piątek, 17 stycznia 2025

SZAFA GRA

 



Opowiadanie z tomiku "DAMA W WOALCE"

Zdjęcie: Pixabay
Słodkawy wermut smakował trochę jak sfermentowany kompot, do którego ktoś wsypał sproszkowane goździki i jakieś korzenne przyprawy. Niestety, był to jedyny trunek, jaki Teresa miała w swoim barku. Tkwił w nim od kilku miesięcy, podarowany z okazji imienin przez kogoś z rodziny. Nie była amatorką alkoholi, ale dzisiejszy dzień nie należał do zbytnio udanych, zwłaszcza w pracy. Wróciwszy więc do domu, w przypływie chwili sięgnęła po kieliszek wina, by nieco złagodzić towarzyszący jej od samego rana stres. Nawet nie zorientowała się, kiedy wychyliła go do dna. Wszystko działo się automatycznie, wydawać by się mogło, że bez jej udziału.
Wyglądało to trochę tak, jakby mózg nie rejestrował niektórych ruchów ciała, a już z całą pewnością nie tych, które uważał za mniej istotne. Nawet wtedy, gdy kolejny raz odruchowo sięgnęła po butelkę, by cierpkim płynem ponownie napełnić po brzeg szklany, podłużny kieliszek na długiej i cienkiej nóżce. Nachylała właśnie nad nim butelkę z winem, kiedy niemal w tym samym momencie nieoczekiwanie uwagę Teresy odwrócił jakiś zbłąkany ptak, który z całym impetem uderzył w przeszkolone z góry do dołu balkonowe drzwi. Stanowiły one wyjście wprost na niewielki taras. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Skierowawszy wzrok w tamtym kierunku, zdążyła jedynie dostrzec jego ciało na zimnej posadzce tarasu, zmagające się z tym, co nieuniknione.
Wiedziona zwykłą ciekawością, natychmiast zerwała się z wygodnego fotela znajdującego się niemalże przy samych drzwiach tarasowych, na którym to od prawie godziny odpoczywała po pracy. Wyjrzała przez nie, ale to, co zobaczyła, nie było przyjemne dla oka. Niestety, uderzenie było zbyt silne i nie pozostawiało złudzeń, co dalszego losu biednego ptaka. Przez chwilę przyglądała mu się ze współczuciem, podpatrując, jak nieszczęśnik trzepocze skrzydełkami i resztką sił usiłuje złapać odrobinę powietrza. Wszystko na próżno.
- Biedaku, przyleciałeś do mnie po śmierć – powiedziała tkliwie, użalając się nad jego losem. - Moje okna i drzwi są tak czyste, że nie zauważyłeś w nich szyby. Myślałeś, że wciąż jesteś w przestworzach.
Zrobiło jej się go po prostu żal.
- Mała, słaba istotka, w dodatku zakończyła swój żywot w tak bezsensowny sposób - pomyślała. Zresztą, każdy inny sposób rozstania się z tym światem, z pewnością też do takich by zaliczyła. I to nie tylko jakiegoś przygodnego ptaszka, ale wszystkich żyjących na ziemi istot.
Według Teresy śmierć była czymś kompletnie niezrozumiałym i bezsensownym. W czym niby miała komuś pomóc? W uzyskaniu życia wiecznego? Jeśli tak, to dlaczego nie tu, a gdzieś w jakimś obiecanym, odległym i nieznanym świecie, do którego rzekomo miała teleportować się dusza? Teresie podobało się na Ziemi i na myśl, że kiedyś będzie zmuszoną ją opuścić, dostawała gęsiej skórki. Wielokrotnie stawiała sobie pytanie: Dlaczego w nagrodę za dobre sprawowanie nie mogłaby pozostać tu na wieki? Po co miałaby udawać się gdzieś w nieznane i znów zaczynać wszystko od nowa? Nawet, gdyby tam, w zaświatach, egzystencja miałaby okazać się o wiele lepsza. Mimo wszystko byłoby to coś zupełnie innego niż dotąd. Nie miała żadnej gwarancji, że będzie w stanie zaakceptować nowe życie. A co, jeśli jej się tam nie spodoba?
Teraz, kiedy przyglądała się agonii biednego ptaka, znów naszły ją wątpliwości związane z życiem doczesnym i tym pozagrobowym. W głowie natychmiast pojawiło się kilka pytań, z tym podstawowym na czele. Czy taki ptak na przykład, też może liczyć na to, że przeniesie się do krainy wiecznej szczęśliwości? Czy święty Piotr jemu także otworzy bramy Niebios i pobłogosławi na przywitanie? Czy w ogóle zwierzęta mają duszę? Są przecież istotami żywymi i cierpią podobnie jak ludzie. Czy zatem nie powinny być traktowane w tych samych kategoriach, co człowiek?
Być może inni ludzie, będąc na jej miejscu, w ogóle nie mieliby takich dylematów. Po prostu pomyśleliby: „Jeden ptak więcej czy jeden mniej, co za różnica”. Ale nie Teresa. Śmierć biednego ptaka, która wydarzyła się na jej oczach, poruszyła ją do głębi. Co raz to spoglądała w tamtą stronę. Za każdym razem wzdrygała się na jego widok. Wreszcie za którymś razem pojawiły się u niej wyrzuty sumienia. Gdyby mogła przewidzieć, że tak skończy się jej wczorajsza, jak mawiała, szarpanina z oknami, zostawiłaby je zabrudzone.
- To przez moją nadgorliwość - wyrzucała sobie.
W zasadzie mogła jeszcze poczekać z myciem okien. Na dobrą sprawę wcale nie były takie brudne.
Może wtedy biedak zauważyłby na swojej drodze szybę i nie pomylił się tak sromotnie. Tyle że… szyby w jej oknach muszą bezwzględnie lśnić. I nie tylko szyby. Wszystko musi być bezwzględnie czyste i poukładane. Jest przecież pedantką. Może nie do przesady, ale poukładaną, obowiązkową i przykładną kobietą. Niemalże wzorem do naśladowania, zwłaszcza dla przykładnych gospodyń domowych. I nie dotyczyło to wyłącznie domu.
- W moim życiu wszystko ma swoje miejsce i swój czas - mawiała często.
Nazbyt często, nie zauważywszy, że przez tę niezwykłą pedanterię po drodze zbyt wiele jej umykało. Tych wielkich i małych chwil radości. Różnych, przewidzianych i nieprzewidzianych sytuacji, które były częścią jej życia, a o które nie zadbała należycie. Dlatego, że całe swoje serce i duszę wkładała bardziej w pielęgnację rzeczy martwych, niż rodzinnych więzów i przyjaźni. Poza tym do swojego życia wpuszczała tylko wybrane osoby. Te, które były w stanie jej się podporządkować. Buntowników natychmiast usuwała. W taki czy inny sposób, ale nigdy nie dawała im drugiej szansy. Ani na wytłumaczenie swojego zachowania, ani na poprawę. A potem, często rozżalona na los, który, jakby nie było sama sobie wybrała, swój wolny czas spędzała samotnie. Głównie w wielkim fotelu przed telewizorem. Zwykle zwinąwszy się w nim w kłębek jak kotka, gdzie bez trudu mieściła się w nim cała. Czasem wyglądało to tak, jakby chciała schować się w nim przed całym światem.
- Muszę coś z tobą zrobić, biedaku – powiedziała po chwili do martwego czarnego ptaszyska, otwarłszy na dobre tarasowe drzwi, przez które do wnętrza wpadło chłodne powietrze.
Ptak był całkiem sporych rozmiarów. Nie znała się na gatunkach ptaków. Nie umiała odgadnąć, czy to kruk, czy wrona, a może jeszcze coś innego. Zatrzęsła się tylko z zimna. Na zewnątrz z pewnością było nie więcej niż dziesięć stopni ciepła, ale zwłoki nieszczęśnika nie mogły leżeć tam bez końca.
Trzeba było wynieść je przed dom i włożyć do kubła na śmieci. Wycofała się więc czym prędzej z tarasu, po czym weszła do niewielkiego pomieszczenia, gdzie znajdowała się garderoba.
Koniecznością było włożenie na siebie swetra. Właśnie tam, a nie gdzie indziej spodziewała się go znaleźć.
Garderoba była oczkiem w głowie Teresy. Uwielbiała to miejsce. W obszernej szafie, która zajmowała całą jedną ścianę, za kilkoma rozsuwanymi drzwiami, mogła do woli wieszać i układać na półkach różnorakie stroje. A potem bez końca w nich przebierać, przymierzać, ubierać się w nie. Zwykle, kiedy już zajrzała do owej szafy, tkwiła przed nią dłuższy czas. Miała ona w sobie coś magicznego. Skłaniała do przemyśleń. Wystarczyło jedno spojrzenie na któryś z zalegających w szafie ubiorów, a Teresa niemal natychmiast wracała myślami do chwil, które w jakiś sposób się z nimi wiązały.
- Mój mały, wielki świat – mawiała zwykle przy takich okazjach. - Nie stać mnie na podróże, o których zawsze marzyłam. Ani na wielkie rauty, do których zresztą wcale nie tęskniłam, ale za to chociaż mogłam sobie czasami sprawić małą przyjemność w postaci ładnego ciuszka.
Teraz też głęboko westchnęła, dostrzegłszy na lustrze zawieszonym na jednej ze ścian, które oczywiście stanowiło nieodłączny element garderoby, przyklejoną tam nalepkę, piękny widoczek znad Lazurowego Wybrzeża. Wybierała się tam kiedyś. Nawet kupiła na tą okazję nowiuteńki, błękitno-chabrowy strój kąpielowy, który zachwycił ją swoim krojem i kolorami. Pamiętała, jak bardzo była rozegzaltowana, kiedy włożyła go na siebie pierwszy raz w przymierzalni jednego z butików. Wyglądała w nim niezwykle zgrabnie i ponętnie. Była przekonana, że dzięki niemu zrobi furorę na plaży i przyciągnie rozliczne męskie spojrzenia. Niestety, wszystko potoczyło się nie po jej myśli i ostatecznie nie pojechała w ten uroczy zakątek świata. A szkoda, bo ilekroć spoglądała w lustro z przyklejonym do niego nadmorskim widoczkiem, nie przestawała żałować. Seksowny strój kąpielowy zaś wylądował w jednej z szuflad i wciśnięty pomiędzy inne części bielizny, spokojnie czekał na lepsze czasy.
Ale teraz chwila nie była ku temu, by znów wzdychać do urokliwych palm i piaszczystej plaży na wyklejance. Na uwadze miała coś innego. Na tarasie leżał martwy ptak i czekał, aż zajmie się jego pochówkiem. Rozsunęła więc niemal bezszelestnie jedne z wielu drzwi w szafie, by zdjąć z wieszaka ciepły sweter albo dresową bluzę. Ostatecznie zdecydowała się na to drugie, polarową bluzę w kolorze zgniłej zieleni. Jednakże w trakcie zdejmowania jej z wieszaka, przez nieuwagę zahaczyła ręką i zrzuciła nieopatrznie trzy sukienki z innych wieszaków. Natychmiast się schyliła, by je podnieść i umieścić na swoim miejscu. Zanim jednak tak się stało, na moment wzięła do ręki jedną z nich. W kolorze ciemnej wiśni, z dekoltem z przodu i z tyłu, podkreślonym srebrną lamówką z drobniutkich, lśniących koralików, przypominających maleńkie łezki. Odruchowo przyłożyła sukienkę do twarzy. Zapragnęła poczuć jej miękkość i zapach. Miała do niej szczególny sentyment. Było kilka powodów, dla których ją polubiła. Świetny gatunkowo materiał, piękny, wyrazisty kolor i zawsze modny fason. Ale nade wszystko budziła w niej miłe wspomnienia. Szkoda, że już tylko wspomnienia.
To właśnie ją miała na sobie, kiedy pojawiła się na balu dobroczynnym w swojej miejscowości, niewielkiej wiosce na Podbeskidziu. Większość kobiet, jak na wiejski bal przystało, ubrana była skromnie. Tylko ona wyróżniała się przepychem.
Sukienkę dostała od Damiana, pierwszego życiowego partnera. Damian był częstym gościem na warszawskich salonach i przywykł do tego, że tam liczy się przede wszystkim luksus. Zawsze mawiał, że trzeba wyróżniać się z tłumu, by być zauważonym. Czasem używał słów „spośród motłochu”, co trochę ją denerwowało. Kompletnie nie brał pod uwagę tego, że tu, gdzie mieszkała, panowały dokładnie odwrotne zasady. Wyróżnianie się z tłumu było niemile widziane, poczytywane za pewnego rodzaju szpan. Ponadto Damian zarzucał partnerce brak przebojowości, co też ją irytowało, bo czyż każdy człowiek musi rwać do przodu, niczym lokomotywa? Są jeszcze przecież wagoniki, bez których lokomotywa nie miałaby sensu istnienia. Takie normalne, podobne do siebie jak dwie krople wody, ale każdy z nich ma swoje zadanie. Przewieźć konkretnych ludzi lub konkretne towary. Ona właśnie czuła się takim wagonikiem, który przyczepiony do czegoś, co nazywało się życiem, spokojnie podążał do celu, nie wyrywając się zbytnio przed szereg. A już z całą pewnością nie chciał zastąpić lokomotywy. Teresie wystarczyło, że Damian doskonale czuł się w tej roli. Niestety jej partner nie rozumiał, dlaczego tak a nie inaczej podchodzi do życia.
- Może powinienem wysłać cię na naukę do mojej matki – mawiał czasami, kiedy chciał ją zdenerwować. I w gruncie rzeczy osiągał swój cel. Irytowała się bardzo. I to jego: – Nikt lepiej cię tego nie nauczy od rodowitej warszawianki – puszył się. – Bez tego w Warszawie byś zginęła…
Nie potrafiła policzyć, ile razy już to słyszała. Ale potrafiła się „odszczekać”.
- Czy oby na pewno chodzi ci o przebojowość, czy raczej o zwykłe warszawskie cwaniactwo? – odpowiadała zwykle zła jak osa.
Nie znosiła, kiedy próbował udowodnić jej i wszystkim wokół, iż na stolicy i jego mieszkańcach świat się kończy. A poza nią wszystko inne to miernota. Jeszcze bardziej denerwowało ją, kiedy próbował wmówić jej, iż każdy powinien dostosować się do tempa, jakie oni, warszawiacy, narzucają pozostałym obywatelom naszego kraju. Dostosować się do chaosu, gwaru, dążenia do celu za wszelką cenę, często po trupach.
To nie był jej świat. Nie miała zamiaru brać udziału w wyścigu szczurów.
Od Damiana Teresa dostała jeszcze kilka innych, pięknych kreacji, które teraz zalegały w szafie.
Większość z nich nadawała się tylko na szczególnie uroczyste okazje, a tych, niestety, na wsi trudno było uświadczyć. Miejscowość, w której mieszkała nie była typową wsią. Raczej przypominała wielkie osiedle domków jednorodzinnych, pośród których nie brak było i eleganckich willi, ale i tak panowały tu raczej zaściankowe zwyczaje.
- Kupię ci taką willę albo jeszcze ładniejszą w Warszawie – obiecywał Damian, kiedy zachwycała się nimi podczas częstych wspólnych spacerów.
Namawiał ją, żeby rzuciła wszystko i zamieszkała z nim w stolicy. Ale ona nie zamierzała ulec namowom, kwitując zwykle wszystko kilkoma słowami, za to bardzo zdecydowanie.
- Nie. Tu jest mój dom. Nie widzę siebie w stolicy. Nie wytrzymałabym tam ani jednego dnia.
Dom odziedziczyła po rodzicach. Mały, skromny, ale z tarasem na południową stronę i balkonem na wschód. Zadłużyła się sporo, żeby go wyremontować i doprowadzić wszystko do porządku, łącznie z niewielkim ogródkiem wokół niego. Ogrom włożonych w to prac i pieniędzy niejako sprawił, że czuła się z nim związana w szczególny sposób. Ponadto stale towarzyszyło jej przekonanie, że tu jest panią na włościach. I co najważniejsze, było jej z tym niezmiernie komfortowo.
- Nie lubię tego całego blichtru, nieustającej konkurencji, hałasu samochodów, smrodu spalin – tłumaczyła zwykle Damianowi. - A poza tym, źle bym się czuła wśród twoich znajomych, warszawiaków.
- Jakich warszawiaków? - dziwił się zwykle Damian. - Większość mieszkańców stolicy to przyjezdni. Prawdziwego warszawiaka ze świecą szukać! - Usiłował ją wtedy przekonywać, zapominając niejako, albo raczej celowo pomijając fakt, że przecież stale powołuje się na ich wyższość nad innymi mieszkańcami naszego kraju.
- Mimo wszystko czułabym się, jak oni mawiają, tylko wieśniaczką.
- Ty masz lepsze maniery od niejednego z nich – na tę okoliczność Damian nieco odpuszczał i trochę jakby pokorniał. - Jesteś kulturalna, wykształcona, obyta ze światem. Czego można chcieć więcej?
- Może lepszego pochodzenia? - odpowiadała wtedy.
Nie rozumiał jej dylematów. Nie urodził się na wsi, tylko w stolicy. Na wiele spraw patrzył całkiem inaczej. Różnili się, i to bardzo. Tak bardzo, że w końcu zaczęło im to przeszkadzać. On chciał przeć do przodu i błyszczeć, ona schować się w mysiej dziurce i robić swoje. Tak w wielkim skrócie można by opisać ich charaktery, które, jak się z czasem okazało, na dłuższą metę były nie do pogodzenia. Wysiłek nad dążeniem do wspólnych kompromisów nie przynosił rezultatów.
Miejsce po Damianie zajął Krzysztof, dziennikarz z zawodu, obieżyświat i trochę lekkoduch. Miał jednak w sobie to coś, co jak magnez przyciągało kobiety. Niezwykłą południową urodę i dar rozkochiwania w sobie nawet najbardziej obojętnych na męskie wdzięki kobiet. Nie trudno więc się dziwić, że wpadła w jego sidła jak bezbronny motyl.
W szafie Teresy wisiało kilka sukienek z tamtego okresu, które co prawda nie kupił jej Krzysztof, tylko ona sama, ale wiązały się z nimi całkiem miłe wspomnienia. W czerwonej, nieco frywolnej, ale za to z cieniutką i delikatną jak mgiełka krótką marynareczką w kolorze starego złota, zabierał ją zwykle na bankiety w wydawnictwie. W beżowym spodnium, w nieco ciemniejsze, drobne paseczki – do pubu albo na wizyty u swoich licznych znajomych. Kilka krótkich spódniczek w różnych fasonach i kolorach, tudzież zgrabnych i obcisłych bluzeczek, zakładała zwykle na jego powrót. Chyba że wracał nocną porą, wtedy o spódniczkach i bluzeczkach należało raczej zapomnieć.
Trzeba przyznać, że wyjazdy i powroty Krzysztofa z rozlicznych podróży były ich chlebem powszednim, ale Teresa nie potrafiła się do nich przyzwyczaić. I właśnie te podróże z czasem poróżniły ich na tyle, że wzajemne fascynacje sobą szybko przerodziły się w niekończące się kłótnie kochanków.
- Zabierz mnie ze sobą choć raz – stale błagała Krzysztofa, kiedy kolejny raz pakował swoją walizkę i przymierzał się do służbowego wyjazdu w odległe zakątki naszego globu.
Dalekie podróże zawsze były szczytem marzeń Teresy, niestety wciąż niespełnionych.
- To niemożliwe. Firma nie poniesie kosztów związanych z twoim wyjazdem – bronił się Krzysztof.
- Firma nie, ale ty przecież możesz. Raz, jedyny raz – błagała.
- Nie zgodzą się na to – wysuwał kolejne argumenty.
- Niby czemu? Wcale nie musisz im o tym mówić, i w ostateczności sama zapłacę za swój wyjazd – upierała się desperacko.
Krzysztof jednak nie brał pod uwagę takiej opcji. Wpędzało ją to we frustrację. Chciała być razem z nim. Męczyły ją te ciągłe rozstania. No i ciekawa była dalekich krajów.
- On nie jest wobec ciebie szczery – przekonywała ją Weronika, przyjaciółka Teresy, kiedy potem wypłakiwała się na jej ramieniu. - Coś ukrywa – usiłowała wzbudzić w niej podejrzenia.
- Myślisz, że ma inną kobietę? - zaczęła się na dobre zamartwiać.
- Nie wiem, ale coś tu nie gra. A może on nie chce się z tobą wiązać? Woli mieć cię tak z doskoku?
Radziła zapytać go o to wprost. Gdyby wtedy nie skorzystała z jej rady, kto wie, może byliby parą do dzisiaj. A tak, postawiony pod ścianą, przestraszył się i szybko zakończył związek.
- Nie znoszę, kiedy kobiety dybią na moją niezależność – powiedział wówczas wprost.
W chwilach rozstania nie myśli się na ogół logicznie i o wielu rzeczach zapomina. Zapomniała mu wtedy wytknąć, że jakoś nie myślał o swojej niezależności, kiedy po każdym wyjeździe przywoził jej walizę brudnych rzeczy do prania i domagał się dobrego jedzenia.
- Wiesz, kochanie, w samolotach dają do jedzenia takie byle co. A lokalne restauracje serwują zwykle swoje rodzime potrawy, które nie zawsze są zjadliwe – narzekał, prosząc, żeby zrobiła wreszcie coś normalnego.
A ona, głupia, dwoiła się i troiła, by zadowolić jego wyszukane podniebienie. Zawsze też dokładała starań, by na jego przyjazd w domu wszystko lśniło, bo jak mawiał, uwielbiał porządek. Powinna była wtedy przypomnieć mu, że ma dwie ręce i jest przecież niezależny, ale tego nie zrobiła. Teraz żałowała. Takie sytuacje jak te, wręcz były doskonałym dowodem na to, jak ten rzekomo niezależny mężczyzna wręcz bardzo lubił być od niej zależny. Zanim jednak doszło do ich rozstania, kupił jej w Kopenhadze strój do tenisa. Krótką, białą spódniczkę i bluzeczkę w tym samym kolorze z delikatnymi, granatowymi wstawkami po bokach i na rękawkach oraz z czarną aplikacją pewnej znanej marki na kieszonce.
- Dla siebie kupiłem podobny – powiedział po powrocie z podróży. - To na pamiątkę.
- Jaką pamiątkę​? - dziwiła się.
Okazało się później, że na pamiątkę ich związku, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziała.
- Ależ kochanie, ja nie umiem grać w tenisa! Nawet nie wiem, gdzie znajdują się najbliższe korty tenisowe... - martwiła się, oczywiście całkiem niepotrzebnie.
Krzysztof nie zamierzał nigdy z nią zagrać. To miała być jedynie pamiątka, jak podkreślił. Teraz ta pamiątka wisiała na jednym z wieszaków w szafie i zajmowała, wprawdzie niewiele, ale zawsze trochę miejsca.
Przyjemne odczucie, jakie spowodowało przytknięcie delikatnego, bordowego materiału wprost do policzków Teresy nie mogło przecież trwać bez końca. Po chwili zdecydowała się włożyć bordową sukienkę na swoje miejsce do szafy. Swoje, to znaczy tam, gdzie powinna się znajdować, koło „sukienek z czasów Damiana” i zarazem na granicy tych z „czasów Krzysztofa”. Całkiem blisko osławionego stroju do tenisa. Wszystko w odpowiedniej chronologicznej kolejności. Dwie kolejne, które zsunęły się z wieszaka razem z bordową, też powiesiła na swoim miejscu. Potem włożyła na siebie ciepłą bluzę od dresu, zastanawiając się jednocześnie, gdzie może być szufelka albo kawałek tektury, na którą zamierzała włożyć zwłoki czarnego ptaszyska, by potem wynieść je na śmietnik. Nim jednak zdołała ustalić miejsce ich przechowywania, jeszcze raz spojrzała na swoją długą i przestronną szafę.
Szafa w garderobie, a właściwie jej zawartość, stanowiła jakby swoisty przekrój całego dorosłego życia Teresy. Takie „tekstylne” archiwum jej bycia i niebycia wraz z pamiątkami po dawnych związkach z mężczyznami. Za każdym razem, ilekroć ją otwierała, wracały do niej wspomnienia. Kiedyś podzieliła się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółką Wiktorią, ale ta słuchając jej opowieści ułożyła usta w podkówkę skierowaną w dół, co miało oznaczać niezadowolenie, albo raczej wyraz głupoty Teresy, i powiedziała:
- To jest wariactwo! Musisz się tak katować?
- Muszę, nie muszę. Widocznie muszę - odpowiadała sobie potem w myślach.
A może był to pewien rodzaj kary dla jej skołatanej duszy, którą podświadomie sobie nałożyła?
