piątek, 25 września 2020

Żona, czyli kobieta na miarę oczekiwań mężczyzny

Małe miasteczko na Podbeskidziu
Mieszkają tu trzej panowie w wieku pięćdziesiąt plus. Nazwijmy ich kolejno: pan Rafał, pan Kamil i pan Jarek. Co ich łączy? Patrząc z boku, całkiem wiele. Zacznijmy od szkoły podstawowej. Panowie dawniej uczęszczali do tej samej szkoły, ba, do tej samej klasy. Nadal się przyjaźnią, ale jest jedno ale. Wszyscy są zapracowani i nie mają czasu na utrzymywanie ze sobą bliższych kontaktów. Sporadycznie jednak, najczęściej w interesach, dzwonią do siebie z prośbą o jakąś przysługę. Bywa że z tego powodu spotykają się w pubie. Tak było i tego dnia. Ale po kolei.

Pan Rafał pracuje w banku. Jest zastępcą dyrektora. W szkole uczył się średnio. Na studiach często zawalał to i owo. Znajomi dziwili się, że w ogóle udało mu się ukończyć ten jego osławiony marketing. Osławiony, bo bardzo był dumny z kierunku , jaki wybrał i stale mawiał, że otworzy on przed nim nowe horyzonty. Jeszcze bardziej dziwili się, gdy dochrapał się tak wysokiego stanowiska w banku. Trzeba przyznać, bystrym nigdy nie był, a przedmioty ścisłe były jego przysłowiową kulą u nogi. Na uczelni miał nawet swoje przezwisko „Koziołek”. I tylko zapewne przez grzeczność nie dodawano do niego drugiego członu.
Pan Rafał ma jednak coś, czego nie tylko koledzy mogą mu pozazdrościć. Jest wysokim, szczupłym, niezmiernie przystojnym mężczyzną. Ponadto niezwykle dba o swoją aparycję. Jednym słowem, ma klasę. I nawet jeśli czegoś nie potrafi, to „dowygląda”. A to swego rodzaju przepustka do wyższych sfer. W każdym razie, do tych liczących się w świecie finansjery i show biznesu.
Pan Rafał ma żonę, Justynę, kobietę ze wszech miar piękną i elegancką. Jest z niej bardzo dumny, bo oprócz swojej urody i elokwencji, świetnie zna się na wszelkich niuansach bankowości. I jak się można domyślić, to głównie jej zawdzięcza ową posadę, no i potrzebną mu na tym stanowisku wiedzę. Justyna towarzyszy mu niemal wszędzie, zwłaszcza na rautach i bankietach. Krótko mówiąc, przeciera ścieżki.

Pan Kamil z kolei skończył Liceum Sztuk Plastycznych. Niestety, w tym zawodzie ciężko jest się wybić ponad przeciętność i uzyskać ze swojej pracy jakie takie korzyści materialne, a tym bardziej sławę. Toteż pan Kamil zmuszony został do zweryfikowania swoich życiowych planów i podjęcia pracy nie do końca odpowiadającej jego zawodowym predyspozycjom. Jest instruktorem na kursie nauki jazdy samochodem. Do pracy przychodzi schludnie ubrany, co głównie jest zasługą żony, która o niego dba. Sam zaś nie przywiązuje większej wagi do ubioru, ani do tego, czy jego fryzura i broda jest w porządku, czy nie. Buty? Buty są wizytówką każdego mężczyzny, ale nie pana Kamila. Według niego nie zasługują na to, by poświęcać im uwagę. Pan Kamil to facet przeciętny, ze swoim męskim spojrzeniem na świat.
Jego żona, Hanna, pracuje w urzędzie miejskim jako księgowa. Przeciętny facet ma przeciętną kobietę. Niczym nie wyróżniającą się. Skromną i czystą, ale przeciętną. Ubierającą się w kolory szaro-bure, stricte biurowe. Pani Hanna nie lubi biegać po gabinetach fryzjerskich i kosmetycznych. Dla niej to strata czasu i pieniędzy. Zakupy też nie są jej ulubioną rozrywką. Zresztą nie ma na to zbyt wiele pieniędzy.
Pan Kamil ze swoją żoną rzadko pojawia się w kinie czy w teatrze. Co najwyżej na rodzinnych imprezach. Tam nie trzeba specjalnie się stroić, ani tym bardziej popisywać znajomością literatury, nowinek technicznych, obcych języków, czy wspomnieniami z wypadów w ciekawe zakątki naszego globu. Wystarczy po prostu być, porozmawiać o gotowaniu, pogodzie, albo o chorobach.

