Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: Małe miasteczko w południowej Polsce.
Na peryferiach niedużego miasta mieszka pan w wieku pięćdziesiąt plus, nazwijmy
go, panem Feliksem. Z wykształcenia
muzyk, z zawodu profesor prestiżowej uczelni zagranicą i dyrygent w jednej z
tamtejszych filharmonii.
To było kiedyś, czyli przed pięcioma laty, gdy pan Feliks był jeszcze w pełni
sił, zdrowym mężczyzną.
Niestety, zdarzył się wypadek. Któregoś dnia, wracając na weekend do rodzinnego
domu w Polsce, ze zmęczenia zasnął za kierownicą swojego mercedesa. Potem była
długa rehabilitacja i równie długa walka o powrót do zdrowia. Jednakże pan Feliks do dzisiaj chodzi o kulach,
czasem zmuszony jest poruszać się na wózku inwalidzkim, zwłaszcza wtedy, gdy
musi pokonać dłuższe odległości. Z pracą musiał się pożegnać. Niekiedy tylko
udziela korepetycji osobom chcącym podszkolić swoje umiejętności wokalne,
pretendującym do miana przyszłych piosenkarzy i muzyków, ale to nie zdarza się
często.
Pan Feliks nigdy nie pogodził się ze
swoim kalectwem, a już na pewno nie z tym, że teraz musi prowadzić życie jak
przeciętny Kowalski. Często narzeka przed swoimi bliskimi, że kiedyś był KIMŚ,
a teraz jest NIKIM. Bywa że zamyka się w pokoju, na ścianach którego wisi
mnóstwo dyplomów, a na półkach szereg nagród otrzymanych w różnych
międzynarodowych konkursach. Wpatruje się w nie godzinami i stale wraca myślami
do tamtych czasów, gdy był ceniony i podziwiany, i czuł się kimś wyjątkowym.
W tym samym miasteczku, ale na jego przeciwległym krańcu, mieszka emerytowana
nauczycielka, nazwijmy ją panią
Magdaleną.
Kobieta zawsze udzielała się społecznie, co przyniosło jej sławę w mieście i
okolicy. Przełożyło się również na otrzymane w międzyczasie stanowiska:
Przewodniczącej Rady Miasta oraz dyrektorki liceum.
Pani Magdalena była więc osobą w
mieście dobrze znaną i wpływową. Nadszedł jednak czas, kiedy to zmuszona była
odejść na emeryturę. Kobieta taka jak ona, zawsze aktywna, długo się przed tym
wzbraniała. Jednakże w końcu stało się to, co się stało. Trzeba było opuścić
piastowane stanowiska i przyjąć do wiadomości, że to już historia., choć tak na
dobrą sprawę nigdy do końca się z tym nie pogodziła. Gdy przestano o niej pisać
w regionalnych gazetach, ludzie powoli zaczęli zapominać, że ktoś taki kiedyś w
ogóle istniał. Za wyjątkiem nielicznych osób, mało kto kłaniał jej się na
ulicy, także jej dawni uczniowie.
Gdy któregoś dnia jej dawna przyjaciółka poprosiła ją o pomoc w pewnej
urzędowej sprawie, odpowiedziała krótko, żaląc się jednocześnie:
- A co ja teraz mogę? W urzędzie miasta pracują już całkiem inne osoby. Nie mam
już na nic wpływu. Jestem już nikim.
Pani Magdalena nie zdołała pogodzić
się z faktem, że to, co kiedyś nadawało jej sens w życiu, bezpowrotnie zostało
utracone. Świadomość, że nie jest się już KIMŚ ważnym doprowadziła ją do depresji,
o czym wiedzą tylko jej najbliżsi. Niestety, kobiecie nie pomogły żadne
antydepresanty, żadna fachowa pomoc psychologa. I choć wszyscy wkoło powtarzają
jej, że przecież ma rodzinę, dla której zawsze była i nadal będzie ważna, jeśli
nie najważniejsza, pani Magdalenie
to nie wystarczy. Wciąż boryka się z poczuciem pustki. Spadek z piedestału
okazał się dla niej wyjątkowo bolesny.
