Opowiadanie oparte na faktach.
Zdjęcie: Pixabay
Na imię miała Maria. Przez to imię cierpiała niewyobrażalne męki. Oczywiście psychiczne. Nie dość, że chyba było najczęściej nadawanym imieniem dziewczynkom na całym świecie, a nasza Marysia nie chciała być jak wiele innych dziewcząt i kobiet, chciała być wyjątkowa, to na dodatek większość jej krewnych i znajomych kojarzyła go z... Matką Boską. A tego znieść nie mogła.
Wszystkiemu winna była matka Marii. Fanatyczna wręcz katoliczka, która niemal codziennie biegała do kościoła. Świątek, piątek, mróz czy upał, kobieta podążała pieszo niemal dwa kilometry, by móc się pomodlić przed ołtarzem.
Być może nie byłoby w tym nic złego, każdy bowiem może wierzyć w co chce i jak chce, gdyby nie fakt, że przymuszała do tego również swoje dzieci, i to od maleńkości.
Czwórka dzieciaków, ledwo skończywszy pierwszy rok życia, w wózku, na sankach albo na rękach, w dosłownym tego znaczeniu, wleczone były do kościoła. Latem spocone i przegrzane, zimą zziębnięte i zasmarkane podążały za swoją matką.
Gdzie był wtedy ich ojciec? Na drugim końcu Polski „budował” Gdynię. To był tak zwany głęboki PRL, i faktem jest, że w tym czasie nad naszym Bałtykiem zaczęło powstawać nowe miasto, a wraz z nim kolejny port. Ojciec wracał do domu co kilka tygodni, przynosił brudne ciuchy do prania, upominał się o swoje mężowskie prawa, po czym po kilku dniach wracał do swojej pracy.
Mała Marysia czuła jego brak w dwójnasób. W kwestii religii był on przeciwieństwem matki. Wyjątkowo często wykłócał się o coś z księżmi. Krótko mówiąc, nie był im przychylny i dziewczynka zabiegała o to, żeby mieć go po swojej stronie, jako że fanatyzm rodzicielki sprawił, iż szybko znienawidziła kościół i księży.
Niestety, nadaremno. Ojciec był tam gdzie był i nie mógł uczestniczyć w codziennym życiu swojej rodziny. A może nie chciał? Chyba tak było mu wygodniej, bo w okolicy ich rodzinnego domu pracy nie brakowało.
Na ojca nie mogła liczyć. Matka zaś doprowadzała ją do szału nie tylko swoim fanatyzmem. Stale przypominała jej o jednym.
- Nie bez powodu dałam ci na imię Maria – mówiła wielokrotnie. - Masz być jak Matka Boska. Swoim nieskazitelnym życiem dawać świadectwo prawdzie i podążać jej śladem – dodawała.
Powtarzała
to również w obecności krewnych i znajomych, przez co patrzono na
nią i na jej matkę trochę z litością graniczącą ze
śmiesznością.
Zanim jeszcze przekroczyła próg pierwszej klasy
podstawówki, dzieciaki z sąsiedztwa na dobre okrzyknęły ją Matką
Boską.
W szkole było jeszcze gorzej. W każdych jasełkach i
innych religijnych przedstawieniach Maria miała już „zaklepaną”
rolę. Nie pomagał bunt dziewczyny, a nawet płacz. Uważała,
zresztą słusznie, że doświadcza tych wszystkich nieprzyjemności
przez matkę. Naśmiewano się przecież z kobiety wiele razy i przy
byle okazji. Obsadzanie zaś Marysi w szkolnych przedstawieniach
wciąż w tej samej roli, to wyłącznie złośliwość nauczycielek.
Mało tego, gdy przychodził czas kartkówek z języka polskiego,
koledzy szturchali biedną dziewczynę domagając się podpowiedzi.
-
Ty, niepokalana! Nie mogłabyś dowiedzieć się, tam, w niebie, co
mam napisać w punkcie drugim? - dopytywał się kpiąco kolega
Kazik.
- Pogadaj z Jezusem, żeby załatwił mi dzisiaj piątkę z
polaka – drwiła z niej koleżanka Benia.
Najgorzej było, gdy
zimą przychodziła do szkoły w spodniach. Wtedy drwinom nie było
końca.
- Kto to widział, żeby tak ubierała się Matka Boska!
Nie widziałaś na obrazkach jak wyglądała? Gdzie masz długą
sukmanę? A na głowie czapka?! No, jak tak można! - szydzili z
niej.
W szkole średniej nie było wcale lepiej. Na nieszczęście
dziewczyny, do tej samej szkoły zdała egzamin jej koleżanka z
podstawówki. I zaraz wszystko się rozniosło.
Maria często
płakała z tego powodu. Czasem zamykała się w sobie i nie chciała
z nikim rozmawiać. A gdy zbliżał się adwent, przeżywała
piekło.
Jednego razu któryś z kolegów zażartował sobie, że
powinna przywieźć ze sobą ze wsi osiołka albo inne żywe
zwierzątko, bo przydałoby się jakieś żywe zwierzę przy żłobku
w szkolnej inscenizacji jasełek. Co poniektórzy posunęli się
dalej. Przynosili dzwoneczki i chodząc za Marysią głośno na nich
pobrzękiwali, albo naśladowali odgłosy zwierząt. Zwykle
pokrzykując: be, be, me, me.
Dzieci potrafią być okrutne,
młodzież także, nie wspominając o dorosłych.
Gdy więc Maria
skończyła szkołę średnią, natychmiast poszła do pracy. Z
nadzieją, że tam nikt jej nie będzie znał. Po cichu liczyła, że
od tej pory wszystko się odmieni.