Pan Jarek skończył szkołę zawodową. Pracuje w remontach. Tynki, gładzie, kafelki to jego ulubione zajęcie. Mężczyzna nie narzeka ani na pracę, ani na zarobki. Pasuje mu jedno i drugie. W ogóle pan Jarek nie ma zbytnio wygórowanych oczekiwań od życia, a tym bardziej ambicji. Do życia poza pracą wystarczy mu telewizor, kawałek przydomowego ogródka, czasem zimne piwko, grill, disco polo z radia i sąsiad, z którym może czasami się pokłócić, głównie w temacie polityki.
Żona pana Jarka, Beata, to kobieta równie nieskomplikowana. Pracuje w fabryce na taśmie za przysłowiową miskę ryżu. Codziennie przez osiem godzin wkłada do kartonów paczkowane w małe, jednorazowe torebki herbatę, kawę, śmietankę do kawy lub cukier. Potem to wszystko pakuje na palety i zawozi do magazynu, skąd jadą dalej w świat. A konkretnie na lotniska w kraju i w Europie. Później korzystają z nich pasażerowie samolotów.
Pani Beacie do życia niewiele potrzeba. Trochę ciuchów, butów i tandetnej biżuterii. Może jeszcze fryzjerka i od czasu do czasu manicurzystka. Potrzebuje tego głównie na weekendy, gdyż uwielbia wszelkiego rodzaju potańcówki, w tym najbardziej dyskoteki(!). Nie przeszkadza jej wiek, w ogóle nic jej nie przeszkadza. Tam może wyszaleć się do woli, pośmiać z rubasznych dowcipów, czasem trochę poprzeklinać, pochwalić się swoimi kusymi kieckami, które nosi nad kolano, niczym nastolatka. Na te okazje stroi swoje palce w długie i różniaste tipsy, a włosy posypuje brokatem. Na szyję wkłada kilogramy sztucznej biżuterii i nie obejdzie się bez wyzywającej szminki.
Pan Jarek w takich okolicznościach jest dla niej tylko dodatkiem. Szarym i niekoniecznie dobrze ubranym, ale trwającym przy swojej małżonce. T-schert albo koszula w kratę to jego dyżurny strój. Niedogolona broda i zwisające spodnie nie dodają mu uroku. Kufel z piwem i frytki niemal stały się jego atrybutami. Gdyby pan Jarek kiedykolwiek z jakichś powodów zasłużył sobie na pomnik, z pewnością tak by na nim wyglądał, z kuflem piwa i papierową tacką pełną frytek.

Ludzie zwykle dobierają się w pary tak, by do siebie pasowali. Głównie chyba jednak mentalnie. I choć na początku małżeństwa jak najbardziej im to pasuje, z czasem  może się okazać, że nie do końca.

Tego dnia w pubie pierwszy nawiązał do tego tematu pan Rafał. A że panowie byli już w tym czasie po kilku kieliszkach wina, szczerość wzięła górę.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo zazdroszczę ci tej twojej żony, Hanny – powiedział do kumpla Kamila. A potem dodał:
- Jest taka normalna. Nie wyróżniająca się z tłumu.  Nie pokazuje po sobie swoich mądrości, ale też n
ie jest głupia. Nie przytłacza męża.

- A ja zazdroszczę żony Jarkowi – powiedział pan Kamil. - Beata jest taka nieskomplikowana. Prostolinijna. Może nie najładniejsza, ale zawsze kolorowo ubrana. I nie wstydzi się zakląć. I nawet te jej krótkie kiecki by mi nie przeszkadzały… Co z tego, że śmieje się z niej cała okolica. Niech się śmieją! Ma swoje lata, i owszem, i jest już babcią, ale co z tego! Z nią przynajmniej nie byłoby nudno. Ludzie mieliby o czym gadać. A moja to taka szara myszka…

- Wiecie co? A ja marzę o takiej żonie jak Justyna! – odezwał się pan Jarek. – Piękna, mądra, inteligentna, elegancka, wykształcona! Czegóż chcieć więcej?
Co prawda nie pasowałaby do takiego szaraka jak ja, ale byłbym z niej ogromnie dumny! Dumny, że ktoś taki mnie pokochał i zechciał ze mną być. Wszyscy by mi zazdrościli… A z mojej Beaty tylko się naśmiewają. Że głupia, że brak jej wykształcenia, że przeklina, że idiotycznie się ubiera, że maluje się wyzywająco… A na te jej tipsy już patrzeć nie mogę. Usta też czerwone jak u prostytutki… Z taką kobietą jak Justyna byłoby mi jak w niebie – westchnął na koniec.