Tylko za co? Za to, że nie udało jej się utrzymać żadnego ze związków? Tak czy inaczej, wszystkie tekstylne pamiątki pieczołowicie gromadziła w swojej szafie, dbając o to, by nie zjadły ich mole ani inne paskudztwa. Niczego nie wyrzucała, prócz podniszczonej bielizny i rajstop z dziurami i lecącymi oczkami.
Kiedy Krzysztof zniknął z jej życia, przyrzekła sobie, że nie zwiąże się już z żadnym facetem.
- Wystarczy tego dobrego – mówiła wtedy z przekorą do Wiktorii.
- Bo ty jesteś głupia – usłyszała wtedy.
Wiktoria miała to do siebie, że na ogół bywała szczera do bólu. Czemu tym razem miałoby być inaczej? Nie dziwiło więc ją, że rozmawia z nią bezpardonowo.
- Powinnaś traktować mężczyzn wyłącznie instrumentalnie – pouczała przyjaciółkę. - Jak modliszka. Seks i do widzenia...
- Nie, nie, oni nie są zjadliwi – siliła się na żart, pamiętając o tym, że modliszki zawsze na koniec zjadają swoich seksualnych partnerów.
Jednakże nieukojony żal i rozgoryczenie, jakie pozostawił po sobie Krzysztof, sprawiły, że o męskim gatunku zaczęła myśleć wyłącznie w kategoriach: zdeptać, zniszczyć, usunąć. Takie postrzeganie mężczyzn z czasem doprowadziło nieszczęsną Teresę do coraz to większej frustracji, objawiającej się narastającą złością, którą konsekwentnie w sobie dusiła. Złość ma to do siebie, że na dłuższą metę nie da się jej stłamsić. Prędzej czy później uzewnętrzni się. Czasem zacznie uchodzić powoli, czasem długotrwale. Bywa też, że wybucha niczym gejzer z piekielnej otchłani. Złość Teresy wybrała formę pomiędzy. Nie za wolno, ale też nie gwałtownie. Potrzebny jednak do tego był odpowiedni obiekt, czyli jakiś mężczyzna. Jak zwykle przyszła jej z pomocą przyjaciółka Wiktoria.
- Właśnie go znalazłam – usłyszała od niej któregoś dnia. – I nie mów mi, że cię to nie interesuje, bo od tej skrywanej złości często robisz się nadęta jak balon i czerwona niczym piwonia. Tylko patrzeć jak eksplodujesz!
- Jest aż tak źle? – trochę się przeraziła, słysząc jej słowa.
- Jest jeszcze gorzej! Dlatego nie zastanawiaj się, kiedy ktoś podaje ci coś na tacy, tylko bierz! Nie pożałujesz! To będzie takie dwa w jednym: Zemsta i przyjemność!
Na początku nie bardzo wiedziała, co to miało oznaczać, ale kiedy na swoim urodzinowym przyjęciu przedstawiła jej Karola, obie były co do tego zgodne. To jest to, czyli ten odpowiedni obiekt. Do wykorzystania.
Karol był całkiem przeciętny. Właściwie we wszystkim, co robił i co sobą reprezentował, z wyglądem zewnętrznym włącznie. Jego nieprzeciętność objawiała się tylko w jednej dziedzinie. Jak zapewniała ją przyjaciółka, w seksie.
- Wszystkie kobiety za nim szaleją, podobno jest taki w tym dobry. – A potem dodała. – Spójrz tylko, wręcz pożera cię wzrokiem! Co ci szkodzi wykorzystać go i porzucić? Poza tym nie muszę cię chyba przekonywać, że przydałaby by ci się porcja zdrowego seksu. Dobrego seksu. Nie takie tam byle co, co zwykle serwują nam ci wszyscy nieudacznicy. Słyszałam też, że ponadto seks potrafi uleczyć wszystkie choroby – trajkotała. – Będziesz więc miała dwa w jednym, a może i trzy.
Teresa nie była co do tego do końca pewna, bo zawsze słyszała, że to miłość daje chęć do życia i potrafi zwalczyć nawet najcięższą chorobę. Ale, żeby seks? Postanowiła to jednak sprawdzić.
Po czasie uznała, że skoro rzeczywiście Karol na nią leci, to z tego napalenia może wyjść coś całkiem fajnego, oczywiście w łóżku. No i może w ten sposób rzeczywiście upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu. Tym razem to ona będzie tą wykorzystującą. Nie zamierzała bynajmniej angażować się uczuciowo. Karol chyba też nie, bo stale mówił tylko o jednym, o seksie. Uprawiać chciał go codziennie i to zwykle kilkakrotnie. Na początku nawet jej się to podobało. Ale z czasem, w przeciwieństwie do Karola, poczuła jego nadmiar i powoli zaczynała tracić ochotę na te damsko-męskie zabawy. Przesyt bywa zwykle gorszy od niedosytu. Co prawda z jednego i z drugiego można dostać mdłości, ale w przypadku niedosytu nie ma czym wymiotować.
- Zwolnijmy trochę tempo - zaproponowała, kiedy zaczęła tracić ochotę na miłosne z nim igraszki – albo odpocznijmy od siebie na parę dni.
- Nie ma mowy! - zirytował się Karol. - Szkoda każdego dnia. Za dwa, najdalej trzy lata, będziesz już stara i kto wtedy będzie chciał się z tobą kochać? Korzystaj, póki możesz! - wypalił ni z gruszki ni z pietruszki.
Dostał za to po twarzy, albo jak kto woli, z liścia. Miała wtedy trzydzieści pięć lat i uznała, że grubo przesadził. Nie czuła się wcale jak przekwitnięty kwiat, ani tym bardziej nie zamierzała w najbliższej przyszłości zostać babcią. Nie miała nawet jednego siwego włosa i wciąż doskonałą figurę, nie wspominając już o świetnej kondycji fizycznej.
Tymczasem Karol policzek potraktował jako śmiertelną obrazę i jeszcze tego samego dnia spakował swoje zabawki. Już następnego dnia „zadołował się” u pewnej Matyldy, a Teresa miała to, co chciała, upragniony odpoczynek od seksu. Nie na długo jednak, bo wkrótce pojawił się Krystian. Wracając do Karola, została jej po nim tylko jedna bluzka, którą kiedyś kupił jej na urodziny i to w niezbyt dobrym guście, więc nie miała czego żałować.
Za to Krystian był wyjątkowo wyczulony na wszelkie piękno i to nie tylko to kobiece. Uwielbiał malować, chodzić do teatru, opery, pisał książki. Był bardzo delikatny w każdej swojej ocenie, bał się kogokolwiek urazić. Jego subtelności nie było granic.
- To jest mężczyzna, o jakim marzyłam przez całe życie – stwierdziła już po paru dniach znajomości i bez najmniejszych zastrzeżeń przyjęła go pod swój dach.
Krystian zasypywał ją piękną biżuterią i wyszukanymi strojami. Każda podarowana przez niego sukienka, zwykle romantyczna, czasem wręcz bajeczna, to było jedyne w swoim rodzaju małe dzieło sztuki. Teresa była wprost oczarowana. Nim samym i podarunkami, którymi stale ją obdarowywał. Koleżanki jej zazdrościły. Najbardziej Wiktoria.
- Ale ci się trafił frajer! - nie przebierała w słowach. - Jak ty to robisz, że zadajesz się z tak skrajnie różnymi facetami? - Pytała, dziwiąc sie jednocześnie, co raz to częstując ją złośliwymi docinkami.
Gdyby Teresa chciała udzielić jej odpowiedzi na to pytanie, najpierw powinna była sama sobie na nie odpowiedzieć. Nawet próbowała, ale w tym temacie napotykała na niezwykłą trudność. Jedyna sensowna podpowiedź, jaka jej się dotąd nasunęła, to – kompletny brak wyczucia i rozsądku. I to by było w zasadzie tyle.
Sielanka z Krystianem trwała kilka lat i Teresa była nawet skłonna wyjść za niego za mąż. Tyle że Krystian jakoś wcale nie kwapił się, by poprosić ją o rękę. Nauczona na własnych błędach, tym razem nie przypierała go do muru, bojąc się, by historia się nie powtórzyła. Przez te wszystkie lata Krystian oddawał się swoim pasjom, a ona patrzyła na to z boku. Kiedy nie pisał, malował. A kiedy nie malował i nie pisał, próbował swoich sił w rzeźbieniu w drewnie. Trzeba przyznać, miał talent, ale jak każdy artysta potrzebował ciągle nowych wyzwań i nade wszystko natchnienia. Szybko okazało się, że znalazł je w ramionach chudej blondynki o długich włosach i równie długich nogach. Miała na imię Zuzanna i od pewnego czasu królowała niemal na wszystkich sztalugach, ustawionych przez Krystiana w domu Teresy. Tłumaczył jej wtedy, że Zuzanna jest niezwykle piękna i ponętna, i obrazy z jej wizerunkiem wyjątkowo dobrze się sprzedają.
- Dostaję za nie całkiem sporą kasę. To nas ustawi na ładnych parę lat – wmawiał jej z miną wniebowziętego królewicza.
Z początku nawet zaczynała w to wierzyć, bo od niepamiętnych czasów, wreszcie zaczął dokładać się do rachunków za utrzymanie domu i jedzenie. Ale, kiedy pewnego, skwarnego popołudnia, przyłapała ich w swoim salonie na dywanie, i bez ubrania, zmieniła zdanie co do Krystiana i dalszych ich wspólnych losów.
- Rzeczywiście, na zewnątrz jest upał nie do wytrzymania, więc mogę zrozumieć brak waszych strojów – drwiła z nich. – Ale, żeby tarzać się nago po brudnym dywanie, na którym swoje kłaki stale rozrzuca nasza suczka Diana, w dodatku mająca owsiki, to już kompletny brak odpowiedzialności! - grzmiała rozsierdzona. - Właśnie kupiłam jej lekarstwo na odrobaczenie – dodała, i by przypieczętować swoją prawdomówność, niby zaczęła szukać go w torbie wśród rozlicznych zakupów, które tego dnia zrobiła. Po jej przedmowie długonoga blond piękność rzuciła się natychmiast do łazienki, ale Teresa była na tyle sprytna i zagrodziła jej drogę.
- O, wypraszam sobie! Nie wpuszczam obcych do mojej łazienki! Nie wiadomo, czym mogliby mnie zarazić! Teraz trzeba bardzo uważać. Na każdym kroku można zarazić się wirusowym zapaleniem wątroby. Że nie wspomnę o hifie.
Wyczulony na wszelkie piękno tego świata Krystian, po tym incydencie nie zagrzał długo miejsca u Teresy. Próbował jeszcze przepraszać i bajerować, ale nie była na tyle głupia, żeby mu wybaczyć. Przeciwnie, poszła po rozum do głowy i przyrzekła sobie, tym razem na dobre, że jeśli jeszcze kiedykolwiek zwiąże się z jakimś facetem, to musi to być mężczyzna normalny. Nie malarz, nie poeta, nie podróżnik, ani nie seksoholik, tylko zwykły, najnormalniejszy facet pod słońcem.
I w końcu taki się napatoczył. Był całkiem przeciętny. Nawet imię miał zwyczajne, Bolek. Tyle że ten całkiem zwyczajny facet, nie miał w zwyczaju kupować kobiecie sukienek, a tym bardziej biżuterii.
Tak więc w jej szafie nie wisiał żaden ciuch, na który mogłaby sobie spojrzeć i skojarzyć go z Bolkiem. Na razie, oczywiście.
Bolek był jak większość mężczyzn. Chodził po domu w slipkach, nie uznawał piżamy, zapomniał opuszczać klapę sedesu i rzadko mył zęby. Pieniędzy brakowało mu zwykle już w połowie miesiąca i nieustająco zaciągał w bankach kredyty. Koszulę zmieniał raz w tygodniu i stale dopominał się jedzenia. Czasem wypił sobie piwko, czasem wykosztował się na kupon totolotka, to znów wrócił z pracy mocno podchmielony. Z reguły chodził nieogolony i zazwyczaj bywał zazdrosny o byle co. Obiecywał złote góry, ale potykał się na zwykłych pagórkach. Ale poza tym był „normalny”. Czasem mieszkał u niej, to znów na kilka dni wyprowadzał się do siebie. Tak jak i tym razem. Nawet jej to pasowało, bo wtedy na te kilka dni mogli od siebie odpocząć, by po jakimś czasie znów za sobą zatęsknić.
Z rozmyślań nad nieubłaganie uciekającym czasem i nieudanymi związkami z mężczyznami, po których zostawało jej w szafie parę ciuszków i trochę wspomnień, nieoczekiwanie wyrwał Teresę dźwięk telefonu. Podbiegając do niego, po drodze zauważyła w kącie za komodą czerwoną szufelkę, której tak pilnie poszukiwała w swoich myślach. Zdziwiła się na jej widok, bo nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek chowała ją w tym miejscu. Najwyraźniej zrobiła to przez roztargnienie. Najważniejsze, że się odnalazła i mogła teraz bez przeszkód użyć jej jako środka transportu tragicznie zmarłego ptaszyska na miejsce jego wiekuistego spoczynku.
- Słucham – powiedziała do słuchawki, a właściwie do tego kogoś po drugiej stronie telefonicznego kabla.
- No, jesteś! A już myślałem, że cię nie ma. Dlaczego tak długo? - pytał zniecierpliwiony jak zawsze Bolek.
- Przecież odbieram normalnie, po czwartym sygnale – zirytowała się nieco, słysząc jego głos.
Nieszczególnie miała teraz ochotę na rozmowę z nim, a co dopiero na to, co chwilę później zaproponował.
- Będę u ciebie za kwadrans. Kupiłem bilety do kina, a po kinie urządzimy sobie kolację i małe sekscesy! Co ty na to? - Pytał właściwie czysto retorycznie, bo i tak nigdy nie brał pod uwagę jej zdania.
- Wiesz, że nie lubię, kiedy stawiasz mnie przed faktem dokonanym – odparła niezadowolona. - A może mam na dzisiejszy wieczór inne plany?
- Jakie inne plany? - teraz na odmianę w jego głosie dało się wyczuć pewną konsternację. - To już przestałem być dla ciebie najważniejszy?
- Tego nie powiedziałam, ale są sprawy równie ważne...
Nie dał jej dokończyć zdania, jak zwykle zalewając potokiem słów, który tradycyjnie działał na nią jak kubeł zimnej wody, przypominając w ten sposób o hierarchii osób i wydarzeń w jej życiu.
- Na przykład prasowanie, które odkładam już od tygodnia i wizytę u ojca. Przecież wspominałam ci, że jest chory – wyjaśniła, kiedy wreszcie dopuścił ją do słowa.
- Jak sobie chcesz – syknął niczym wygłodniała kobra. – Tylko, żebyś potem nie żałowała.
Wykosztowałem się na te bilety i szkoda, żeby się zmarnowały. W takim razie zaproponuję kino Beacie – próbował ją zaszantażować. Doskonale wiedział, że jest o nią zazdrosna. Podobnie jak wszystkie kobiety w okolicy w promieniu pięciu mil. Beata należała do tych kobiet, na które wystarczyło skinąć ręką, a natychmiast pakowały się do łóżka każdemu mężczyźnie. Za jej sprawą rozpadały się niejedne, nawet najtrwalsze związki.
- Ty i te twoje porządki – narzekał Bolek.
- I chory ojciec – dodała. - Jest sam, nie mogę zostawić go na pastwę losu. Muszę się nim zająć. To mój święty obowiązek.
W odpowiedzi w słuchawce usłyszała krótki, przerywany sygnał, co mogło oznaczać nie inaczej, tylko, że się obraził. Specjalnie się tym nie przejęła. Chciała nawet wziąć z tego powodu głęboki oddech, ale nie zdążyła. W tym samym momencie bowiem usłyszała natarczywy dzwonek u drzwi. Tak dzwonił tylko Bolek, więc podeszła do nich z niepokojem.
- Mogłam się domyślić! Telefonowałeś z komórki pod moimi drzwiami! – Uniosła się gniewem, ujrzawszy go z butelką wina w ręce.
- To jest do kolacji, którą, oczywiście zrobisz po seansie filmowym – oznajmił rozbrajająco.
Jeszcze na dobre nie przekroczył progu, a już zaczął zasypywać ją mnóstwem pytań.
- Co robisz? - spytał, widząc, że drzwi szafy w garderobie są otwarte na maksa. - Znowu nie masz się w co ubrać? - ironizował.
- To też, ale teraz robię porządki, nie wspominałam ci? - skłamała.
- Mówiłaś coś o prasowaniu...
- No właśnie! - Była nieugięta, dając mu do zrozumienia, że nie ma na niego ochoty, proponując jednocześnie, by przełożyć spotkanie na jutro.
- Z drugiej strony, dobrze, że się zjawiłeś. Mam dla ciebie robotę – wpadła nagle na pomysł, że jego niespodziewana wizyta może przełożyć się na pewnego rodzaju korzyść, w wyniku której pozbędzie się „martwego” problemu, i zaciągnęła go od razu na taras, namawiając do pomocy przy uprzątnięciu przygodnego samobójcy.
Na jego widok Bolek obruszył się i wyglądało na to, że nie zamierza w tej sprawie kiwnąć palcem. Przyglądał się Teresie spode łba, usilnie szukając w swojej głowie, jak zawsze w takich sytuacjach, kilku wyświechtanych frazesów, które w sposób skuteczny wyzwoliłyby go od tej niemiłej czynności. Ale tym razem nie zamierzała ich słuchać. Zostawiła go sam na sam ze zwłokami i natychmiast swoje kroki skierowała ponownie w kierunku garderoby.
- Po co ci tyle ciuchów? - Pytał z ironią w głosie chwilkę później, kiedy powróciła do garderoby, a on krok w krok za nią.
Nie zwracała jednak na niego szczególnej uwagi, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli przeglądaniu zawartości szafy. Bolek w międzyczasie dotknął ręką jednej z sukienek.
- Ta na przykład, wygląda jak wielki namiot... – silił się na niezbyt wyrafinowany komentarz.
- O, wypraszam sobie! Taka była wtedy moda, a poza tym dostałam ją od Damiana. To bardzo drogi materiał.
Była zła i nie przebierała w słowach. Przy okazji nie zapomniała mu napomknąć, że jak na razie, od niego niczego nie dostała. Bolek natychmiast pośpieszył z ciętą ripostą. W tym akurat był mistrzem. Natychmiast przypomniał jej, która sukienka po kim jest pamiątką. Dodał jeszcze, że jak na jedną kobietę, to tych facetów było wystarczająco sporo. W dodatku po każdym z nich, tylko to jej pozostało, tych parę starych szmat.
- No widzisz! - uniosła się. - Mam w sercu i zarazem w swojej szafie sporo miejsca! Dla ciebie też się znalazło, ale nie potrafisz tego docenić – powiedziała przekornie. - Szkoda tylko, że nie bardzo będę miała czym się pochwalić, kiedy zakończy się nasz związek.
- Nie zamierzam od ciebie odchodzić, ale ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że to nieuniknione – skomentował jej ostatnie zdanie.
W odczuciu Bolka Teresa szarpała się sama ze sobą, niczym pliszka wrzucona przez skautów w ognisko. Pomiędzy jednym językiem płomienia a drugim. Wszystko wokół stało w ogniu, albo już dawno się spaliło, tylko ona wciąż dzielnie walczyła, próbując ujść z tego cało. Spalona na ciele i duszy wciąż trwała. Pytanie tylko, jak długo jeszcze?
Bolek nie omieszkał dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty dołączyć do tego rytualnego tańca na pogorzelisku przeszłości, które wciąż podsycała w swoich myślach. Nie chciałby też stać się, tak jak ona, niewolnikiem porządków i bez końca dopieszczać każdy martwy przedmiot w ich otoczeniu.
Nie pierwszy raz przypomniał jej o tym, że są w życiu ważniejsze sprawy.
- Przez tą twoją niewidzialną szybę, którą ustawiłaś na swojej drodze rozbijają się wszyscy twoi partnerzy. Któregoś dnia i ty sama się na nią nadziejesz... Obyś nie zginęła jak ten ptak.
- Jak to? - Zdziwiła się, wsłuchując się uważnie w to, co mówi, domagając się wyjaśnień.
- Ty i twój dom lśni czystością. Jak te szyby w oknach. Trudno dostrzec, gdzie kończy się wolna przestrzeń, a gdzie zaczyna twoje prywatne królestwo z napisem „Wstęp wzbroniony!”. Kiedy ktoś nieopatrznie, albo celowo próbuje przekroczyć tą niewidzialną granicę, rozbija się o twoje nieskazitelnie czyste, poukładane i zawsze bezwzględnie zaplanowane życie. I prędzej czy później ginie jak ten ptak.
Teresa spojrzała na Bolka, tego samego, o którym zawsze myślała, że niewiele potrafi dostrzec, poza czubkiem własnego nosa, piwem, krzyżówkami, telewizorem i całą resztą. Na kogoś, kto nie grzeszy inteligencją ani dobrymi manierami. Zjawił się nie wiadomo skąd i nie wymaga szczególnej instrukcji obsługi. Bo jest prosty jak konstrukcja cepa, jak czasem mawiali niektórzy. A teraz ten prostolinijny, niedouczony, wręcz nieokrzesany facet śmie wytykać jej błędy, które dotąd właściwie uważała wręcz za swoje najważniejsze zalety?
Ale Bolek nie był nie wiadomo kim. Był mężczyzną, z którym spotykała się od dłuższego czasu. Niebawem planowali razem na dobre zamieszkać. Poznał jej mały, wielki świat i nawet jej pilnie strzeżone sekrety. Znał ją tak dobrze, jak ona siebie samą. Czasem wydawało jej się, że nawet znacznie lepiej. Nieraz żartowała z niego, że jest jej Aniołem Stróżem, bo doskonale potrafił przewidzieć, jak zareaguje w danym momencie, często przestrzegając ją przed popełnieniem głupstwa. Bolek oburzał się wtedy na tego anioła. Mawiał, że nie wierzy w życie pozagrobowe, a tym bardziej w żadne ulotne skrzydlate anioły, ani inne duchy nieczyste. I godzi się jedynie na określenie „ochroniarz” albo „bodygard”. Bywało, że kłóciła się z nim o to, że stale depcze jej po piętach, to znów była mu za to wdzięczna.
Teraz przyglądała mu się z niepokojem. Był zirytowany, a może nawet zły, ale sądziła, że przecież jedna odmowa pójścia do kina i zjedzenia wspólnej kolacji nie może przesądzić o tym, czy zostaje z nią, czy też odejdzie. Gdyby tak miało być, to każdy związek rozsypywałby się, zanim na dobre by się zaczął. Nawet podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami.
Szybko jednak uzmysłowiła sobie, że właściwie stale tak się zachowywała. Ciągle potykał się o jej niewidzialną szybę, którą ustawiła na jego drodze. Zresztą, nie tylko na jego. Za tą szybą był jej prywatny, zawsze uprzątnięty i poukładany świat, w którym na dobrą sprawę wcale nie czuła się dobrze, a często wręcz obco. Ale nikt i pod żadnym pozorem nie mógł wejść do niego z brudnymi buciorami. Co prawda wpuściła do niego Daniela, Krzysztofa, potem Karola, Krystiana i nawet prostolinijnego Bolka, a także swoją przyjaciółkę Wiktorię i jeszcze kilka innych osób, ale to ona narzucała im swoją wolę i zasady poruszania się po swoim świecie. Po świecie, w którym wszystko miało swoje miejsce i swój czas. Czas, którego nie szczędziła brudnym garnkom, zakurzonym meblom, pobrudzonym przez deszcz i kurz oknom, ale którego często brakowało jej dla bliskich, przez co z czasem odchodzili od niej, nie mogąc się go doprosić.
Uciekali jak ptaki do ciepłych krajów przed zbliżającymi się chłodami, by ostatecznie z nich nie powrócić. Wybierali lepsze życie, cieplejszy klimat... Niektórzy z nich rozbijali się o jej przeźroczyste, zawsze lśniące czystością szyby ustawione na ich drodze.
Bolek odszedł od niej wcześniej, niż się spodziewała. Kiedy i ten „całkiem zwyczajny facet”, opuścił ją na dobre, nie pozostawiając złudzeń co do jej trudnego i nieroztropnego charakteru, zrozumiała jedno. Przyszedł czas na zmiany. Na jej wewnętrzne przemiany i przewartościowanie priorytetów w życiu. Tylko, dlaczego tak późno – pytała potem siebie w myślach setki razy. Zawsze wtedy jakiś wewnętrzny głos odzywał się gdzieś w niej albo koło niej, próbując ją usprawiedliwić.
- „No cóż” – mówił głos - „Jedni uczą się szybciej, a innym nauka trudniej wchodzi do głowy”.


