sobota, 1 marca 2025

TYLE SAMO CO NIC

 







Zdjęcie: Pixabay

Ostatnie zerknięcie w lustro wiszące w przedpokoju i poprawienie krawatu zwykle przesądzało o tym, czy Jerzy może na dobre opuścić mieszkanie, a następnie udać się do samochodu na parkingu przed blokiem. Tego dnia również. Irena za każdym razem przyglądała się temu ze stoickim spokojem, choć trudno było jej ukryć, że z pewną goryczą. Przywykła wprawdzie do tego, że życie żony polityka nie jest usłane różami, do samotnych dni i nocy również, ale o zaakceptowaniu tej trudnej sytuacji wciąż nie mogło być mowy. Po prostu jej wewnętrzne ja było w opozycji do poczynań małżonka i najwyraźniej przy tej opcji zamierzało pozostać. Tymczasem Jerzy coraz częściej przebywał poza domem, twierdząc, że tak wygodniej. Na dojazdy do Warszawy tracił sporo czasu. Tłumaczył też, że przez ustawiczne podróże ciągle jest zmęczony. W gruncie rzeczy było to zrozumiałe. Przyznawała mu rację, czasem nawet współczuła. Nie zmieniało to faktu, że trudno było jej się z tym pogodzić.
Nie tak wyobrażała sobie małżeństwo. Zwłaszcza teraz, kiedy dwójka dzieci, Michał i Dorota, dorosły i się usamodzielniły. W dodatku wyprowadziły do innych miast. Doskwierała jej samotność. Wprawdzie w swoim mieście miała dalszą rodzinę oraz różnych znajomych, ale to nie to samo, co ktoś bliski, stale krzątający się wokół. Ktoś, do kogo w każdej chwili można było wyciągnąć dłoń z prośbą o pomoc, albo choćby tylko o towarzystwo. Irena pracowała na pół etatu. W ubezpieczeniach. To wystarczało. Byli przecież majętni. Wśród współpracowników nie miała przyjaciół. Takich jak ona, żon polityków, przecież się nie kocha. Z nimi się nie przyjaźni. Im się tylko zazdrości. No i czasem wykorzystuje do „przepchnięcia” dzięki mężowi politykowi swoich własnych interesów.
Bywało, że uciekała się do podstępu, żeby zatrzymać Jerzego na dłużej przy sobie. Kłamała, że źle się czuje i prosiła, żeby zrezygnował z wyjazdu do Warszawy. Bez skutku. W odpowiedzi zwykle i tak słyszała dyżurne frazesy.
- Kochanie, to niemożliwe. Ta sesja jest wyjątkowo ważna – tłumaczył Jerzy. – Poproś o pomoc sąsiadkę, albo wezwij lekarza do domu. Przecież stać nas na prywatne wizyty.
Oczywiście, że było stać ich na prywatne wizyty lekarzy. Nie tylko na to było ich stać. Na wiele więcej, w zasadzie na wszystko. Jednakże pieniądze, które zdaniem innych są w stanie ze wszystkim sobie poradzić, w jej odczuciu niczego nie załatwiały. Nie potrzebowała opieki obcych ludzi. Potrzebowała Jerzego. Ale niestety tego jednego akurat nie był w stanie jej zaoferować. A może nie chciał? Coraz częściej tak stawiane pytanie powoli stawało się jej obsesją, towarzyszącą jej przez wszystkie samotne dni. Zresztą, nie tylko samotne. Nawet, kiedy był blisko, przy wspólnym posiłku przy stole, w sypialni we wspólnym łóżku, na kanapie podczas niedzielnej sjesty, myślami błądził gdzieś daleko i prawie się nie odzywał. Jakby go nie było. Czasem coś odburknął, to znów chłodno zakomunikował. Dusiła w sobie żal. Mimo to starała się być przykładną i wyrozumiałą żoną. Biedak, tyle przecież miał na głowie…
I jak przystało na żonę polityka, nie zapominała o dyplomacji nawet we własnych czterech kątach, często robiąc dobrą minę do złej gry. Coraz baczniej jednak go obserwowała. Postronnemu obserwatorowi mogłoby się wręcz wydawać, iż jej prześwietlający wzrok ma na celu tylko jedno, przyłapać męża na choćby najmniejszym dowodzie na to, że jest z nią wyłącznie dla zachowania pozorów. Pozorów zgodnego i przykładnego małżeństwa, które było nieodłączną częścią jego politycznego, nieskazitelnego wizerunku.
Tymczasem Jerzy niczego nie podejrzewając, zachowywał się jak zawsze, kompletnie nie zwracając uwagi na swoje ruchy i gesty, które Irena stale miała pod bezwzględną kontrolą. Często się irytowała. A zwłaszcza, kiedy podczas posiłków poniekąd zmuszona była patrzeć, jak ostatni kęs znika w jego ustach. Potem szybko wyciera je serwetką i nie czekając, kiedy i ona dokończy posiłek, wstaje od stołu i przenosi się na wygodną kanapę. Albo, jak przed snem obraca się na drugi bok i zasypia w ramionach Morfeusza, kompletnie ją ignorując.
Nie narzucała się swoją obecnością, a tym bardziej rozmową, choć tyle miała mu do powiedzenia. Zachowywała się cichutko, jak myszka. Bo w zasadzie tego od niej wymagał. Bo przecież stale bywał zmęczony. A kiedy nie bywał zmęczony, myślał o przyszłości narodu.

Przez tą troskę o przyszłość obywateli w naszym kraju coraz częściej zżerała ją zazdrość. Chciała, żeby i ją ktoś otoczył opieką. Zatroszczył się o jej przyszłość, nie zapominając przy tym o zwykłej, szarej teraźniejszości. I to nie tyle o finansowej, tu akurat nie miała na co narzekać, co takiej zwykłej, duchowej. Ale Jerzy nie to miał na względzie. Nie interesowała go podstawowa komórka społeczna, rodzina, a już z całą pewnością nie własna. Zajmował się ogółem. Ten ogół kochał go za to mniej lub bardziej. Dzielił jego poglądy albo nie, ale był dla Jerzego bardzo ważny. Był ważny, bo znaczący. A cóż znaczyła na jego tle jedna biedna, mała istota płci żeńskiej, pałętająca się codziennie po kuchni i pokojach? Nadskakująca mu z czystą koszulą albo z talerzem pachnącej zupy? Tyle samo, co nic.
Teraz też burknął pod nosem „pa!” i wymknął się na klatkę, zanim zdążyła mu odpowiedzieć. Potem starym zwyczajem odprowadzała go wzrokiem, stojąc przy oknie w kuchni, wychodzącym na osiedlowy parking. Pomachał jej ręką na do widzenia i tyle go było widać. A ona? Chwilę później, jak zwykle siadała przed telewizorem, albo na odmianę zatapiała się w prasie. Czymś musiała wypełnić sobie czas.
Czasem, tak jak tego dnia, programy telewizyjne niczym szczególnym nie przyciągały jej uwagi, więc nudziła się sromotnie. W pewnym momencie na chwilę oderwała wzrok od telewizora, by z kolei skierować go na równie nieciekawe, beżowe ściany pokoju. Właściwie nie miała nad nim kontroli. Jakoś tak sam bezwiednie wędrował po otaczających go sprzętach i bibelotach. Czasem na odmianę jakby się wyłączał, ustępując miejsca rozmyślaniom.
Nawet się nie spostrzegła, w którym momencie owe rozmyślania przeniosły ją do jednego z nadmorskich krajów. Tyle razy Jerzy obiecywał jej, że ją tam zabierze. Zapewniał, że w tym roku na sto procent. A wyszło jak zawsze, zabrakło mu czasu. Żałowała, że nad jej głową zamiast rozłożystej palmy roztacza się biały sufit, na dobrą sprawę wymagający odświeżenia, a na wyciągnięcie ręki, zamiast zwisającego z niej dorodnego kokosu, czy choćby pachnących pomarańczy, wisi okazały żyrandol. Za oknem co prawda miała pod dostatkiem piasku. Tyle że nie było to nadmorskie wybrzeże, lecz trzy wielkie hałdy należące do pobliskiego placu budowy, budowanych po sąsiedzku dwóch okazałych bloków. Ze znudzenia wlepiła w nie wzrok i kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nagle jej uwagi nie przykuł szklany ekran, a właściwie nieoczekiwanie pojawiająca się na nim sylwetka męża.
Jego wypowiedzi w mediach nie należały do rzadkości i zwykle jej nie dziwiły, ani nawet zbytnio nie ciekawiły. Tym razem było inaczej. Szklany ekran nie kłamał. Jerzy czuł się przed kamerą wyluzowany, jak zawsze. I jak zawsze często wymieniał uściski między koleżankami i kolegami parlamentarzystami, tudzież innymi osobami z pierwszych stron gazet. Teraz też po zakończeniu telewizyjnej dyskusji najpierw uściskał, powiedziałaby nazbyt czule, jednego z kolegów, a potem dwie koleżanki.
- Na misia – przemknęło jej przez myśl, kiedy żegnał się z kolegą ze swojej partii. Ten rodzaj „politycznych pieszczot” kojarzył się Irenie z czasami komunizmu i jego słynnymi przywódcami. Zresztą chyba nie tylko jej. Trochę ją to bawiło, czasem irytowało.
Koleżanki uścisnął podobnie. Wyglądało to groteskowo, ale zwykle nie zwracała na to większej uwagi. Wielu innych parlamentarzystów i różnych sławnych osób w taki właśnie sposób okazywało sobie… No właśnie, co? Przyjaźń, radość, sentyment? A może coś jeszcze? Zresztą, co za różnica, w zasadzie było jej to obojętne. Ale obojętnym nie było to, że wobec niej Jerzy już dawno nie przejawiał podobnych uczuć. Właściwie nic nie przejawiał, myślała nieraz. Tak dawno jej nie przytulił, nie uściskał. Nawet „na misia”. Brakowało jej tego. Zdawkowe cześć albo pa musiało zastąpić jej wszystkie czułości.
Kiedy próbowała mu o tym przypomnieć, opędzał się przede nią, jak przed natrętną muchą.
- No co ty, kochanie. W tym wieku po prostu nie wypada afiszować się ze swoimi uczuciami – słyszała zwykle, po czym ucinał rozmowę, siadał za biurkiem, otwierał laptop i udawał, że nad czymś pilnie pracuje.
Było jej przykro słysząc te słowa. Skończyła wprawdzie pięćdziesiąt lat, ale, czy wiek w tej kwestii miewa znaczenie? Zresztą, nie tylko wtedy było jej przykro. Zawsze, kiedy podkreślał, że dzięki temu, iż zajmuje się polityką i pełni ważną funkcję już drugą kadencję, mogą żyć na odpowiednim poziomie.
- Wiedziałaś o tym, że chcę zostać politykiem – mawiał nazbyt często. - Nie miałaś nic przeciwko, kiedy startowałem do… Tu wymieniał nazwę swojej partii i funkcję, którą pełnił.
- Nie miałam, bo nie wiedziałam, co mnie czeka – odpowiadała zwykle i poniekąd czuła się usprawiedliwiona.

Jerzy tym bardziej czuł się usprawiedliwiony, w dodatku nie wiedzieć czemu, całkiem rozgrzeszony, choć o żadnym rozgrzeszeniu nie mogło być mowy. Przeciwnie, w swoich myślach starannie notowała wszystkie jego kolejne „grzechy”. Czasem prosiła, żeby coś z tym zrobił. Chciała mieć męża, nie polityka, którego nigdy nie ma w domu. Myślała, że się ugnie, z czegoś zrezygnuje, że wybierze ją, a nie politykę. Myliła się.

- Kim byś była, gdybym nie był sławnym - podkreślał to słowo - politykiem? Jakbyśmy żyli? – pytał wprawiając ją w złość. – Z marnej pensyjki? Nikt by o tobie nie słyszał, a tak jesteś żoną sławnego polityka – argumentował.
Nie przyjmował do wiadomości, że ona więcej na tym traci, niż zyskuje.
Ludzie potrafią być złośliwi. Często zaczepiali Irenę na ulicy albo w marketach. Zadawali różne pytania, czasem obraźliwe. Nie zawsze potrafiła odpowiedzieć satysfakcjonująco dla drugiej strony. Zdarzało się, że wychodziła ze słownych potyczek zażenowana. Bywało że i wściekła, ale Jerzy nie reagował na jej utyskiwania w tym temacie. Czuł się panem sytuacji, a może i świata. Kto go tam wie.
- Tylko mi nie wmawiaj, że z tego powodu cierpisz – drwił z niej, zamiast jakoś pocieszyć, uspokoić nerwy. A potem dodawał:
- Dzięki mnie masz pieniądze, sławę, wszystko, co chcesz. Beze mnie nic byś nie znaczyła.
Po tych cierpkich słowach zwykle długo nie mogła przyjść do siebie. Gdyby wypowiedział je raz, tak, jak często robi się to w gniewie albo w zdenerwowaniu, a potem żałował, przeprosił, mogłaby mu wybaczyć. Ale on powtarzał je coraz częściej, wpędzając ją w poczucie niskiej wartości.
Pech chciał, że tego dnia telewizja jeszcze raz wyemitowała program z udziałem Jerzego. Tym razem prowadził go ktoś inny. Inni byli też rozmówcy, choć dyskusja toczyła się na podobne tematy i w podobnym tonie. Na koniec historia się powtórzyła. Jerzy wprawdzie tym razem nie „obściskał” kilku uczestników programu, ale pożegnał się z nimi, jak na jej gust, nazbyt czule podając im dłoń i patrząc głęboko w oczy. Po co? Co chciał w ten sposób im przekazać? Robił to bezwiednie? Nie wiadomo. Według Ireny istotne było to, że patrzyła na niego cała Polska, a na jego twarzy próżno było doszukać się cienia zażenowania. Czegokolwiek, co mogłoby zdradzać jego rzekomą niechęć do przejawiania tego typu gestów serdeczności, a co stale jej insynuował.
Zanim jednak program dobiegł końca, patrzyła w ekran na żywo gestykulującą sylwetkę męża pomiędzy gośćmi w studiu z wyraźnym zniesmaczeniem, złością, pewnego rodzaju zazdrością. Sama już nie wiedziała z czym, ale wszystko to przyprawiało ją o frustrację. Być może właśnie to sprawiło, że nie myślała zbyt logicznie. W konsekwencji tego spakowała walizkę, zamówiła taksówkę i kazała zawieźć się na dworzec. Kupiła bilet do Warszawy, a kilka chwil później siedziała w wygodnej kuszetce, pogrążona w rozmyślaniach.
Zamierzała sprawić Jerzemu niespodziankę. Co prawda liczyła się z tym, że być może nie zostanie wpuszczona do sejmowych kuluarów, ale po cichu wierzyła, iż może jakimś cudem, przynajmniej na chwilę go stamtąd wyciągnie. Pospacerują razem po Starym Mieście albo po Ogrodzie Saskim, albo jakimś innym ciekawym i przyjaznym sercu miejscu. Byle choć przez chwilę razem. Myślała, że może specyficzny klimat Warszawy wpłynie jakoś pozytywnie na ich relacje. Sprawi, że tam, w tym jego świecie, Jerzy szybciej dostrzeże kruchą, zagubioną istotę, swoją żonę. A potem odkryje na nowo, jak ważne dla niej są drobne czułości, bez których kobieta taka jak ona nie jest w stanie oddychać pełną piersią.
Pejzaż za oknem wagonu umykał z niebywałą szybkością, ona zaś dawała upust swojej wyobraźni i marzeniom. Jak bardzo była w błędzie, co do tego, że jej przyjazd do Warszawy cokolwiek zmieni na dobre, przekonała się kilka godzin później.
Z Jerzym zobaczyła się, a jakże, ale tylko przez chwilkę. Nie sądziła, że długo będzie tego żałować. Zamiast ucieszyć się z wizyty żony, nakrzyczał na nią. Wił się jak piskorz, łajał za jej nieroztropność i kazał natychmiast wracać. Była zdruzgotana. Jeszcze nigdy go takim nie widziała.
- A ty myślisz, że co ja tu robię? – krzyczał. – Przecież pracuję!
- Ależ kochanie, nie przyjechałam, żeby cię sprawdzać. Ani mi to w głowie. Chciałam tylko przez chwilę z Tobą pobyć…
Na nic zdały się jej tłumaczenia. Jerzy upierał się przy swojej wersji.
Wróciła więc niepocieszona w rodzinne strony. W wagonie wylała chyba cały zapas łez, bo kiedy wysiadła na dworcu w swoim mieście, oczy piekły ją niemiłosiernie. Jak na złość ostatnia taksówka odjechała jej sprzed nosa. Nie miała ochoty czekać na następną, więc udała się na pobliski przystanek autobusowy. Niestety, zapłakane oczy sprawiły Irenie psikusa i zamiast do autobusu linii osiem, wsiadła do trójki. Myślami wciąż była jeszcze w Warszawie, w miejscu, gdzie spotkała się z Jerzym. Mało obchodziło ją, że pomyliła trasę i do domu wróci okrężną drogą. Bez końca płakała.
- Proszę pani! To już ostatni przystanek. Bardzo mi przykro, ale zjeżdżam do zajezdni – w pewnym momencie z odrętwienia wyrwał ją jakiś obcy męski głos. – Czy coś się stało? – dopytywał się kierowca, widząc opuchnięte od płaczu oczy kobiety.
Zaproponował Irenie pomoc. Ba, gotów był nawet przedłużyć kurs i odwieźć ją do domu.
- Gdzie pani mieszka? - dopytywał się. – Chyba nie powinna pani wracać sama. – Martwił się o nią.
W ogóle był niezwykle sympatyczny i uczynny.
Na początku nie chciała skorzystać z propozycji. Było jej niezręcznie i tak w ogóle, nie po jej myśli.
Nie zamierzała dzielić się swoimi kłopotami z kimkolwiek, ani tym bardziej prosić kogoś o pomoc. W dodatku całkiem obcego. Ale ostatecznie, jakby na przekór sobie i wszystkiemu dookoła przystała na jego propozycję. Droga pod blok, w którym mieszkała, upłynęła jej niemal błyskawicznie. Nie rejestrowała tego, co działo się za oknem autobusu. Zatopiona w swoim smutku i łzach nie była w stanie dostrzec niemalże niczego. Bezgranicznie zawierzyła kompletnie obcemu mężczyźnie, który obiecał zawieźć ją bezpiecznie do domu. Kiedy więc autobus zatrzymał się w pobliżu bloku, trochę jakby się zdziwiła, że to już i musi opuścić pojazd.
Nigdy nie zatrzymywał się w tym miejscu, więc wzbudził pewnego rodzaju sensację wśród okolicznych mieszkańców. Przystanek autobusowy był spory kawał drogi stąd. Nic więc dziwnego, że w oknach pojawili się gapie.
- Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić? – Spytał mężczyzna, kiedy na widok swojego bloku poderwała się z siedzenia.
Spojrzała na niego nieco zaskoczona. Wyrwana z przykrych rozmyślań, zawahała się przez chwilę. W międzyczasie kierowca opuścił swój fotel i wyszedł jej naprzeciw.
- Tak – rzekła po chwili. - Bardzo proszę mnie przytulić. Ogromnie tego potrzebuję. – Wypaliła, i nie czekając na reakcję zaskoczonego mężczyzny, sama rzuciła mu się na szyję.
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło, by ktoś z gapiów zrobił im zdjęcie.