- Czyli co? Źle wybraliśmy? – rzekł pytającym tonem pan Rafał.
Panowie Kamil i Jarek nie umieli odpowiedzieć wprost.
- Może to znudzenie? A może po prostu każdy z nas chciałby być z kimś, kto go nie przytłacza? – zaczął zastanawiać się pan Kamil. – Na przykład swoją szarością…
- Albo swoją nadmierną mądrością, przebojowością, elokwencją. Przecież żona nie powinna być mądrzejsza od męża… - wtrącił pan Rafał.
- Nie powinna też przytłaczać go swoją głupotą – zasępił się pan Jarek. – Przy mojej żonie zamiast się rozwijać, coraz bardziej się cofam. Potrzebuje kogoś, kto byłby dla mnie wzorem i zachęcał do rozwoju…

Najprościej byłoby zamienić się żonami na jakiś czas i zobaczyć, czy nowe układy sprawdzą się w praktyce. Ale żaden z nich nie odważyłby się wyjść z taką propozycją, a co dopiero na nią przystać.
I dobrze, bo przecież związali się ze swoimi żonami na dobre i na złe. Wzięli je pod swój dach z tak zwanym dobrodziejstwem inwentarza. A że czasem pewne sprawy rozmijają się z naszymi oczekiwaniami, no cóż, tak bywa. Po prostu trzeba nad tym więcej popracować. Przede wszystkim jednak nad sobą.

 

niedziela, 13 września 2020

Sport, czyli jak nie przedobrzyć

Miasto powiatowe przy naszej południowej granicy.
Mieszka w nim pięćdziesięcioletnia kobieta, nazwijmy ją panią Mają. Oprócz wielu hobby, jakie ma pani Maja, jedno wybija się na czoło. To taniec. Jakiś czas temu pani Maja zapisała się na zumbę w pobliskim domu kultury. Uznała, że taniec połączony z gimnastyką ciała wyjdzie jej tylko na dobre. W ten sposób zadba o kondycję, a przy okazji  nieźle się zabawi. Ponadto w liceum, do którego uczęszcza jej córka Zosia niebawem odbędzie się charytatywna impreza, potańcówka połączona z loterią fantową i pokazem umiejętności tanecznych. To doskonała okazja, by móc się popisać swoimi umiejętnościami. Dochód z imprezy w całości przeznaczony ma być na leczenie chorej na białaczkę uczennicy tegoż liceum.
Pani Maja zakupiła już na tę okazję piękną, czerwoną, obcisłą sukienkę, która doskonale podkreśla kobiece kształty, z których pani Maja była dotąd bardzo dumna. Aż do dzisiaj.
Lustro nie kłamie, a tym bardziej kilkunastoletnia córka. Dzieci potrafią być nad wyraz szczere i bardzo krytyczne, o czym już nieraz przekonała się nasza bohaterka.
- Nie uważasz, że ta sukienka jest za ciasna biodrach? A tak w ogóle to ostatnio urósł ci trochę tyłek – odważyła się na szczerą ocenę córka, w chwili, gdy pani Maja przeglądała się przed lustrem w swojej nowej kreacji.
- No wiesz! – oburza się natychmiast matka dziewczyny. – Jak możesz być taka złośliwa! Przecież stale mam taka samą wagę…
Pani Maja przegląda się w lustrze raz i drugi, wreszcie enty, by ostatecznie uznać, że jednak musi zgodzić się z córką. Pośladki, bez dwóch zdań, zrobiły się większe. Z żalem przyznaje, że nie tego oczekiwała po zumbie. A jednak!
- A mówiłam ci, żebyś nie zapisywała się na tę zumbę! – córka bynajmniej nie stara się być miła dla swojej matki. 
Pani Maja wygląda niezwykle atrakcyjnie i czasem przez inne osoby, żartem, bądź na poważnie brana jest za starszą siostrę swojej córki. Może więc trochę z zazdrości Zosia pozwala sobie na takie uwagi. Oznajmia też coś jeszcze.
- Wszystkie moje koleżanki mówią, że jak któraś babka chce mieć duży tyłek, to powinna ćwiczyć zumbę. Zresztą, już ci to mówiłam, ale nie posłuchałaś mnie – dziewczyna kontynuuje swoje wywody.
Kobieta jest tym faktem zirytowana. Odkrywa, że rzeczywiście kolejne ciuchy, które przymierza, okazują się za ciasne w pośladkach. Nosi się z zamiarem oddania owej kreacji do sklepu i zakupem nowej.

