Zdjęcie: Pixabay
Ostatnie zerknięcie w lustro wiszące w przedpokoju i poprawienie krawatu zwykle przesądzało o tym, czy Jerzy może na dobre opuścić mieszkanie, a następnie udać się do samochodu na parkingu przed blokiem. Tego dnia również. Irena za każdym razem przyglądała się temu ze stoickim spokojem, choć trudno było jej ukryć, że z pewną goryczą. Przywykła wprawdzie do tego, że życie żony polityka nie jest usłane różami, do samotnych dni i nocy również, ale o zaakceptowaniu tej trudnej sytuacji wciąż nie mogło być mowy. Po prostu jej wewnętrzne ja było w opozycji do poczynań małżonka i najwyraźniej przy tej opcji zamierzało pozostać. Tymczasem Jerzy coraz częściej przebywał poza domem, twierdząc, że tak wygodniej. Na dojazdy do Warszawy tracił sporo czasu. Tłumaczył też, że przez ustawiczne podróże ciągle jest zmęczony. W gruncie rzeczy było to zrozumiałe. Przyznawała mu rację, czasem nawet współczuła. Nie zmieniało to faktu, że trudno było jej się z tym pogodzić.
Nie tak wyobrażała sobie małżeństwo. Zwłaszcza teraz, kiedy dwójka dzieci, Michał i Dorota, dorosły i się usamodzielniły. W dodatku wyprowadziły do innych miast. Doskwierała jej samotność. Wprawdzie w swoim mieście miała dalszą rodzinę oraz różnych znajomych, ale to nie to samo, co ktoś bliski, stale krzątający się wokół. Ktoś, do kogo w każdej chwili można było wyciągnąć dłoń z prośbą o pomoc, albo choćby tylko o towarzystwo. Irena pracowała na pół etatu. W ubezpieczeniach. To wystarczało. Byli przecież majętni. Wśród współpracowników nie miała przyjaciół. Takich jak ona, żon polityków, przecież się nie kocha. Z nimi się nie przyjaźni. Im się tylko zazdrości. No i czasem wykorzystuje do „przepchnięcia” dzięki mężowi politykowi swoich własnych interesów.
Bywało, że uciekała się do podstępu, żeby zatrzymać Jerzego na dłużej przy sobie. Kłamała, że źle się czuje i prosiła, żeby zrezygnował z wyjazdu do Warszawy. Bez skutku. W odpowiedzi zwykle i tak słyszała dyżurne frazesy.
- Kochanie, to niemożliwe. Ta sesja jest wyjątkowo ważna – tłumaczył Jerzy. – Poproś o pomoc sąsiadkę, albo wezwij lekarza do domu. Przecież stać nas na prywatne wizyty.
Oczywiście, że było stać ich na prywatne wizyty lekarzy. Nie tylko na to było ich stać. Na wiele więcej, w zasadzie na wszystko. Jednakże pieniądze, które zdaniem innych są w stanie ze wszystkim sobie poradzić, w jej odczuciu niczego nie załatwiały. Nie potrzebowała opieki obcych ludzi. Potrzebowała Jerzego. Ale niestety tego jednego akurat nie był w stanie jej zaoferować. A może nie chciał? Coraz częściej tak stawiane pytanie powoli stawało się jej obsesją, towarzyszącą jej przez wszystkie samotne dni. Zresztą, nie tylko samotne. Nawet, kiedy był blisko, przy wspólnym posiłku przy stole, w sypialni we wspólnym łóżku, na kanapie podczas niedzielnej sjesty, myślami błądził gdzieś daleko i prawie się nie odzywał. Jakby go nie było. Czasem coś odburknął, to znów chłodno zakomunikował. Dusiła w sobie żal. Mimo to starała się być przykładną i wyrozumiałą żoną. Biedak, tyle przecież miał na głowie…
I jak przystało na żonę polityka, nie zapominała o dyplomacji nawet we własnych czterech kątach, często robiąc dobrą minę do złej gry. Coraz baczniej jednak go obserwowała. Postronnemu obserwatorowi mogłoby się wręcz wydawać, iż jej prześwietlający wzrok ma na celu tylko jedno, przyłapać męża na choćby najmniejszym dowodzie na to, że jest z nią wyłącznie dla zachowania pozorów. Pozorów zgodnego i przykładnego małżeństwa, które było nieodłączną częścią jego politycznego, nieskazitelnego wizerunku.
Tymczasem Jerzy niczego nie podejrzewając, zachowywał się jak zawsze, kompletnie nie zwracając uwagi na swoje ruchy i gesty, które Irena stale miała pod bezwzględną kontrolą. Często się irytowała. A zwłaszcza, kiedy podczas posiłków poniekąd zmuszona była patrzeć, jak ostatni kęs znika w jego ustach. Potem szybko wyciera je serwetką i nie czekając, kiedy i ona dokończy posiłek, wstaje od stołu i przenosi się na wygodną kanapę. Albo, jak przed snem obraca się na drugi bok i zasypia w ramionach Morfeusza, kompletnie ją ignorując.
Nie narzucała się swoją obecnością, a tym bardziej rozmową, choć tyle miała mu do powiedzenia. Zachowywała się cichutko, jak myszka. Bo w zasadzie tego od niej wymagał. Bo przecież stale bywał zmęczony. A kiedy nie bywał zmęczony, myślał o przyszłości narodu.
Przez
tą troskę o przyszłość obywateli w naszym kraju coraz częściej
zżerała ją zazdrość. Chciała, żeby i ją ktoś otoczył
opieką. Zatroszczył się o jej przyszłość, nie zapominając przy
tym o zwykłej, szarej teraźniejszości. I to nie tyle o finansowej,
tu akurat nie miała na co narzekać, co takiej zwykłej, duchowej.
Ale Jerzy nie to miał na względzie. Nie interesowała go podstawowa
komórka społeczna, rodzina, a już z całą pewnością nie własna.
Zajmował się ogółem. Ten ogół kochał go za to mniej lub
bardziej. Dzielił jego poglądy albo nie, ale był dla Jerzego
bardzo ważny. Był ważny, bo znaczący. A cóż znaczyła na jego
tle jedna biedna, mała istota płci żeńskiej, pałętająca się
codziennie po kuchni i pokojach? Nadskakująca mu z czystą koszulą
albo z talerzem pachnącej zupy? Tyle samo, co nic.
Teraz też
burknął pod nosem „pa!” i wymknął się na klatkę, zanim
zdążyła mu odpowiedzieć. Potem starym zwyczajem odprowadzała go
wzrokiem, stojąc przy oknie w kuchni, wychodzącym na osiedlowy
parking. Pomachał jej ręką na do widzenia i tyle go było widać.
A ona? Chwilę później, jak zwykle siadała przed telewizorem, albo
na odmianę zatapiała się w prasie. Czymś musiała wypełnić
sobie czas.
Czasem, tak jak tego dnia, programy telewizyjne niczym
szczególnym nie przyciągały jej uwagi, więc nudziła się
sromotnie. W pewnym momencie na chwilę oderwała wzrok od
telewizora, by z kolei skierować go na równie nieciekawe, beżowe
ściany pokoju. Właściwie nie miała nad nim kontroli. Jakoś tak
sam bezwiednie wędrował po otaczających go sprzętach i
bibelotach. Czasem na odmianę jakby się wyłączał, ustępując
miejsca rozmyślaniom.
Nawet się nie spostrzegła, w którym
momencie owe rozmyślania przeniosły ją do jednego z nadmorskich
krajów. Tyle razy Jerzy obiecywał jej, że ją tam zabierze.
Zapewniał, że w tym roku na sto procent. A wyszło jak zawsze,
zabrakło mu czasu. Żałowała, że nad jej głową zamiast
rozłożystej palmy roztacza się biały sufit, na dobrą sprawę
wymagający odświeżenia, a na wyciągnięcie ręki, zamiast
zwisającego z niej dorodnego kokosu, czy choćby pachnących
pomarańczy, wisi okazały żyrandol. Za oknem co prawda miała pod
dostatkiem piasku. Tyle że nie było to nadmorskie wybrzeże, lecz
trzy wielkie hałdy należące do pobliskiego placu budowy,
budowanych po sąsiedzku dwóch okazałych bloków. Ze znudzenia
wlepiła w nie wzrok i kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nagle
jej uwagi nie przykuł szklany ekran, a właściwie nieoczekiwanie
pojawiająca się na nim sylwetka męża.
Jego wypowiedzi w
mediach nie należały do rzadkości i zwykle jej nie dziwiły, ani
nawet zbytnio nie ciekawiły. Tym razem było inaczej. Szklany ekran
nie kłamał. Jerzy czuł się przed kamerą wyluzowany, jak zawsze.
I jak zawsze często wymieniał uściski między koleżankami i
kolegami parlamentarzystami, tudzież innymi osobami z pierwszych
stron gazet. Teraz też po zakończeniu telewizyjnej dyskusji
najpierw uściskał, powiedziałaby nazbyt czule, jednego z kolegów,
a potem dwie koleżanki.
- Na misia – przemknęło jej przez
myśl, kiedy żegnał się z kolegą ze swojej partii. Ten rodzaj
„politycznych pieszczot” kojarzył się Irenie z czasami
komunizmu i jego słynnymi przywódcami. Zresztą chyba nie tylko
jej. Trochę ją to bawiło, czasem irytowało.
Koleżanki
uścisnął podobnie. Wyglądało to groteskowo, ale zwykle nie
zwracała na to większej uwagi. Wielu innych parlamentarzystów i
różnych sławnych osób w taki właśnie sposób okazywało sobie…
No właśnie, co? Przyjaźń, radość, sentyment? A może coś
jeszcze? Zresztą, co za różnica, w zasadzie było jej to obojętne.
Ale obojętnym nie było to, że wobec niej Jerzy już dawno nie
przejawiał podobnych uczuć. Właściwie nic nie przejawiał,
myślała nieraz. Tak dawno jej nie przytulił, nie uściskał. Nawet
„na misia”. Brakowało jej tego. Zdawkowe cześć albo pa musiało
zastąpić jej wszystkie czułości.
Kiedy próbowała mu o tym
przypomnieć, opędzał się przede nią, jak przed natrętną
muchą.
- No co ty, kochanie. W tym wieku po prostu nie wypada
afiszować się ze swoimi uczuciami – słyszała zwykle, po czym
ucinał rozmowę, siadał za biurkiem, otwierał laptop i udawał, że
nad czymś pilnie pracuje.
Było jej przykro słysząc te słowa.
Skończyła wprawdzie pięćdziesiąt lat, ale, czy wiek w tej
kwestii miewa znaczenie? Zresztą, nie tylko wtedy było jej przykro.
Zawsze, kiedy podkreślał, że dzięki temu, iż zajmuje się
polityką i pełni ważną funkcję już drugą kadencję, mogą żyć
na odpowiednim poziomie.
- Wiedziałaś o tym, że chcę zostać
politykiem – mawiał nazbyt często. - Nie miałaś nic przeciwko,
kiedy startowałem do… Tu wymieniał nazwę swojej partii i
funkcję, którą pełnił.
- Nie miałam, bo nie wiedziałam, co
mnie czeka – odpowiadała zwykle i poniekąd czuła się
usprawiedliwiona.
Jerzy tym bardziej czuł się usprawiedliwiony, w dodatku nie wiedzieć czemu, całkiem rozgrzeszony, choć o żadnym rozgrzeszeniu nie mogło być mowy. Przeciwnie, w swoich myślach starannie notowała wszystkie jego kolejne „grzechy”. Czasem prosiła, żeby coś z tym zrobił. Chciała mieć męża, nie polityka, którego nigdy nie ma w domu. Myślała, że się ugnie, z czegoś zrezygnuje, że wybierze ją, a nie politykę. Myliła się.
-
Kim byś była, gdybym nie był sławnym - podkreślał to słowo -
politykiem? Jakbyśmy żyli? – pytał wprawiając ją w złość. –
Z marnej pensyjki? Nikt by o tobie nie słyszał, a tak jesteś żoną
sławnego polityka – argumentował.
Nie przyjmował do
wiadomości, że ona więcej na tym traci, niż zyskuje.
Ludzie
potrafią być złośliwi. Często zaczepiali Irenę na ulicy albo w
marketach. Zadawali różne pytania, czasem obraźliwe. Nie zawsze
potrafiła odpowiedzieć satysfakcjonująco dla drugiej strony.
Zdarzało się, że wychodziła ze słownych potyczek zażenowana.
Bywało że i wściekła, ale Jerzy nie reagował na jej utyskiwania
w tym temacie. Czuł się panem sytuacji, a może i świata. Kto go
tam wie.
- Tylko mi nie wmawiaj, że z tego powodu cierpisz –
drwił z niej, zamiast jakoś pocieszyć, uspokoić nerwy. A potem
dodawał:
- Dzięki mnie masz pieniądze, sławę, wszystko, co
chcesz. Beze mnie nic byś nie znaczyła.
Po tych cierpkich
słowach zwykle długo nie mogła przyjść do siebie. Gdyby
wypowiedział je raz, tak, jak często robi się to w gniewie albo w
zdenerwowaniu, a potem żałował, przeprosił, mogłaby mu wybaczyć.
Ale on powtarzał je coraz częściej, wpędzając ją w poczucie
niskiej wartości.
Pech chciał, że tego dnia telewizja jeszcze
raz wyemitowała program z udziałem Jerzego. Tym razem prowadził go
ktoś inny. Inni byli też rozmówcy, choć dyskusja toczyła się na
podobne tematy i w podobnym tonie. Na koniec historia się
powtórzyła. Jerzy wprawdzie tym razem nie „obściskał” kilku
uczestników programu, ale pożegnał się z nimi, jak na jej gust,
nazbyt czule podając im dłoń i patrząc głęboko w oczy. Po co?
Co chciał w ten sposób im przekazać? Robił to bezwiednie? Nie
wiadomo. Według Ireny istotne było to, że patrzyła na niego cała
Polska, a na jego twarzy próżno było doszukać się cienia
zażenowania. Czegokolwiek, co mogłoby zdradzać jego rzekomą
niechęć do przejawiania tego typu gestów serdeczności, a co stale
jej insynuował.
Zanim jednak program dobiegł końca, patrzyła
w ekran na żywo gestykulującą sylwetkę męża pomiędzy gośćmi
w studiu z wyraźnym zniesmaczeniem, złością, pewnego rodzaju
zazdrością. Sama już nie wiedziała z czym, ale wszystko to
przyprawiało ją o frustrację. Być może właśnie to sprawiło,
że nie myślała zbyt logicznie. W konsekwencji tego spakowała
walizkę, zamówiła taksówkę i kazała zawieźć się na dworzec.
Kupiła bilet do Warszawy, a kilka chwil później siedziała w
wygodnej kuszetce, pogrążona w rozmyślaniach.
Zamierzała
sprawić Jerzemu niespodziankę. Co prawda liczyła się z tym, że
być może nie zostanie wpuszczona do sejmowych kuluarów, ale po
cichu wierzyła, iż może jakimś cudem, przynajmniej na chwilę go
stamtąd wyciągnie. Pospacerują razem po Starym Mieście albo po
Ogrodzie Saskim, albo jakimś innym ciekawym i przyjaznym sercu
miejscu. Byle choć przez chwilę razem. Myślała, że może
specyficzny klimat Warszawy wpłynie jakoś pozytywnie na ich
relacje. Sprawi, że tam, w tym jego świecie, Jerzy szybciej
dostrzeże kruchą, zagubioną istotę, swoją żonę. A potem
odkryje na nowo, jak ważne dla niej są drobne czułości, bez
których kobieta taka jak ona nie jest w stanie oddychać pełną
piersią.
Pejzaż za oknem wagonu umykał z niebywałą
szybkością, ona zaś dawała upust swojej wyobraźni i marzeniom.
Jak bardzo była w błędzie, co do tego, że jej przyjazd do
Warszawy cokolwiek zmieni na dobre, przekonała się kilka godzin
później.
Z Jerzym zobaczyła się, a jakże, ale tylko przez
chwilkę. Nie sądziła, że długo będzie tego żałować. Zamiast
ucieszyć się z wizyty żony, nakrzyczał na nią. Wił się jak
piskorz, łajał za jej nieroztropność i kazał natychmiast wracać.
Była zdruzgotana. Jeszcze nigdy go takim nie widziała.
- A ty
myślisz, że co ja tu robię? – krzyczał. – Przecież
pracuję!
- Ależ kochanie, nie przyjechałam, żeby cię
sprawdzać. Ani mi to w głowie. Chciałam tylko przez chwilę z Tobą
pobyć…
Na nic zdały się jej tłumaczenia. Jerzy upierał się
przy swojej wersji.
Wróciła więc niepocieszona w rodzinne
strony. W wagonie wylała chyba cały zapas łez, bo kiedy wysiadła
na dworcu w swoim mieście, oczy piekły ją niemiłosiernie. Jak na
złość ostatnia taksówka odjechała jej sprzed nosa. Nie miała
ochoty czekać na następną, więc udała się na pobliski
przystanek autobusowy. Niestety, zapłakane oczy sprawiły Irenie
psikusa i zamiast do autobusu linii osiem, wsiadła do trójki.
Myślami wciąż była jeszcze w Warszawie, w miejscu, gdzie spotkała
się z Jerzym. Mało obchodziło ją, że pomyliła trasę i do domu
wróci okrężną drogą. Bez końca płakała.
- Proszę pani! To
już ostatni przystanek. Bardzo mi przykro, ale zjeżdżam do
zajezdni – w pewnym momencie z odrętwienia wyrwał ją jakiś obcy
męski głos. – Czy coś się stało? – dopytywał się kierowca,
widząc opuchnięte od płaczu oczy kobiety.
Zaproponował Irenie
pomoc. Ba, gotów był nawet przedłużyć kurs i odwieźć ją do
domu.
- Gdzie pani mieszka? - dopytywał się. – Chyba nie
powinna pani wracać sama. – Martwił się o nią.
W ogóle był
niezwykle sympatyczny i uczynny.
Na początku nie chciała
skorzystać z propozycji. Było jej niezręcznie i tak w ogóle, nie
po jej myśli.
Nie zamierzała dzielić się swoimi kłopotami z
kimkolwiek, ani tym bardziej prosić kogoś o pomoc. W dodatku
całkiem obcego. Ale ostatecznie, jakby na przekór sobie i
wszystkiemu dookoła przystała na jego propozycję. Droga pod blok,
w którym mieszkała, upłynęła jej niemal błyskawicznie. Nie
rejestrowała tego, co działo się za oknem autobusu. Zatopiona w
swoim smutku i łzach nie była w stanie dostrzec niemalże niczego.
Bezgranicznie zawierzyła kompletnie obcemu mężczyźnie, który
obiecał zawieźć ją bezpiecznie do domu. Kiedy więc autobus
zatrzymał się w pobliżu bloku, trochę jakby się zdziwiła, że
to już i musi opuścić pojazd.
Nigdy nie zatrzymywał się w
tym miejscu, więc wzbudził pewnego rodzaju sensację wśród
okolicznych mieszkańców. Przystanek autobusowy był spory kawał
drogi stąd. Nic więc dziwnego, że w oknach pojawili się gapie.
-
Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić? – Spytał mężczyzna,
kiedy na widok swojego bloku poderwała się z siedzenia.
Spojrzała
na niego nieco zaskoczona. Wyrwana z przykrych rozmyślań, zawahała
się przez chwilę. W międzyczasie kierowca opuścił swój fotel i
wyszedł jej naprzeciw.
- Tak – rzekła po chwili. - Bardzo
proszę mnie przytulić. Ogromnie tego potrzebuję. – Wypaliła, i
nie czekając na reakcję zaskoczonego mężczyzny, sama rzuciła mu
się na szyję.
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale to
wystarczyło, by ktoś z gapiów zrobił im zdjęcie.
Następnego
dnia ukazało się ono w lokalnych gazetach, uruchamiając w ten
sposób cały ciąg nieprzewidzianych wydarzeń. Niemal jeszcze tego
samego dnia późnym wieczorem, a właściwie już nocą. wrócił
mąż Ireny. Zapewne poinformowany przez kogoś życzliwego. Wymówkom
Jerzego nie było końca, ale nie sprawiało to na niej większego
wrażenia. Nie teraz. W drodze powrotnej z Warszawy, tam w pociągu,
przemyślała wiele spraw. Szkoda tylko, że tak późno. Wniosek
nasuwał się jeden.
- Przecież znaczę dla ciebie tyle samo, co
nic – broniła się przed lawiną oskarżeń. – Pora coś z tym
zrobić.
Kolejny dzień był jeszcze gorszy. Sąsiedzi patrzyli na
nią wilkiem. Mąż na odmianę milczał jak kamień. W końcu gdzieś
wyszedł, a kiedy wrócił, kompletnie ją zaskoczył. W rękach
trzymał jakieś papiery i ulotki reklamowe.
- Proszę, to dla
ciebie – niemal rzucił je na stół. – W ramach przeprosin.
To
były dwutygodniowe wczasy na Krecie dla dwóch osób. Była
przekonana, że w ten sposób chce coś naprawić, że być może
jeszcze wszystko się między nimi ułoży. Spotkało ją jednak
rozczarowanie.
- Ja nie dam rady pojechać. Zabierz ze sobą
koleżankę, albo tego kierowcę – powiedział chłodno i nieco
złośliwie.
Usłyszawszy to, niemal ścięło ją z nóg, ale
szybko odzyskała równowagę.
- A żebyś wiedział, że zabiorę!
– rzuciła mu w twarz.
Jednym ruchem ręki włożyła wszystko
do torebki i pobiegła na przystanek. Wsiadła do miejskiego
autobusu. Wypytała kierowcę o kolegę, który tamtego dnia odwiózł
ją do domu. Z trudem, bo z trudem, ale w końcu udało jej się go
odnaleźć.
Tego dnia prowadził autobus linii numer 13. Wsiadła
do niego tylnymi drzwiami na przystanku w centrum miasta. Autobus był
zatłoczony i sądziła, że być może nie tak od razu ją zauważy.
Postanowiła pojechać autobusem do końca, na ostatni przystanek. I
dopiero tam do niego podejść. Przez dłuższy czas podczas jazdy
obserwowała go kątem oka. Wpatrywała się w niego, rejestrując
niemal każdy jego ruch. Patrzyła, jak rozgląda się na boki
obserwując jezdnię, to znów spogląda na drzwi, sprawdzając, czy
oby jakiś spóźnialski pasażer nie dobiega w ostatnim momencie do
autobusu. Czasem ruchem ręki przygładzał włosy. Innym razem
sięgnął po coś do picia. Im bliżej końcowego przystanku, tym
bardziej autobus pustoszał. Wreszcie, co było nieuniknione, musiał
ją zauważyć. Nie wiedziała, że dostrzegł ją znacznie
wcześniej. Skinął głową w jej kierunku na przywitanie i trochę
jakby nerwowo poruszył się na siedzeniu. Przynajmniej tak jej się
wydawało. Nie ruszyła się jednak z miejsca. Dopiero, kiedy autobus
opuścił ostatni pasażer, podeszła do kierowcy.
- Jestem winna
panu przeprosiny za tamten incydent. Nie sądziłam, że będzie miał
takie konsekwencje – stanęła przed nim zawstydzona. – Jest mi
niezwykle wstyd i przykro, że naraziłam pana i pańską żonę na
takie przykrości. Proszę, to dla państwa w ramach przeprosin –
podała mu skierowanie na wczasy i bilety lotnicze na Kretę. – Mam
nadzieję, że żona zrozumie.
Zaskoczony mężczyzna, jakby nie
dowierzał, że wszystko to dzieje się naprawdę i, czy oby powinien
je zatrzymać. Potem spojrzał na Irenę, w jej, tego dnia
niezapłakane, całkiem ładne oczy i nieco zrezygnowanym tonem
odpowiedział:
- Dziękuję, ale chyba nie skorzystam. Wystarczą
przeprosiny. Poza tym nie mam żony. - A potem dodał. – Niestety
zmarła przed rokiem.
- Bardzo mi przykro, nie miałam pojęcia…
- Irena poczuła się niezręcznie.
- No cóż, a to – tu
wskazał na leżącą przed przednią szybą autobusu wczorajszą
gazetę z ich wspólnym zdjęciem i roześmiał się. – Koledzy mi
zazdrościli. Ja, taki szarak ze znaną osobą na pierwszych stronach
gazet. Toż to dla mnie jedynie reklama – podśmiewywał się
najwyraźniej zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Odetchnęła z
ulgą. Przynajmniej nie miała na sumieniu jego żony. Cała reszta
była teraz drugorzędna, o czym nie omieszkała mu powiedzieć,
namawiając kolejny raz do przyjęcia biletów.
- Jestem w takim
momencie swojego życia, że muszę zacząć wszystko od nowa. Tak
postanowiłam. A panu życzę przyjemnego pobytu na Krecie… -
zdradziła, niemal siłą wepchnąwszy bilety w ręce mężczyzny,
zamierzając pośpiesznie się oddalić.
- Zaraz, ale to jest dla
dwóch osób – żachnął się kierowca.
Wcześniej przedstawił
się. Na imię miał Aleksander.
– Nie zechce mi pani
towarzyszyć?
- Chyba nie powinnam.
- Kreta może być tak samo
dobrym miejscem, jak każde inne, żeby zacząć nowy rozdział w
swoim życiu – podpowiadał jej swoim ciepłym, ujmującym
głosem.
- Myśli pan? – niby trochę się zawahała.
- Jeśli
tylko nie będzie miała pani nic przeciwko towarzystwu szarego, nic
nieznaczącego obywatela…
- A pan przeciwko kobiecie, która
dotąd znaczyła tyle samo, co nic – zdecydowała w jednym
momencie, kończąc sekwencję.
W drodze powrotnej do domu
zastanawiała się, czy oby dobrze zrobiła. Wmawiała sobie, że
jeszcze jest czas, żeby wycofać się z wyjazdu, to znów
przekonywała siebie, że być może los nie podsunie jej już
podobnej okazji i bezwzględnie musi z niej skorzystać. Upewniła
się, że dobrze zdecydowała po przekroczeniu progu mieszkania.
Uderzająca cisza i smutek wyzierające z każdego kąta sprawiły,
że jeszcze mocniej niż kiedyś zapragnęła znaleźć się w
miejscu, gdzie chłód nie sięga.
Otoczyć się ciepłem, miejsca
i kogoś serdecznego.
W miejscu, które przed laty wspólnie z
Jerzym obrali do życia, niestety, zabrakło tego najważniejszego.
Życia. Miłości. Miejsce to stało się krainą lodu. Lodów, które
tak ciężko przełamać.
Kilka dni później przed startem w
samolocie mówiła do siebie w myślach:
- Zapnij pasy
bezpieczeństwa, Ireno. Startujesz w nowe życie. Zmów za siebie
modlitwę i poproś Boga o szczęśliwe lądowanie. I niech już
żadna góra lodowa nigdy nie stanie na twojej drodze.
- Nie myśl
o tym, co było, Ireno. Szkoda na to życia – podpowiadał jej
Aleks. - Myśl o tym, co przyniesie jutro. Od kiedy przestawiłem się
na tryb myślenia o jutrze w pozytywnym znaczeniu, świat przestał
mnie przytłaczać. Pokazuje mi wciąż nowe drogi i możliwości.
A
potem dodał:
- Na jednej z tych dróg spotkałem ciebie.
-
Jesteś pewien, że to nie ślepy zaułek? – ironizowała jak
zawsze sceptyczna Irena.
- Mam nadzieję, że nie. Ty też tego
nie chcesz, nieprawdaż?
Cóż mogła mu odpowiedzieć? Że już
raz w jeden zabrnęła i wie, jak trudno się z niego wydostać? Że
na błędach człowiek się uczy? Że nie ma ochoty jeszcze raz przez
to przechodzić? W końcu, że zrobi wszystko, by odmienić swój
los? Chyba nie musiała mu tego mówić. Czuła, że i bez tego
doskonale ją rozumie.
Posłała więc w jego kierunku płomienny
uśmiech i życzyła jemu i sobie pomyślnego startu w nowe życie, i nade wszystko miękkiego lądowania.