Następnego dnia ukazało się ono w lokalnych gazetach, uruchamiając w ten sposób cały ciąg nieprzewidzianych wydarzeń. Niemal jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem, a właściwie już nocą. wrócił mąż Ireny. Zapewne poinformowany przez kogoś życzliwego. Wymówkom Jerzego nie było końca, ale nie sprawiało to na niej większego wrażenia. Nie teraz. W drodze powrotnej z Warszawy, tam w pociągu, przemyślała wiele spraw. Szkoda tylko, że tak późno. Wniosek nasuwał się jeden.
- Przecież znaczę dla ciebie tyle samo, co nic – broniła się przed lawiną oskarżeń. – Pora coś z tym zrobić.
Kolejny dzień był jeszcze gorszy. Sąsiedzi patrzyli na nią wilkiem. Mąż na odmianę milczał jak kamień. W końcu gdzieś wyszedł, a kiedy wrócił, kompletnie ją zaskoczył. W rękach trzymał jakieś papiery i ulotki reklamowe.
- Proszę, to dla ciebie – niemal rzucił je na stół. – W ramach przeprosin.
To były dwutygodniowe wczasy na Krecie dla dwóch osób. Była przekonana, że w ten sposób chce coś naprawić, że być może jeszcze wszystko się między nimi ułoży. Spotkało ją jednak rozczarowanie.
- Ja nie dam rady pojechać. Zabierz ze sobą koleżankę, albo tego kierowcę – powiedział chłodno i nieco złośliwie.
Usłyszawszy to, niemal ścięło ją z nóg, ale szybko odzyskała równowagę.
- A żebyś wiedział, że zabiorę! – rzuciła mu w twarz.
Jednym ruchem ręki włożyła wszystko do torebki i pobiegła na przystanek. Wsiadła do miejskiego autobusu. Wypytała kierowcę o kolegę, który tamtego dnia odwiózł ją do domu. Z trudem, bo z trudem, ale w końcu udało jej się go odnaleźć.
Tego dnia prowadził autobus linii numer 13. Wsiadła do niego tylnymi drzwiami na przystanku w centrum miasta. Autobus był zatłoczony i sądziła, że być może nie tak od razu ją zauważy. Postanowiła pojechać autobusem do końca, na ostatni przystanek. I dopiero tam do niego podejść. Przez dłuższy czas podczas jazdy obserwowała go kątem oka. Wpatrywała się w niego, rejestrując niemal każdy jego ruch. Patrzyła, jak rozgląda się na boki obserwując jezdnię, to znów spogląda na drzwi, sprawdzając, czy oby jakiś spóźnialski pasażer nie dobiega w ostatnim momencie do autobusu. Czasem ruchem ręki przygładzał włosy. Innym razem sięgnął po coś do picia. Im bliżej końcowego przystanku, tym bardziej autobus pustoszał. Wreszcie, co było nieuniknione, musiał ją zauważyć. Nie wiedziała, że dostrzegł ją znacznie wcześniej. Skinął głową w jej kierunku na przywitanie i trochę jakby nerwowo poruszył się na siedzeniu. Przynajmniej tak jej się wydawało. Nie ruszyła się jednak z miejsca. Dopiero, kiedy autobus opuścił ostatni pasażer, podeszła do kierowcy.
- Jestem winna panu przeprosiny za tamten incydent. Nie sądziłam, że będzie miał takie konsekwencje – stanęła przed nim zawstydzona. – Jest mi niezwykle wstyd i przykro, że naraziłam pana i pańską żonę na takie przykrości. Proszę, to dla państwa w ramach przeprosin – podała mu skierowanie na wczasy i bilety lotnicze na Kretę. – Mam nadzieję, że żona zrozumie.
Zaskoczony mężczyzna, jakby nie dowierzał, że wszystko to dzieje się naprawdę i, czy oby powinien je zatrzymać. Potem spojrzał na Irenę, w jej, tego dnia niezapłakane, całkiem ładne oczy i nieco zrezygnowanym tonem odpowiedział:
- Dziękuję, ale chyba nie skorzystam. Wystarczą przeprosiny. Poza tym nie mam żony. - A potem dodał. – Niestety zmarła przed rokiem.
- Bardzo mi przykro, nie miałam pojęcia… - Irena poczuła się niezręcznie.
