niedziela, 6 lutego 2022

Pan Nikt, czyli jak to jest być nikim.


Zdjęcie: Pixabay

Miejsce akcji: Małe miasteczko w południowej Polsce.


Na peryferiach niedużego miasta mieszka pan w wieku pięćdziesiąt plus, nazwijmy go, panem Feliksem. Z wykształcenia muzyk, z zawodu profesor prestiżowej uczelni zagranicą i dyrygent w jednej z tamtejszych filharmonii.
To było kiedyś, czyli przed pięcioma laty, gdy pan Feliks był jeszcze w pełni sił, zdrowym mężczyzną.
Niestety, zdarzył się wypadek. Któregoś dnia, wracając na weekend do rodzinnego domu w Polsce, ze zmęczenia zasnął za kierownicą swojego mercedesa. Potem była długa rehabilitacja i równie długa walka o powrót do zdrowia. Jednakże pan Feliks do dzisiaj chodzi o kulach, czasem zmuszony jest poruszać się na wózku inwalidzkim, zwłaszcza wtedy, gdy musi pokonać dłuższe odległości. Z pracą musiał się pożegnać. Niekiedy tylko udziela korepetycji osobom chcącym podszkolić swoje umiejętności wokalne, pretendującym do miana przyszłych piosenkarzy i muzyków, ale to nie zdarza się często.
Pan Feliks nigdy nie pogodził się ze swoim kalectwem, a już na pewno nie z tym, że teraz musi prowadzić życie jak przeciętny Kowalski. Często narzeka przed swoimi bliskimi, że kiedyś był KIMŚ, a teraz jest NIKIM. Bywa że zamyka się w pokoju, na ścianach którego wisi mnóstwo dyplomów, a na półkach szereg nagród otrzymanych w różnych międzynarodowych konkursach. Wpatruje się w nie godzinami i stale wraca myślami do tamtych czasów, gdy był ceniony i podziwiany, i czuł się kimś wyjątkowym.

W tym samym miasteczku, ale na jego przeciwległym krańcu, mieszka emerytowana nauczycielka, nazwijmy ją panią Magdaleną.
Kobieta zawsze udzielała się społecznie, co przyniosło jej sławę w mieście i okolicy. Przełożyło się również na otrzymane w międzyczasie stanowiska: Przewodniczącej Rady Miasta oraz dyrektorki liceum.
Pani Magdalena była więc osobą w mieście dobrze znaną i wpływową. Nadszedł jednak czas, kiedy to zmuszona była odejść na emeryturę. Kobieta taka jak ona, zawsze aktywna, długo się przed tym wzbraniała. Jednakże w końcu stało się to, co się stało. Trzeba było opuścić piastowane stanowiska i przyjąć do wiadomości, że to już historia., choć tak na dobrą sprawę nigdy do końca się z tym nie pogodziła. Gdy przestano o niej pisać w regionalnych gazetach, ludzie powoli zaczęli zapominać, że ktoś taki kiedyś w ogóle istniał. Za wyjątkiem nielicznych osób, mało kto kłaniał jej się na ulicy, także jej dawni uczniowie.
Gdy któregoś dnia jej dawna przyjaciółka poprosiła ją o pomoc w pewnej urzędowej sprawie, odpowiedziała krótko, żaląc się jednocześnie:
- A co ja teraz mogę? W urzędzie miasta pracują już całkiem inne osoby. Nie mam już na nic wpływu. Jestem już nikim.
Pani Magdalena nie zdołała pogodzić się z faktem, że to, co kiedyś nadawało jej sens w życiu, bezpowrotnie zostało utracone. Świadomość, że nie jest się już KIMŚ ważnym doprowadziła ją do depresji, o czym wiedzą tylko jej najbliżsi. Niestety, kobiecie nie pomogły żadne antydepresanty, żadna fachowa pomoc psychologa. I choć wszyscy wkoło powtarzają jej, że przecież ma rodzinę, dla której zawsze była i nadal będzie ważna, jeśli nie najważniejsza, pani Magdalenie to nie wystarczy. Wciąż boryka się z poczuciem pustki. Spadek z piedestału okazał się dla niej wyjątkowo bolesny.

