nazistów. Powinni za to odpowiedzieć. Ale czy akurat ich wnukowie i prawnukowie, tego nie jestem pewna.

Wiem jedno. Nie mam pojęcia, co robił mój dziadek czy pradziadek. Nie wiem jakim był człowiekiem. Może też nie był dobrym człowiekiem, ale nie chciałabym odpowiadać za jego winy. Niby z jakiej racji?
Nawet, jeśli kogoś w przeszłości skrzywdził, czemu ja miałabym za niego przepraszać, albo oddawać coś, co komuś zabrał, a czego ja nie mam i nigdy na oczy nie widziałam? I skąd mam wiedzieć, czy rzeczywiście tak było? Czy nie zrobił tego ktoś inny, obarczając winą za to mojego dziadka?

Wczoraj zobaczyłam na Facebooku kilka memów, które umieściła tam koleżanka na temat Ukraińców. Były przykre. Można ich lubić albo nie, ale z pewnością ona sama nie chciałaby być teraz na ich miejscu. A odnosiły się właśnie głównie do teraźniejszości.
Kiedy spytałam jej w prywatnej wiadomości, co konkretnie złego zrobili Ukraińcy jej albo jej rodzinie, że tak bardzo ich nienawidzi, nie odpisała.
Może nie była w stanie wymienić, bo nic takiego nie miało miejsca, a może po prostu nienawidzi ich, bo też dziadkowie i rodzice zaszczepili w niej nienawiść do tego narodu? Tego się już nie dowiem. Dzisiaj odkryłam, że moja „dociekliwość” zaowocowała wyrzuceniem mnie z grona znajomych owej koleżanki.
No cóż, jakoś to przeżyję.
Nie mniej jednak ciężko żyć ze świadomością, że Polska to KATOLICKI KRAJ, a tak dużo w niej ludzi pełnych nienawiści.

niedziela, 11 stycznia 2026

Diablica

 


Opowiadanie
Zenon siedział nad kuflem piwa oparty o drewnianą ławkę pod rozłożystym parasolem z wielkim napisem pewnej firmy produkującej ów trunek. Sprawiał wrażenie zmęczonego lub... rozmarzonego. Szybko okazało się, że raczej to drugie. Było gorące lato i zbierało się na burzę. Ani on, ani jego koledzy towarzyszący mu w tym czasie nie mogli jeszcze wtedy wiedzieć, że także w ich życiu.
Póki co Zenon myślami był w dalekich krajach razem ze swoją piękną, choć już nie pierwszej młodości małżonką, Natalią. Od kilku dobrych lat Natalia nie przestawała zasypywać go pytaniami, kiedy w końcu wyjadą na zasłużony urlop gdzieś do ciepłych krajów. Oboje od dawna o tym marzyli, ale marzenia nijak miały się do ich możliwości finansowych. W tym roku jednak Zenkowi trafiło się dobrze płatne zlecenie, pracował jako monter urządzeń grzewczych, i przy małej współpracy ze swoimi rodzicami, którzy postanowili wspomóc go finansowo, wreszcie mógł sobie na to pozwolić. Był więc zadowolony jak nigdy dotąd i zamknąwszy oczy, tajemniczo uśmiechał się pod nosem.

Zauważył to jego kumpel, Marian, towarzyszący mu przy delektowaniu się napojem z pianką. Oczywiście nie omieszkał tego skomentować, zwracając się do trzeciego z mężczyzn, również siedzącego pod owym parasolem.

- Patrz, Waldek, chyba śnią mu się córy Koryntu! W przeciwnym razie nie byłby taki uszczęśliwiony – zadrwił sobie z kolegi.
Tamten tylko głupio się zaśmiał. Na nic więcej nie było go stać. Opróżnił już kilka piw i alkohol zrobił swoje.
Zenek nieco się zirytował. Nie lubił, gdy ktoś się z niego naśmiewał. A od prostytutek zawsze trzymał się z daleka. Poza tym miał przecież piękną żonę, której zazdrościli mu koledzy, nie tylko ci od piwka. Nie omieszkał im o tym przypomnieć.
- Co za bzdura! Moja Natalia jest niczym kwietna łąka w maju! Zawsze piękna, zawsze zadbana i cudownie pachnąca! I tej jej cudne, długie blond włosy niczym u anielicy – nie mógł się jej nachwalić.
Marian i Waldek słysząc to prychali niczym konie, którym właśnie co rzucono wiązkę siana. I drwili sobie z niego dalej.

W pewnym momencie, zapewne pod wpływem zbyt dużej ilości wypitych piw, Waldkowi nagle zmienił się nastrój. Przypomniał sobie bowiem o swojej żonie, Helenie.
- Co by nie powiedzieć, ty Zenek, masz jednak szczęście!. Tobie trafiła się anielica, a mnie diablica! I to jeszcze taka, co ma wszystkie diablice pod sobą. Królowa diablic!
- E, chyba pani prezes – wtrącił swoje dwa grosze Marian, coraz słabiej kontaktujący.
Wyliczanie wszystkich rzekomych przywar swojej żony zajęło mu trochę czasu, zwłaszcza, że język Waldkowi coraz bardziej się plątał.
Tymczasem burza wisiała nad nimi i zamierzała poczynić wielkie zamieszanie. Ale zanim ta atmosferyczna zdążyła się na dobre rozgościć, uprzedziła ją inna. Na imię miała Helena.
Razem ze swoją koleżanką, Cecylią, żoną Mariana, od pewnego czasu czaiły się za wielkim krzakiem w pobliżu raczących się piwem małżonków. Nie mogąc się doczekać ich rychłego powrotu do domu, postanowiły doprowadzić ich tam osobiście.
- Są tu! A jakże! - informowała przez telefon Natalię, żonę Zenka.
- Zaraz ich stąd przepędzimy! - grzmiała zła jak osa.
Zanim jednak do tego doszło, do ich uszu dobiegło sporo cierpkich słów, wypowiedzianych pod adresem Heleny.