W tym samym mieście i w podobnym wieku mieszka inna kobieta, nazwijmy ją panią Wiolettą.
Pani Wiola
ma córkę w tej samej klasie co Zosia i zna jej matkę, głównie ze szkolnych wywiadówek. Też wybiera się na tą samą imprezę. Pani Wiola z kolei uwielbia rowerowe przejażdżki. Poświęca na nie każdą wolną chwilę.
Na imprezę ma zamiar założyć granatową suknię w drobny wzorek o długości trochę ponad kolano, a do tego czerwone szpilki, które kupiła niespełna pół roku temu. Właśnie przymierza je w garderobie i ze zgrozą odkrywa, że są przyciasne.
- To niemożliwe! – złości się. – Przecież się nie skurczyły przez te pół roku! – pokrzykuje, aż jej donośny głos dobiega do uszu córki.
Mela zjawia się jak na zawołanie i przygląda się wyczynom matki, która ostatecznie rzuca szpilkami w kąt.
- Czemu się dziwisz? – pyta matki. – Ciągle pedałujesz i pedałujesz! Wyrobiły ci się mięśnie w stopach – stwierdza i bez ogródek dodaje: - Spójrz, łydki też masz grubsze. I to o wiele!
Szybko jednak oddala się do swojego pokoju. Mama dziewczyny bowiem niemal wpada w furię. Trudno zgadnąć, czy bardziej denerwuje się na bezpardonową córkę, czy raczej sama na siebie. Przecież jazda rowerem to sport, a sport to zdrowie!
W tej sytuacji ze złości, i ze smutku także, stwierdza, że nie pozostaje jej nic innego jak ubrać spodnie i elegancką bluzkę.

Jest jeszcze trzecia kobieta. Nazwijmy ją panią Pauliną.
Pani Paulina także ma zamiar udać się na ową dobroczynną imprezę. Do tego samego liceum, co Mela i Zosia uczęszcza także jej syn Maciej. Jest samotną matką i trochę rozrywki jej się przyda. Poza tym ma dopiero czterdzieści lat. Wygląda młodo i jak jej się wydaje, seksownie. Po cichu liczy, że znajdzie jeszcze tego jedynego, wymarzonego mężczyznę.
Matka Macieja dużo pracuje. Jest konsultantką w jednej z firm farmaceutycznych, często wyjeżdża w delegacje. Ma mało czasu, by zadbać o siebie, ale przysięgła sobie, że co drugi dzień będzie chodzić na siłownię. Choćby nie wiem, co się działo, musi znaleźć na to czas. I jak dotąd trzyma się planu. Uważa, że sport jest ważny, bo sport to ruch, a ruch to zdrowie i tak dalej. Właśnie mija trzeci rok, od kiedy podjęła decyzję o uczęszczaniu na siłownię i jest z siebie bardzo dumna.
Na imprezę w liceum kupiła sobie piękną, klasyczną, połyskującą suknią na ramiączkach w kolorze ciemnego fioletu. Przegląda się w lustrze i zastanawia się, jaki rodzaj biżuterii powinna do niej dobrać. Nawet pyta o to syna, który akurat znalazł się w pobliżu.
- Moim skromnym zdaniem nie powinnaś myśleć o biżuterii, tylko raczej o zmianie kreacji – mówi Maciej, kompletnie zaskakując matkę.
- A co? Nieładna ta kiecka? – pyta. – Pani  w butiku nie mogła się jej nachwalić, a dwie przypadkowe klientki niemal nie wydarły mi jej z rąk.
- Oj, ładna, ładna! Tylko te twoje bicepsy… No, wybacz, ale nieładnie wyglądają w sukience na ramiączkach. Sorry, mamuś, ale u góry wyglądasz trochę jak facet.
Pani Paulina słysząc to załamuje się. Tyle razy przecież codziennie przegląda się w lustrze… I dotąd nie przyszło jej na myśl, że tak może to wyglądać z boku.
Poza tym sporo włożyła wysiłku w ćwiczenia na siłowni, tyle poświęciła na to czasu, a teraz taka opinia? I to własnego syna. To, co w takim razie myślą o niej inni, zwłaszcza mężczyźni?
Żałuje swojej decyzji w kwestii wyboru siłowni. Przecież mogła wybrać coś innego. Tylko co?
I tu przychodzi jej z pocieszeniem Maciej.
- Mamuś, nie martw się! Ojciec mojego kolegi trenuje zapasy. Niedawno miał złamaną nogę, a teraz podobno upadł jakoś nieszczęśliwie i doznał urazu biodra. Przy tym twoje bicepsy to pestka! Zawsze można je zakryć…
- Taaa, to co ja mam ćwiczyć? W tańcu można zwichnąć sobie nogę. Spacerując, potknąć się o nierówność w chodniku…
- Dokładnie tak! – kwituje rozmowę Maciek. – Bo wszystko ma swoje dobre i złe strony. Trzeba się tylko pilnować, by nie przedobrzyć.

I jakby na to nie spojrzeć, okazuje się, że nie zawsze sport to zdrowie i nie każdy ruch wyjdzie nam na dobre. Wszędzie zalecany jest umiar.

Memy, czyli śmiać się czy płakać

Mała miejscowość na południu Polski.
Mieszka tu mężczyzna, powiedzmy, że ma na imię Stanisław. Jest w średnim wieku, żonaty, pracuje na budowach jak instalator sieci wodno-kanalizacyjnej. To ciężka praca. Toteż po pracy wraca do domu zmordowany, a jedynie, o czym wtedy marzy, to wygodna kanapa, latem zimne piwko, a chłodniejszą porą jakiś nieskomplikowany program w telewizji, który niespecjalnie skłania do myślenia. Za to jest doskonałą rozrywką. Pan Stanisław nie ma siły na to, by zastanawiać się nad wielkością lub, jak kto woli, marnością tego świata. Po pracy życzyłby sobie jedynie chwili wytchnienia. Czasem zagląda też do internetu, głównie na Facebooka, by zobaczyć, co tam umieścili jego znajomi.
Cieszą go proste rzeczy, śmieszą nieco infantylne memy. Ale właśnie to, poza rodziną, daje mu radość życia.

W tej samej miejscowości, kilka domów dalej, mieszka pewne małżeństwo, także w średnim wieku. Nazwijmy ich panem Markiem i panią Bożenką.
Pan Marek pracuje w banku. Pani Bożenka zaś jest laborantką. Mają dwójkę nastoletnich dzieci. Oboje to ludzie wykształceni, inteligentni, umiejący odpowiednio zachować się w każdej sytuacji i w każdym towarzystwie.
Po pracy zwykle siadają w fotelach przed telewizorem i słuchają wiadomości z kraju i ze świata. Irytują ich poczynania polityków, ekologów i wszelkie maści ludzi, którzy próbują narzucić innym swój światopogląd. Mają też świadomość, że wiele informacji płynących ze szklanego ekranu nie do końca jest prawdziwych. Czasem próbują weryfikować je z tym, co znajdują w Internecie, choć i tam trzeba zachować ostrożność.
Pani Bożenka i pan Marek wykazują także swoją aktywność na Facebooku, Instagramie, a ostatnio nawet na Tik Toku. Nie chcą pozostawać w tyle za znajomymi, zwykle tak to tłumaczą. Nie do końca jest to prawda, bo nade wszystko interesuje ich życie prywatne znajomych. Z tego powodu wnikliwie codziennie przeglądają zdjęcia i posty przez nich pozostawione. Bawią ich dodane przez nich memy i komentarze, które są bardzo różne. Zwykle wklejane  w przypływie chwili lub pod wpływem toczących się w ich życiu wydarzeń.
Pani Bożenka jest zwolenniczką angielskiego humoru, toteż rzadko co jej się podoba i powściągliwie podchodzi do wszystkich kwestii związanych z memami, tudzież prywatnymi komentarzami innych fejsbukowiczów. Przy okazji zawsze podkreśla, że niektórym brak dobrego smaku.
Pan Marek ma zwyczaj głośnego komentowania tego, co widzi lub czyta. Często słychać więc pokrzykiwania w stylu: „Ale cymbał!”, Co za miernota!, Żartowniś jeden!”, ale także: „Prymitywne to!”, „Mógł wymyślić coś lepszego!”, „Nie popisał się!”.
Pan Marek ocenia wszystko i wszystkich według swojego poziomu, co w pewnym sensie jest zrozumiałe. Niezrozumiałe natomiast jest, że nie bierze poprawki na to, iż ludzie prezentują różne poziomy inteligencji, a co za tym idzie, różne poziomy odczuwania piękna, wrażliwości na ludzkie sprawy, czy choćby nawet różnorakie podejście do tematu żartów. Swoją oceną dzieli się zwykle z żoną, która myśli i widzi podobnie. A nawet, gdy się z nim nie zgadza, przytakuje dla świętego spokoju. Pani Bożenka bowiem nie lubi się kłócić, a swoje spostrzeżenia raczej woli zachowywać dla siebie.