Niedaleko pani Magdaleny mieszkał pewien krawiec, mężczyzna już niemłody, ale
jeszcze ciągle pełen wigoru. Odkąd sięgnąć pamięcią, pan ów, nazwijmy go panem Karolem, prowadził niewielki
zakład krawiecki. Był znany w okolicy, a z czasem daleko poza nią. Mógł się
rozwijać, powiększyć swoją firmę, ale nie chciał. Zatrudniał w nim zaledwie
dwie pomocnice krawieckie. Uważał, że
jest jedyny w swoim rodzaju, a klienci i klientki powinni się do niego ustawiać
w kolejce. Co prawda było w tym sporo racji, bo tak zdolnych krawców i zarazem
projektantów odzieży jak pan Karol
było niewielu.
Miejscowość, w której mieszkał cieszyła się mianem uzdrowiska, więc tym
sposobem przyjeżdżający tutaj na wypoczynek kuracjusze, w tym dwie aktorki i
jedna spikerka z Warszawy, stali się jego klientami. Za ich przyczyną poniekąd Pan Karol stawał się coraz bardziej sławny
i przybywało mu klienteli. Mężczyznę
rozpierała duma. Wraz z nią rosło i tak już jego wybujałe ego.
Nadszedł jednak czas, że niemal w bezpośrednim sąsiedztwie jego zakładu
krawieckiego wybudowano nowy, wielki, dwukondygnacyjny pawilon. Pawilon z …
odzieżą używaną. A że często można było tam zaopatrzyć się w całkiem niezłe
„perełki”, wieść o owym pawilonie szybko rozniosła się także wśród
odwiedzających miasteczko turystów i kuracjuszy. Wielu z nich to właśnie tam
kierowało swoje pierwsze kroki, zanim odwiedziło pana Karola. Niektórzy poprzestawali na tym pierwszym.
Mężczyzna powoli zaczął tracić klientów i wkrótce jego biznes umarł „śmiercią
naturalną”. Zmuszony widmem finansowej katastrofy zamknął swój zakład. Musiał jednak
z czegoś żyć. Szukał pracy tu i tam, ale nigdzie na dłużej nie zagrzał miejsca.
Zdarzało się, że rodzina i znajomi z niego szydzili.
Któregoś dnia syn poprosił go, a właściwie rozkazał, żeby zwolnił jemu i jego
rodzinie mieszkanie, a sam przeniósł się do niewielkiej kawalerki na końcu
miasta. Zrobił to w impertynencki sposób, doprowadzając swojego ojca niemal do
łez. Bez cienia współczucia i zrozumienia dla swojego rodzica rzekł:
- Po co ci teraz mieszkanie? Przecież nie masz już zakładu, nie masz poczciwej
pracy. Nikt się z tobą w mieście nie liczy, jesteś już NIKIM!
Słowa te bardzo go zabolały. Jeśli jeszcze łudził się, że może coś się odmieni,
wrócą dawni klienci, albo któregoś pięknego dnia sklep z tanią odzieżą po
prostu splajtuje, po nich nie miał już wątpliwości, że los się od niego
odwrócił, pokazał swoją okrutną stronę. Dręczony psychicznie przez syna, w
końcu mu ustąpił. Nie pomieszkał jednak długo w nowym miejscu. Zmarł
przedawkowawszy leki na serce. Zanim jednak do tego doszło, sporządził
testament, w którym kazał notariuszowi umieścić pamiętne słowa:
„ Ja, Karol W. który w przeszłości byłem KIMŚ
przekazuję swojemu synowi, Adamowi, wszystkie swoje dobra ruchome i
nieruchomości, i proszę, aby po mojej śmierci na nagrobku został umieszczony
napis: „Tu spoczywa NIKT”.
Jak się potem okazało, w testamencie figurował również zapis, iż majątek po
zmarłym może przejść na własność syna dopiero po spełnieniu jego ostatniego
życzenia, napisu na nagrobku.
Jak się poczuł syn po odczytaniu ostatniej woli ojca, można sobie tylko
wyobrazić. Jak się czuł pan Karol w ostatnich dniach swojego życia, raczej
będzie trudno. Wszystko to razem bardzo przykre.
Jak się czuje ktoś, kto nagle traci wszystko to, co tak starannie budował wokół
siebie? Prestiż, szacunek, poklask, władzę nad innymi? Niektórzy z nas już tego
doświadczyli, inni właśnie doświadczają lub zakosztują w przyszłości.
Bez względu jednak na okoliczności i prywatne odczucia innych ludzi,
pamiętajmy, że zawsze będziemy KIMŚ
WYJĄTKOWYM, choćby tylko dla siebie samych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz