wtorek, 25 maja 2021

Człowiek z duszą, czyli gdzie znaleźć prawdziwego człowieka.

 

Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: Nieduże podbeskidzkie miasteczko, słynące głównie z atrakcji turystycznych. Biegnie przez nie jedna, zarazem główna ulica. Od niej z kolei rozciąga się pajęczyna drobnych, krótkich  uliczek. Stoją na nich głównie pensjonaty i jednorodzinne domki.

Na jednej z takich uliczek mieszka pan Waldemar. Przeciętny Polak, z równie przeciętną pensją z niezbyt wygórowanymi potrzebami egzystencjalnymi. Jest jednak coś, co wyróżnia pana Waldemara z tłumu przeciętniaków. Otóż mężczyzna z niezwykłą zaciętością obserwuje ludzi i dzieli ich na dwie kategorie: dobrych i złych. To jeszcze nic złego. Tyle że pan Waldemar dokonuje tego, kierując się jedynie własnym osądem na podstawie… pierwszego wrażenia!
- Przecież widzę, że to musi być z gruntu zły człowiek – mówi, widząc daną osobę pierwszy raz w życiu.
Potem zwykle dodaje coś w tym stylu:
- Ubrany jest w ciuchy z górnej półki, bryka sporo warta. To musi być złodziej albo jakiś inny przestępca – wyrokuje, często nie poznawszy nawet jego nazwiska.
Co gorsza, pan Waldemar od razu skreśla takiego człowieka, tłumacząc, że z takimi ludźmi nie będzie utrzymywał kontaktu.
No cóż, jego wybór. Tak samo postępuje z ludźmi, którzy nie spodobali mu się z innego względu. Kiedyś usłyszałam z jego ust takie, bulwersujące słowa:
- To wredna małpa – tak mówił o swojej sąsiadce. – Stale sadzi przed swoim domem łubiny! A ja ich nie cierpię! Wyglądam przez okno i co widzę? Łubiny! Proszę mi wierzyć, to niedobra kobieta jest!
Zapytany o to, czy to jedyne jej przewinienie, odparł, że tak. Ale pani Krysia z gruntu zaliczona została do złych osób, z którymi w żadnym wypadku pan Waldemar nie będzie utrzymywał kontaktu. Hm…
Ciekawiło mnie, jak to jest w drugim przypadku, czyli czym ujmują mężczyznę ludzie tak zwani „dobrzy”.
- Na przykład taki Jacek od Maślanków, wczoraj zabrał mi zakupy na swój rower i odwiózł do domu – opowiadał. – To dobrzy ludzie.
Okazało się jednak, że mężczyzna bardzo słabo zna ową rodzinę, bo mieszka tu od niedawna. Rzec można, wcale jej nie zna. Ale jeden dobry gest ze strony ich syna zawyrokował o tym, że postrzega ich jako ludzi dobrych.
Pan Waldemar nie wie, że ojciec chłopaka znęca się fizycznie nad jego matką. Nie ma pojęcia, że to już jego trzecia żona, a sam Jacek zaś to notoryczny złodziejaszek.
- O! Pan Janek! Ten, co mieszka dwa domy dalej – mówił pan Waldemar, służąc kolejnym przykładem. – Kiedyś pożyczył mi pompkę do roweru, bo moja się zepsuła. Zapomniałem mu oddać. Minął już rok, a on się o nią nie upomniał. To dobry człowiek. Wie, że nam się nie przelewa, więc co się będzie upominał…
Podobne przykłady nasz bohater mógłby sypać jak z rękawa. Kryteria, jakimi posługuje się mężczyzna w dzieleniu ludzi na dobrych i złych są, przynajmniej przez mnie, niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć, żenujące.

Kilka przecznic dalej mieszka pani Ilona, gospodyni domowa. Kobieta jest w średnim wieku. Wychowuje trójkę dorastających dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, za to bardzo udzielała się w różnych organizacjach i kołach zainteresowań. To się chwali, choć może nie do końca…
Mąż i znajomi mają jej za złe, że to jej udzielanie się w przeróżnych organizacjach ma zasadniczą wadę. Pani Ilona poznaje w ten sposób mnóstwo ludzi i ich życiowe historie. Tyle że chętnie dzieli się nimi z innymi znajomymi. Przylgnęła do niej opinia plotkary, przed którą na wszelkie sposoby próbuje się odżegnywać.
- Chcę tylko ludziom pomóc – tłumaczy zwykle. A potem dodaje: - Żeby im pomóc, muszę wiedzieć, z czym się w życiu zmagają.
Coś w tym niewątpliwie jest. Niestety, pani Ilona, być może nieświadomie, pełni też rolę poniekąd od zawsze należącą do mediów. Nadaje rozgłos sprawie. Nie każdy jednak sobie tego życzy, zwłaszcza że prywatna opinia pani Ilony na temat danej osoby niejako z góry ją szufladkuje. I trochę działa to zgodnie z przysłowiem: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Wiele bowiem osób popada przez to w jeszcze większe kłopoty. Są bowiem oceniani, dzieleni i mówiąc kolokwialnie, ustawiani po kątach.

Przy tej samej ulicy, co nasza bohaterka mieszka starsza pani, emerytka. Dawniej pracowała w fabryce włókienniczej, obsługując mechaniczne krosno. Pani Janina wychowała też kilkoro dzieci, a niedawno straciła męża. Mieszka i gospodaruje sama, ale nie stroni od przyjaciół. Ma ich wielu. Jest bowiem osoba bardzo lubianą.
Chyba głównie dlatego, że pani Janina nigdy nikogo nie ocenia, nie krytykuje, ani nadmiernie nie stara rozgrzeszać z wszelkiej maści grzechów i grzeszków swoich słuchaczy. Tak, słuchaczy, bo kobieta każdego zawsze wysłucha. Nie pogrozi palcem, nie napomni, nie daje złotych rad, które w praktyce często nijak mają się do życia. Poza tym traktuje wszystkich równo. Dlatego być może, a nawet na pewno, wśród jej rozlicznych znajomych są zarówno ludzie prości i bardzo przyziemni, jak i różne indywidualności, artyści  oraz biznesmeni, a nawet politycy. Sąsiedzi dziwią się nieraz, że pod jej dom podjeżdża samochód, z którego wysiadają czarnoskórzy ludzie, albo na odmianę osoby w jarmułkach. Wiele razy byli też i tacy, na których nasi rodacy, a przynajmniej wielu z nich, chętnie by napluło, albo co gorsza oblało fekaliami. Kolorowe ptaki z tzw. LGBT.
Ale pani Janina, niezbyt majętna, prosta i słabo wykształcona, ma w sobie to coś, czego wielu nam brakuje. Wyrozumiałość i tolerancję, empatię dla drugiego człowieka. Potrafi kochać drugiego człowieka, bez względu na to kim jest i jaki jest.

I jak widać na przykładzie pani Janiny, nie potrzeba do tego studiów na zagranicznych uczelniach, ani wielkiego majątku. Wystarczy być DOBRYM CZŁOWIEKIEM.
Wszyscy potrzebujemy takich osób. Tylko, gdzie ich znaleźć? Jakaś podpowiedź?

czwartek, 13 maja 2021

Sąsiedzi, czyli każdy kij ma dwa końce.



Miejsce akcji: Nieduża wioska
  w południowej części Polski.
O tym, że „z rodziną najlepiej wychodzi się na fotografii”, przekonał się już niejeden z nas.
Podobnie rzecz ma się w kwestii sąsiadów. Po raz pierwszy „Nie licz na sąsiada, bo zawistny i obgada, i mój Boże, nie pomoże”, usłyszałam kilka lat temu. Nie do końca jestem skłonna podpisać się pod tym powiedzeniem, ale niewątpliwie coś w tym jest. Bywa że czasem są bardzo pomocni. Tyle że trzeba mieć szczęście, żeby na takich trafić. Przynajmniej w ostatnim czasie …

Powszechnie jednak wiadomo, że powiedzenia nie biorą się z niczego.
Najlepiej zobrazuję to na przykładzie zachowania trójki panów, zamieszkujących ową wioskę. Bynajmniej nie są to bohaterowie fikcyjni.
Powiedzmy, że mają na imię: Zbigniew, Daniel i Gabriel.
Wszyscy trzej są w podobnym wieku, pięćdziesiąt plus. I mieszkają po sąsiedzku. Nie ma znaczenia, czym się zajmują. Z racji bliskiego sąsiedztwa czasami zdani są na swoją łaskę i niełaskę. Ta „łaska i niełaska” różne miewa oblicza. Najczęściej jednak wiąże się z pewnymi, nie zawsze pożądanymi konsekwencjami.  Ale po kolei:

Pan Zbigniew mieszka w wiosce od urodzenia, przez co niekiedy wydaje mu się, że na jego grajdołku świat się kończy. I niejako, mniemając, że być może przez zasiedzenie, rości sobie prawo do wszystkiego. Także do okolicznych terenów.
Mniej więcej w połowie jego całkiem sporych rozmiarów działki, a właściwie pola, przebiega wąska, prywatna (wspólna) droga, do której z urzędu mają prawo także pozostali panowie. Obaj, aby dostać się do swoich posesji muszą tamtędy przejeżdżać. Choć sam z niej korzysta, panu Zbigniewowi owa droga od zawsze stoi ością w gardle.
Mężczyzna z natury jest złośliwy i zawistny. Toteż często zdarza mu się robić na złość swoim sąsiadom. Nie sili się przy tym na jakieś wymyślne złośliwości. Jest w siódmym niebie, gdy może na przykład zastawić przejazd sąsiadom swoim zdezelowanym samochodem. Może z zazdrości, że tamci mają lepsze „fury”? Nie mogą wtedy dostać się do swoich domów i zmuszeni są pozostawiać je pod gołym niebem na skraju wiejskiej, zarazem głównej drogi, zamiast w garażu. Najgorzej jest zimą przy mrozie. Bywa że maja kłopoty z ich uruchomieniem , przez co spóźniają się do pracy.
Na pana Zbigniewa nic nie działa. Ani prośby, ani groźby, ani niejednokrotnie wzywana policja. Udaje, że nie ma go w domu. Telefonów też nie odbiera.

Kilkadziesiąt metrów dalej, wzdłuż wspomnianej wspólnej drogi stoi dom pana Daniela. Jakiś czas temu kupił tu stary, powojenny dom do remontu. Żeby w nim zamieszkać, konieczna była pełna modernizacja z doprowadzeniem gazociągu i wodociągu włącznie. Żeby jednak było to możliwe, potrzebował zgody na poprowadzenie ich przez pole pana Zbigniewa. Mężczyzna jednakże nie zgodził się, pozostawiając tym samym swojego nowego sąsiada bez szansy na życie w normalnych warunkach.

Niedaleko działek pana Zbigniewa i pana Daniela mieszka pan Gabriel. Tak się złożyło, że mężczyzna z kolei nie ma możliwości odprowadzenia deszczówki ani fekalii do istniejącej ogólnodostępnej kanalizacji. Rury je odprowadzające musiałaby przebiegać przez tereny obu panów. Oczywiście żaden z nich nie wyraził na to zgody. I tym sposobem pan Gabriel musiał zbudować w swoim ogrodzie wielkie szambo, które zmuszony jest regularnie opróżniać. Niestety płaci za to bajońskie sumy.

W odwecie za to, i trudno mu się dziwić, nie chce pójść na rękę panu Danielowi, który prosił go o wycięcie dwóch potężnej wielkości modrzewi rosnących na jego działce, w pobliżu jego posesji. Przy silnym wietrze drzewa przechylają się niemal wpół i zagrażają domowi pana Daniela. W obawie o uszkodzenie dachu, a co za tym idzie, także o swoje i rodziny życie,  przeżywa niestanne męki. Wietrzne dni są dla nich niczym sceny z najgorszego koszmaru.
Pan Gabriel pozostaje jednak niewzruszony.

To nie jedyny problem sąsiedzkiej nieżyczliwości. Wiosenne roztopy, a także potężna ulewa, która w tym roku przeszła nad tym terenem sprawiły, że nadmiar wody spływał do szamba w ogródku pana Gabriela, które położone było nieco niżej, niż reszta jego działki i działki sąsiada, Daniela. I jak się można domyślić, szambo przebrało, a fekalia z niego wypływające za cel obrały sobie… ogródek warzywny i plac przed domem pana Daniela.

Jakiś czas temu los boleśnie doświadczył pana Zbigniewa. Do jego żony trzeba było wezwać pogotowie. Biedaczka miała udar. Pogotowie przyjechało na czas i pewnie wszystko dobrze by się skończyło, gdyby nie… jego własny, z premedytacją źle zaparkowany samochód. Gdy karetka z żoną pana Zbigniewa w środku, wykonując manewr cofania, a potem próbując wyjechać, tak nieszczęśliwie wbiła się pomiędzy ów samochód a ogrodzenie, że nie była w stanie ruszyć z miejsca. Zanim przyjechała druga, upłynęło sporo czasu. Ucierpiała na tym żona pana Zbigniewa, doznając rozległego paraliżu.

Czy pan Zbigniew wyciągnął z tego jakieś wnioski? Otóż nie. Dalej kombinuje, jakby tu zatruć sąsiadom. Na domiar złego kupił drugi, równie zdezelowany samochód, którym nie jeździ, a jedynie zagraca teren wokół jego domu i tarasuje wspólną drogę.
Pan Gabriel w dalszym ciągu nie zgadza się na przyłącza gazociągu i wodociągu  do domu pana Daniela ani na wycięcie nieszczęsnych modrzewi. Na dodatek sadzi kolejne wysoko rosnące drzewa w pobliżu jego płotu.
Pan Daniel ani myśli pozwolić na przekop przez jego działkę, by sąsiad pan Gabriel mógł wreszcie podłączyć się do ogólnodostępnej kanalizacji. Czeka na kolejną ulewę?

Wszyscy razem utrudniają sobie nawzajem życie jak tylko mogą. I tradycyjnie, każdego dnia wieczorem przed snem padają na kolana i w modlitwie proszą Boga o zdrowie, szczęście, pokój i radość z życia.
Tyle że wszystko to mają w zasięgu ręki, ale nie potrafią należycie z tego korzystać...
Czego zabrakło? Rozumu.

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...