czwartek, 16 stycznia 2025

NIEZNAJOMA W WOALCE

 





Opowiadanie z tomiku o tym samym tytule.

Zdjęcie: Pixabay


Była piękna, złota, polska jesień. Na październikowe temperatury też nie można było narzekać, choć daleko im było do letnich. Tego dnia słońce ani razu nie schowało się za chmurę.
Żałowała, że czterdzieści lat temu, kiedy Małgorzata brała ślub z Andrzejem, poskąpiło im blasku. Wprawdzie nie padało, ale za to było potwornie zimno i ogólnie nieprzyjemnie. Na samo o tym wspomnienie za każdym razem czuła na sobie przejmujący chłód. Jak wtedy, kiedy po skończonej ceremonii opuścili kościół, a przy wyjściu na schodach dopadli ich, w dosłownym tego słowa znaczeniu, krewni i znajomi z życzeniami i kwiatami. Zwykle piękne chwile, tym razem przerodziły się niemal w udrękę. Przynajmniej dla Małgorzaty. Ślubna suknia i narzucona na nią pelerynka nie były w stanie ochronić jej przed zimnem. Prawie zamieniła się w sopel lodu.
Nie wszystkim uczestnikom wesela to przeszkadzało. Najmniej chyba matce panny młodej. Jej uwaga skupiona była wyłącznie na tym, by jej córka dobrze się zaprezentowała. W dalszej kolejności na weselnym menu i gościach, którzy przecież musieli być dobrze obsłużeni przez kelnerów i nie mogli wyjść z przyjęcia niezadowoleni.
Po skończonym weselu skomentowała wszystko w niewyszukany sposób.
- Nie będziesz bogata, ale przynajmniej nie wylejesz łez w swoim małżeństwie.
Według niej, a właściwie według wróżb na temat ślubu i towarzyszącym im okolicznościom krążyło wiele legend. Jedna z nich rzekomo mówiła, że gdy w dniu ślubu chociaż przez chwilę pada deszcz, panna młoda będzie bogata, albo dla odmiany nieszczęśliwa. Deszcz bowiem miał oznaczać łzy. Łzy szczęścia, a co za tym idzie bogactwo, albo prawdziwe łzy, wylane na skutek nieszczęść i innych niedogodności losu.
Na dwoje babka wróżyła, pomyślała wówczas Małgorzata. Ani ona, ani jej matka nie wiedziały wtedy, że tylko pierwsza część wróżby spełni się co do joty.
Co prawda przez cały okres swojego małżeństwa Małgorzata nigdy nie mogła narzekać na brak jedzenia i dachu nad głową, ale na wszystko inne już tak.
Teraz jednak o tym nie myślała, bo małżonek chodził z miną skazańca i wykłócał się z synem i córką. Oboje od dawna mieli własne rodziny. W czterdziestą rocznicę ślubu swoich rodziców uznali za stosowne zorganizować dla nich przyjęcie i zamówić mszę św. w kościele. I o tą mszę właśnie cały czas wykłócał się Andrzej. Agnieszka i Tomek przeczuwali, że ojciec może nie być z tego zadowolony, więc w tym celu przezornie udali się do sąsiedniej parafii, gdzie nikt nie znał Małgorzaty i Andrzeja. Mało tego, by nie robić zbędnego rozgłosu, zamówili mszę św. w tygodniu, w sobotę. Nie jak początkowo planowali, w niedzielę. Bez odnowienia przysięgi małżeńskiej, ich zdaniem, uroczystość ta nie mogła się odbyć. Zaprosili najbliższą rodzinę i czwórkę przyjaciół rodziców. Ale Andrzej jak to Andrzej, nigdy nie był zadowolony z tego, co ktoś dla niego robił. Teraz też.

- Co to za rocznica! Czterdzieści lat? Pięćdziesiąt, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale czterdzieści? – irytował się, sprawiając tym przykrość żonie.
Czterdzieści lat razem to szmat czasu, uważała Małgorzata. W dodatku nie miała z nim łatwego życia. Mąż lubił chodzić własnymi ścieżkami i nikogo nie słuchał. Zarabiał niewiele, często zaciągał kredyty, ze spłatą których potem nie mogli sobie poradzić. Nie dbał o swoją żonę i wszystkiego jej żałował. Był okropnym skąpiradłem. Ciągle o coś się awanturował. Życie z nim bynajmniej nie było usłane różami. Co najwyżej ich kolczastymi łodygami. Małgorzata stąpała po tych cierniach, robiąc dobrą minę do złej gry, kalecząc się na duszy i ciele. To on w głównej mierze był powodem jej rozlicznych chorób. A teraz jeszcze pokrzykiwał, próbując wszystkim udowodnić, że czterdziesta rocznica ślubu to nic nie warta data w kalendarzu.
- W żadnym wypadku nie usiądę na krześle przed ołtarzem! – grzmiał. – Żaden klecha nie będzie mnie wywlekał na środek kościoła! Albo usiądziemy w ławkach, jak wszyscy normalni ludzie, albo wcale nie pojadę do tego kościoła! I nie będę odnawiał żadnej przysięgi! Ani mi się śni!
Agnieszka i Tomek widząc, w jakim wszystko zmierza kierunku, ostatecznie zadzwonili do księdza, który tego dnia miał odprawiać mszę i poprosili go, by zmienił nieco rytuał, trochę pod dyktando ich ojca. Na szczęście nie robił oporów.
Przez całą drogę do kościoła Andrzej marudził w samochodzie. Ględził jak stary dziad. Małgorzata miała już tego serdecznie dość i najchętniej wysiadłaby w połowie drogi. Ale nie chciała robić przykrości dzieciom. Zadali sobie tyle trudu, wydali sporo pieniędzy.
Na szczęście w kościele niewiele było osób. Poza zaproszonymi gośćmi jeszcze kilka starszych pań z owej parafii. Jakimś cudem udało się nakłonić Andrzeja, by wraz z żoną usiedli w pierwszej ławce, a nie jak zamierzał, w ostatniej.
Ksiądz trochę się spóźniał i wszyscy zaczęli się już niepokoić. W oczekiwaniu na niego organista grał jedną pieśń za drugą. Małgorzacie nawet się to spodobało. Przy dźwiękach organów zamyśliła się nieco. Wróciła myślami, rzecz jasna, do tamtego pamiętnego dnia, kiedy oboje stanęli na ślubnym kobiercu. Na krótko jednak, bo w pewnym momencie dał się słyszeć odgłos otwierania wahadłowych drzwi, łączących przedsionek z głównym kościołem. Wszyscy jak na komendę, trochę też zapewne z nudów, odwrócili głowy w tamtą stronę z myślą, że to wszedł ktoś ze spóźnionych gości. Ale w zasadzie goście byli już w komplecie. Tym bardziej więc byli zaciekawieni. Tylko Andrzeja kompletnie nic to nie obchodziło. W ogóle nie zareagował. Podparty łokciami o kościelną ławkę siedział z zamkniętymi oczami. Wyglądał jakby spał.
Tymczasem w drzwiach ukazała się nikomu nieznana postać. Kobieta w woalce. Cała ubrana była w seledynowy komplecik, łącznie z woalką w takim samym kolorze.
- Gośka, znasz ją? Kto to jest? – Szturchnęła ją łokciem przyjaciółka Adela, wiedziona ciekawością, dopytując o personalia kobiety.
- Nie. Chyba nie - odparła Małgorzata, tłumacząc jej ściszonym głosem, że przecież ma kiepski wzrok i nie widzi tak daleko. - Obraz twarzy mi się zlewa, i do tego jeszcze ta woalka… Pewnie to jakaś tutejsza elegantka.
- Eee – skrzywiła się Adela niezadowolona z jej odpowiedzi. A potem dodała: - Wygląda, jakby to ona brała dzisiaj ślub, albo przyszła odnowić swoją przysięgę małżeńską, a nie ty. No, przyjrzyj jej się – nalegała przyjaciółka. - Zobacz, jak ona się ubrała. Jak do ślubu!
- A co mnie to obchodzi – zirytowała się Małgorzata wypowiadając swoje słowa dokładnie w momencie, kiedy ksiądz wraz z ministrantami wyszedł wreszcie z zakrystii i udał się wprost do Stołu Pańskiego.
Zauważyła jedynie, że kobieta trzymała w ręku wielką, białą kopertę i usiadła w ostatniej ławce. Jedyna myśl, jaka wówczas jej się nasunęła, to skojarzenie, że przecież jest październik i w tym kusym i cienkim kostiumiku musi jej być zapewne bardzo zimno. Nawet się wzdrygnęła z zimna, przypominając sobie, jak bardzo sama zmarzła tamtego dnia czterdzieści lat temu.
Na szczęście msza nie trwała długo, a ksiądz swoje kazanie ograniczył do zaledwie paru zdań. Potem dowiedziała się, że zasługi w tym mieli Tomek i Agnieszka. Uprosili księdza. Wszystko ze względu na marudnego ojca. Gdy wszyscy powoli zaczęli opuszczać swoje ławki i udawać się do wyjścia, okazało się nieoczekiwanie, że tajemnicza kobieta chyba już dawno wyszła. W każdym razie nie było po niej śladu. Ani w kościele, ani tuż przed nim, gdzie ewentualnie spodziewała się ją jeszcze dojrzeć. Spod kościoła oczywiście goście udali się do restauracji, gdzie odbywało się przyjęcie.
- No, teraz już jestem spokojny! – powiedział Andrzej siedząc w samochodzie i zapalając silnik.
- A co przedtem nie dawało ci spokoju? – spytała ironicznie żona.
- Jak to, co? Te wszystkie durnoty! Wymyślacie jakieś msze, jakieś przysięgi małżeńskie! Na ch… to komu? – denerwował się klnąc siarczyście. - Jakby nie wystarczyło przyjęcie. Golonka i parę głębszych.
- Jasne! Tylko żarcie ci w głowie! I wóda.
- Żyje się po to, żeby jeść – odparł Andrzej, denerwując tym jeszcze bardziej żonę.
W restauracji oczywiście od razu sięgnął po butelkę wódki i zaczął nalewać ją do kieliszków.
- Tato! Co ty robisz? – upomniała go córka, przypominając mu, że tym się zajmują kelnerzy.

Niestety, nie posłuchał jej i nalewał dalej.
- Poczekaj, przecież najpierw będzie szampan! Trzeba wznieść toast – wytknął mu Tomek.
Na szczęście mimo propozycji i zachęty ojca do poniesienia kieliszka z wódką, nikt po niego nie sięgnął. Goście czekali na szampana. Kelnerzy zjawili się w te pędy, ale jak się okazało nie dość szybko. Andrzej był szybszy. Widząc, że nikt nie chce zaczynać od wódki, ku zgorszeniu córki i syna, sam wychylił swój kieliszek.
W tracie biesiadowania przysiadła się do ich stolika Adela.
- Nie wiem, kiedy zniknęło to cudo – zaczęła rozmowę, mając na myśli kobietę w woalce. - I po co przyszła do kościoła z tą wielką kopertą? Zupełnie tego nie rozumiem.
- Nie musisz. To nie nasz problem – próbowała zmienić temat Małgorzata.
Nie wiedziała jeszcze wtedy, że i owszem, to jest jej problem. I to wielki. Tymczasem przyjaciółka wciąż wracała do tematu nieznajomej kobiety.
- Gdzieś już ją widziałam. Tylko za nic nie mogę sobie przypomnieć gdzie – zastanawiała się Adela.
W międzyczasie okazało się, że Andrzej ma już sporo za kołnierzem. Bredził coś bez sensu. Tomek denerwował się, że urządzili rodzicom imprezę, a ojciec jak zwykle skończy ją przed czasem. Na dodatek wciąż wypominał dzieciom, że czterdziestej rocznicy ślubu się nie świętuje, co było dla wszystkich bardzo irytujące.
- Pięćdziesiąt! O! To ja rozumiem! – bełkotał.
- Jesteś pewien, że jej dożyjesz? Bo my nie mamy takiej pewności. Woleliśmy więc urządzić wam czterdziestkę – przygadywała mu poirytowana jego zachowaniem córka.
- Dożyję, córeczko! Tobie na złość! Chyba że wykończy mnie wasza matka. A to jest możliwe…
- Prędzej ty ją! – grzmiał mu and uchem Tomek.
Na szczęście po jakimś czasie Andrzej zwolnił nieco tempo w piciu alkoholu. Co prawda nie przestał mówić od rzeczy, ale przynajmniej nie trzeba było odstawić go do domu przed czasem.

Kolejny dzień niczym nie różnił się od poprzednich. Oczywiście wpadła z wizytą Adela. Koniecznie musiała „obgadać” poprzedni dzień. Dokładniej mówiąc, gości uczestniczących w imprezie.
Małgorzata czasem miała jej serdecznie dość, ale nie zamierzała zrywać tej znajomości. Pomijając wrodzone wścibstwo przyjaciółki i nieustające plotkowanie, jak każdy człowiek miała też i zalety. Dobre serce i pomocne dłonie. A to zawsze, a szczególnie w obecnych czasach było na wagę złota. Na jej pomoc zawsze można było liczyć. Teraz też ją deklarowała, choć o to nie prosiła.
- Znajdę tę kobietę! Zobaczysz! Dowiem się, kto to był – zapewniała ją podekscytowana.
Małgorzata próbowała odwieść ją od tego pomysłu na wszelkie możliwe sposoby. W gruncie rzeczy niewiele ją to obchodziło. Nie zapamiętała nawet jej twarzy. Po co miałaby się nią interesować?
- Ale po co? Co mnie obchodzi jakaś obca kobieta! - irytowała się.
- Może ciebie nic, ale mnie nie daje to spokoju. Gdzieś już ją spotkałam.
- Być może. Mało to osób spotykamy w swoim życiu.
- Tak, masz rację. Ale mam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak z tą kobietą.
- O matko! Daj już spokój! – niemal błagała.
Tak czy inaczej, Adela obiecała wpaść w przyszłym tygodniu na kawkę. Wcześniej, jak zaznaczyła, będzie bardzo zajęta.
Następnego dnia Andrzej rano poszedł do pracy. Agnieszka i Tomek wraz z rodzinami rozjechali się przed południem do swoich domów i wydawało się, że Małgorzata wreszcie będzie miała święty spokój i chwilkę odpocznie. Jak się jednak później okazało, było to tylko pokorne życzenie.
Kilka minut po czternastej ktoś zadzwonił do drzwi mieszkania. Akurat przygotowywała obiad. Pierogi leniwe. Ręce miała brudne od mąki. Zanim mogła otworzyć drzwi, musiała jej najpierw umyć.
- Już! Już! Zaraz otwieram – pokrzykiwała z kuchni.
Ten ktoś jednak nie zamierzał czekać. Po drugim dzwonku zwyczajnie sobie poszedł. Gdy więc otwarła drzwi, okazało się, że gość rozpłynął się w powietrzu. Za to na wycieraczce przed drzwiami leżała duża, biała koperta. Podniosła ją z pewną obawą. W pierwszej chwili nie skojarzyła, że taką samą, a przynajmniej podobną, widziała w rękach kobiety w woalce. Przez moment jej się przyglądała, jednocześnie rozglądając się na klatce schodowej, czy oby gdzieś nie dojrzy jeszcze jej nadawcy, albo chociaż kuriera. Ale panował tam niczym niezmącony spokój. Zamknęła więc drzwi i weszła do pokoju z zamiarem otwarcia jej. W kopercie znajdowało się duże zdjęcie jakiejś nieznanej jej kobiety w wieku około czterdziestu lat i złożone wpół urzędowe pismo z wielką, czerwoną pieczęcią w lewym rogu u góry i trzema innymi pod spodem pisma. Usiadła przy stole, by je przeczytać. Już pieczęć wzbudziła w niej podejrzenia. Widniała na niej nazwa jakiegoś laboratorium. Dopiero, gdy przeczytała nagłówek pisma, zdębiała na dobre. To był test na ojcostwo. Czytając go, z trudem dobrnęła do końca. Stało w nim czarno na białym, że ojcem kobiety na zdjęciu jest Andrzej. Dla Małgorzaty był to szok.
Data wskazywała wyraźnie, że owa kobieta ze zdjęcia o dźwięcznym imieniu Izabela urodziła się dziewięć miesięcy po ślubie Małgorzaty z Andrzejem.
- Jak to? Zdradził mnie tuż przed ślubem, czy zaraz po? – zastanawiała się w myślach. - I jak mu się to udało ukryć tyle lat?
Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w zdjęcie, usiłując przypomnieć sobie, czy przypadkiem gdzieś już jej nie widziała, nie spotkała. Ale była niemal pewna, że jednak nie.
Wściekłość do Andrzeja rosła z minuty na minutę. A wraz z nią kłębiła się cała masa pytań, z tymi najważniejszymi włącznie. Wiedział o tym, że ma jeszcze jedną córkę czy nie? I kiedy ją zaczął zdradzać? I dlaczego dowiaduje się o tym dopiero teraz? Skąd owa kobieta w woalce wiedziała, że tego dnia właśnie w tej, a nie w innej parafii odbędzie się rocznicowa msza? Wszystko to było bardzo podejrzane. A może wciąż to trwa? Może dalej jest trochę z nią, trochę z tamtą kobietą?

W pierwszym odruchu chciała sięgnąć po telefon i zażądać, by natychmiast przyjechał do domu i wszystko jej wyjaśnił. Pamiętała jednak, że najpierw musi uspokoić swoje nerwy. W nerwach bowiem nie zawsze postępuje się właściwie. Rzuciła więc zdjęcie i całą resztę na stół, po czym wstała i poszła do kuchni po kieliszek i butelkę wina. Nigdy dotąd nie topiła swoich trosk i zmartwień w kieliszku. Wprost przeciwnie, zamartwiała się, wypłakiwała w poduszkę, żaliła przyjaciółce. Ale to, czego dowiedziała się tego dnia, było ponad jej siły. Musiała czymś uśmierzyć swój ból.
Kto wie, czy na jednym kieliszku wina by się skończyło, gdyby znów nie usłyszała dzwonka do drzwi. Zmuszona była je otworzyć. Ku jej zaskoczeniu stała w nich Adela.
- A ty co tu znowu robisz? Stało się coś? – Spytała drżącym głosem, niemalże płaczliwym, wpuszczając ją do środka.
- Musiałam przyjść! Wybacz, ale przypomniałam sobie, kim była ta kobieta wczoraj w kościele.
- Mogłaś zadzwonić… No, kto to? – spytała proponując jej, aby usiadła na krześle przy stole.
- To była koleżanka Andrzeja z dawnej pracy. Pamiętasz, była na waszym ślubie, a potem na weselu. Pamiętasz? – próbowała uruchomić pamięć swojej przyjaciółki.
- Nie. Nie pamiętam. Minęło czterdzieści lat, a ty tak bez trudu ją poznałaś? – dziwiła się Małgorzata.
- Ona prawie się nie zmieniła. Poza tym, że nieznacznie przytyła. Tylko moja pamięć trochę mnie zawodziła… Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie żeśmy się spotkały. O! A co to? Można? – spytała Adela dostrzegając kopertę i zdjęcie leżące na stole.
- Proszę bardzo! Przeczytaj sobie, a ja naleję sobie wina. Ty też chcesz? – zapytała.
- Nie. Może później – odparła, biorąc do ręki zdjęcie i dokument. - Co to jest? – spytała nie dowierzając, prawie się jąkając ze zdziwienia.
- Pisze czarno na białym. Andrzej jest jej ojcem. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Bo ja nie. Chyba tego dokumentu nie da się podważyć.
- Raczej nie, ale…
Adela nie wiedziała, co powiedzieć, żeby jakoś uzdrowić atmosferę.
- Teraz już masz pełny obraz. Wiesz, kim była kobieta w woalce i czego chciała – powiedziała zrezygnowanym głosem Małgorzata. - Na dokumencie jest jej nazwisko, które nawiasem mówiąc nic mi nie mówi. I adres. Ale nie wiem, czy jeszcze aktualny.
- Jak to? To nie przyniosła tej koperty osobiście? – nie do końca rozumiała Małgorzatę.

Starała się wytłumaczyć przyjaciółce wszystko ze szczegółami, ale nie szło jej najlepiej. Głos jej się załamywał, to znów wpadała we wściekłość. Jedno za to Adela zrozumiała aż za dobrze. Było oczywistym, że Małgorzata chce się spotkać z ową kobietą. Zamierzała ją odnaleźć. I tu akurat dobrze ją rozumiała, tyle że mogły z tego wyniknąć nieprzewidziane konsekwencje, a o tym jak widać, jej przyjaciółka na razie nie myślała. Radziła jej więc, by najpierw wszystko dobrze przemyślała.
- Pewnie bez trudu ją odnajdziesz. Pewnie powiesz jej, co o tym wszystkim sądzisz. Andrzejowi też. Tylko, co dalej? – pytała Adela.
- Nie wiem – usłyszała w odpowiedzi. - Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę ustalić, kiedy to się stało. Chcę znać dokładny dzień i godzinę. Muszę wiedzieć, kiedy mnie zdradził.
- Doskonale cię rozumiem, ale… Chociaż, zaraz! Coś mi się przypomniało. To dlatego dobrze ją zapamiętałam! Ty nie, ale ja tak!
Małgorzata patrzyła na nią z niedowierzaniem. Nie rozumiała, o czym mówi.
- Zapamiętałam ją, bo w dzień waszego wesela napatoczyłam się na nią i na Jerzego w damskiej toalecie. Tak! Doskonale to pamiętam. Wchodzę i słyszę jakieś śmichy, chichy. I co widzę? Z jednej z toalet wychodzi właśnie ona, a tuż za nią twój Andrzej! Gdy mnie zobaczył, zaczął się tłumaczyć, że musiał wejść do damskiej toalety, bo koleżanka zatrzasnęła się w WC i nie mogła wyjść. A ja, głupia, dałam temu wiarę. Do głowy wtedy mi nie przyszło, że oni…
- Proszę cię, nie kończ – powiedziała cicho. - Czyli co? Zdradził mnie w dzień naszego ślubu?! Nie mogę w to uwierzyć! Jeśli tak, na dobrą sprawę moje małżeństwo można unieważnić… Od chwili zawarcia małżeństwa do dwudziestu czterech godzin można było z ważnych powodów unieważnić małżeństwo. Ale teraz? Chyba nie... A to przecież był bardzo ważny powód. Zdradził mnie w dzień ślubu! Bo zdradził, prawda?
- Nie wiem, ale dopóki go nie spytasz, nie dowiesz się.
- I tak się nie przyzna. Ale jest na to dowód – Izabela.
- Trochę słaby, każdy sąd go obali.
- A może niekoniecznie?
- Mogło do tego dojść po ślubie. W każdym razie trzeba poznać wersje obu stron. Od kogo zaczynasz? – spytała Adela.
Małgorzata chciała najpierw porozmawiać z ową kobietą. Na przeszkodzie stał tylko brak numeru jej telefonu. I tu jak zwykle z pomocą obiecała przyjść przyjaciółka. Postanowiła udać się pod wskazany w dokumencie adres i odegrać pewną scenę. Tak, by się dowiedzieć o jej personalia i możliwie jak najwięcej od niej wyciągnąć.
- Jeśli otworzy mi kobieta, podam się za przyjaciółkę jej córki. Jeśli jej córka, za przyjaciółkę matki. Jakoś sobie poradzę. Na wszelki wypadek ubiorę perukę, bo mogła mnie zapamiętać z kościoła.
- A jeśli ani jedna, ani druga? Może już tam mieszka zupełnie ktoś inny?
- Nie martw się! Dam radę – obstawała przy swoim Adela.
Przyjaciółka dotrzymała słowa i wywiązała się ze swojego zadania szybciej niż się Małgorzata spodziewała.

Późnym popołudniem wrócił z pracy Andrzej. Na jego widok ledwo powstrzymała się, by nie uderzyć go w twarz, albo nie przyłożyć w głowę czymś ciężkim. Z całych sił też starała się póki co nie pisnąć ani słowa o tym, co się tego dnia wydarzyło. Koperta ze zdjęciem Izabeli i badaniami DNA leżała schowana w półce z rzeczami Małgorzaty, gdzie mąż raczej nie zaglądał. Było mało prawdopodobne, że zajrzy tam akurat tego dnia. Chcąc uniknąć jego obrzydłego widoku położyła się do łóżka, okłamując go, że źle się czuje i ma podwyższoną temperaturę ciała. W gruncie rzeczy przepłakała cały wieczór i noc. Rano poduszka była do cna zmoczona i nadawała się już tylko do prania. Ale nie zamierzała jej prać. Zamierzała zrobić coś całkiem innego. Czekała tylko na wiadomość od Adeli.
Na szczęście wiadomość nadeszła bardzo szybko. Przyjaciółka sobie tylko znanym sposobem, jakimś cudem, zdobyła numer telefonu nieznajomej w woalce. Nawet nie zadrżała jej ręka, gdy naciskała klawisze w telefonie.
- Dzień dobry! Skoro podrzuciła mi pani tę kopertę, to znaczy nie inaczej, tylko to, że chce się pani ze mną spotkać. Mylę się? – spytała.
Przez chwilę w telefonie panowała zupełna cisza. Nie na długo jednak.
- Niekoniecznie – odparła tamta. - Uznałam, że Andrzej nigdy nie zdobędzie się na to, żeby pani o tym powiedzieć. Postanowiłam więc wziąć inicjatywę w swoje ręce.
- Inicjatywę. Co za wyszukane słownictwo!
- Może to pani nazywać sobie jak chce…
- Pewnie, że mogę jak chcę. Mam nawet na to doskonałe określenie, takie zaczynające się na literę k. Proszę mi tylko odpowiedzieć na jedno pytanie: Dlaczego akurat teraz? Dlaczego w czterdziestą rocznicę naszego ślubu?
- Tak się jakoś złożyło. Może trochę ze złości, albo raczej zawiści.
- Nie rozumiem.
- Równie dobrze mogła to być nasza rocznica. Moja i Andrzeja – usłyszała w telefonie.
Nie do końca rozumiała do czego zmierza kobieta. Przecież nie odebrała jej Andrzeja. Czemu więc rości sobie do niego jakieś prawo? A może jest coś, o czym nie wiedziała?
W tej sytuacji Małgorzata poprosiła, żeby przyszła do ich domu. Skoro mleko się wylało, trzeba teraz posprzątać. Zapewniła ją, że przy rozmowie będzie obecny Andrzej. Być może dlatego kobieta nie sprzeciwiała się. Nawet zdziwiła się, że poszło jej z nią tak łatwo. Tyle że trudno było przyjąć to za dobrą monetę. W dodatku po tym telefonie uświadomiła sobie coś jeszcze. Wreszcie coś zrozumiała. To dlatego Andrzejowi stale brakowało pieniędzy. Przez cały czas trwania ich małżeństwa ciągle zaciągał jakieś kredyty, pożyczał od znajomych. Bez dwóch zdań musiał płacić alimenty na córkę.

Małgorzata wiele razy dziwiła się, że przy ich skromnych wydatkach na życie nie powinno brakować im pieniędzy. Tymczasem każde oszczędności rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Andrzej zawsze znalazł sobie jakąś wymówkę. Wyjątkowo często rzekomo psuł mu się samochód, a części przecież tyle kosztowały. Nie znała się na tym. Nie była w stanie go sprawdzić. Zresztą nie było to jedyne kłamstwo, jeśli chodziło o pieniądze. Czasem musiał ratować swoich rodziców, bo im, biedakom, podobno brakowało funduszy, a to na leki, a to na opał. Teraz miała jasność, gdzie znikały pieniądze. Mało tego, wściekła się na myśl, że jego rodzice musieli o wszystkim wiedzieć i być w nim w zmowie. W przeciwnym razie nie tłumaczyliby się przed nią, że zaciągali u syna oczywiście rzekome pożyczki lub przyjmowali od niego darowiznę.
Najbardziej wkurzające jednak było to, że trwało to tyle lat! I nikt ani nic nie było w stanie uświadomić jej, co tak naprawdę się dzieje. Tego nie mogła przeboleć.

Kobieta zjawiła się o umówionej porze. Małgorzata nie podała jej ręki. Kazała tylko wejść do środka i usiąść na krześle przy stole.
- A gdzie Andrzej? – spytała tamta na wstępie.
- Przyjedzie – odpowiedziała lakonicznie, przystępując od razu do rzeczy. - Proszę mi powiedzieć, od kiedy i jak długo to trwało.
- Andrzej to był mój facet – powiedziała bez ogródek, budząc w niej zdziwienie. - Sama nie wiem, dlaczego się z tobą ożenił.
- A on wiedział, dlaczego?
- Chyba też nie.
- Ach tak… I przez te długie lata nie zażądała pani od niego rozwodu? Mieliście przecież córkę.
- Chciałam, żeby się z panią rozwiódł i nawet zamierzał, ale wtedy akurat pojawił się ktoś w moim życiu i uznałam, że będzie lepszym materiałem na męża.
- Jest pani cyniczna i wyrachowana.
- Jestem – przyznała wzruszając ramionami. - I co z tego? Tylko tak można przejść przez życie w miarę normalnie. Bezboleśnie, że tak powiem.
- Znam też inne sposoby.
- Dobre dla głupców i naiwniaków.
Słysząc to, w Małgorzacie wszystko zaczęło się dosłownie gotować. Kobieta najwyraźniej tak właśnie o niej myślała. A tego było już stanowczo za dużo. Nie namyślając się więc zbytnio, wpadła na pewien pomysł, który jak jej się wydawało był odpowiedni do sytuacji i powinien uciąć tą durną rozmowę.
- Proszę na chwilkę poczekać. Muszę skorzystać z toalety – powiedziała do nieznajomej, po czym zniknęła za jej drzwiami.
Delikatnie, po cichu wyjęła z drzwi od środka klucz i schowała go w dłoni. W kącie stała ceramiczna ozdoba w kształcie pingwina pełniąca zarazem rolę schowka na szczotkę do czyszczenia ubikacji. Była dosyć masywna. Chwyciła ową ozdobę i uderzyła nią o posadzkę, przewracając również przy okazji kosz na śmieci, sama też kładąc się na ziemi. Zrobiła tym niezły harmider, udając, że upadła na ziemię.
- Och! O rany! Proszę mi pomoc! Słabo mi! – pokrzykiwała z toalety.
Kobieta rzuciła się do drzwi niczego nie podejrzewając. Kiedy już się w niej znalazła, Małgorzata nieoczekiwanie wstała z posadzki i uderzyła ją koszem na śmieci, po czym wybiegła z toalety, zamykając ją na klucz od zewnątrz.
- Jest! Na szczęście jest! – mówiła do siebie zaglądając do torby kobiety.
Chodziło jej o telefon. Gdyby ta miała go przy sobie sprawa mogłaby się skomplikować. A tak nie była w stanie wezwać pomocy. Kobieta krzyczała wniebogłosy, ale było mało prawdopodobne, by ktoś z sąsiadów ją usłyszał.
- Przetrzymywanie kogoś bez jego zgody jest karalne! Dostanie pani za to kilka lat więzienia! – darła się zza drzwi.
- Nikt pani nie przetrzymuje. Powiem, że się pani zatrzasnęła. Tak jak wtedy. A poza tym za pięć minut będzie tu Andrzej, to panią uwolni – drwiła z niej.
Andrzej rzeczywiście zjawił się w odpowiednim czasie. Był zaskoczony, kiedy usłyszał krzyki dobiegające z toalety. Natychmiast pobiegł kobiecie na ratunek. Tuż za nim Małgorzata. Kiedy otworzył drzwi niemal wepchnęła go do środka. Z dziką satysfakcją zamknęła je za nim na klucz. A potem zabarykadowała stołem. Na wypadek, gdyby przyszło mu do głowy je wyważyć.

- Taka mała powtórka z rozrywki! W czterdziestą rocznicę! – krzyczała z pokoju. - Ach! Zapomniałam jeszcze o czymś! Przecież kogoś brakuje! Naocznego świadka! Ale nie przeszkadzajcie sobie! Zaraz zadzwonię po Adelę!
Udawała, że do niej dzwoni. Niestety mąż miał telefon przy sobie i wiedziała, że długo to nie potrwa. Prędzej czy później sprowadzi pomoc. Póki co jednak cieszyła się ze swojej małej zemsty. Tylko tyle mogła w tej chwili zrobić. Żałowała, że tak mało. Niestety, bywa że kara jest niewspółmierna do popełnionego czynu, a popełnionych błędów nijak nie da się już naprawić. W każdym razie nie wyobrażała sobie, by tych dwoje, zamkniętych na ten czas w toalecie, było w stanie się z tego wybielić, jakoś wytłumaczyć. Zresztą po co? Nie chciała dalej iść z oszustem przez życie. Żal trawił jej duszę.
Gdyby wtedy wiedziała, że razem im nie po drodze, dziś zapewne miałby całkiem inne życie. A tak czterdzieści lat minęło jak jeden dzień i nagle okazało się, że bezpowrotnie straciła szmat życia. Poświęcając je niewłaściwemu człowiekowi. Obłudnemu i niewiernemu. I dopiero teraz zrozumiała, dlaczego mąż tak bardzo nie lubił obchodzić rocznic ślubu.





KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...