Na drugim końcu owej miejscowości mieszka emerytowana nauczycielka, umówmy się, że ma na imię Halina.
Pani Halinie niedawno zmarł mąż, a trójka dorosłych dzieci założyła własne rodziny i rozjechali się po kraju. Tak więc pani Halinka mieszka samotnie w niewielkim domu, który wybudowali razem z mężem. Nie ma zbyt wielu przyjaciół. Część z nich opuściła już ziemski padół, a ci którzy jeszcze tu zostali, rzadko do niej zaglądają. Podobnie sytuacja ma się z dziećmi.
Odkąd jednak nauczyła się obsługiwać komputer, na nudę nie narzeka. Ma swoje konto na Facebooku, rozmawia z dziećmi przez popularne komunikatory, i cieszy się każdą chwilą, bo jak mawia, dużo ich już jej nie zostało.
Dawniej nie potrafiła cieszyć się byle czym. Do wszystkiego podchodziła z dystansem. Teraz zrozumiała, jak wielki był to błąd. Postanowiła więc, że musi to zmienić.
Ostatnio trafiła na Facebooku na pewien mem, który nieco dowcipnie traktował sprawę dezynfekcji rąk w szkołach płynem sporządzonym na spirytusie. Bo jakby nie było spirytus roztacza wokół siebie mocny zapach, co niektórych dowcipnisiów skłania do żartowania z uczniów i nauczycieli, że to niby przychodzą do szkoły po spożyciu. Roześmiała się na samą myśl.
Nagle w jej głowie ożyły pewne wspomnienia. Przypomniały jej się dwie dawne koleżanki nauczycielki, które miały problem z alkoholem. Bywało że przychodziły do pracy nie tyle po spożyciu, co mocno „wczorajsze”. W pokoju nauczycielskim żartowały z siebie. Naśmiewały się, która z nich zjadła, (tak, zjadła!) tego dnia więcej pasty do zębów, żeby nie było od niej czuć tej przykrej woni. Ponadto czasami zdarzało im się nie przyjść do pracy z powodu poalkoholowej niedyspozycji. Jedna z nich swego czasu nawet „pożyczyła” sobie klasowe pieniądze, które zebrała na wycieczkę uczniów. A ponieważ potem miała problem z ich oddaniem, sprawa stała się głośna nie tylko w szkole, ale w całej okolicy. Poirytowani rodzice uczniów nalegali na zwolnienie owej nauczycielki, ale ostatecznie do tego nie doszło.
Pani dyrektor wykazała wobec niej, a także tej drugiej pani, której alkoholizm z czasem zataczał coraz szersze kręgi, wielkoduszność. Panie bowiem były tuż przed emeryturą. Jedna z nich miała 2 lata, druga 1 rok do emerytury. Gdyby zostały usunięte z pracy z tego powodu, żaden inny pracodawca by ich nie przyjął. Nawet, gdyby dostały wymówienie bez wskazania powodu, sytuacja byłaby taka sama. Były to lata dziewięćdziesiąte, głębokie bezrobocie. Nikt nie przyjmował do pracy starszych osób. Nie otrzymałby więc emerytury ze względu na brak odpowiedniej ilości przepracowanych lat, a tym samym pozbawione byłyby środków do życia.
Na zapach alkoholu wyczuwalny od pań skarżyli się nieustająco rodzice, ale niewiele mogli zdziałać w tej sprawie. Narzekali także sami uczniowie. Jedna z nauczycielek często miewała kłopot z napisaniem najprostszych wzorów na tablicy, a tym bardziej z podaniem wyniku zadania. Śmiechu było przy tym co nie miara. Dzieci są doskonałymi obserwatorami. Potrafiły dostrzec to, co czasem udawało się nauczycielce ukryć przed samą dyrektorką.
Reszta grona pedagogicznego była bez zarzutu i z pewnością przykro było im słuchać, kiedy owe dwie panie psuły opinię szkole. Ludzie, niestety, mają tendencję do uogólniania i przypisywania słabości pewnej osoby lub kilku osób, przedstawicielom tej samej nacji czy zawodu.
Poza tym nie będzie to nic odkrywczego, jeśli dodam, że od każdej reguły bywają wyjątki. Wszyscy przecież jesteśmy tylko ludźmi. Mamy różne przypadłości i popełniamy wiele błędów.

Teraz, gdy pani Halinka zobaczyła ów mem w Internecie, wszystko jej się przypomniało. Patrząc na to z perspektywy czasu, nawet rozbawiło. I nie zastanawiając się długo, udostępniła go znajomym.

Nie spodobało się to jednej ze znajomych, powiedzmy, że owa pani ma na imię Anna. Kobieta nie miała tego typu wspomnień. Raczej wręcz przeciwnie, nauczycielom okazywała wielki szacunek. I słusznie, bo im się należy. Była więc udostępnionym przez panią Halinę postem zbulwersowana i zrugała ją za to jak uczniaka.
A wystarczyło na wszystko spojrzeć mniej emocjonalnie.

Pani Halina wiele lat przepracowała w szkole. Doskonale wie, jaki to trudny zawód. Cieszy się, że żadna pandemia nie miała miejsca w czasach, gdy jeszcze pracowała. Wie też, że reakcje ludzi na pewne sprawy mogą być skrajnie różne. Wiele zależy od nastroju w danej chwili i postrzegania świata przez pryzmat własnych wyobrażeń. Brzmi nieco filozoficznie, ale cóż, takie jest życie.

niedziela, 6 września 2020

Złom, czyli uczciwość niejedno ma imię.

