Opowiadanie z tomiku "DAMA W WOALCE"
Zdjęcie: Pixabay
Słodkawy wermut smakował trochę jak sfermentowany
kompot, do którego ktoś wsypał sproszkowane goździki i jakieś
korzenne przyprawy. Niestety, był to jedyny trunek, jaki Teresa
miała w swoim barku. Tkwił w nim od kilku miesięcy, podarowany z
okazji imienin przez kogoś z rodziny. Nie była amatorką alkoholi,
ale dzisiejszy dzień nie należał do zbytnio udanych, zwłaszcza w
pracy. Wróciwszy więc do domu, w przypływie chwili sięgnęła po
kieliszek wina, by nieco złagodzić towarzyszący jej od samego rana
stres. Nawet nie zorientowała się, kiedy wychyliła go do dna.
Wszystko działo się automatycznie, wydawać by się mogło, że bez
jej udziału.
Wyglądało to trochę tak, jakby mózg nie
rejestrował niektórych ruchów ciała, a już z całą pewnością
nie tych, które uważał za mniej istotne. Nawet wtedy, gdy kolejny
raz odruchowo sięgnęła po butelkę, by cierpkim płynem ponownie
napełnić po brzeg szklany, podłużny kieliszek na długiej i
cienkiej nóżce. Nachylała właśnie nad nim butelkę z winem,
kiedy niemal w tym samym momencie nieoczekiwanie uwagę Teresy
odwrócił jakiś zbłąkany ptak, który z całym impetem uderzył w
przeszkolone z góry do dołu balkonowe drzwi. Stanowiły one wyjście
wprost na niewielki taras. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund.
Skierowawszy wzrok w tamtym kierunku, zdążyła jedynie dostrzec
jego ciało na zimnej posadzce tarasu, zmagające się z tym, co
nieuniknione.
Wiedziona zwykłą ciekawością, natychmiast
zerwała się z wygodnego fotela znajdującego się niemalże przy
samych drzwiach tarasowych, na którym to od prawie godziny
odpoczywała po pracy. Wyjrzała przez nie, ale to, co zobaczyła,
nie było przyjemne dla oka. Niestety, uderzenie było zbyt silne i
nie pozostawiało złudzeń, co dalszego losu biednego ptaka. Przez
chwilę przyglądała mu się ze współczuciem, podpatrując, jak
nieszczęśnik trzepocze skrzydełkami i resztką sił usiłuje
złapać odrobinę powietrza. Wszystko na próżno.
- Biedaku,
przyleciałeś do mnie po śmierć – powiedziała tkliwie, użalając
się nad jego losem. - Moje okna i drzwi są tak czyste, że nie
zauważyłeś w nich szyby. Myślałeś, że wciąż jesteś w
przestworzach.
Zrobiło jej się go po prostu żal.
- Mała,
słaba istotka, w dodatku zakończyła swój żywot w tak bezsensowny
sposób - pomyślała. Zresztą, każdy inny sposób rozstania się z
tym światem, z pewnością też do takich by zaliczyła. I to nie
tylko jakiegoś przygodnego ptaszka, ale wszystkich żyjących na
ziemi istot.
Według Teresy śmierć była czymś kompletnie
niezrozumiałym i bezsensownym. W czym niby miała komuś pomóc? W
uzyskaniu życia wiecznego? Jeśli tak, to dlaczego nie tu, a gdzieś
w jakimś obiecanym, odległym i nieznanym świecie, do którego
rzekomo miała teleportować się dusza? Teresie podobało się na
Ziemi i na myśl, że kiedyś będzie zmuszoną ją opuścić,
dostawała gęsiej skórki. Wielokrotnie stawiała sobie pytanie:
Dlaczego w nagrodę za dobre sprawowanie nie mogłaby pozostać tu na
wieki? Po co miałaby udawać się gdzieś w nieznane i znów
zaczynać wszystko od nowa? Nawet, gdyby tam, w zaświatach,
egzystencja miałaby okazać się o wiele lepsza. Mimo wszystko
byłoby to coś zupełnie innego niż dotąd. Nie miała żadnej
gwarancji, że będzie w stanie zaakceptować nowe życie. A co,
jeśli jej się tam nie spodoba?
Teraz, kiedy przyglądała się
agonii biednego ptaka, znów naszły ją wątpliwości związane z
życiem doczesnym i tym pozagrobowym. W głowie natychmiast pojawiło
się kilka pytań, z tym podstawowym na czele. Czy taki ptak na
przykład, też może liczyć na to, że przeniesie się do krainy
wiecznej szczęśliwości? Czy święty Piotr jemu także otworzy
bramy Niebios i pobłogosławi na przywitanie? Czy w ogóle zwierzęta
mają duszę? Są przecież istotami żywymi i cierpią podobnie jak
ludzie. Czy zatem nie powinny być traktowane w tych samych
kategoriach, co człowiek?
