piątek, 17 stycznia 2025

SZAFA GRA

 



Opowiadanie z tomiku "DAMA W WOALCE"

Zdjęcie: Pixabay
Słodkawy wermut smakował trochę jak sfermentowany kompot, do którego ktoś wsypał sproszkowane goździki i jakieś korzenne przyprawy. Niestety, był to jedyny trunek, jaki Teresa miała w swoim barku. Tkwił w nim od kilku miesięcy, podarowany z okazji imienin przez kogoś z rodziny. Nie była amatorką alkoholi, ale dzisiejszy dzień nie należał do zbytnio udanych, zwłaszcza w pracy. Wróciwszy więc do domu, w przypływie chwili sięgnęła po kieliszek wina, by nieco złagodzić towarzyszący jej od samego rana stres. Nawet nie zorientowała się, kiedy wychyliła go do dna. Wszystko działo się automatycznie, wydawać by się mogło, że bez jej udziału.
Wyglądało to trochę tak, jakby mózg nie rejestrował niektórych ruchów ciała, a już z całą pewnością nie tych, które uważał za mniej istotne. Nawet wtedy, gdy kolejny raz odruchowo sięgnęła po butelkę, by cierpkim płynem ponownie napełnić po brzeg szklany, podłużny kieliszek na długiej i cienkiej nóżce. Nachylała właśnie nad nim butelkę z winem, kiedy niemal w tym samym momencie nieoczekiwanie uwagę Teresy odwrócił jakiś zbłąkany ptak, który z całym impetem uderzył w przeszkolone z góry do dołu balkonowe drzwi. Stanowiły one wyjście wprost na niewielki taras. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Skierowawszy wzrok w tamtym kierunku, zdążyła jedynie dostrzec jego ciało na zimnej posadzce tarasu, zmagające się z tym, co nieuniknione.
Wiedziona zwykłą ciekawością, natychmiast zerwała się z wygodnego fotela znajdującego się niemalże przy samych drzwiach tarasowych, na którym to od prawie godziny odpoczywała po pracy. Wyjrzała przez nie, ale to, co zobaczyła, nie było przyjemne dla oka. Niestety, uderzenie było zbyt silne i nie pozostawiało złudzeń, co dalszego losu biednego ptaka. Przez chwilę przyglądała mu się ze współczuciem, podpatrując, jak nieszczęśnik trzepocze skrzydełkami i resztką sił usiłuje złapać odrobinę powietrza. Wszystko na próżno.
- Biedaku, przyleciałeś do mnie po śmierć – powiedziała tkliwie, użalając się nad jego losem. - Moje okna i drzwi są tak czyste, że nie zauważyłeś w nich szyby. Myślałeś, że wciąż jesteś w przestworzach.
Zrobiło jej się go po prostu żal.
- Mała, słaba istotka, w dodatku zakończyła swój żywot w tak bezsensowny sposób - pomyślała. Zresztą, każdy inny sposób rozstania się z tym światem, z pewnością też do takich by zaliczyła. I to nie tylko jakiegoś przygodnego ptaszka, ale wszystkich żyjących na ziemi istot.
Według Teresy śmierć była czymś kompletnie niezrozumiałym i bezsensownym. W czym niby miała komuś pomóc? W uzyskaniu życia wiecznego? Jeśli tak, to dlaczego nie tu, a gdzieś w jakimś obiecanym, odległym i nieznanym świecie, do którego rzekomo miała teleportować się dusza? Teresie podobało się na Ziemi i na myśl, że kiedyś będzie zmuszoną ją opuścić, dostawała gęsiej skórki. Wielokrotnie stawiała sobie pytanie: Dlaczego w nagrodę za dobre sprawowanie nie mogłaby pozostać tu na wieki? Po co miałaby udawać się gdzieś w nieznane i znów zaczynać wszystko od nowa? Nawet, gdyby tam, w zaświatach, egzystencja miałaby okazać się o wiele lepsza. Mimo wszystko byłoby to coś zupełnie innego niż dotąd. Nie miała żadnej gwarancji, że będzie w stanie zaakceptować nowe życie. A co, jeśli jej się tam nie spodoba?
Teraz, kiedy przyglądała się agonii biednego ptaka, znów naszły ją wątpliwości związane z życiem doczesnym i tym pozagrobowym. W głowie natychmiast pojawiło się kilka pytań, z tym podstawowym na czele. Czy taki ptak na przykład, też może liczyć na to, że przeniesie się do krainy wiecznej szczęśliwości? Czy święty Piotr jemu także otworzy bramy Niebios i pobłogosławi na przywitanie? Czy w ogóle zwierzęta mają duszę? Są przecież istotami żywymi i cierpią podobnie jak ludzie. Czy zatem nie powinny być traktowane w tych samych kategoriach, co człowiek?
Być może inni ludzie, będąc na jej miejscu, w ogóle nie mieliby takich dylematów. Po prostu pomyśleliby: „Jeden ptak więcej czy jeden mniej, co za różnica”. Ale nie Teresa. Śmierć biednego ptaka, która wydarzyła się na jej oczach, poruszyła ją do głębi. Co raz to spoglądała w tamtą stronę. Za każdym razem wzdrygała się na jego widok. Wreszcie za którymś razem pojawiły się u niej wyrzuty sumienia. Gdyby mogła przewidzieć, że tak skończy się jej wczorajsza, jak mawiała, szarpanina z oknami, zostawiłaby je zabrudzone.
- To przez moją nadgorliwość - wyrzucała sobie.
W zasadzie mogła jeszcze poczekać z myciem okien. Na dobrą sprawę wcale nie były takie brudne.
Może wtedy biedak zauważyłby na swojej drodze szybę i nie pomylił się tak sromotnie. Tyle że… szyby w jej oknach muszą bezwzględnie lśnić. I nie tylko szyby. Wszystko musi być bezwzględnie czyste i poukładane. Jest przecież pedantką. Może nie do przesady, ale poukładaną, obowiązkową i przykładną kobietą. Niemalże wzorem do naśladowania, zwłaszcza dla przykładnych gospodyń domowych. I nie dotyczyło to wyłącznie domu.
- W moim życiu wszystko ma swoje miejsce i swój czas - mawiała często.