I odmieniło się, ale nie tak
jak chciała.
Nowy etap w życiu zaczął się od tragedii.
Zginął jej ojciec. Na drodze w wypadku komunikacyjnym. Jedyna, tak
zwana główna droga przebiegająca przez miejscowość, w której
mieszkała, nie licząc tych prowadzących do przysiółków, była
słabo uczęszczana. Mimo że łączyła ze są dwa niewielkie
miasta, samochody przejeżdżały nią zaledwie kilka razy dziennie.
I pod jeden z nich wpadł akurat jej ojciec. Co za pech! Trudne to
wszystko było do wytłumaczenia, a domysłom na temat tego wypadku
nie było końca. Kolejna tragedia nadeszła kilka miesięcy
później.
Wybuchła wojna. Niemal na samym jej początku zginął
straszy brat Marii. Matka z bólu niemal oszalała. Jedyny syn zginał
na wojnie, a trzy nastoletnie córki stanowiły łakomy kąsek dla
żołnierzy, zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Toteż
nieustający strach matki o ich bezpieczeństwo i rozpacz po utracie
syna sprawiły, że biedna kobiecina stała się jeszcze bardziej
zagorzałą katoliczką. W domu codziennie odbywały się
kilkugodzinne modły za dusze ojca, brata, o pokój i chleb.
Maria
tego nie wytrzymała. Któregoś dnia spakowała kilka rzeczy i
oznajmiła matce, ze wstępuje w szeregi AK. Akurat tak się
składało, że jeden z pododdziałów ukrywał się w pobliskim
lesie. Matce nie udało jej się zatrzymać. Po prostu uciekła z
domu.
Zanim jednak to się stało, wykrzyczała jej w twarz, że
przecież chciała, żeby była jak Matka Boska. I ona musi teraz do
tego lasu, żeby ich (żołnierzy) chronić.
W gruncie rzeczy
ucieczka była pewnego rodzaju odwetem na matce za to wszystko, co
przez nią wycierpiała przez te wszystkie lata. Chciała ją po
prostu ukarać.
I w pewnym sensie tak się stało, bowiem po
dziewięciu miesiącach pojawiła się w domu rodzinnym z
niemowlakiem na rękach. Zostawiła go matce i wróciła do
lasu.
Schorowana już wówczas matka, w czasie, gdy tuż obok
przebiegał front walczących ze sobą wojsk polskich i niemieckich,
starała się zaopiekować dzieckiem jak tylko mogła. Niestety, po
kilku miesiącach dziecko rozchorowało się i umarło. Maria jakoś
szczególnie się tym nie przejęła. Nie była z nim związana, nie
odczuwała żadnych uczuć macierzyńskich. Chyba nawet była za to
wdzięczna Bogu.
Nie minął nawet rok od śmierci chłopczyka,
gdy Maria będąc w dziewiątym miesiącu ciąży znów zawitała do
domu. Tym razem matka została już o tym uprzedzona przez wiejskie
kumy, które zwąchały, co w trawie piszczy.
- Ta twoja Maryśka
znowu jest w ciąży – naśmiewały się. - I do tego każde
dziecko z innym!
Maria urodziła córkę i tak jak i poprzednim
razem, zostawiła ją na wychowanie matce. Dziecko przeżyło, ale
długo nie poznawało swojej matki. Ledwo tylko odzyskała siły po
porodzie, znów wróciła „do swoich”, czyli do lasu.
Gdy
skończyła się wojna, wróciła, ale tylko na miesiąc. Ukrywała
się, gdyż nowa władza, która zawładnęła Polską miała wobec
takich jak ona, czyli byłych akowców, swoje plany. Organizację tę
uznano za wrogą komunistycznym władzom, a niektórych ich członków
schwytano i osądzono. Ostatecznie Maria trafiła do więzienia na
kilka lat. Jednakże dzięki mężczyźnie, który kochał się w
niej od dawna, a po wojnie wstąpił w szeregi PZPR i stał się
jednym z ważniejszych osobistości w powiecie, karę skrócono jej
do roku.
Była to jednak miłość nieodwzajemniona. Maria chyba
nie była stworzona do miłości, a zwłaszcza do córki. Nigdy się
nią nie zajmowała.
Po powrocie z więzienia coś się w naszej
bohaterce odmieniło.
Nagle zapragnęła zostać... Matką Boską.
Oczywiście poniekąd. Nie było w okolicy, ba, nawet w powiecie,
organizacji charytatywnej lub innej o charakterze społecznym, do
której by się Maria nie zapisała. Tym sposobem, poza pracą w
biurze, była księgową, resztę czasu wypełniał jej
wolontariat.
Córka Anna poszła na dobre w odstawkę. Dziecko
bardzo cierpiało z tego powodu, ale nikt i nic nie było w stanie
sprawić, żeby się nim zajęła, choćby tylko na trochę.
I tak
zostało już do końca jej dni.
Na nic zdał się fanatyzm matki,
modlitwy najbliższej rodziny, wszelkie prośby i groźby.
Maria
nie chciała być Tą Marią. Nie chciała być świętą.
Może,
gdyby na chrzcie otrzymała inne imię, jej życie potoczyłoby się
inaczej?
A może wszystkiemu winny był wyłącznie fanatyzm
matki?
Wreszcie, może ta jej społeczna praca była jakimś
rodzajem pokuty? Tylko za czyje grzechy? Swoje czy matki? A może
jedno i drugie?
Pewnym było jedynie to, że nadgorliwość zwykle
przynosi odwrotny skutek. I to nie tylko w kwestii wiary.