- No cóż, a to – tu wskazał na leżącą przed przednią szybą autobusu wczorajszą gazetę z ich wspólnym zdjęciem i roześmiał się. – Koledzy mi zazdrościli. Ja, taki szarak ze znaną osobą na pierwszych stronach gazet. Toż to dla mnie jedynie reklama – podśmiewywał się najwyraźniej zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie miała na sumieniu jego żony. Cała reszta była teraz drugorzędna, o czym nie omieszkała mu powiedzieć, namawiając kolejny raz do przyjęcia biletów.
- Jestem w takim momencie swojego życia, że muszę zacząć wszystko od nowa. Tak postanowiłam. A panu życzę przyjemnego pobytu na Krecie… - zdradziła, niemal siłą wepchnąwszy bilety w ręce mężczyzny, zamierzając pośpiesznie się oddalić.
- Zaraz, ale to jest dla dwóch osób – żachnął się kierowca.
Wcześniej przedstawił się. Na imię miał Aleksander.
– Nie zechce mi pani towarzyszyć?
- Chyba nie powinnam.
- Kreta może być tak samo dobrym miejscem, jak każde inne, żeby zacząć nowy rozdział w swoim życiu – podpowiadał jej swoim ciepłym, ujmującym głosem.
- Myśli pan? – niby trochę się zawahała.
- Jeśli tylko nie będzie miała pani nic przeciwko towarzystwu szarego, nic nieznaczącego obywatela…
- A pan przeciwko kobiecie, która dotąd znaczyła tyle samo, co nic – zdecydowała w jednym momencie, kończąc sekwencję.
W drodze powrotnej do domu zastanawiała się, czy oby dobrze zrobiła. Wmawiała sobie, że jeszcze jest czas, żeby wycofać się z wyjazdu, to znów przekonywała siebie, że być może los nie podsunie jej już podobnej okazji i bezwzględnie musi z niej skorzystać. Upewniła się, że dobrze zdecydowała po przekroczeniu progu mieszkania. Uderzająca cisza i smutek wyzierające z każdego kąta sprawiły, że jeszcze mocniej niż kiedyś zapragnęła znaleźć się w miejscu, gdzie chłód nie sięga.
Otoczyć się ciepłem, miejsca i kogoś serdecznego.
W miejscu, które przed laty wspólnie z Jerzym obrali do życia, niestety, zabrakło tego najważniejszego. Życia. Miłości. Miejsce to stało się krainą lodu. Lodów, które tak ciężko przełamać.
Kilka dni później przed startem w samolocie mówiła do siebie w myślach:
- Zapnij pasy bezpieczeństwa, Ireno. Startujesz w nowe życie. Zmów za siebie modlitwę i poproś Boga o szczęśliwe lądowanie. I niech już żadna góra lodowa nigdy nie stanie na twojej drodze.
- Nie myśl o tym, co było, Ireno. Szkoda na to życia – podpowiadał jej Aleks. - Myśl o tym, co przyniesie jutro. Od kiedy przestawiłem się na tryb myślenia o jutrze w pozytywnym znaczeniu, świat przestał mnie przytłaczać. Pokazuje mi wciąż nowe drogi i możliwości.
A potem dodał:
- Na jednej z tych dróg spotkałem ciebie.
- Jesteś pewien, że to nie ślepy zaułek? – ironizowała jak zawsze sceptyczna Irena.
- Mam nadzieję, że nie. Ty też tego nie chcesz, nieprawdaż?
Cóż mogła mu odpowiedzieć? Że już raz w jeden zabrnęła i wie, jak trudno się z niego wydostać? Że na błędach człowiek się uczy? Że nie ma ochoty jeszcze raz przez to przechodzić? W końcu, że zrobi wszystko, by odmienić swój los? Chyba nie musiała mu tego mówić. Czuła, że i bez tego doskonale ją rozumie. 
Posłała więc w jego kierunku płomienny uśmiech i życzyła jemu i sobie pomyślnego startu w nowe życie, i nade wszystko miękkiego lądowania.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...