Nazbyt często, nie zauważywszy, że przez tę niezwykłą pedanterię po drodze zbyt wiele jej umykało. Tych wielkich i małych chwil radości. Różnych, przewidzianych i nieprzewidzianych sytuacji, które były częścią jej życia, a o które nie zadbała należycie. Dlatego, że całe swoje serce i duszę wkładała bardziej w pielęgnację rzeczy martwych, niż rodzinnych więzów i przyjaźni. Poza tym do swojego życia wpuszczała tylko wybrane osoby. Te, które były w stanie jej się podporządkować. Buntowników natychmiast usuwała. W taki czy inny sposób, ale nigdy nie dawała im drugiej szansy. Ani na wytłumaczenie swojego zachowania, ani na poprawę. A potem, często rozżalona na los, który, jakby nie było sama sobie wybrała, swój wolny czas spędzała samotnie. Głównie w wielkim fotelu przed telewizorem. Zwykle zwinąwszy się w nim w kłębek jak kotka, gdzie bez trudu mieściła się w nim cała. Czasem wyglądało to tak, jakby chciała schować się w nim przed całym światem.
- Muszę coś z tobą zrobić, biedaku – powiedziała po chwili do martwego czarnego ptaszyska, otwarłszy na dobre tarasowe drzwi, przez które do wnętrza wpadło chłodne powietrze.
Ptak był całkiem sporych rozmiarów. Nie znała się na gatunkach ptaków. Nie umiała odgadnąć, czy to kruk, czy wrona, a może jeszcze coś innego. Zatrzęsła się tylko z zimna. Na zewnątrz z pewnością było nie więcej niż dziesięć stopni ciepła, ale zwłoki nieszczęśnika nie mogły leżeć tam bez końca.
Trzeba było wynieść je przed dom i włożyć do kubła na śmieci. Wycofała się więc czym prędzej z tarasu, po czym weszła do niewielkiego pomieszczenia, gdzie znajdowała się garderoba.
Koniecznością było włożenie na siebie swetra. Właśnie tam, a nie gdzie indziej spodziewała się go znaleźć.
Garderoba była oczkiem w głowie Teresy. Uwielbiała to miejsce. W obszernej szafie, która zajmowała całą jedną ścianę, za kilkoma rozsuwanymi drzwiami, mogła do woli wieszać i układać na półkach różnorakie stroje. A potem bez końca w nich przebierać, przymierzać, ubierać się w nie. Zwykle, kiedy już zajrzała do owej szafy, tkwiła przed nią dłuższy czas. Miała ona w sobie coś magicznego. Skłaniała do przemyśleń. Wystarczyło jedno spojrzenie na któryś z zalegających w szafie ubiorów, a Teresa niemal natychmiast wracała myślami do chwil, które w jakiś sposób się z nimi wiązały.
- Mój mały, wielki świat – mawiała zwykle przy takich okazjach. - Nie stać mnie na podróże, o których zawsze marzyłam. Ani na wielkie rauty, do których zresztą wcale nie tęskniłam, ale za to chociaż mogłam sobie czasami sprawić małą przyjemność w postaci ładnego ciuszka.
Teraz też głęboko westchnęła, dostrzegłszy na lustrze zawieszonym na jednej ze ścian, które oczywiście stanowiło nieodłączny element garderoby, przyklejoną tam nalepkę, piękny widoczek znad Lazurowego Wybrzeża. Wybierała się tam kiedyś. Nawet kupiła na tą okazję nowiuteńki, błękitno-chabrowy strój kąpielowy, który zachwycił ją swoim krojem i kolorami. Pamiętała, jak bardzo była rozegzaltowana, kiedy włożyła go na siebie pierwszy raz w przymierzalni jednego z butików. Wyglądała w nim niezwykle zgrabnie i ponętnie. Była przekonana, że dzięki niemu zrobi furorę na plaży i przyciągnie rozliczne męskie spojrzenia. Niestety, wszystko potoczyło się nie po jej myśli i ostatecznie nie pojechała w ten uroczy zakątek świata. A szkoda, bo ilekroć spoglądała w lustro z przyklejonym do niego nadmorskim widoczkiem, nie przestawała żałować. Seksowny strój kąpielowy zaś wylądował w jednej z szuflad i wciśnięty pomiędzy inne części bielizny, spokojnie czekał na lepsze czasy.
Ale teraz chwila nie była ku temu, by znów wzdychać do urokliwych palm i piaszczystej plaży na wyklejance. Na uwadze miała coś innego. Na tarasie leżał martwy ptak i czekał, aż zajmie się jego pochówkiem. Rozsunęła więc niemal bezszelestnie jedne z wielu drzwi w szafie, by zdjąć z wieszaka ciepły sweter albo dresową bluzę. Ostatecznie zdecydowała się na to drugie, polarową bluzę w kolorze zgniłej zieleni. Jednakże w trakcie zdejmowania jej z wieszaka, przez nieuwagę zahaczyła ręką i zrzuciła nieopatrznie trzy sukienki z innych wieszaków. Natychmiast się schyliła, by je podnieść i umieścić na swoim miejscu. Zanim jednak tak się stało, na moment wzięła do ręki jedną z nich. W kolorze ciemnej wiśni, z dekoltem z przodu i z tyłu, podkreślonym srebrną lamówką z drobniutkich, lśniących koralików, przypominających maleńkie łezki. Odruchowo przyłożyła sukienkę do twarzy. Zapragnęła poczuć jej miękkość i zapach. Miała do niej szczególny sentyment. Było kilka powodów, dla których ją polubiła. Świetny gatunkowo materiał, piękny, wyrazisty kolor i zawsze modny fason. Ale nade wszystko budziła w niej miłe wspomnienia. Szkoda, że już tylko wspomnienia.
To właśnie ją miała na sobie, kiedy pojawiła się na balu dobroczynnym w swojej miejscowości, niewielkiej wiosce na Podbeskidziu. Większość kobiet, jak na wiejski bal przystało, ubrana była skromnie. Tylko ona wyróżniała się przepychem.