Co było dalej, lepiej nie wiedzieć. W każdym razie Helena poprzysięgła sobie solidną zemstę na małżonku. Długo nad nią nie rozmyślała. Jeszcze tego samego dnia pobiegła do sklepu z materiałami i kupiła całkiem sporo metrów czarnego płótna.
W czasie, gdy podpity Waldek spał kamiennym snem, ona ciężko pracowała przy maszynie do szycia. Z uszyciem odpowiedniego stroju nie miała problemu. Problem nastręczało tylko zrobienie rogów, ale ostatecznie i z tym sobie poradziła.
- A gdzie widły! Skąd zdobyć widły? - w duchu pytała samą siebie. Czy diabeł, tudzież diablica nie powinni mieć wideł? Patrząc jednak na to realnie, przecież żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku! Co tam widły! Teraz diabły mają zapewne nowocześniejsze środki bezpośredniego przymusu. Jakiś paralizator na przykład... gaz pieprzowy albo jeszcze coś innego.
Stanęło na tym, że ostatecznie wystarczy łopata. Taka zwykła, do robienia dołów w ogródku.
Swojego zamysłu jednak nie wprowadziła w czyn jeszcze tej nocy. Małżonek musiał być całkowicie trzeźwy. I na dobrą sprawę zapomnieć o tym, że przysporzył jej tyle bólu, choć to akurat przychodziło mu bez trudu.
Zemsta bowiem, kiedy jej się nie spodziewasz, bywa najbardziej dotkliwa.

Niespełna dwa tygodnie później, ubrana w strój diablicy, stanęła w nocy przy jego łóżku.
- Diablica, powiadasz? No to będziesz miał swoją diablicę!
I z rozmysłem zatkała mu nos dłonią. Obudzony w ten sposób małżonek nie wiedział, co się dzieje. Do wnętrza sypialni wpadało tylko blade, rozproszone światło ulicznej latarni, które na swój sposób dopełniało całości sytuacji.
Przerażenie Waldemara było tak ogromne, że skończyło się na noszach w karetce, która na sygnale zawiozła go ze stanem przedzawałowym do szpitala .

Być może wszystko by się nie wydało, gdyby ich kilkunastoletni syn, Mateusz, wcześniej przypadkowo nie odkrył owego przebrania w jednej z szuflad.
- Przyznaj się, mamo! Zrobiłaś to z rozmysłem. I właściwie ci się nie dziwię. Ojciec bywa trudny. Wymagający, despotyczny, złośliwy i wcale cię nie szanuje. Ale chyba nie pomyślałaś, że tak może to się skończyć?
- Masz rację, nie pomyślałam – przyznała z pokorą, w głębi duszy jednak wcale tego nie żałując.
Mateusz zapewnił, że jej nie wyda. Sam bowiem miał wiele żalu do ojca.
- Może uda mu się wmówić, że ma omamy i zaproponować psychiatrę? - kombinował.
- Życzę powodzenia! Zacznij już teraz, bo do psychiatry są o wiele dłuższe kolejki niż do kardiologa. I koniecznie trzeba pozbyć się tego stroju!
- Spokojnie, już się tym zająłem. Właśnie płonie w kominku. A potem dodał:
- Jest środek lata. Nikt nie pali o tej porze w kominku... Będę miał sporo pracy, żeby go wyczyścić.

Wniosek z tego taki, że nie warto mówić wszystkiego co się myśli. A już na pewno nie przy piwie.

piątek, 9 stycznia 2026

Tunelowe postrzeganie

 



Czarny pick-up zatrzymał się przed domem kilkanaście minut po tym, jak wraz z mężem odeszli od stołu po skończonym obiedzie. Irena właśnie usiłowała upchnąć w zmywarce brudne naczynia, gdy nagle usłyszała odgłos zamykanych drzwi samochodu. Wyjrzała przez okno w kuchni i dostrzegła mężczyznę w średnim wieku zbliżającego się do bramki ogrodzenia.
- Teoś, zobacz kto to! – Krzyknęła do męża, sugerując, aby otwarł mu drzwi.
W zasadzie mogła się domyślić. Podejrzewała, że to kolejny potencjalny nabywca domu, który całkiem niedawno wystawili na sprzedaż. Tyle że zwykle oglądacze, jak ich nazywali z mężem, nie przychodzili w pojedynkę. Najczęściej w towarzystwie swoich partnerek i rzeczoznawców budowlanych. Ten był sam.
- Proszę! – zachęcił go mąż po krótkim przywitaniu. – Żona chwilowo zajęta, oprowadzę więc pana po domu sam.
Nie trwało to zbyt długo, bo też ich dom nie był jakąś okazałą willą z kilkoma sypialniami i tyleż samo łazienkami, ale zwykłym, niedużym domem jednorodzinnym. I nie było w nim nic, co w jakiś szczególny sposób mogłoby zachęcić klientów do jego kupna. Przeciwnie, brakowało garażu, ogrodzenia, dach nadawał się do wymiany. Innymi słowy, wymagał sporo nakładów finansowych.
Po tym, jak dwójka ich dzieci założyła własne rodziny i opuściła rodzinne gniazdo, uznali wspólnie z małżonkiem, że tak duży metraż nie jest im już potrzebny, ani nie stać ich na generalny remont. Marzyło im się coś małego i niedrogiego. Zwykłe mieszkanie w bloku. Biorąc pod uwagę fakt, że z każdym rokiem stawali się coraz starsi i coraz mniej sprawni, koniecznie z windą.
Było jeszcze coś, co za tym przemawiało. Mieszkali na wsi. Wszędzie daleko! Brakowało już sił, by codziennie pokonywać spore odległości do sklepu, przychodni, do kościoła.