Być może inni ludzie, będąc na jej
miejscu, w ogóle nie mieliby takich dylematów. Po prostu
pomyśleliby: „Jeden ptak więcej czy jeden mniej, co za różnica”.
Ale nie Teresa. Śmierć biednego ptaka, która wydarzyła się na
jej oczach, poruszyła ją do głębi. Co raz to spoglądała w tamtą
stronę. Za każdym razem wzdrygała się na jego widok. Wreszcie za
którymś razem pojawiły się u niej wyrzuty sumienia. Gdyby mogła
przewidzieć, że tak skończy się jej wczorajsza, jak mawiała,
szarpanina z oknami, zostawiłaby je zabrudzone.
- To przez moją
nadgorliwość - wyrzucała sobie.
W zasadzie mogła jeszcze
poczekać z myciem okien. Na dobrą sprawę wcale nie były takie
brudne.
Może wtedy biedak zauważyłby na swojej drodze szybę i
nie pomylił się tak sromotnie. Tyle że… szyby w jej oknach muszą
bezwzględnie lśnić. I nie tylko szyby. Wszystko musi być
bezwzględnie czyste i poukładane. Jest przecież pedantką. Może
nie do przesady, ale poukładaną, obowiązkową i przykładną
kobietą. Niemalże wzorem do naśladowania, zwłaszcza dla
przykładnych gospodyń domowych. I nie dotyczyło to wyłącznie
domu.
- W moim życiu wszystko ma swoje miejsce i swój czas -
mawiała często.
Nazbyt często, nie zauważywszy, że przez tę
niezwykłą pedanterię po drodze zbyt wiele jej umykało. Tych
wielkich i małych chwil radości. Różnych, przewidzianych i
nieprzewidzianych sytuacji, które były częścią jej życia, a o
które nie zadbała należycie. Dlatego, że całe swoje serce i
duszę wkładała bardziej w pielęgnację rzeczy martwych, niż
rodzinnych więzów i przyjaźni. Poza tym do swojego życia
wpuszczała tylko wybrane osoby. Te, które były w stanie jej się
podporządkować. Buntowników natychmiast usuwała. W taki czy inny
sposób, ale nigdy nie dawała im drugiej szansy. Ani na
wytłumaczenie swojego zachowania, ani na poprawę. A potem, często
rozżalona na los, który, jakby nie było sama sobie wybrała, swój
wolny czas spędzała samotnie. Głównie w wielkim fotelu przed
telewizorem. Zwykle zwinąwszy się w nim w kłębek jak kotka, gdzie
bez trudu mieściła się w nim cała. Czasem wyglądało to tak,
jakby chciała schować się w nim przed całym światem.
- Muszę
coś z tobą zrobić, biedaku – powiedziała po chwili do martwego
czarnego ptaszyska, otwarłszy na dobre tarasowe drzwi, przez które
do wnętrza wpadło chłodne powietrze.
Ptak był całkiem sporych
rozmiarów. Nie znała się na gatunkach ptaków. Nie umiała
odgadnąć, czy to kruk, czy wrona, a może jeszcze coś innego.
Zatrzęsła się tylko z zimna. Na zewnątrz z pewnością było nie
więcej niż dziesięć stopni ciepła, ale zwłoki nieszczęśnika
nie mogły leżeć tam bez końca.
Trzeba było wynieść je przed
dom i włożyć do kubła na śmieci. Wycofała się więc czym
prędzej z tarasu, po czym weszła do niewielkiego pomieszczenia,
gdzie znajdowała się garderoba.
Koniecznością było włożenie
na siebie swetra. Właśnie tam, a nie gdzie indziej spodziewała się
go znaleźć.
Garderoba była oczkiem w głowie Teresy. Uwielbiała
to miejsce. W obszernej szafie, która zajmowała całą jedną
ścianę, za kilkoma rozsuwanymi drzwiami, mogła do woli wieszać i
układać na półkach różnorakie stroje. A potem bez końca w nich
przebierać, przymierzać, ubierać się w nie. Zwykle, kiedy już
zajrzała do owej szafy, tkwiła przed nią dłuższy czas. Miała
ona w sobie coś magicznego. Skłaniała do przemyśleń. Wystarczyło
jedno spojrzenie na któryś z zalegających w szafie ubiorów, a
Teresa niemal natychmiast wracała myślami do chwil, które w jakiś
sposób się z nimi wiązały.
- Mój mały, wielki świat –
mawiała zwykle przy takich okazjach. - Nie stać mnie na podróże,
o których zawsze marzyłam. Ani na wielkie rauty, do których
zresztą wcale nie tęskniłam, ale za to chociaż mogłam sobie
czasami sprawić małą przyjemność w postaci ładnego
ciuszka.