Sukienkę dostała od Damiana, pierwszego życiowego partnera. Damian był częstym gościem na warszawskich salonach i przywykł do tego, że tam liczy się przede wszystkim luksus. Zawsze mawiał, że trzeba wyróżniać się z tłumu, by być zauważonym. Czasem używał słów „spośród motłochu”, co trochę ją denerwowało. Kompletnie nie brał pod uwagę tego, że tu, gdzie mieszkała, panowały dokładnie odwrotne zasady. Wyróżnianie się z tłumu było niemile widziane, poczytywane za pewnego rodzaju szpan. Ponadto Damian zarzucał partnerce brak przebojowości, co też ją irytowało, bo czyż każdy człowiek musi rwać do przodu, niczym lokomotywa? Są jeszcze przecież wagoniki, bez których lokomotywa nie miałaby sensu istnienia. Takie normalne, podobne do siebie jak dwie krople wody, ale każdy z nich ma swoje zadanie. Przewieźć konkretnych ludzi lub konkretne towary. Ona właśnie czuła się takim wagonikiem, który przyczepiony do czegoś, co nazywało się życiem, spokojnie podążał do celu, nie wyrywając się zbytnio przed szereg. A już z całą pewnością nie chciał zastąpić lokomotywy. Teresie wystarczyło, że Damian doskonale czuł się w tej roli. Niestety jej partner nie rozumiał, dlaczego tak a nie inaczej podchodzi do życia.
- Może powinienem wysłać cię na naukę do mojej matki – mawiał czasami, kiedy chciał ją zdenerwować. I w gruncie rzeczy osiągał swój cel. Irytowała się bardzo. I to jego: – Nikt lepiej cię tego nie nauczy od rodowitej warszawianki – puszył się. – Bez tego w Warszawie byś zginęła…
Nie potrafiła policzyć, ile razy już to słyszała. Ale potrafiła się „odszczekać”.
- Czy oby na pewno chodzi ci o przebojowość, czy raczej o zwykłe warszawskie cwaniactwo? – odpowiadała zwykle zła jak osa.
Nie znosiła, kiedy próbował udowodnić jej i wszystkim wokół, iż na stolicy i jego mieszkańcach świat się kończy. A poza nią wszystko inne to miernota. Jeszcze bardziej denerwowało ją, kiedy próbował wmówić jej, iż każdy powinien dostosować się do tempa, jakie oni, warszawiacy, narzucają pozostałym obywatelom naszego kraju. Dostosować się do chaosu, gwaru, dążenia do celu za wszelką cenę, często po trupach.
To nie był jej świat. Nie miała zamiaru brać udziału w wyścigu szczurów.
Od Damiana Teresa dostała jeszcze kilka innych, pięknych kreacji, które teraz zalegały w szafie.
Większość z nich nadawała się tylko na szczególnie uroczyste okazje, a tych, niestety, na wsi trudno było uświadczyć. Miejscowość, w której mieszkała nie była typową wsią. Raczej przypominała wielkie osiedle domków jednorodzinnych, pośród których nie brak było i eleganckich willi, ale i tak panowały tu raczej zaściankowe zwyczaje.
- Kupię ci taką willę albo jeszcze ładniejszą w Warszawie – obiecywał Damian, kiedy zachwycała się nimi podczas częstych wspólnych spacerów.
Namawiał ją, żeby rzuciła wszystko i zamieszkała z nim w stolicy. Ale ona nie zamierzała ulec namowom, kwitując zwykle wszystko kilkoma słowami, za to bardzo zdecydowanie.
- Nie. Tu jest mój dom. Nie widzę siebie w stolicy. Nie wytrzymałabym tam ani jednego dnia.
Dom odziedziczyła po rodzicach. Mały, skromny, ale z tarasem na południową stronę i balkonem na wschód. Zadłużyła się sporo, żeby go wyremontować i doprowadzić wszystko do porządku, łącznie z niewielkim ogródkiem wokół niego. Ogrom włożonych w to prac i pieniędzy niejako sprawił, że czuła się z nim związana w szczególny sposób. Ponadto stale towarzyszyło jej przekonanie, że tu jest panią na włościach. I co najważniejsze, było jej z tym niezmiernie komfortowo.
- Nie lubię tego całego blichtru, nieustającej konkurencji, hałasu samochodów, smrodu spalin – tłumaczyła zwykle Damianowi. - A poza tym, źle bym się czuła wśród twoich znajomych, warszawiaków.
- Jakich warszawiaków? - dziwił się zwykle Damian. - Większość mieszkańców stolicy to przyjezdni. Prawdziwego warszawiaka ze świecą szukać! - Usiłował ją wtedy przekonywać, zapominając niejako, albo raczej celowo pomijając fakt, że przecież stale powołuje się na ich wyższość nad innymi mieszkańcami naszego kraju.
- Mimo wszystko czułabym się, jak oni mawiają, tylko wieśniaczką.
- Ty masz lepsze maniery od niejednego z nich – na tę okoliczność Damian nieco odpuszczał i trochę jakby pokorniał. - Jesteś kulturalna, wykształcona, obyta ze światem. Czego można chcieć więcej?
- Może lepszego pochodzenia? - odpowiadała wtedy.
Nie rozumiał jej dylematów. Nie urodził się na wsi, tylko w stolicy. Na wiele spraw patrzył całkiem inaczej. Różnili się, i to bardzo. Tak bardzo, że w końcu zaczęło im to przeszkadzać. On chciał przeć do przodu i błyszczeć, ona schować się w mysiej dziurce i robić swoje. Tak w wielkim skrócie można by opisać ich charaktery, które, jak się z czasem okazało, na dłuższą metę były nie do pogodzenia. Wysiłek nad dążeniem do wspólnych kompromisów nie przynosił rezultatów.
Miejsce po Damianie zajął Krzysztof, dziennikarz z zawodu, obieżyświat i trochę lekkoduch. Miał jednak w sobie to coś, co jak magnez przyciągało kobiety. Niezwykłą południową urodę i dar rozkochiwania w sobie nawet najbardziej obojętnych na męskie wdzięki kobiet. Nie trudno więc się dziwić, że wpadła w jego sidła jak bezbronny motyl.
W szafie Teresy wisiało kilka sukienek z tamtego okresu, które co prawda nie kupił jej Krzysztof, tylko ona sama, ale wiązały się z nimi całkiem miłe wspomnienia. W czerwonej, nieco frywolnej, ale za to z cieniutką i delikatną jak mgiełka krótką marynareczką w kolorze starego złota, zabierał ją zwykle na bankiety w wydawnictwie. W beżowym spodnium, w nieco ciemniejsze, drobne paseczki – do pubu albo na wizyty u swoich licznych znajomych. Kilka krótkich spódniczek w różnych fasonach i kolorach, tudzież zgrabnych i obcisłych bluzeczek, zakładała zwykle na jego powrót. Chyba że wracał nocną porą, wtedy o spódniczkach i bluzeczkach należało raczej zapomnieć.