Niewielka podbeskidzka wieś.
Mieszka tu małżeństwo w średnim wieku. On, nazwijmy go Erykiem, jest kierowcą tira. Ona, powiedzmy że ma na imię Maryla, pracuje w biurze jednej z firm w pobliskim mieście.
Dorobili się dwójki synów, ale poza tym, niczego szczególnego, nie licząc średniej klasy samochodu. Niewielki dom, ale za to z wielkim ogrodem i kawałkiem ziemi ornej dostali w spadku po rodzicach Eryka. Domek jaki był, taki jest do dzisiaj. Małżeństwo nie rozbudowało go, ani specjalnie nie remontowało, choć z pewnością wyszłoby im to na dobre. Dwójka małoletnich synów potrzebowała dla siebie oddzielnych pokoi. Jednakże Maryla zamiast w modernizację domu, wolała lokować pieniądze w modnych kreacjach. Potrzebowała ich, bo jak mawiała, pracuje przecież w mieście powiatowym i nie pokaże się w pracy w byle czym.
Eryk nie od zawsze jeździł na tirach. Wcześniej przez wiele lat  pracował w fabryce jako kontroler jakości. Toteż, gdy zmienił miejsce pracy, świat stanął dla niego otworem i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeździ po Europie rozwożąc towary, a przy okazji zwożąc powypadkowe samochody. Głównie te przeznaczone do kasacji, albo takie, których nikt nie chciał kupić, bo pochodziły z terenów popowodziowych. Właściciele więc pozbywali się ich za grosze.
Plac wokół domu małżeństwa czasem przypominał wielkie złomowisko. Innym razem stały na nim lśniące, naprawione i wypucowane samochody, czekając na swojego odbiorcę. Eryk znajduje ich głównie poprzez ogłoszenia w Internecie. Czasem znajomy polecał je swojemu znajomemu, i tak to się wszystko kręci.
W wolnych chwilach razem z bratem naprawiają je. Klepią uszkodzoną karoserię, sztukują lub wymieniają podwozie i inne metalowe części oraz szyby, czyszczą lub wymieniają tapicerkę Trzeba włożyć w to mnóstwo pracy, ale interes się opłaca.
Eryk, Maryla i brat Eryka mają świadomość, że ostatecznie sprzedając samochody nabywcy, tak naprawdę oszukują go. Aby sprzedać taki samochód trzeba mocno naściemniać, żeby otrzymać za niego żądaną przez nich cenę, a ta zwykle bywa niemała. W przeciwnym razie sprawa nie warta byłaby przysłowiowej świeczki. Zachwalają więc je na wszelkie sposoby. Głównie w stylu: „Niemiec płakał, gdy sprzedawał.” W gruncie rzeczy naprawione samochody dalej są tylko niewiele wartym, podrasowanym złomem.
Pan Eryk i pani Maryla to praktykujący katolicy. Co niedzielę wraz z synami uczestniczą we mszy św. Miejsca w kościele zajmują zwykle z przodu, tak by byli dostatecznie widoczni zarówno przez proboszcza jak i znajomych. Czy chcą w ten sposób podkreślić swoje przywiązanie do kościoła, czy raczej status społeczny, który ostatnio bardzo wzrósł dzięki nagłemu przypływowi gotówki, trudno ocenić. W każdym razie uważają się za ludzi uczciwych i pracowitych.

W sąsiedniej miejscowości mieszka pan Zbyszek. Pięćdziesięcioparoletni mężczyzna jest wdowcem i ma na swoim utrzymaniu niepełnosprawną córkę, która porusza się na wózku inwalidzkim. Pan Zbyszek, z zawodu lakiernik samochodowy, zaprzyjaźnił się z panem Erykiem kilka lat temu. Razem im po drodze w wiadomych kwestiach.
Mężczyzna jest bardzo pracowity i nad życie kocha swoją córkę. Na jej rehabilitację potrzebuje sporo pieniędzy. Tyra więc dniami i nocami w swoim warsztacie. Na brak pracy nie może narzekać, bo pan Eryk nieustannie zwozi mu wyklepane przez siebie samochody w celu pomalowania karoserii.
Pan Zbyszek pracuje dużo i uczciwie, ale ma świadomość tego, że bierze udział w procederze oszukiwania potencjalnego kupca wcześniej złomowanych aut.
Stare to stare, grat to grat. Nawet naprawiony i pomalowany, wyglądający, jakby dopiero co zszedł spod taśmy produkcyjnej – mawia pan Zbyszek. I trudno się z nim nie zgodzić. Nie przejmuje się tym jednak, bo ON pracuje uczciwie od świtu do nocy i najlepiej świadczą o tym jego spracowane ręce. Pan Zbyszek jest katolikiem, wierzącym i praktykującym. Nagina jednak czasem przykazania boskie i kościelne, a wszystko dlatego, jak tłumaczy, żeby ulżyć w życiu niepełnosprawnej córce. Każdego więc wieczora przeprasza Boga za swoje grzechy, ale następny dzień zaczyna od popełnienia kolejnego.

