niedziela, 22 maja 2022

Nie widać, ale słychać

 

Zdjęcie: Pixabay

Miejsce akcji: mała miejscowość na Podbeskidziu. Równie dobrze akcja może dziać się w każdym innym miejscu w kraju.

Mieszkają tu państwo Kowalscy w wieku siedemdziesiąt plus Nazwijmy ich Marianną i Andrzejem. Jak większość starszych ludzi preferują spokój. Niestety, wokół ich domu przebiega wiejska droga, co spędza im sen z oczu od wielu lat. Nie da się ukryć, panuje na niej wielki ruch, zwłaszcza w weekendy. Samochody, motory, spacerowicze z psami. Toteż jak wielu innych mieszkańców tej okolicy postanowili ratować się przed wzrokiem ciekawskich ludzi. Sporych rozmiarów ogród zdecydowali się otoczyć pewnego rodzaju zasłoną. Nie, nie jest to rząd ciasno i równiuteńko rosnących wysokich iglaków. Na metalową siatkę nałożono plastikową folię, a na nią dodatkowo słomianą matę. Mata ta ma już kilka lat i jest mocno podniszczona, co bynajmniej nie przeszkadza właścicielom tegoż skrawka ziemi. W deszczowe dni wygląda odpychająco. Jakby ktoś na płocie położył starą, szarą, gnijącą słomę.
Spacerowicze zapewne zastanawiają się, kto mieszka w takim skansenie.
Nie widać ich, ale słychać. Słychać, gdyż nader często odbywają się tam rodzinne spotkania. Zwykle wtedy jest głośno, żeby nie powiedzieć, krzykliwie. Wystarczy przystanąć, idąc drogą, by usłyszeć, o czym rozprawiają. Mieszkańcy znają ich bardzo dobrze, a za sprawą owych głośnych spotkań, także nurtujące ich problemy.
Myślą, że skoro są niewidoczni, to także niesłyszalni?
Potem państwo Kowalscy zastanawiają się, skąd się biorą plotki na ich temat.

W tej samej miejscowości mieszka pewna kobieta w podobnym wieku. Wdowa, gospodyni domowa, od kilku lat emerytka. Nazwijmy ją panią Agnieszką.
Odkąd pani Agnieszka została sama, dzieci bowiem z nią nie mieszkają, trochę zdziwaczała. Rzadko odbiera telefony. Nikogo w domu nie przyjmuje, nikogo nie odwiedza. Nawet listonosz ma problem, by się do niej dostać.
Bardzo często za to wychodzi do kościoła. Któraś z pań z tak zwanej Róży (chodzi tu o kobiety skupiające się na modlitwie różańcowej)swego czasu poradziła jej, by wokół swojego ogrodzenia posadziła azalie i rododendrony. Pomysł wydawał się dobry. Te pięknie kwitnące krzewy cieszyły oko i z pewnością rozjaśniały chociaż na jakiś czas jej samotność. Z czasem jednak krzewy osiągnęły całkiem spore rozmiary i niemal całkowicie zasłoniły domostwo pani Agnieszki. Samotna wdowa jest schorowana i trochę niedosłyszy, i gdyby na przykład zasłabła w domu czy w obejściu, mogłoby się tak zdarzyć, że nikt z sąsiadów by tego nie zauważył. Czasem też widywano wokół jej ogrodzenia podejrzanych typów. Którzy, kto wie, czy nie pojawiali się tam z zamiarem okradzenia domu. Toteż proponowana przez sąsiadów wycinka chociaż części z krzewów wydawała się dobrym rozwiązaniem. Mieliby lepszy widok na jej dom. Kobieta jednak nie chciała o tym słyszeć.
Czyżby naprawdę myślała, że owe azalie i rododendrony ochronią ją przed wzrokiem innych, jak twierdzi, ciekawskich mieszkańców owej miejscowości? Że powstrzymają przed wtargnięciem na jej teren złych ludzi?

Kilka domów dalej stoi piękny, nowoczesny dom z atrium w środku i licznymi krużgankami wokół. To dom rodziny Nowaków. Nazwijmy ich panią Justyną i panem Norbertem. Pan Norbert ma dwójkę nastolatków z poprzedniego małżeństwa. Oprócz nich małżonkowie mają jeszcze dwoje wspólnych pociech w wieku wczesnoszkolnym. Gdy  kilka lat temu stawiali ów dom, nieodłącznym elementem krajobrazu stał się także wysoki płot, który dodatkowo szczelnie okalały tuje. Z czasem urosły na tyle wysokie, że nikt nic nie był w stanie przez nie dostrzec. Pani Justyna w nielicznych rozmowach z sąsiadami zawsze mawiała, że to ich azyl i nic nikomu do tego, że tuje zacieniają działkę i zasłaniają piękny, wypielęgnowany przez nią ogród.
Racja. Ale szkoda, bo dorodne kwiaty i sam dom mogłyby z powodzeniem cieszyć oczy także innych ludzi.
Nic przez nie nie było widać, ale wszystko było słychać.
Jeśli akurat dwójka nastolatków nie urządzała głośnej domówki, to małżonkowie spraszali gości na zakrapianego grilla. Jeśli nie było domówki ani grilla, to najmłodsi członkowie rodziny toczyli między sobą boje. Krzyki, płacz, wyzwiska. Dzieci na siebie krzyczały, na nich krzyczała matka, a na ich matkę pokrzykiwał jej mąż. Nie szczędził przy tym wulgaryzmów. Najbliżsi sąsiedzi, i nie tylko, często miewali darmowe spektakle, co prawda bez obrazu, a jedynie z fonią, od których nieraz bolały ich głowy.
Jak to wszystko miało się do wymarzonego azylu dla rodziny, trudno było zgadnąć. Nie dbali o swoją prywatność? Myśleli, że wysokie tuje są dźwiękoszczelne?

W moim ogrodzie nie ma wysokich tui ani wielgachnych krzewów. Rosną nieduże drzewa i krzewy, o które dbamy wspólnie z małżonkiem. Sadzimy sporo kwiatów, by się nimi cieszyć, ale też, by i sąsiedzi mogli cieszyć nimi oczy.
Gdy byłam jeszcze nastolatką, mieszkałam w innej miejscowości. W tamtym czasie panował tam zwyczaj urządzania konkursów na najpiękniejszy ogród, na najbardziej okazałego tulipana, przepiękne róże itd. Nagrody były skromne, ale przy okazji dzielono się uwagami na temat pielęgnacji roślin i wymieniano sadzonkami, cebulkami, bulwami. Otrzymanie takiej nagrody bywało wielkim zaszczytem.
Pamiętam, że moja mama wiodła prym w uprawie piwonii. Przed naszym ogrodem często zatrzymywali się przechodzący tamtędy mieszkańcy, by je podziwiać. Mamę rozpierała duma, mnie przy okazji też, bo sama często jej w tym pomagałam. Pieliłam i rozsadzałam.

W dzisiejszych czasach też można by rozpisać podobne konkursy. Tyle że chyba… na najwyższe tuje, bo to co skrywają wewnątrz ogrodów, ludzkie oczy nie zawsze są w stanie zobaczyć. Wielka szkoda!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...