Szpakowaty mężczyzna z wydatnym brzuszkiem i oznakami pojawiającej się na głowie łysiny nie był zbyt rozmowny. Rozglądał się w te i we wte. Czasem czegoś dotykał, na przykład kafelek w łazience, albo dłonią stukał w ściany, co nieco ich dziwiło. Sprawdzał też, czy białe, plastikowe okna dobrze się otwierają, albo z dezaprobatą przyglądał się panelom na podłogach.
- To koniecznie do wymiany – mówił wskazując na drzwi, panele, kafelki. – No i ten brak garażu… To duży minus – oznajmił po chwili.
- A pan, przepraszam, że spytam, sam tu będzie mieszkał, czy z partnerką? – Wypalił jak z dwururki małżonek, choć już wcześniej Irena ganiła go za takie pytania. Nie powinien był je zadawać. Co go to obchodzi…
Mężczyźnie też chyba nie spodobało się pytanie, bo obrzucił go dziwnym, wydawać by się mogło, nieprzychylnym wzrokiem, ale zdecydował się udzielić odpowiedzi.
- Jeszcze nie wiem – stwierdził krótko, aczkolwiek zdecydowanie.
- Jak to? – znów spytał wścibski mąż.
- Ano, tak to! Jestem teraz na życiowym zakręcie i nie do końca wiem, jak dalej powinno potoczyć się moje życie – odparł wymijająco, choć jak dla Ireny wyczerpująco.
Natychmiast przyszło jej na myśl, że być może akurat co się rozwiódł, albo co gorsza, owdowiał. Mogło też być oczywiście mnóstwo innych powodów.
W międzyczasie oczami dawała znaki mężowi, żeby nie pytał już o nic więcej, bo nie dało się ukryć, że miał na to wielką ochotę. Na szczęście nie udało mu się zadać mężczyźnie kolejnego kłopotliwego pytania, gdyż ten zdążył go uprzedzić. Tym samym ponownie ich zaskoczył, a właściwie wprawił w kompletne osłupienie.
- Byli tu państwo szczęśliwi? – spytał nieoczekiwanie. – Pytam, czy ten dom jest domem szczęśliwym?
Potencjalni kupcy różne zadawali pytania na temat ich oferty, ale musiała przyznać, żadnemu z nich nigdy nie przyszło do głowy, żeby o to spytać.

Kompletnie zaskoczeni, spojrzeli na siebie w myślach kombinując, jakiej mu udzielić odpowiedzi. W dodatku zgodnej z prawdą. Pytanie było czysto retoryczne, okazało się jednak, że żadne z nich nie było w stanie wydusić z siebie prostych słów, tak albo nie.
Nieoczekiwanie zadane pytanie sprawiło, że przed oczami Irenie nagle stanęło całe ich życie spędzone wspólne z Teosiem. Próbowała przypomnieć sobie w wielkim skrócie wszystkie dobre i złe chwile. Nie sposób jednak było dokonać rzetelnej oceny w tak krótkim czasie.
W oczach męża dostrzegła, że i on chyba zmaga się z podobnym odczuciem. Stali więc na wprost siebie w milczeniu, zaskoczeni pytaniem, pod obstrzałem wzroku nieznajomego, z pytającymi wyrazami na twarzach.
- Tak, chyba tak… - pierwszy odezwał się Teoś, poprawiając nerwowo okulary, jednocześnie przeczesując palcami swoje szpakowate włosy.
Ten nerwowy trik zdarzał mu się, kiedy stawał przed jakimś wyzwaniem i nie wiedział, co powinien w danym momencie zrobić. Albo w jakiejś innej stresującej sytuacji.
Co zaś się tyczy osoby Ireny, w podobnych przypadkach zamieniała się w przysłowiowy słup soli. Teraz też. Nie umiała wykrzesać z siebie ani jednego słowa. Wcześniej wiele razy zadawała sobie pytanie, czy małżeństwo z Teosiem sprawiło, że jest szczęśliwa, bądź nie. Ale nigdy nie myślała o tym pod kątem domu, który zamieszkiwali. Bo czyż kilka ścian i dach miały stanowić o czyimś szczęściu lub jego braku? Zawsze myślała, że to ludzie w nim mieszkający o tym decydują. A tymczasem…
- Jak to, chyba tak – zdziwił się mężczyzna. – Nie można być trochę szczęśliwym, trochę nieszczęśliwym. Chyba jestem, chyba nie jestem… - parafrazował słowa męża.
Widząc ich zakłopotanie, ośmielił się zadać kolejne, powiedziałaby, pytanie pomocnicze.
- Czy te ściany, meble, sprzęty, bibeloty, sprawiają, że chętnie państwo do niego wracają? Na przykład po pracy albo z podróży?
Znów spojrzeli na siebie z mężem, równie zaskoczeni jak poprzednio. Nad tym też się nie zastanawiali. Mało tego, nie widzieli związku z tym, co zamierzali zrobić z domem. Przecież ewentualny nowy nabywca i tak zrobi w nim wszystko po swojemu. Wymieni glazurę, meble i całą resztę. Pomaluje ściany na inny kolor. Po co więc te pytania?
- Dlaczego pan pyta o takie rzeczy? – Odezwała się wreszcie, dzieląc się z nim swoimi przemyśleniami.
- Bo to dla mnie ważne, droga pani - odparł bez chwili zastanowienia. – Nie do końca wiem, na czym to polega, ale niektóre domy mają pozytywną energię. Inne wprost przeciwnie. Ciekaw jestem, jak ten dom wpłynął na państwa życie.
Potem wygłosił krótką pogadankę na temat tego, że nie warto pakować się w coś, co nie przynosi nam szczęścia i że należy unikać toksycznych ludzi i domów.
I bez jego podpowiedzi doskonale oboje o tym wiedzieli. Tyle że wciąż nie potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to ma się do ich domu. To przecież ludzie dokonują życiowych wyborów. W głębi duszy powątpiewali, by mury mogły mieć na nie jakiś wpływ.
Mężczyzna nie zabawił u nich długo. Spytał jeszcze o cenę i możliwości negocjacji, po czym odjechał w siną dal, zostawiając obojga z dylematem. Obiecał jednak, że niebawem powróci. Wyglądało na to, że byłby chętny na jego zakup, ale najwidoczniej chciał to i owo jeszcze przemyśleć.

- Szczęśliwy dom? – pytał Teoś sam siebie, zamykając za nim drzwi na klucz. – Myślałaś kiedyś o naszym domu w ten sposób? – Dopytywał się wróciwszy do kuchni, w której usiłowała dokończyć swoją wcześniejszą pracę, przerwaną przez niezapowiedzianego gościa. Z wielkim zapałem zmywała plastikowe miski, których nie można było włożyć do zmywarki i ścierała kuchenne blaty.
- Nie – przyznała szczerze. - Ale myślę, że chyba jest szczęśliwy.
Teoś spojrzał jej w oczy i przypomniał słowa nieznajomego.
- Chyba? Trochę szczęśliwy, trochę nieszczęśliwy? Taki ni w pięć, ni w dziesięć?
- Co ty mówisz? – zirytowała się.
Ton głosu męża najwyraźniej robił się trochę przykry. Nie rozumiała, skąd ta nagła zmiana i do czego zmierza. Tego dnia jednak i tak już się nie dowiedziała. Kilka chwil później mąż zabrał wędkę i udał się nad staw znajdujący się w niedalekiej odległości od ich miejsca zamieszkania. Domyśliła się, że chciał pobyć sam. Zapewne dlatego, żeby podumać i spróbować odpowiedzieć sobie na postawione przez nieznajomego pytanie. Sama zaś usiadła z książką na kanapie, ale czytanie jakoś jej nie szło. Stale gubiła wątek. W końcu postanowiła ją odłożyć i też się nad tym zastanowić.
Nie trzeba było zbytnio się wysilać, by wspomnienia ruszyły niczym śnieżna lawina. Mnóstwo wspomnień. Wspólnie spędzonych w tym domu czterdzieści kilka lat to szmat czasu. Nieskończona ilość dobrych i złych chwil, trudnych do spamiętania, a tym bardziej do policzenia. Teraz chronologicznie przywoływane w pamięci stawały się jakby takim życiowym przeglądem wydarzeń i zarazem pewnego rodzaju rachunkiem sumienia. Żeby jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy byli w tym domu szczęśliwi, należało dokonać jakiegoś, choćby bardzo ogólnego, podsumowania. Nie sądziła, że okaże się to takie trudne.
W pewnym momencie postanowiła wspomóc się kartką papieru i długopisem. Po jednej stronie spisała te dobre chwile, po drugiej te złe. Szybko okazało się, że jedna kartka nie wystarczy.

Czas biegł nieubłaganie, na zewnątrz powoli zapadał zmrok. Co raz to zerkała przez okno, martwiąc się jednocześnie, że mąż nie wraca. Już dawno powinien być w domu. Z drugiej strony nie dziwiła się, że ociąga się z powrotem do domu. Całkiem prawdopodobne, że i on miał kłopot z dokonaniem oceny wspólnie spędzonych lat. Być może potrzebował na to znacznie więcej czasu, niż sama wcześniej założyła. Mijały godziny i w końcu zrobiło się całkiem ciemno. Z każdą minutą Irena stawała się coraz bardziej niespokojna. Zaczęły nachodzić ją złe myśli. W dodatku telefon komórkowy Teosia nie odpowiadał. Wielokrotne próby nawiązania z nim kontaktu spełzły na niczym. Zaniepokojona zdecydowała podzielić się swoimi obawami z bratem męża mieszkającym w tej samej okolicy.
- U mnie go nie ma. Może poszedł do knajpy na kieliszek wódki? – próbował ją uspokoić przez telefon. – Pewnie tak! Mężczyźni już tak mają.
Tej nocy nie położyła się do łóżka. Teoś nie wrócił na noc, a to mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło.
- Pewnie się schlał i któryś z kumpli go przygarnął pod swój dach. Nie panikowałbym – bagatelizował problem brat męża Bartłomiej, gdy kolejny raz do niego zadzwoniła.
Niestety nie miała tego jak sprawdzić. Jeśli nawet było tak, jak sugerował Bartek, nie mogła wiedzieć z kim pił i do czyjego poszedł domu. Nieprzespana noc sprawiła, że tym intensywniej zaczęła myśleć o ich małżeństwie pod kątem szczęśliwego domu. Nawet dopisała na kolejnych kartkach kilka następnych punktów. Ale kiedy próbowała dokonać ogólnego podsumowania, z przerażeniem odkryła, że znacznie więcej jest minusów niż plusów. A co, jeśli i Teoś doszedł do takich samych wniosków? Może zechce coś z tym zrobić. Na przykład powie: „Do widzenia, moja droga! Dzieci dorosły. Nie mamy już wobec nich żadnych obowiązków. Nie łączy nas żaden kredyt, żadna emocjonalna więź… Tylko wspólne rachunki.”

Powoli w duchu zaczynała przeklinać nieznajomego mężczyznę, który tego dnia pojawił się w ich domu. Gdyby nie on, pewnie żadne z nich nie wpadłoby na pomysł, żeby dokonać małżeńskiego remanentu. Wszystko byłoby po staremu. Cóż z tego, że na ich koncie pojawiło się manko. Dopóki żadne z nich nie miało tego świadomości, żyli sobie spokojnie. Może byle jak, może trochę obok siebie, ale spokojnie. Teraz ten spokój zabrał im jakiś nieznajomy mężczyzna. Wkroczył w ich prywatną przestrzeń bez ostrzeżenia i zmącił jednym durnym pytaniem.
Teoś nie pojawił się w domu tego dnia, następnego również. Przerażona postawiła na nogi chyba całą okolicę, rozpytując o małżonka, ale nikt nie był w stanie jej pomóc. Brat z kolegami, zakładając najgorsze, przeszukali okolicę stawu, ale nic podejrzanego nie znaleźli. Zawsze to jakaś dobra wiadomość, ale przecież…
Trzeciego dnia odezwał się telefon męża. Odebrała go drżącymi rękami w nadziei, że usłyszy jego głos, a nie policji.
- Przepraszam, że się nie odzywałem – usłyszała i odetchnęła z ulgą. Szybko jednak okazało się, że przedwcześnie.
- Sama rozumiesz, musiałem pomyśleć – mówił spokojnym głosem.
- Jasne! Ja też!
Teoś długo nie umiał wydusić z siebie kolejnych słów. Zaczynał i kończył wpół słowa.
- Bo widzisz, ja… ja chyba dalej… nie wiem, czy chcę…
- Co chcesz mi powiedzieć? – zaczęła się na dobre denerwować.
Gdzieś w głębi duszy czuła, że to, co za chwilę usłyszy nie będzie miłe. Ba, mało tego! Jakaś część kobiety powoli zaczynała odbierać sygnał płynący z wnętrza, który docierał do głowy Ireny w postaci bolesnych impulsów. Jakby ktoś delikatnie raził ją prądem. W istocie stała cała nim porażona i przerażona jednocześnie.
- Bo widzisz – zaczął po chwili nieco nieskładnie – wszystko przemyślałem. To znaczy, nasze małżeństwo. I nie będę dłużej ukrywał, że nie byłem ani w tym domu jako takim, ani z tobą, w ogóle szczęśliwy.
Nie była w stanie opisać, co czuła słysząc jego słowa. W tym samym momencie włączyła się jej podświadomość i zaczęła krzyczeć.
- Przecież ty też! Dlaczego mu tego nie powiesz? Dlaczego milczysz?
Milczała, bo zabrakło jej słów. Prostych słów, które byłyby w stanie oddać jej stan ducha, który nagle zdawać by się mogło, że siłą wielkiej koparki wywrócił całe jej życie do góry nogami.
W międzyczasie małżonek nabierał coraz większej pewności siebie i pokusił się na więcej. Bez cienia wątpliwości oznajmił zdezorientowanej małżonce, nie dopytując się, co ona o tym sądzi:
- Sprzedamy ten dom i pójdziemy każdy w swoją stronę.
Przez moment przemknęło jej przez myśl, że po prostu powiedział tak, żeby sprowokować ją do kłótni. Często, gdy sam nie potrafił czegoś jednoznacznie rozstrzygnąć, podstępnie podsuwał temat, oczekując, by zrobili to za niego inni. A potem, gdy sytuacja stawała się uciążliwa, uchylając się od odpowiedzialności z miną niewiniątka mówił: „Przecież tak chciałaś/eś! Ale teraz niczego już nie była pewna. Musiała jednak zareagować.
- Nie sądziłam, że z taką łatwością przejdzie ci to przez gardło. Tyle lat razem pod jednym dachem! Nie do wiary… - nie dokończywszy rozmowy rozłączyła się.
Chwilkę później zdecydowała się wyjść z domu, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Poczuła bowiem, że pod wpływem złych emocji zaczyna robić jej się duszno. Nigdzie jednak się nie oddalała. Usiadła na schodach prowadzących do domu.
Okazało się, że Teofil rozmawiając z nią przez telefon stał kilka kroków dalej, niemal pod samym domem. Nie od razu go dostrzegła. Chował się jakby za dorodnym krzakiem jałowca. Krótko potem usiadł koło niej.
- No, to teraz możesz jasno odpowiedzieć nieznajomemu mężczyźnie na jego pytanie, gdy znowu do nas zawita – rzekła, nie wdając się zbytnio w dyskusję.
Nigdy wcześniej nie brała pod uwagę tego, że mogliby się kiedykolwiek rozstać. I to w taki sposób.

Przez następne dni chodziła rozżalona, sprawiając wrażenie jakby zła wróżka rzuciła na nią jakieś zaklęcie i zamieniła w kałużę wody, albo w nic niewartą kupkę piasku. Piasku, który rozsypał się kopnięty butem jakiegoś nieznajomego przechodnia, który pojawił się znikąd i dokonał życiowej demolki za pomocą jednego nieskomplikowanego pytania.
Odkryła, że poprzednie lata wlekły się niczym stary, drewniany wóz drabiniasty prowadzony przez zmęczonego, na wpół zaspanego woźnicę. Woźnicę, któremu w zasadzie było wszystko jedno, kiedy dotrze do celu. Miał do przebycia pewien odcinek drogi, wyznaczony czas i polecenie dowiezienia czegoś do konkretnego punktu. Droga była długa, ciężka i wyboista. Utracił więc cały swój życiowy wigor, zesłabł i zdążył zsiwieć. W miarę jak zbliżał się do kresu swojej podróży, być może ze zmęczenia przestawał zauważać mijane po drodze rzeczy ważne i mniej ważne, interesujące i te mało znaczące. W ogóle niewiele zauważał, choć to wszystko nadal gdzieś tam było. On patrzył tunelowo.
Życie w tunelu na dłuższą metę jest niezmiernie męczące. Z czasem wręcz niemożliwe. Nie mogła sobie wybaczyć, że tak późno oboje zdali sobie z tego sprawę. Że musiał zjawić się ktoś obcy, żeby im to uświadomić.

Niespełna miesiąc później stała przed ich, a w zasadzie już nie ich, domem w towarzystwie kilku waliz i tekturowych pudeł. Czekała na umówiony transport. Znajomego kierowcę, który miał ją z tym wszystkim zawieźć do jej nowego lokum. Niewielkiej kawalerki na obrzeżach miasta, którą wynajęła dla siebie, jak mawiała w myślach, na resztę swoich dni. Mąż miał zasobniejszy portfel, większą emeryturę, więc stać było go na wynajęcie połowy domu w okolicy. Ich dom niebawem miała zamieszkać inna rodzina.
Tego dnia było trochę chłodno i zbierało się na deszcz. Martwiła się, by kierowca zdążył przed czasem. Bagaże nie powinny były przecież zmoknąć. Tymczasem, zamiast niego ujrzała na horyzoncie znajomy czarny pick-up, którego bynajmniej się wtedy nie spodziewała. Łysawy i nieco otyły mężczyzna zaparkował przed bramą ogrodzenia, a potem wysiadł i ruszył wprost w jej kierunku.
- Dzień dobry! Czyżbym się spóźnił? – pytał, idąc i nieco dysząc.
- Zależy na co? – odparła bez entuzjazmu.
- Założyłem, że szybko państwo nie sprzedadzą tego domu i uda mi się go tanio kupić. Jest przecież taki sobie, bez wyrazu. Ale chyba się pomyliłem… Nie wierzę, że tak szybko znalazł się nabywca – najwyraźniej się z nią droczył, wprawiając przy tym w irytację.
„Może i jest taki sobie, ale tylko na niego było nas stać”, pomyślała sobie w duchu.
- No proszę! Chciał go pan jak najtaniej kupić! A ja myślałam, że przyjechał pan, żeby usłyszeć odpowiedź na zadane przez pana pytanie – próbowała z nim polemizować.
Mężczyzna zaczął przyglądać jej się spod oka, udając, że nie bardzo wie, o czym mówi. Tarmosił przy tym swoją nieogoloną brodę, jakby ręką chciał z niej usunąć dwu, może trzydniowy, zarost. Nie spodobało jej się, że pojawił się w takim momencie, ba, że w ogóle się pojawił!
- Proszę spojrzeć! – pokazała dłonią na tkwiące obok niej toboły. – Na swój sposób przyłożył pan do tego rękę! Uświadomił nam, że nie byliśmy tu szczęśliwi.
Na krótką chwilę zapanowało milczenie. Na jego twarzy nie widać było, żeby się za cokolwiek kajał. Zresztą, za co? Nic tu nie zawinił. Stał wyprostowany jak strzała w naprężonym łuku z rękami w kieszeniach spodni, co ewidentnie było wyrazem ignorancji. Nie tylko wobec jej osoby, ale całej sytuacji, do której niechcący doprowadził. I ta twarz… nazbyt pewna siebie! Irytująca. I te oczy! W duchu nazwała je rentgenowskimi. Swoje spuściła najniżej jak się dało. Trochę z rozczarowania, trochę z poczucia winy przed samą sobą. Bo przecież nigdy nie jest tak, że gdy rozpada się jakiś związek, za jego rozpad odpowiada tylko jedna strona. Co prawda od każdej reguły są wyjątki, ale nie w tym przypadku.
Po krótkiej chwili milczenia odezwała się ponownie:
- To moje. Mąż już wyprowadził się wcześniej. Zaczął nowe życie – powiedziała nieco sarkastycznie, wskazując oczami na bagaże.
- Ależ, droga pani, nie miałem wtedy nic złego na myśli… Wszystko zależy od punktu widzenia – próbował coś tłumaczyć.
- A nie od punktu siedzenia, jak mawiają niektórzy? – syknęła.
Rozmowa z nieznajomym nie trwała długo, bo zza opłotków dojrzała światła samochodu, którym miała udać się do nowego, wynajętego mieszkania, a które to od teraz miało w pewnym sensie stanowić o jej dalszym losie. W pewnym sensie, bo przecież to ona decydowała o tym, jak sobie ułoży w nim życie.
W międzyczasie niebo przed deszczem poczerniało na tyle, że światła samochodu były aż nadto widoczne. Poderwała się więc i złapała za pierwszy z brzegu karton.
- O! Jest moje światełko w tunelu! – Krzyknęła na pożegnanie i poprosiła, żeby opuścił posesję.
- Kto to był? – spytał znajomy w trakcie jazdy, widząc jak mężczyzna odjeżdża sprzed domu. – Jakiś kolejny chętny na kupno domu?
- Nie. Posłaniec z nieba – powiedziała wymyślając naprędce pierwsze lepsze określenie, wprawiając go, a jakże, w zaskoczenie.
Nagle uświadomiła sobie, że kto wie, może rzeczywiście taką miał rolę do spełnienia. Teoś zawsze mawiał, że w życiu nic nie dzieje się przez przypadek. A ona? Podchodziła do tego sceptycznie. Od tej pory już nie.

Nieodgadniony obraz - opowiadanie

 



W galerii sztuki na pierwszym piętrze, jak można było się spodziewać, nie było wcale tłoczno. Zaledwie kilka osób, z których część w międzyczasie zdążyła opuścić salę, zanim Anna i Michał zdążyli na dobre przejść kilkadziesiąt kroków. Swoje obrazy wystawiali tu malarze należący do awangardowej grupy, która w ostatnim czasie nader mocno reklamowała się na łamach lokalnych gazet. Na tyle skutecznie, że dał się w to wkręcić kuzyn Anny, Michał.
- No chodź! Co ci szkodzi raz na jakiś czas wybrać się na wystawę malarstwa? – namawiał najpierw ją, a potem także jej męża.
W przeciwieństwie do męża Anny, kuzynka Michała odznaczała się słabym charakterem, a co za tym idzie, łatwo było nią manipulować. Wieloletnia praca nad poprawą tego stanu rzeczy, jak na razie nie przynosiła żadnych rezultatów. A szkoda, bo być może nie znalazłaby się w takiej sytuacji jak ta. Ale po kolei.