Trzeba przyznać, że wyjazdy i powroty Krzysztofa z rozlicznych podróży były ich chlebem powszednim, ale Teresa nie potrafiła się do nich przyzwyczaić. I właśnie te podróże z czasem poróżniły ich na tyle, że wzajemne fascynacje sobą szybko przerodziły się w niekończące się kłótnie kochanków.
- Zabierz mnie ze sobą choć raz – stale błagała Krzysztofa, kiedy kolejny raz pakował swoją walizkę i przymierzał się do służbowego wyjazdu w odległe zakątki naszego globu.
Dalekie podróże zawsze były szczytem marzeń Teresy, niestety wciąż niespełnionych.
- To niemożliwe. Firma nie poniesie kosztów związanych z twoim wyjazdem – bronił się Krzysztof.
- Firma nie, ale ty przecież możesz. Raz, jedyny raz – błagała.
- Nie zgodzą się na to – wysuwał kolejne argumenty.
- Niby czemu? Wcale nie musisz im o tym mówić, i w ostateczności sama zapłacę za swój wyjazd – upierała się desperacko.
Krzysztof jednak nie brał pod uwagę takiej opcji. Wpędzało ją to we frustrację. Chciała być razem z nim. Męczyły ją te ciągłe rozstania. No i ciekawa była dalekich krajów.
- On nie jest wobec ciebie szczery – przekonywała ją Weronika, przyjaciółka Teresy, kiedy potem wypłakiwała się na jej ramieniu. - Coś ukrywa – usiłowała wzbudzić w niej podejrzenia.
- Myślisz, że ma inną kobietę? - zaczęła się na dobre zamartwiać.
- Nie wiem, ale coś tu nie gra. A może on nie chce się z tobą wiązać? Woli mieć cię tak z doskoku?
Radziła zapytać go o to wprost. Gdyby wtedy nie skorzystała z jej rady, kto wie, może byliby parą do dzisiaj. A tak, postawiony pod ścianą, przestraszył się i szybko zakończył związek.
- Nie znoszę, kiedy kobiety dybią na moją niezależność – powiedział wówczas wprost.
W chwilach rozstania nie myśli się na ogół logicznie i o wielu rzeczach zapomina. Zapomniała mu wtedy wytknąć, że jakoś nie myślał o swojej niezależności, kiedy po każdym wyjeździe przywoził jej walizę brudnych rzeczy do prania i domagał się dobrego jedzenia.
- Wiesz, kochanie, w samolotach dają do jedzenia takie byle co. A lokalne restauracje serwują zwykle swoje rodzime potrawy, które nie zawsze są zjadliwe – narzekał, prosząc, żeby zrobiła wreszcie coś normalnego.
A ona, głupia, dwoiła się i troiła, by zadowolić jego wyszukane podniebienie. Zawsze też dokładała starań, by na jego przyjazd w domu wszystko lśniło, bo jak mawiał, uwielbiał porządek. Powinna była wtedy przypomnieć mu, że ma dwie ręce i jest przecież niezależny, ale tego nie zrobiła. Teraz żałowała. Takie sytuacje jak te, wręcz były doskonałym dowodem na to, jak ten rzekomo niezależny mężczyzna wręcz bardzo lubił być od niej zależny. Zanim jednak doszło do ich rozstania, kupił jej w Kopenhadze strój do tenisa. Krótką, białą spódniczkę i bluzeczkę w tym samym kolorze z delikatnymi, granatowymi wstawkami po bokach i na rękawkach oraz z czarną aplikacją pewnej znanej marki na kieszonce.
- Dla siebie kupiłem podobny – powiedział po powrocie z podróży. - To na pamiątkę.
- Jaką pamiątkę​? - dziwiła się.
Okazało się później, że na pamiątkę ich związku, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziała.
- Ależ kochanie, ja nie umiem grać w tenisa! Nawet nie wiem, gdzie znajdują się najbliższe korty tenisowe... - martwiła się, oczywiście całkiem niepotrzebnie.
Krzysztof nie zamierzał nigdy z nią zagrać. To miała być jedynie pamiątka, jak podkreślił. Teraz ta pamiątka wisiała na jednym z wieszaków w szafie i zajmowała, wprawdzie niewiele, ale zawsze trochę miejsca.
Przyjemne odczucie, jakie spowodowało przytknięcie delikatnego, bordowego materiału wprost do policzków Teresy nie mogło przecież trwać bez końca. Po chwili zdecydowała się włożyć bordową sukienkę na swoje miejsce do szafy. Swoje, to znaczy tam, gdzie powinna się znajdować, koło „sukienek z czasów Damiana” i zarazem na granicy tych z „czasów Krzysztofa”. Całkiem blisko osławionego stroju do tenisa. Wszystko w odpowiedniej chronologicznej kolejności. Dwie kolejne, które zsunęły się z wieszaka razem z bordową, też powiesiła na swoim miejscu. Potem włożyła na siebie ciepłą bluzę od dresu, zastanawiając się jednocześnie, gdzie może być szufelka albo kawałek tektury, na którą zamierzała włożyć zwłoki czarnego ptaszyska, by potem wynieść je na śmietnik. Nim jednak zdołała ustalić miejsce ich przechowywania, jeszcze raz spojrzała na swoją długą i przestronną szafę.
Szafa w garderobie, a właściwie jej zawartość, stanowiła jakby swoisty przekrój całego dorosłego życia Teresy. Takie „tekstylne” archiwum jej bycia i niebycia wraz z pamiątkami po dawnych związkach z mężczyznami. Za każdym razem, ilekroć ją otwierała, wracały do niej wspomnienia. Kiedyś podzieliła się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółką Wiktorią, ale ta słuchając jej opowieści ułożyła usta w podkówkę skierowaną w dół, co miało oznaczać niezadowolenie, albo raczej wyraz głupoty Teresy, i powiedziała:
- To jest wariactwo! Musisz się tak katować?
- Muszę, nie muszę. Widocznie muszę - odpowiadała sobie potem w myślach.
A może był to pewien rodzaj kary dla jej skołatanej duszy, którą podświadomie sobie nałożyła?