Niedaleko pani Magdaleny mieszkał pewien krawiec, mężczyzna już niemłody, ale jeszcze ciągle pełen wigoru. Odkąd sięgnąć pamięcią, pan ów, nazwijmy go panem Karolem, prowadził niewielki zakład krawiecki. Był znany w okolicy, a z czasem daleko poza nią. Mógł się rozwijać, powiększyć swoją firmę, ale nie chciał. Zatrudniał w nim zaledwie dwie pomocnice krawieckie.  Uważał, że jest jedyny w swoim rodzaju, a klienci i klientki powinni się do niego ustawiać w kolejce. Co prawda było w tym sporo racji, bo tak zdolnych krawców i zarazem projektantów odzieży jak pan Karol było niewielu.
Miejscowość, w której mieszkał cieszyła się mianem uzdrowiska, więc tym sposobem przyjeżdżający tutaj na wypoczynek kuracjusze, w tym dwie aktorki i jedna spikerka z Warszawy, stali się jego klientami. Za ich przyczyną poniekąd Pan Karol stawał się coraz bardziej sławny i przybywało mu klienteli.  Mężczyznę rozpierała duma. Wraz z nią rosło i tak już jego wybujałe ego.
Nadszedł jednak czas, że niemal w bezpośrednim sąsiedztwie jego zakładu krawieckiego wybudowano nowy, wielki, dwukondygnacyjny pawilon. Pawilon z … odzieżą używaną. A że często można było tam zaopatrzyć się w całkiem niezłe „perełki”, wieść o owym pawilonie szybko rozniosła się także wśród odwiedzających miasteczko turystów i kuracjuszy. Wielu z nich to właśnie tam kierowało swoje pierwsze kroki, zanim odwiedziło pana Karola. Niektórzy poprzestawali na tym pierwszym.
Mężczyzna powoli zaczął tracić klientów i wkrótce jego biznes umarł „śmiercią naturalną”. Zmuszony widmem finansowej katastrofy zamknął swój zakład. Musiał jednak z czegoś żyć. Szukał pracy tu i tam, ale nigdzie na dłużej nie zagrzał miejsca.
Zdarzało się, że rodzina i znajomi z niego szydzili.
Któregoś dnia syn poprosił go, a właściwie rozkazał, żeby zwolnił jemu i jego rodzinie mieszkanie, a sam przeniósł się do niewielkiej kawalerki na końcu miasta. Zrobił to w impertynencki sposób, doprowadzając swojego ojca niemal do łez. Bez cienia współczucia i zrozumienia dla swojego rodzica rzekł:
- Po co ci teraz mieszkanie? Przecież nie masz już zakładu, nie masz poczciwej pracy. Nikt się z tobą w mieście nie liczy, jesteś już NIKIM!
Słowa te bardzo go zabolały. Jeśli jeszcze łudził się, że może coś się odmieni, wrócą dawni klienci, albo któregoś pięknego dnia sklep z tanią odzieżą po prostu splajtuje, po nich nie miał już wątpliwości, że los się od niego odwrócił, pokazał swoją okrutną stronę. Dręczony psychicznie przez syna, w końcu mu ustąpił. Nie pomieszkał jednak długo w nowym miejscu. Zmarł przedawkowawszy leki na serce. Zanim jednak do tego doszło, sporządził testament, w którym kazał notariuszowi umieścić pamiętne słowa:
„ Ja, Karol W. który w przeszłości byłem KIMŚ przekazuję swojemu synowi, Adamowi, wszystkie swoje dobra ruchome i nieruchomości, i proszę, aby po mojej śmierci na nagrobku został umieszczony napis: „Tu spoczywa NIKT”.
Jak się potem okazało, w testamencie figurował również zapis, iż majątek po zmarłym może przejść na własność syna dopiero po spełnieniu jego ostatniego życzenia, napisu na nagrobku.
Jak się poczuł syn po odczytaniu ostatniej woli ojca, można sobie tylko wyobrazić. Jak się czuł pan Karol w ostatnich dniach swojego życia, raczej będzie trudno. Wszystko to razem bardzo przykre.

Jak się czuje ktoś, kto nagle traci wszystko to, co tak starannie budował wokół siebie? Prestiż, szacunek, poklask, władzę nad innymi? Niektórzy z nas już tego doświadczyli, inni właśnie doświadczają lub zakosztują w przyszłości.
Bez względu jednak na okoliczności i prywatne odczucia innych ludzi, pamiętajmy, że zawsze będziemy KIMŚ WYJĄTKOWYM, choćby tylko dla siebie samych.



KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...