Mąż stanowczo odmówił. Annie stanowczości zabrakło.
- Ostatecznie mogę pójść – zdecydowała nieco się ociągając, dając tym samym do zrozumienia Michałowi, że robi to wyłącznie dlatego, żeby nie zrobić mu przykrości.
Ogólnie rzecz ujmując, Anna lubiła otaczać się kulturą i sztuką. Teatr, kino, wystawy, spotkania z pisarzami i poetami, wszystko to zawsze było jej pasją. Niestety, nie miała zbyt wiele czasu, który mogłaby na to poświęcić, ale od czasu do czasu, i owszem, chętnie coś zobaczyła, albo posłuchała. Ale żeby oglądać jakieś bohomazy…
Tak właśnie postrzegała sztukę awangardową. Zresztą, jej kuzyn rzekomo także. Przynajmniej tak deklarował. Tym bardziej więc nie mogła zrozumieć, dlaczego chce niemal siłą zaciągnąć ją na ową wystawę. Zrozumiała jego intencje dużo później. Powiedziałaby, że zbyt późno.
W sali wystawowej roiło się od obrazów różnych wielkości, które zakrywały niemal każdy wolny kawałek na ścianach. Od kolorów farb, których użyto do ich namalowania można było dostać oczopląsu. Nie mniej jednak nie przyznawała się Michałowi, że nie specjalnie jej się tu podoba i najchętniej zmieniłaby lokal.
Tymczasem kuzyn, przynajmniej takie odniosła wrażenie, co ją jednocześnie nieco zdziwiło, czuł się, jakby był w swoim żywiole. Przyznać trzeba, nie znała go z tej strony.
Z wnikliwością przyglądał się każdemu obrazowi po kolei, kontemplował, robił różne dziwne pozy, którymi chciał pokazać Annie, że ogląda je pod każdym kątem. Co raz to nachylał się, a to z jednej, a to z drugiej strony, to znów schylał się, żeby spojrzeć od dołu, albo z boku. Zaniepokojona jego dziwnymi ruchami spytała:
- Szukasz jakiejś wskazówki? Ktoś może zostawił ci jakąś informację na tych obrazach?  Zażartowała nie bez powodu, bo trochę wyglądało to jak harcerskie podchody.
- Ależ skąd! – nieco się oburzył. – Jak myślisz, co ten obraz przedstawia? – Spytał, gdy zatrzymali się przed jednym z nich, wielkim, w delikatnych, złotych ramach.
- Nie mam pojęcia – odparła zgodnie z prawdą. – Ale jednego jestem pewna. Ta rama pasuje do niego jak przysłowiowa pięść do oka.
Grube esy floresy namalowane farbami w ciemnych kolorach nie współgrały z cieniutką ramą.
- Ale może ja się nie znam. Właściwie, z całą pewnością się na tym nie znam. W moim odczuciu coś jednak tu nie gra – dodała.
- Przyjrzyj się lepiej. Co mogłabyś powiedzieć o tym obrazie? Co te linie przedstawiają? – Michał drążył uporczywie.
- Na Boga, nie wiem! Może to jakaś głowa smoka omotana starymi szmatami…
Wydawało jej się, że powiedziała to w miarę cicho. Okazało się jednak, że nie do końca tak było, bo stojąca niedaleko i oglądająca obrazy para w średnim wieku, mężczyzna i kobieta, odwrócili się w ich stronę i wymownym wzrokiem próbowali dać jej do zrozumienia, że są nieco zniesmaczeni odpowiedzią Anny. Michał chyba też. Spojrzał z niedowierzaniem najpierw na nią, a potem na obraz i rzekł:
- Eee! Nie może być! Stań z boku i spójrz z innej perspektywy.
Posłusznie stanęła. Perspektywa jak to perspektywa, pod każdym kątem i w zależności od odbierającego obraz, była inna. Dla niej, niestety, taka sama. No, może za wyjątkiem jednego.
- Wiesz co, gdy patrzę na obraz z boku, to równie dobrze może to być głowa zadziornego koguta, któremu inne koguty właśnie co wytargały wszystkie pióra…
Powoli zaczynała się dobrze bawić, w przeciwieństwie do pary, która posłała w ich stronę kolejną porcję niezadowolenia, którego nie potrafili ukryć w swoim wzroku. Michał podrapał się za uchem, co zwykle przydarzało mu się w sytuacjach nieco dla niego kłopotliwych. Ot, taki nerwowy trik wespół z niezadowoleniem na twarzy. Widząc grymas na twarzy kuzyna, próbowała nieco zmienić ton swojej wypowiedzi i sprowadzić rozmowę na inne tory.
- No dobra! A co chciałbyś, żebym zobaczyła w tym obrazie? Może jakaś podpowiedź?
Nie zdążyła jej usłyszeć, bo nieoczekiwanie za plecami usłyszała delikatny, kobiecy głosik, rodem z dziecinnych dobranocek. Głosik najwyraźniej miał dla niej podpowiedź, albo raczej radę, która miała uzmysłowić Annie, że nie należy widzieć wszystko w czarnych kolorach.
- A może to baletnica, tyle że w czarnym, przeźroczystym kostiumie na tle kolorowej widowni? – kobieta niby pytała, niby podpowiadała. – Może swoim ciemnym strojem chce wyrazić smutek?
Potem mówiła coś jeszcze na temat jej subtelności, tanecznej pozy, baletek i rajstop.
Anna patrzyła na rzekomą baletnicę, w osłupieniu, bo za nic nie mogła dostrzec na obrazie żadnej części jej ciała, a cóż dopiero stroju i widowni(!). I kiedy usiłowała trafić do swojej podświadomości, by ta przyszła jej z pomocą, Michał nieoczekiwanie zaczął mazać palcem w prawym dolnym rogu obrazu.
- Co ty robisz? – spytała zaniepokojona.
- Malarze zwykle w tym miejscu kładą swój podpis – wyjaśnił.
- Aha! – powiedziała z rozmysłem. – I co tam wyczytałeś?
- Nie muszę niczego wyczytywać. Wiem, kto namalował ten obraz.
- Doprawdy? Znasz malarza?
- Nawet osobiście…
- To pewnie wiesz też, co przedstawia? – spytała zaintrygowana.
Para w średnim wieku też wykazała swoje zainteresowanie, bo nagle zmniejszył się do tej pory dzielący ich dystans. Wyraźnie przybliżyli się w stronę Michała i jego kuzynki. Co więcej, Anna odkryła też, że na sali oprócz nich, owej pary i kobiety o dziecinnym głosiku, znajduje się tak zwany kurator wystawy, czy jak kto woli kustosz. Właściwie to nie wiedziała, jak prawidłowo nazywa się taka osoba. W każdym razie podszedł do nich zaciekawiony, przynajmniej tak jej się wydawało.
- Przepraszam – zwrócił się do niej i do Michała. – Przypadkowo usłyszałem, że zwracacie się państwo do siebie po imieniu.
- Owszem – odparła zaskoczona. – To dla pana jakiś problem? – Syknęła niezbyt miło, aż na jego twarzy pojawił się delikatny rumieniec świadczący o tym, że nieco go speszyła. I nie dając mu czasu na odpowiedź, spytała:
- A może pan nam powie, co przedstawia ten obraz?
- To… może już sam autor.
- O! Jest tutaj obecny? – szczerze się zdziwiła.
Nie zauważyła, że kuzyn za jej plecami daje mu jakieś znaki. Najwyraźniej chciał zmusić go do milczenia, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Mężczyzna więc oddalił się czym prędzej, tłumacząc się naprędce jakąś pilną pracą. Tymczasem Michał jeszcze intensywniej mazał palcem po obrazie. Zupełnie jakby chciał coś z niego zmazać. Ciekawość Anny wzięła górę, więc postanowiła przyjrzeć się bliżej, co to takiego. I gdy ostatecznie dokonała niebywałego odkrycia, omal nie krzyknęła:
- O rany! On się nazywa tak samo jak ty! No popatrz! Jaka zbieżność nazwisk!
I wtedy Michał, nie wiedzieć czemu, bez słowa opuścił salę. Pobiegła więc za nim. Ale tego dnia najwyraźniej wszystko sprzeciwiło się przeciwko niej. Nagle pośliznęła się i wylądowała na śliskiej posadzce holu. Kuzyn nie widział tego. Zdążył w międzyczasie opuścić galerię. Przy Annie znalazła się niemal natychmiast kobieta o dziecinnym głosiku, za co była jej wdzięczna, bo pomogła jej postawić się do pionu. Choć słowo „pion” nie było tu słowem odpowiednim, gdyż okazało się, że skręciła nogę w kostce i nie była w stanie samodzielnie się poruszać. Dodatkowo upadając, uderzyła się w kaloryfer i na jej ręce pojawił się wielki siniak, a drugi nieco mniejszy i wypukły, na czole. Nie miała pewności, czy oby noga nie jest złamana, więc postanowiono wezwać karetkę, choć bardzo się przed tym wzbraniała.
Michał zorientował się, że coś jest nie tak, gdy zobaczył karetkę pod galerią. Stojąc na zewnątrz przy drzwiach wejściowych do galerii, czekał na swoją kuzynkę. A że trochę to trwało, pełen złych przeczuć pobiegł na górę.

