Zdjęcie: Pixabay
PRZEŹROCZYSTA
Im
bardziej Michalina tuliła twarz w miękką poduszkę, tym bardziej
wydawało jej się, że odnosi wręcz odwrotny skutek. Zamiast ukoić
smutek i rozgoryczenie, gniotła policzki i poorane bruzdami czasu
czoło. Poduszka była niczym twardy beton. To skojarzenie nie
przypadkiem gościło w jej głowie, i to już od dłuższego czasu.
Odnosiła wrażenie, że w którąkolwiek stronę by nie spojrzała,
napotykała betonową ścianę. Odbijała się od niej niczym
pingpongowa piłeczka.
Czasem bywało nieco inaczej. Wokół niej
był świat w całej swej rozciągłości, tętniący życiem
bliskich osób, znajomych i nieznajomych. Tylko że pomimo swoich
starań, by być dostrzeżoną przez innych ludzi, stała się jakby
niewidzialną.
Zupełnie, jakby była duchem. Duchem, który
niczego przecież nie potrzebuje. Żadnej uwagi, dobrego słowa,
fizycznej pomocy.
Ducha, choć się nie widzi, to jednak pamięta
się, że gdzieś tam jest. I zawsze można go przywołać, wnieść
do niego modły, kiedy jest potrzebny. I ten niewidzialny duch nagle
przywdziewa ciało żony, siostry, babci, pracownicy, dobrej
znajomej. I biegnie z pomocą. A gdy już wypełni swoje zadanie,
znika zazwyczaj niezauważalnie.
Tego dnia był chyba „dzień
betonu”, jak zwykła nazywać go Michalina.
Przed południem
zadzwoniła do swojej znajomej, Pauliny. Znały się jeszcze od
podstawówki. Nie widywały zbyt często, ale za to regularnie do
siebie dzwoniły. Podczas poprzedniej rozmowy telefonicznej nie udało
im się zbytnio porozmawiać, bo Paulina umówiona była na spacer ze
swoją sąsiadką i nie chciała, by ta na nią zbyt długo czekała.
Rzuciła więc do telefonu krótkie zdanie:
- Muszę kończyć, bo
Wanda pewnie już tam czeka (w domu). Zadzwonię później.
Nie
zadzwoniła. Nie odebrała też telefonu przez kilka następnych dni.
A gdy już się to stało, ich rozmowa została przerwana przez
rzekomo dzwoniącą do niej kuzynkę z Anglii. Michalina kolejny raz
usłyszała dyżurne słowo – oddzwonię.
Był
to jasny dla niej dowód, że kuzynka z Anglii jest dla Pauliny
ważniejsza niż Michalina. Przecież równie dobrze mogła oddzwonić
do kuzynki.
Po południu zadzwoniła do syna. Chciała, by ten
zawiózł ją do pobliskiej miejscowości, gdzie swój wieczór
autorski miał jej znajomy poeta, którego poznała przed kilkoma
laty. Syn oczywiście nie miał czasu, synowa zajęta była dziećmi.
Zadzwoniła jeszcze z tą samą prośbą do kilku znajomych. Bez
skutku. Każdy miał jakąś wymówkę. Co poniektórzy dawali jej do
zrozumienia, że przecież to nic ważnego i powinna sobie odpuścić
spotkanie autorskie. Cóż było robić? Odpuściła.
Pod wieczór
zabrała się za przygotowanie kolacji. Mąż zażyczył sobie tosty.
Tyle że ze zgrozą zauważyła, że chleb tostowy „wyszedł” i
zostały tylko dwie kromki. W ogóle w domu było zbyt mało chleba w
ogóle. Poprosiła więc męża, by podwiózł ją do najbliższego
sklepu. Raptem dwa kilometry. Sama Michalina nie prowadziła
samochodu. I tu natrafiła kolejny raz na beton, nie wspominając o
kilku niewybrednych epitetach pod jej adresem. Na kolację była więc
owsianka.
Pech chciał, że jeszcze tego samego dnia wyłączono w
okolicy prąd. Zbierało się na deszcz i burzę, i takie praktyki
należały do rutynowych czynności w elektrowni w ich okolicy. W
dodatku wiał silny wiatr. Michalina pomyślała, aby czym prędzej
pobiec do ogródka i zerwać dojrzałe na krzaku pomidory i paprykę.
Po ulewie mogłyby być uszkodzone. Poproszony o pomoc mąż, nie
zareagował.
Wieczorem, już po burzy, zjawiła się sąsiadka z
pretensjami. Wiatr poroznosił po sąsiedniej posesji niepotrzebną
folię, którą małżonek, nie wiadomo czemu, wciąż trzymał na
tyłach domu. Nie była to pierwsza taka sytuacja, więc pretensje
sąsiadki były uzasadnione. Prośby, zarówno jej jak i żony, by po
nie poszedł i doprowadził obejście do porządku, spełzły na
niczym. „Beton” nie zareagował. Musiała poradzić sobie z tym
sama.
Kolejny dzień w życiu kobiety okazał się być dniem
przeobrażenia się ducha w człowieka i wypełniony po brzegi pracą,
oczywiście darmową, na rzecz innych osób. Męża, wnuczek,
sąsiadów i bratowej.
Mąż nagle przypomniał sobie, że kończą
mu się czyste skarpety i powinna mu je uprać. Najlepiej
natychmiast. Potem usłyszała całkiem sporą listę życzeń na
temat tego, co to on tego dnia by nie zjadł. Menu skomponował
całkiem szerokie. Na koniec dodał, że trzeba zrobić (w domyśle
miała to zrobić Michalina) sałatkę z cukinii do słoików na
zimę, bo przecież jest jej całkiem sporo, a na grządkach rosną
kolejne.
Przed południem pojawiły się dwie wnuczki, obie w
wieku przedszkolnym, i rzecz jasna babcia miała za zadanie się nimi
zająć. Ledwo opuściły dom babci, pojawili się sąsiedzi, którzy
rzekomo przyszli na herbatę, ale tak naprawdę w interesach.
Zażądali wręcz, by Michalina i jej mąż partycypowali w kosztach
ogrodzenia, które zamierzali wymienić na nowe wzdłuż wspólnej
granicy. Prośba niby oczywista i słuszna, ale nie na czasie, bowiem
rodzina Michaliny miała teraz inne ważniejsze wydatki. Doszło więc
do niespodziewanej sprzeczki. Jeszcze w trakcie jej trwania pojawiła
się bratowa Michaliny. W torbie miała sporo ciuchów wymagających
reperacji.
- Ja nie mam maszyny do szycia, ale ty masz. Nie
zaniosę do krawcowej, bo za przeróbki sporo sobie liczą –
oznajmiła dyktatorskim głosem i nie znosiła sprzeciwu.
Tłumaczenie, że nie ma na to czasu i wzrok już nie ten, na nic się
zdały.
Kiedy dzień już się skończył i kładła się do
łóżka, zadzwonił telefon. Była godzina dwudziesta trzecia i
telefon o tej porze nie wieszczył nic dobrego. Nie myliła się.
Synowa źle się poczuła i potrzebowała pojechać na SOR.
-
Przyjdź do dzieci – błagał syn. - Przecież samych ich nie
zostawię, a budzić ich i zabierać ze sobą nie mam sumienia.
Smacznie sobie śpią. Trzeba ich tylko przypilnować...
Jak
mogłaby w takiej sytuacji odmówić. Z powrotem wskoczyła w ciuchy
i pobiegła nocą do domu syna. Na szczęście nie mieszkał zbyt
daleko.
Po nieprzespanej nocy, wiadomo wizyta na SOR - rze
zwykle trwa kilka godzin, myślała, że sobie trochę odpocznie. A
potem zajmie się swoimi sprawami i domowymi obowiązkami. Niestety,
źle myślała.
Rankiem nie czuła się dobrze. Miała wrażenie,
że coś ją bierze i tylko czekać, aż pojawi się gorączka.
Zadzwoniła więc do przychodni. Ale tego dnia nie znalazło się dla
niej wolne miejsce. Lekarz miał sporo pacjentów.
Mąż nie
wiedzieć czemu, od rana się dąsał i za wszystko, co mu nie
wychodziło, obwiniał właśnie ją. Potem przez resztę dnia jej
unikał. Gdy poprosiła go, żeby pojechał do apteki i kupił
Grypex, aby jakoś przetrwać do wizyty u lekarza w następnym dniu,
udał, że tego nie słyszy. Nie zareagował też na prośbę, żeby
starł rozlaną przez niego na podłogę w kuchni kawę. Włączył
na cały głos telewizor. Poproszony o ściszenie - odparł
bezczelnie:
- Nie wiedziałem, że też tu jesteś.
Przykłady
mogłaby mnożyć.
Po południu zadzwoniła do znajomej, Agaty, z
pytaniem, kiedy odbędzie się najbliższe spotkanie kółka
rękodzielniczego, do którego należała.
- Przecież było
wczoraj! Nikt cię nie zawiadomił? - spytała naiwnym głosem.
Zwykle to ona ją zawiadamiała.
Mimo że nie czuła się zbyt
dobrze i była trochę zestresowana, postanowiła pójść na spacer.
Żeby „rozchodzić” stres. Liczyła, że dobrze jej to zrobi. Gdy
wracała ze spaceru, zmęczona już na maksa, i z trochę obolałą
kostką w nodze, przejeżdżali tamtędy znajomi mieszkający kilka
domów dalej. Machała do nich ręką, żeby się zatrzymali. Liczyła
na podwózkę. Na próżno. Udali, że jej nie widzą.
Jakby tego
było mało, jeden z sąsiadów rozpalił w swoim ogrodzie wielkie
ognisko, ignorując fakt, że dym z ogniska leci wprost na pranie,
które wcześniej rozwiesiła.
Na jej widok odwrócił się tyłem.
Nic nie widział, nic nie słyszał. Ani prania, ani Michaliny. A
przecież nie była przeźroczysta.
Po kolacji mąż włączył
telewizję, a w telewizorze mecz koszykówki. Zwykle o tej porze
Michalina oglądała swój ulubiony serial. Nigdy wcześniej nie
oglądał koszykówki... W ogóle nie przepadał za sportem.
Potem
jeszcze zadzwoniła do syna i synowej z pytaniem o zdrowie.
Nikt
nie spytał o jej. Przykre.
Tuż przed snem usiadła do komputera
i na Facebooku zagadnęła przyjaciółkę o jej sprawy osobiste.
Rozwodziła się z mężem i bardzo to przeżywała. Stale zwierzała się
Michalinie, a ta pocieszała ją jak mogła i zawsze służyła dobrą
radą.
Przyjaciółka bez zająknięcia się zrelacjonowała jej
swoją sytuację. Na koniec Michalina zapytała wprost:
- Nie
spytasz co u mnie?
- Może jutro, bo dzisiaj już późna pora -
odparła.
Dla niej też była przeźroczystą... Jakie to
smutne!
I pomyśleć, że takich przeźroczystych osób tak wiele
chodzi po tej ziemi...