W tej samej miejscowości mieszka emeryt, nazwijmy go, pan Władek, razem ze swoją żoną emerytką, powiedzmy, że nazywa się Kasia. Oboje siwiuteńcy jak gołębie, na swojej skromnej emeryturze ledwo wiążą przysłowiowy koniec z końcem. Toteż pan Władek, niegdyś parający się naprawą i konserwacją plastikowych części do samochodów, po cichu dalej kombinuje jak może w tym temacie, starając się oszukać urząd skarbowy i ZUS. A wszystko oczywiście dzięki panu Erykowi, z którym zapoznał go lakiernik pan Zbyszek.
Pan Władek i pani Kasia to praktykujący katolicy, mający świadomość tego, że dodatkowe pieniądze na życie nie do końca są uczciwe. Bo choć uczciwie pracują, pani Kasia chętnie pomaga mężowi, to jednak ostatecznie przyczyniają się do okłamywania potencjalnych nabywców naprawianych samochodów.
Nie uważają jednak tego za grzech, bo przecież ONI pracują uczciwie. Na pracę poświęcają wiele godzin, mimo że ich stan zdrowia nie jest już najlepszy, a sfatygowane kręgosłupy nieustająco im o tym przypominają.

W pobliskim mieście mieszka młode małżeństwo z trzyletnią córeczką. Nazwijmy ich panem Danielem i panią Martyną. Są na dorobku. Nie mają jeszcze samochodu, ale w niedługim czasie to się zmienić. Pan Daniel bowiem znajduje w Internecie ogłoszenie pana Eryka o sprzedaży samochodu po atrakcyjnej cenie. Niebawem decydują się na jego kupno.
Miesiąc później oboje z dzieckiem wyruszają owym samochodem na urlop na Mazury. Mają pecha, bo pogoda nie dopisuje. Jest zimno i często pada deszcz. Decydują się więc na wcześniejszy powrót do domu.
Jednakże już po kilkunastu kilometrach jazdy oboje czują, że wnętrze samochodu śmierdzi stęchlizną. Pan Daniel domyśla się, co jest tego powodem. Samochód stał przez tydzień nieużywany na campingu nad jeziorem. A tam wilgoć. Niemożliwym jednak wydaje im się, aby tak od razu tapicerka „nabrała” wilgoci i stęchła. Oboje dochodzą do wniosku, że dali się oszukać. Sprzedano im samochód, który prawdopodobnie stał w wodzie podczas powodzi. I teraz wystarczyło trochę wilgoci, by stało się to, co się stało. Mało tego trzyletnia córeczka podczas jazdy zaczyna płakać i ciężko oddychać. Jak się okaże w późniejszym czasie, jest uczulona na grzyby i pleśnie. Pani Martyna prosi więc męża, aby zatrzymał się gdzieś na poboczu. Musi wyprowadzić ją na zewnątrz. Mąż słucha jej i parkuje samochód na wąskim skrawku pobocza jezdni. Tyle że jest trochę mglisto i przejeżdżająca tamtędy ciężarówka nie zauważa ich. Najeżdża na samochód, z którego ledwo co wysiadła kobieta z córeczką. Niestety pan Daniel nie ma tyle szczęścia. Ginie. Przerażona kobieta widząc to, niechcąco upuszcza trzymaną dotąd na rękach córeczkę. Dziecko upada i doznaje urazu głowy.
Pół roku później wdowa przeprowadza się z częściowo upośledzoną córeczką do miejscowości, w której mieszkają pan Eryk i pani Maryla. To przypadek. Lokum użycza jej koleżanka, litując się poniekąd nad ciężką sytuacją materialną Martyny i jej dziecka.

Wszyscy należą do tej samej parafii i chodzą do tego samego kościoła. Spotykają się tam niemal w każdą niedzielę.
W pierwszych ławkach siedzą pani Maryla i pan Eryk.
Kilka miejsc dalej pan Zbyszek z córką.
Niemal tuż za nim emeryci Władek i Kasia.
Na samym końcu w ostatniej ławce siedzi pani Martyna z córeczką.
Niestety, nie ma wśród nich Daniela. Być może patrzy na nich z góry…

Wszyscy są dobrymi katolikami, pracowitymi i rzekomo uczciwymi ludźmi.
Ktoś jednak jest winny śmierci mężczyzny. Ktoś przecież znalazł gdzieś ten złom. Nadał mu drugie życie. Tyle że liche. Ktoś mu w tym pomagał.
Niestety, nikt nie poczuwa się do winy.

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...