Pół godziny później oboje siedzieli w poczekalni do chirurga.
- Teraz wyglądasz jak ten smok z obrazu, albo kogut z wyszarpanymi piórami – naigrawał się z niej.
- O nie, nie! Wypraszam sobie! Jestem raczej tą baletnicą w czarnym, tiulowym stroju, wyrażającym smutek…
Tak naprawdę wcale nie było jej do śmiechu. Noga przeraźliwie bolała, a ponad trzygodzinne czekanie w kolejce do chirurga też nie napawało optymizmem. Niemniej jednak jakaś kara jej się należała.
- Przepraszam cię, Michale! Nie miałam pojęcia, że malujesz. Dlaczego ukrywałeś to przed całym światem? – spytała zaciekawiona.
- Właśnie dlatego. Żeby nie narażać się na takie sytuacje jak ta w galerii.
- Ależ ja naprawdę nie byłam w stanie odgadnąć, co przedstawiał tamten obraz.
- Ciebie – odparł krótko. A potem, przyglądając się wymownie jej siniakom, dodał: – Chyba byłem złym prorokiem…
Nie wiedziała, czy mówił prawdę, czy tylko sobie z niej żartował. Ale dało to Annie do myślenia. Poskręcana z bólu, zmęczona wyczekiwaniem w kolejce, musiała przedstawiać obraz pożałowania godny. Zastanawiała się później, czy ktoś obcy patrząc na nią w tamtym momencie, byłby w stanie obiektywnie ocenić, kim jest i co tak naprawdę sobą reprezentuje.
Była takim „nieodgadnionym obrazem”. Z siniakami na ciele, utykająca i nieszczęśliwa, według jednych osób mogła być ofiarą jakiegoś wypadku. Według innych, kobietą maltretowaną przez partnera. Zdaniem jeszcze innych, nieuważną, głupią babą. Wszystko przecież zależy od punktu widzenia.

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...