Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: mała
miejscowość na Podbeskidziu. Równie dobrze akcja może dziać się w każdym innym
miejscu w kraju.
Mieszkają tu państwo Kowalscy w wieku siedemdziesiąt plus Nazwijmy ich Marianną i Andrzejem. Jak większość
starszych ludzi preferują spokój. Niestety, wokół ich domu przebiega wiejska
droga, co spędza im sen z oczu od wielu lat. Nie da się ukryć, panuje na niej
wielki ruch, zwłaszcza w weekendy. Samochody, motory, spacerowicze z psami.
Toteż jak wielu innych mieszkańców tej okolicy postanowili ratować się przed
wzrokiem ciekawskich ludzi. Sporych rozmiarów ogród zdecydowali się otoczyć
pewnego rodzaju zasłoną. Nie, nie jest to rząd ciasno i równiuteńko rosnących
wysokich iglaków. Na metalową siatkę nałożono plastikową folię, a na nią
dodatkowo słomianą matę. Mata ta ma już kilka lat i jest mocno podniszczona, co
bynajmniej nie przeszkadza właścicielom tegoż skrawka ziemi. W deszczowe dni
wygląda odpychająco. Jakby ktoś na płocie położył starą, szarą, gnijącą słomę.
Spacerowicze zapewne zastanawiają się, kto mieszka w takim skansenie.
Nie widać ich, ale słychać. Słychać, gdyż nader często odbywają się tam
rodzinne spotkania. Zwykle wtedy jest głośno, żeby nie powiedzieć, krzykliwie.
Wystarczy przystanąć, idąc drogą, by usłyszeć, o czym rozprawiają. Mieszkańcy
znają ich bardzo dobrze, a za sprawą owych głośnych spotkań, także nurtujące
ich problemy.
Myślą, że skoro są niewidoczni, to także niesłyszalni?
Potem państwo Kowalscy zastanawiają się, skąd się biorą plotki na ich temat.
W tej samej miejscowości mieszka pewna kobieta w podobnym wieku. Wdowa,
gospodyni domowa, od kilku lat emerytka. Nazwijmy ją panią Agnieszką.
Odkąd pani Agnieszka została sama,
dzieci bowiem z nią nie mieszkają, trochę zdziwaczała. Rzadko odbiera telefony.
Nikogo w domu nie przyjmuje, nikogo nie odwiedza. Nawet listonosz ma problem,
by się do niej dostać.
Bardzo często za to wychodzi do kościoła. Któraś z pań z tak zwanej Róży
(chodzi tu o kobiety skupiające się na modlitwie różańcowej)swego czasu poradziła
jej, by wokół swojego ogrodzenia posadziła azalie i rododendrony. Pomysł
wydawał się dobry. Te pięknie kwitnące krzewy cieszyły oko i z pewnością
rozjaśniały chociaż na jakiś czas jej samotność. Z czasem jednak krzewy
osiągnęły całkiem spore rozmiary i niemal całkowicie zasłoniły domostwo pani Agnieszki. Samotna wdowa jest
schorowana i trochę niedosłyszy, i gdyby na przykład zasłabła w domu czy w
obejściu, mogłoby się tak zdarzyć, że nikt z sąsiadów by tego nie zauważył. Czasem
też widywano wokół jej ogrodzenia podejrzanych typów. Którzy, kto wie, czy nie
pojawiali się tam z zamiarem okradzenia domu. Toteż proponowana przez sąsiadów
wycinka chociaż części z krzewów wydawała się dobrym rozwiązaniem. Mieliby
lepszy widok na jej dom. Kobieta jednak nie chciała o tym słyszeć.
Czyżby naprawdę myślała, że owe azalie i rododendrony ochronią ją przed
wzrokiem innych, jak twierdzi, ciekawskich mieszkańców owej miejscowości? Że
powstrzymają przed wtargnięciem na jej teren złych ludzi?
Kilka domów dalej stoi piękny, nowoczesny dom z atrium w środku i licznymi krużgankami
wokół. To dom rodziny Nowaków. Nazwijmy ich panią Justyną i panem Norbertem. Pan Norbert ma dwójkę nastolatków z poprzedniego małżeństwa. Oprócz
nich małżonkowie mają jeszcze dwoje wspólnych pociech w wieku wczesnoszkolnym.
Gdy kilka lat temu stawiali ów dom,
nieodłącznym elementem krajobrazu stał się także wysoki płot, który dodatkowo
szczelnie okalały tuje. Z czasem urosły na tyle wysokie, że nikt nic nie był w
stanie przez nie dostrzec. Pani Justyna
w nielicznych rozmowach z sąsiadami zawsze mawiała, że to ich azyl i nic nikomu
do tego, że tuje zacieniają działkę i zasłaniają piękny, wypielęgnowany przez
nią ogród.
Racja. Ale szkoda, bo dorodne kwiaty i sam dom mogłyby z powodzeniem cieszyć
oczy także innych ludzi.
Nic przez nie nie było widać, ale wszystko było słychać.
Jeśli akurat dwójka nastolatków nie urządzała głośnej domówki, to małżonkowie
spraszali gości na zakrapianego grilla. Jeśli nie było domówki ani grilla, to
najmłodsi członkowie rodziny toczyli między sobą boje. Krzyki, płacz, wyzwiska.
Dzieci na siebie krzyczały, na nich krzyczała matka, a na ich matkę pokrzykiwał
jej mąż. Nie szczędził przy tym wulgaryzmów. Najbliżsi sąsiedzi, i nie tylko,
często miewali darmowe spektakle, co prawda bez obrazu, a jedynie z fonią, od
których nieraz bolały ich głowy.
Jak to wszystko miało się do wymarzonego azylu dla rodziny, trudno było
zgadnąć. Nie dbali o swoją prywatność? Myśleli, że wysokie tuje są
dźwiękoszczelne?
W moim ogrodzie nie ma wysokich tui ani wielgachnych krzewów. Rosną nieduże
drzewa i krzewy, o które dbamy wspólnie z małżonkiem. Sadzimy sporo kwiatów, by
się nimi cieszyć, ale też, by i sąsiedzi mogli cieszyć nimi oczy.
Gdy byłam jeszcze nastolatką, mieszkałam w innej miejscowości. W tamtym czasie
panował tam zwyczaj urządzania konkursów na najpiękniejszy ogród, na najbardziej
okazałego tulipana, przepiękne róże itd. Nagrody były skromne, ale przy okazji
dzielono się uwagami na temat pielęgnacji roślin i wymieniano sadzonkami,
cebulkami, bulwami. Otrzymanie takiej nagrody bywało wielkim zaszczytem.
Pamiętam, że moja mama wiodła prym w uprawie piwonii. Przed naszym ogrodem
często zatrzymywali się przechodzący tamtędy mieszkańcy, by je podziwiać. Mamę
rozpierała duma, mnie przy okazji też, bo sama często jej w tym pomagałam.
Pieliłam i rozsadzałam.
W dzisiejszych czasach też można by rozpisać podobne konkursy. Tyle że chyba…
na najwyższe tuje, bo to co skrywają wewnątrz ogrodów, ludzkie oczy nie zawsze
są w stanie zobaczyć. Wielka szkoda!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz