Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji:
Nieduże podbeskidzkie miasteczko, słynące głównie z atrakcji turystycznych.
Biegnie przez nie jedna, zarazem główna ulica. Od niej z kolei rozciąga się pajęczyna
drobnych, krótkich uliczek. Stoją na
nich głównie pensjonaty i jednorodzinne domki.
Na jednej z takich uliczek mieszka pan
Waldemar. Przeciętny Polak, z równie przeciętną pensją z niezbyt
wygórowanymi potrzebami egzystencjalnymi. Jest jednak coś, co wyróżnia pana Waldemara z tłumu przeciętniaków.
Otóż mężczyzna z niezwykłą zaciętością obserwuje ludzi i dzieli ich na dwie
kategorie: dobrych i złych. To jeszcze nic złego. Tyle że pan Waldemar dokonuje tego, kierując się jedynie własnym osądem na
podstawie… pierwszego wrażenia!
- Przecież widzę, że to musi być z gruntu zły człowiek – mówi, widząc daną
osobę pierwszy raz w życiu.
Potem zwykle dodaje coś w tym stylu:
- Ubrany jest w ciuchy z górnej półki, bryka sporo warta. To musi być złodziej
albo jakiś inny przestępca – wyrokuje, często nie poznawszy nawet jego nazwiska.
Co gorsza, pan Waldemar od razu
skreśla takiego człowieka, tłumacząc, że z takimi ludźmi nie będzie utrzymywał
kontaktu.
No cóż, jego wybór. Tak samo postępuje z ludźmi, którzy nie spodobali mu się z
innego względu. Kiedyś usłyszałam z jego ust takie, bulwersujące słowa:
- To wredna małpa – tak mówił o swojej sąsiadce. – Stale sadzi przed swoim
domem łubiny! A ja ich nie cierpię! Wyglądam przez okno i co widzę? Łubiny!
Proszę mi wierzyć, to niedobra kobieta jest!
Zapytany o to, czy to jedyne jej przewinienie, odparł, że tak. Ale pani Krysia
z gruntu zaliczona została do złych osób, z którymi w żadnym wypadku pan Waldemar nie będzie utrzymywał kontaktu.
Hm…
Ciekawiło mnie, jak to jest w drugim przypadku, czyli czym ujmują mężczyznę ludzie
tak zwani „dobrzy”.
- Na przykład taki Jacek od Maślanków, wczoraj zabrał mi zakupy na swój rower i
odwiózł do domu – opowiadał. – To dobrzy ludzie.
Okazało się jednak, że mężczyzna bardzo słabo zna ową rodzinę, bo mieszka tu od
niedawna. Rzec można, wcale jej nie zna. Ale jeden dobry gest ze strony ich
syna zawyrokował o tym, że postrzega ich jako ludzi dobrych.
Pan Waldemar nie wie, że ojciec
chłopaka znęca się fizycznie nad jego matką. Nie ma pojęcia, że to już jego
trzecia żona, a sam Jacek zaś to notoryczny złodziejaszek.
- O! Pan Janek! Ten, co mieszka dwa domy dalej – mówił pan Waldemar, służąc kolejnym przykładem. – Kiedyś pożyczył mi
pompkę do roweru, bo moja się zepsuła. Zapomniałem mu oddać. Minął już rok, a
on się o nią nie upomniał. To dobry człowiek. Wie, że nam się nie przelewa,
więc co się będzie upominał…
Podobne przykłady nasz bohater mógłby sypać jak z rękawa. Kryteria, jakimi
posługuje się mężczyzna w dzieleniu ludzi na dobrych i złych są, przynajmniej
przez mnie, niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć, żenujące.
Kilka przecznic dalej mieszka pani Ilona,
gospodyni domowa. Kobieta jest w średnim wieku. Wychowuje trójkę dorastających
dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, za to bardzo udzielała się w różnych
organizacjach i kołach zainteresowań. To się chwali, choć może nie do końca…
Mąż i znajomi mają jej za złe, że to jej udzielanie się w przeróżnych organizacjach
ma zasadniczą wadę. Pani Ilona
poznaje w ten sposób mnóstwo ludzi i ich życiowe historie. Tyle że chętnie
dzieli się nimi z innymi znajomymi. Przylgnęła do niej opinia plotkary, przed
którą na wszelkie sposoby próbuje się odżegnywać.
- Chcę tylko ludziom pomóc – tłumaczy zwykle. A potem dodaje: - Żeby im pomóc,
muszę wiedzieć, z czym się w życiu zmagają.
Coś w tym niewątpliwie jest. Niestety, pani
Ilona, być może nieświadomie, pełni też rolę poniekąd od zawsze należącą do
mediów. Nadaje rozgłos sprawie. Nie każdy jednak sobie tego życzy, zwłaszcza że
prywatna opinia pani Ilony na temat danej osoby niejako z góry ją szufladkuje.
I trochę działa to zgodnie z przysłowiem: Dobrymi chęciami piekło jest
wybrukowane. Wiele bowiem osób popada przez to w jeszcze większe kłopoty. Są bowiem
oceniani, dzieleni i mówiąc kolokwialnie, ustawiani po kątach.
Przy tej samej ulicy, co nasza bohaterka mieszka starsza pani, emerytka.
Dawniej pracowała w fabryce włókienniczej, obsługując mechaniczne krosno. Pani Janina wychowała też kilkoro dzieci,
a niedawno straciła męża. Mieszka i gospodaruje sama, ale nie stroni od
przyjaciół. Ma ich wielu. Jest bowiem osoba bardzo lubianą.
Chyba głównie dlatego, że pani Janina nigdy nikogo nie ocenia, nie krytykuje,
ani nadmiernie nie stara rozgrzeszać z wszelkiej maści grzechów i grzeszków
swoich słuchaczy. Tak, słuchaczy, bo kobieta każdego zawsze wysłucha. Nie
pogrozi palcem, nie napomni, nie daje złotych rad, które w praktyce często
nijak mają się do życia. Poza tym traktuje wszystkich równo. Dlatego być może,
a nawet na pewno, wśród jej rozlicznych znajomych są zarówno ludzie prości i
bardzo przyziemni, jak i różne indywidualności, artyści oraz biznesmeni, a nawet politycy. Sąsiedzi
dziwią się nieraz, że pod jej dom podjeżdża samochód, z którego wysiadają
czarnoskórzy ludzie, albo na odmianę osoby w jarmułkach. Wiele razy byli też i
tacy, na których nasi rodacy, a przynajmniej wielu z nich, chętnie by napluło,
albo co gorsza oblało fekaliami. Kolorowe ptaki z tzw. LGBT.
Ale pani Janina, niezbyt majętna,
prosta i słabo wykształcona, ma w sobie to coś, czego wielu nam brakuje.
Wyrozumiałość i tolerancję, empatię dla drugiego człowieka. Potrafi kochać
drugiego człowieka, bez względu na to kim jest i jaki jest.
I jak widać na przykładzie pani Janiny,
nie potrzeba do tego studiów na zagranicznych uczelniach, ani wielkiego majątku.
Wystarczy być DOBRYM CZŁOWIEKIEM.
Wszyscy potrzebujemy takich osób. Tylko, gdzie ich znaleźć? Jakaś podpowiedź?