Tylko za co? Za to, że nie udało jej się utrzymać żadnego ze związków? Tak czy inaczej, wszystkie tekstylne pamiątki pieczołowicie gromadziła w swojej szafie, dbając o to, by nie zjadły ich mole ani inne paskudztwa. Niczego nie wyrzucała, prócz podniszczonej bielizny i rajstop z dziurami i lecącymi oczkami.
Kiedy Krzysztof zniknął z jej życia, przyrzekła sobie, że nie zwiąże się już z żadnym facetem.
- Wystarczy tego dobrego – mówiła wtedy z przekorą do Wiktorii.
- Bo ty jesteś głupia – usłyszała wtedy.
Wiktoria miała to do siebie, że na ogół bywała szczera do bólu. Czemu tym razem miałoby być inaczej? Nie dziwiło więc ją, że rozmawia z nią bezpardonowo.
- Powinnaś traktować mężczyzn wyłącznie instrumentalnie – pouczała przyjaciółkę. - Jak modliszka. Seks i do widzenia...
- Nie, nie, oni nie są zjadliwi – siliła się na żart, pamiętając o tym, że modliszki zawsze na koniec zjadają swoich seksualnych partnerów.
Jednakże nieukojony żal i rozgoryczenie, jakie pozostawił po sobie Krzysztof, sprawiły, że o męskim gatunku zaczęła myśleć wyłącznie w kategoriach: zdeptać, zniszczyć, usunąć. Takie postrzeganie mężczyzn z czasem doprowadziło nieszczęsną Teresę do coraz to większej frustracji, objawiającej się narastającą złością, którą konsekwentnie w sobie dusiła. Złość ma to do siebie, że na dłuższą metę nie da się jej stłamsić. Prędzej czy później uzewnętrzni się. Czasem zacznie uchodzić powoli, czasem długotrwale. Bywa też, że wybucha niczym gejzer z piekielnej otchłani. Złość Teresy wybrała formę pomiędzy. Nie za wolno, ale też nie gwałtownie. Potrzebny jednak do tego był odpowiedni obiekt, czyli jakiś mężczyzna. Jak zwykle przyszła jej z pomocą przyjaciółka Wiktoria.
- Właśnie go znalazłam – usłyszała od niej któregoś dnia. – I nie mów mi, że cię to nie interesuje, bo od tej skrywanej złości często robisz się nadęta jak balon i czerwona niczym piwonia. Tylko patrzeć jak eksplodujesz!
- Jest aż tak źle? – trochę się przeraziła, słysząc jej słowa.
- Jest jeszcze gorzej! Dlatego nie zastanawiaj się, kiedy ktoś podaje ci coś na tacy, tylko bierz! Nie pożałujesz! To będzie takie dwa w jednym: Zemsta i przyjemność!
Na początku nie bardzo wiedziała, co to miało oznaczać, ale kiedy na swoim urodzinowym przyjęciu przedstawiła jej Karola, obie były co do tego zgodne. To jest to, czyli ten odpowiedni obiekt. Do wykorzystania.
Karol był całkiem przeciętny. Właściwie we wszystkim, co robił i co sobą reprezentował, z wyglądem zewnętrznym włącznie. Jego nieprzeciętność objawiała się tylko w jednej dziedzinie. Jak zapewniała ją przyjaciółka, w seksie.
- Wszystkie kobiety za nim szaleją, podobno jest taki w tym dobry. – A potem dodała. – Spójrz tylko, wręcz pożera cię wzrokiem! Co ci szkodzi wykorzystać go i porzucić? Poza tym nie muszę cię chyba przekonywać, że przydałaby by ci się porcja zdrowego seksu. Dobrego seksu. Nie takie tam byle co, co zwykle serwują nam ci wszyscy nieudacznicy. Słyszałam też, że ponadto seks potrafi uleczyć wszystkie choroby – trajkotała. – Będziesz więc miała dwa w jednym, a może i trzy.
Teresa nie była co do tego do końca pewna, bo zawsze słyszała, że to miłość daje chęć do życia i potrafi zwalczyć nawet najcięższą chorobę. Ale, żeby seks? Postanowiła to jednak sprawdzić.
Po czasie uznała, że skoro rzeczywiście Karol na nią leci, to z tego napalenia może wyjść coś całkiem fajnego, oczywiście w łóżku. No i może w ten sposób rzeczywiście upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu. Tym razem to ona będzie tą wykorzystującą. Nie zamierzała bynajmniej angażować się uczuciowo. Karol chyba też nie, bo stale mówił tylko o jednym, o seksie. Uprawiać chciał go codziennie i to zwykle kilkakrotnie. Na początku nawet jej się to podobało. Ale z czasem, w przeciwieństwie do Karola, poczuła jego nadmiar i powoli zaczynała tracić ochotę na te damsko-męskie zabawy. Przesyt bywa zwykle gorszy od niedosytu. Co prawda z jednego i z drugiego można dostać mdłości, ale w przypadku niedosytu nie ma czym wymiotować.
- Zwolnijmy trochę tempo - zaproponowała, kiedy zaczęła tracić ochotę na miłosne z nim igraszki – albo odpocznijmy od siebie na parę dni.
- Nie ma mowy! - zirytował się Karol. - Szkoda każdego dnia. Za dwa, najdalej trzy lata, będziesz już stara i kto wtedy będzie chciał się z tobą kochać? Korzystaj, póki możesz! - wypalił ni z gruszki ni z pietruszki.
Dostał za to po twarzy, albo jak kto woli, z liścia. Miała wtedy trzydzieści pięć lat i uznała, że grubo przesadził. Nie czuła się wcale jak przekwitnięty kwiat, ani tym bardziej nie zamierzała w najbliższej przyszłości zostać babcią. Nie miała nawet jednego siwego włosa i wciąż doskonałą figurę, nie wspominając już o świetnej kondycji fizycznej.
Tymczasem Karol policzek potraktował jako śmiertelną obrazę i jeszcze tego samego dnia spakował swoje zabawki. Już następnego dnia „zadołował się” u pewnej Matyldy, a Teresa miała to, co chciała, upragniony odpoczynek od seksu. Nie na długo jednak, bo wkrótce pojawił się Krystian. Wracając do Karola, została jej po nim tylko jedna bluzka, którą kiedyś kupił jej na urodziny i to w niezbyt dobrym guście, więc nie miała czego żałować.
Za to Krystian był wyjątkowo wyczulony na wszelkie piękno i to nie tylko to kobiece. Uwielbiał malować, chodzić do teatru, opery, pisał książki. Był bardzo delikatny w każdej swojej ocenie, bał się kogokolwiek urazić. Jego subtelności nie było granic.
- To jest mężczyzna, o jakim marzyłam przez całe życie – stwierdziła już po paru dniach znajomości i bez najmniejszych zastrzeżeń przyjęła go pod swój dach.
Krystian zasypywał ją piękną biżuterią i wyszukanymi strojami. Każda podarowana przez niego sukienka, zwykle romantyczna, czasem wręcz bajeczna, to było jedyne w swoim rodzaju małe dzieło sztuki. Teresa była wprost oczarowana. Nim samym i podarunkami, którymi stale ją obdarowywał. Koleżanki jej zazdrościły. Najbardziej Wiktoria.
- Ale ci się trafił frajer! - nie przebierała w słowach. - Jak ty to robisz, że zadajesz się z tak skrajnie różnymi facetami? - Pytała, dziwiąc sie jednocześnie, co raz to częstując ją złośliwymi docinkami.
Gdyby Teresa chciała udzielić jej odpowiedzi na to pytanie, najpierw powinna była sama sobie na nie odpowiedzieć. Nawet próbowała, ale w tym temacie napotykała na niezwykłą trudność. Jedyna sensowna podpowiedź, jaka jej się dotąd nasunęła, to – kompletny brak wyczucia i rozsądku. I to by było w zasadzie tyle.
Sielanka z Krystianem trwała kilka lat i Teresa była nawet skłonna wyjść za niego za mąż. Tyle że Krystian jakoś wcale nie kwapił się, by poprosić ją o rękę. Nauczona na własnych błędach, tym razem nie przypierała go do muru, bojąc się, by historia się nie powtórzyła. Przez te wszystkie lata Krystian oddawał się swoim pasjom, a ona patrzyła na to z boku. Kiedy nie pisał, malował. A kiedy nie malował i nie pisał, próbował swoich sił w rzeźbieniu w drewnie. Trzeba przyznać, miał talent, ale jak każdy artysta potrzebował ciągle nowych wyzwań i nade wszystko natchnienia. Szybko okazało się, że znalazł je w ramionach chudej blondynki o długich włosach i równie długich nogach. Miała na imię Zuzanna i od pewnego czasu królowała niemal na wszystkich sztalugach, ustawionych przez Krystiana w domu Teresy. Tłumaczył jej wtedy, że Zuzanna jest niezwykle piękna i ponętna, i obrazy z jej wizerunkiem wyjątkowo dobrze się sprzedają.
- Dostaję za nie całkiem sporą kasę. To nas ustawi na ładnych parę lat – wmawiał jej z miną wniebowziętego królewicza.
Z początku nawet zaczynała w to wierzyć, bo od niepamiętnych czasów, wreszcie zaczął dokładać się do rachunków za utrzymanie domu i jedzenie. Ale, kiedy pewnego, skwarnego popołudnia, przyłapała ich w swoim salonie na dywanie, i bez ubrania, zmieniła zdanie co do Krystiana i dalszych ich wspólnych losów.
- Rzeczywiście, na zewnątrz jest upał nie do wytrzymania, więc mogę zrozumieć brak waszych strojów – drwiła z nich. – Ale, żeby tarzać się nago po brudnym dywanie, na którym swoje kłaki stale rozrzuca nasza suczka Diana, w dodatku mająca owsiki, to już kompletny brak odpowiedzialności! - grzmiała rozsierdzona. - Właśnie kupiłam jej lekarstwo na odrobaczenie – dodała, i by przypieczętować swoją prawdomówność, niby zaczęła szukać go w torbie wśród rozlicznych zakupów, które tego dnia zrobiła. Po jej przedmowie długonoga blond piękność rzuciła się natychmiast do łazienki, ale Teresa była na tyle sprytna i zagrodziła jej drogę.
- O, wypraszam sobie! Nie wpuszczam obcych do mojej łazienki! Nie wiadomo, czym mogliby mnie zarazić! Teraz trzeba bardzo uważać. Na każdym kroku można zarazić się wirusowym zapaleniem wątroby. Że nie wspomnę o hifie.
Wyczulony na wszelkie piękno tego świata Krystian, po tym incydencie nie zagrzał długo miejsca u Teresy. Próbował jeszcze przepraszać i bajerować, ale nie była na tyle głupia, żeby mu wybaczyć. Przeciwnie, poszła po rozum do głowy i przyrzekła sobie, tym razem na dobre, że jeśli jeszcze kiedykolwiek zwiąże się z jakimś facetem, to musi to być mężczyzna normalny. Nie malarz, nie poeta, nie podróżnik, ani nie seksoholik, tylko zwykły, najnormalniejszy facet pod słońcem.
I w końcu taki się napatoczył. Był całkiem przeciętny. Nawet imię miał zwyczajne, Bolek. Tyle że ten całkiem zwyczajny facet, nie miał w zwyczaju kupować kobiecie sukienek, a tym bardziej biżuterii.
Tak więc w jej szafie nie wisiał żaden ciuch, na który mogłaby sobie spojrzeć i skojarzyć go z Bolkiem. Na razie, oczywiście.
Bolek był jak większość mężczyzn. Chodził po domu w slipkach, nie uznawał piżamy, zapomniał opuszczać klapę sedesu i rzadko mył zęby. Pieniędzy brakowało mu zwykle już w połowie miesiąca i nieustająco zaciągał w bankach kredyty. Koszulę zmieniał raz w tygodniu i stale dopominał się jedzenia. Czasem wypił sobie piwko, czasem wykosztował się na kupon totolotka, to znów wrócił z pracy mocno podchmielony. Z reguły chodził nieogolony i zazwyczaj bywał zazdrosny o byle co. Obiecywał złote góry, ale potykał się na zwykłych pagórkach. Ale poza tym był „normalny”. Czasem mieszkał u niej, to znów na kilka dni wyprowadzał się do siebie. Tak jak i tym razem. Nawet jej to pasowało, bo wtedy na te kilka dni mogli od siebie odpocząć, by po jakimś czasie znów za sobą zatęsknić.
Z rozmyślań nad nieubłaganie uciekającym czasem i nieudanymi związkami z mężczyznami, po których zostawało jej w szafie parę ciuszków i trochę wspomnień, nieoczekiwanie wyrwał Teresę dźwięk telefonu. Podbiegając do niego, po drodze zauważyła w kącie za komodą czerwoną szufelkę, której tak pilnie poszukiwała w swoich myślach. Zdziwiła się na jej widok, bo nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek chowała ją w tym miejscu. Najwyraźniej zrobiła to przez roztargnienie. Najważniejsze, że się odnalazła i mogła teraz bez przeszkód użyć jej jako środka transportu tragicznie zmarłego ptaszyska na miejsce jego wiekuistego spoczynku.
- Słucham – powiedziała do słuchawki, a właściwie do tego kogoś po drugiej stronie telefonicznego kabla.
- No, jesteś! A już myślałem, że cię nie ma. Dlaczego tak długo? - pytał zniecierpliwiony jak zawsze Bolek.
- Przecież odbieram normalnie, po czwartym sygnale – zirytowała się nieco, słysząc jego głos.
Nieszczególnie miała teraz ochotę na rozmowę z nim, a co dopiero na to, co chwilę później zaproponował.
- Będę u ciebie za kwadrans. Kupiłem bilety do kina, a po kinie urządzimy sobie kolację i małe sekscesy! Co ty na to? - Pytał właściwie czysto retorycznie, bo i tak nigdy nie brał pod uwagę jej zdania.
- Wiesz, że nie lubię, kiedy stawiasz mnie przed faktem dokonanym – odparła niezadowolona. - A może mam na dzisiejszy wieczór inne plany?
- Jakie inne plany? - teraz na odmianę w jego głosie dało się wyczuć pewną konsternację. - To już przestałem być dla ciebie najważniejszy?
- Tego nie powiedziałam, ale są sprawy równie ważne...
Nie dał jej dokończyć zdania, jak zwykle zalewając potokiem słów, który tradycyjnie działał na nią jak kubeł zimnej wody, przypominając w ten sposób o hierarchii osób i wydarzeń w jej życiu.
- Na przykład prasowanie, które odkładam już od tygodnia i wizytę u ojca. Przecież wspominałam ci, że jest chory – wyjaśniła, kiedy wreszcie dopuścił ją do słowa.
- Jak sobie chcesz – syknął niczym wygłodniała kobra. – Tylko, żebyś potem nie żałowała.
Wykosztowałem się na te bilety i szkoda, żeby się zmarnowały. W takim razie zaproponuję kino Beacie – próbował ją zaszantażować. Doskonale wiedział, że jest o nią zazdrosna. Podobnie jak wszystkie kobiety w okolicy w promieniu pięciu mil. Beata należała do tych kobiet, na które wystarczyło skinąć ręką, a natychmiast pakowały się do łóżka każdemu mężczyźnie. Za jej sprawą rozpadały się niejedne, nawet najtrwalsze związki.
- Ty i te twoje porządki – narzekał Bolek.
- I chory ojciec – dodała. - Jest sam, nie mogę zostawić go na pastwę losu. Muszę się nim zająć. To mój święty obowiązek.
W odpowiedzi w słuchawce usłyszała krótki, przerywany sygnał, co mogło oznaczać nie inaczej, tylko, że się obraził. Specjalnie się tym nie przejęła. Chciała nawet wziąć z tego powodu głęboki oddech, ale nie zdążyła. W tym samym momencie bowiem usłyszała natarczywy dzwonek u drzwi. Tak dzwonił tylko Bolek, więc podeszła do nich z niepokojem.
- Mogłam się domyślić! Telefonowałeś z komórki pod moimi drzwiami! – Uniosła się gniewem, ujrzawszy go z butelką wina w ręce.
- To jest do kolacji, którą, oczywiście zrobisz po seansie filmowym – oznajmił rozbrajająco.
Jeszcze na dobre nie przekroczył progu, a już zaczął zasypywać ją mnóstwem pytań.
- Co robisz? - spytał, widząc, że drzwi szafy w garderobie są otwarte na maksa. - Znowu nie masz się w co ubrać? - ironizował.
- To też, ale teraz robię porządki, nie wspominałam ci? - skłamała.
- Mówiłaś coś o prasowaniu...
- No właśnie! - Była nieugięta, dając mu do zrozumienia, że nie ma na niego ochoty, proponując jednocześnie, by przełożyć spotkanie na jutro.
- Z drugiej strony, dobrze, że się zjawiłeś. Mam dla ciebie robotę – wpadła nagle na pomysł, że jego niespodziewana wizyta może przełożyć się na pewnego rodzaju korzyść, w wyniku której pozbędzie się „martwego” problemu, i zaciągnęła go od razu na taras, namawiając do pomocy przy uprzątnięciu przygodnego samobójcy.
Na jego widok Bolek obruszył się i wyglądało na to, że nie zamierza w tej sprawie kiwnąć palcem. Przyglądał się Teresie spode łba, usilnie szukając w swojej głowie, jak zawsze w takich sytuacjach, kilku wyświechtanych frazesów, które w sposób skuteczny wyzwoliłyby go od tej niemiłej czynności. Ale tym razem nie zamierzała ich słuchać. Zostawiła go sam na sam ze zwłokami i natychmiast swoje kroki skierowała ponownie w kierunku garderoby.
- Po co ci tyle ciuchów? - Pytał z ironią w głosie chwilkę później, kiedy powróciła do garderoby, a on krok w krok za nią.
Nie zwracała jednak na niego szczególnej uwagi, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli przeglądaniu zawartości szafy. Bolek w międzyczasie dotknął ręką jednej z sukienek.
- Ta na przykład, wygląda jak wielki namiot... – silił się na niezbyt wyrafinowany komentarz.
- O, wypraszam sobie! Taka była wtedy moda, a poza tym dostałam ją od Damiana. To bardzo drogi materiał.
Była zła i nie przebierała w słowach. Przy okazji nie zapomniała mu napomknąć, że jak na razie, od niego niczego nie dostała. Bolek natychmiast pośpieszył z ciętą ripostą. W tym akurat był mistrzem. Natychmiast przypomniał jej, która sukienka po kim jest pamiątką. Dodał jeszcze, że jak na jedną kobietę, to tych facetów było wystarczająco sporo. W dodatku po każdym z nich, tylko to jej pozostało, tych parę starych szmat.
- No widzisz! - uniosła się. - Mam w sercu i zarazem w swojej szafie sporo miejsca! Dla ciebie też się znalazło, ale nie potrafisz tego docenić – powiedziała przekornie. - Szkoda tylko, że nie bardzo będę miała czym się pochwalić, kiedy zakończy się nasz związek.
- Nie zamierzam od ciebie odchodzić, ale ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że to nieuniknione – skomentował jej ostatnie zdanie.
W odczuciu Bolka Teresa szarpała się sama ze sobą, niczym pliszka wrzucona przez skautów w ognisko. Pomiędzy jednym językiem płomienia a drugim. Wszystko wokół stało w ogniu, albo już dawno się spaliło, tylko ona wciąż dzielnie walczyła, próbując ujść z tego cało. Spalona na ciele i duszy wciąż trwała. Pytanie tylko, jak długo jeszcze?
Bolek nie omieszkał dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty dołączyć do tego rytualnego tańca na pogorzelisku przeszłości, które wciąż podsycała w swoich myślach. Nie chciałby też stać się, tak jak ona, niewolnikiem porządków i bez końca dopieszczać każdy martwy przedmiot w ich otoczeniu.
Nie pierwszy raz przypomniał jej o tym, że są w życiu ważniejsze sprawy.
- Przez tą twoją niewidzialną szybę, którą ustawiłaś na swojej drodze rozbijają się wszyscy twoi partnerzy. Któregoś dnia i ty sama się na nią nadziejesz... Obyś nie zginęła jak ten ptak.
- Jak to? - Zdziwiła się, wsłuchując się uważnie w to, co mówi, domagając się wyjaśnień.
- Ty i twój dom lśni czystością. Jak te szyby w oknach. Trudno dostrzec, gdzie kończy się wolna przestrzeń, a gdzie zaczyna twoje prywatne królestwo z napisem „Wstęp wzbroniony!”. Kiedy ktoś nieopatrznie, albo celowo próbuje przekroczyć tą niewidzialną granicę, rozbija się o twoje nieskazitelnie czyste, poukładane i zawsze bezwzględnie zaplanowane życie. I prędzej czy później ginie jak ten ptak.
Teresa spojrzała na Bolka, tego samego, o którym zawsze myślała, że niewiele potrafi dostrzec, poza czubkiem własnego nosa, piwem, krzyżówkami, telewizorem i całą resztą. Na kogoś, kto nie grzeszy inteligencją ani dobrymi manierami. Zjawił się nie wiadomo skąd i nie wymaga szczególnej instrukcji obsługi. Bo jest prosty jak konstrukcja cepa, jak czasem mawiali niektórzy. A teraz ten prostolinijny, niedouczony, wręcz nieokrzesany facet śmie wytykać jej błędy, które dotąd właściwie uważała wręcz za swoje najważniejsze zalety?
Ale Bolek nie był nie wiadomo kim. Był mężczyzną, z którym spotykała się od dłuższego czasu. Niebawem planowali razem na dobre zamieszkać. Poznał jej mały, wielki świat i nawet jej pilnie strzeżone sekrety. Znał ją tak dobrze, jak ona siebie samą. Czasem wydawało jej się, że nawet znacznie lepiej. Nieraz żartowała z niego, że jest jej Aniołem Stróżem, bo doskonale potrafił przewidzieć, jak zareaguje w danym momencie, często przestrzegając ją przed popełnieniem głupstwa. Bolek oburzał się wtedy na tego anioła. Mawiał, że nie wierzy w życie pozagrobowe, a tym bardziej w żadne ulotne skrzydlate anioły, ani inne duchy nieczyste. I godzi się jedynie na określenie „ochroniarz” albo „bodygard”. Bywało, że kłóciła się z nim o to, że stale depcze jej po piętach, to znów była mu za to wdzięczna.
Teraz przyglądała mu się z niepokojem. Był zirytowany, a może nawet zły, ale sądziła, że przecież jedna odmowa pójścia do kina i zjedzenia wspólnej kolacji nie może przesądzić o tym, czy zostaje z nią, czy też odejdzie. Gdyby tak miało być, to każdy związek rozsypywałby się, zanim na dobre by się zaczął. Nawet podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami.
Szybko jednak uzmysłowiła sobie, że właściwie stale tak się zachowywała. Ciągle potykał się o jej niewidzialną szybę, którą ustawiła na jego drodze. Zresztą, nie tylko na jego. Za tą szybą był jej prywatny, zawsze uprzątnięty i poukładany świat, w którym na dobrą sprawę wcale nie czuła się dobrze, a często wręcz obco. Ale nikt i pod żadnym pozorem nie mógł wejść do niego z brudnymi buciorami. Co prawda wpuściła do niego Daniela, Krzysztofa, potem Karola, Krystiana i nawet prostolinijnego Bolka, a także swoją przyjaciółkę Wiktorię i jeszcze kilka innych osób, ale to ona narzucała im swoją wolę i zasady poruszania się po swoim świecie. Po świecie, w którym wszystko miało swoje miejsce i swój czas. Czas, którego nie szczędziła brudnym garnkom, zakurzonym meblom, pobrudzonym przez deszcz i kurz oknom, ale którego często brakowało jej dla bliskich, przez co z czasem odchodzili od niej, nie mogąc się go doprosić.
Uciekali jak ptaki do ciepłych krajów przed zbliżającymi się chłodami, by ostatecznie z nich nie powrócić. Wybierali lepsze życie, cieplejszy klimat... Niektórzy z nich rozbijali się o jej przeźroczyste, zawsze lśniące czystością szyby ustawione na ich drodze.
Bolek odszedł od niej wcześniej, niż się spodziewała. Kiedy i ten „całkiem zwyczajny facet”, opuścił ją na dobre, nie pozostawiając złudzeń co do jej trudnego i nieroztropnego charakteru, zrozumiała jedno. Przyszedł czas na zmiany. Na jej wewnętrzne przemiany i przewartościowanie priorytetów w życiu. Tylko, dlaczego tak późno – pytała potem siebie w myślach setki razy. Zawsze wtedy jakiś wewnętrzny głos odzywał się gdzieś w niej albo koło niej, próbując ją usprawiedliwić.
- „No cóż” – mówił głos - „Jedni uczą się szybciej, a innym nauka trudniej wchodzi do głowy”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...