Teraz też głęboko westchnęła, dostrzegłszy na
lustrze zawieszonym na jednej ze ścian, które oczywiście stanowiło
nieodłączny element garderoby, przyklejoną tam nalepkę, piękny
widoczek znad Lazurowego Wybrzeża. Wybierała się tam kiedyś.
Nawet kupiła na tą okazję nowiuteńki, błękitno-chabrowy strój
kąpielowy, który zachwycił ją swoim krojem i kolorami. Pamiętała,
jak bardzo była rozegzaltowana, kiedy włożyła go na siebie
pierwszy raz w przymierzalni jednego z butików. Wyglądała w nim
niezwykle zgrabnie i ponętnie. Była przekonana, że dzięki niemu
zrobi furorę na plaży i przyciągnie rozliczne męskie spojrzenia.
Niestety, wszystko potoczyło się nie po jej myśli i ostatecznie
nie pojechała w ten uroczy zakątek świata. A szkoda, bo ilekroć
spoglądała w lustro z przyklejonym do niego nadmorskim widoczkiem,
nie przestawała żałować. Seksowny strój kąpielowy zaś
wylądował w jednej z szuflad i wciśnięty pomiędzy inne części
bielizny, spokojnie czekał na lepsze czasy.
Ale teraz chwila nie
była ku temu, by znów wzdychać do urokliwych palm i piaszczystej
plaży na wyklejance. Na uwadze miała coś innego. Na tarasie leżał
martwy ptak i czekał, aż zajmie się jego pochówkiem. Rozsunęła
więc niemal bezszelestnie jedne z wielu drzwi w szafie, by zdjąć z
wieszaka ciepły sweter albo dresową bluzę. Ostatecznie zdecydowała
się na to drugie, polarową bluzę w kolorze zgniłej zieleni.
Jednakże w trakcie zdejmowania jej z wieszaka, przez nieuwagę
zahaczyła ręką i zrzuciła nieopatrznie trzy sukienki z innych
wieszaków. Natychmiast się schyliła, by je podnieść i umieścić
na swoim miejscu. Zanim jednak tak się stało, na moment wzięła do
ręki jedną z nich. W kolorze ciemnej wiśni, z dekoltem z przodu i
z tyłu, podkreślonym srebrną lamówką z drobniutkich, lśniących
koralików, przypominających maleńkie łezki. Odruchowo przyłożyła
sukienkę do twarzy. Zapragnęła poczuć jej miękkość i zapach.
Miała do niej szczególny sentyment. Było kilka powodów, dla
których ją polubiła. Świetny gatunkowo materiał, piękny,
wyrazisty kolor i zawsze modny fason. Ale nade wszystko budziła w
niej miłe wspomnienia. Szkoda, że już tylko wspomnienia.
To
właśnie ją miała na sobie, kiedy pojawiła się na balu
dobroczynnym w swojej miejscowości, niewielkiej wiosce na
Podbeskidziu. Większość kobiet, jak na wiejski bal przystało,
ubrana była skromnie. Tylko ona wyróżniała się przepychem.
Sukienkę dostała od Damiana, pierwszego życiowego partnera.
Damian był częstym gościem na warszawskich salonach i przywykł do
tego, że tam liczy się przede wszystkim luksus. Zawsze mawiał, że
trzeba wyróżniać się z tłumu, by być zauważonym. Czasem używał
słów „spośród motłochu”, co trochę ją denerwowało.
Kompletnie nie brał pod uwagę tego, że tu, gdzie mieszkała,
panowały dokładnie odwrotne zasady. Wyróżnianie się z tłumu
było niemile widziane, poczytywane za pewnego rodzaju szpan. Ponadto
Damian zarzucał partnerce brak przebojowości, co też ją
irytowało, bo czyż każdy człowiek musi rwać do przodu, niczym
lokomotywa? Są jeszcze przecież wagoniki, bez których lokomotywa
nie miałaby sensu istnienia. Takie normalne, podobne do siebie jak
dwie krople wody, ale każdy z nich ma swoje zadanie. Przewieźć
konkretnych ludzi lub konkretne towary. Ona właśnie czuła się
takim wagonikiem, który przyczepiony do czegoś, co nazywało się
życiem, spokojnie podążał do celu, nie wyrywając się zbytnio
przed szereg. A już z całą pewnością nie chciał zastąpić
lokomotywy. Teresie wystarczyło, że Damian doskonale czuł się w
tej roli. Niestety jej partner nie rozumiał, dlaczego tak a nie
inaczej podchodzi do życia.
- Może powinienem wysłać cię na
naukę do mojej matki – mawiał czasami, kiedy chciał ją
zdenerwować. I w gruncie rzeczy osiągał swój cel. Irytowała się
bardzo. I to jego: – Nikt lepiej cię tego nie nauczy od rodowitej
warszawianki – puszył się. – Bez tego w Warszawie byś
zginęła…
Nie potrafiła policzyć, ile razy już to słyszała.
Ale potrafiła się „odszczekać”.
- Czy oby na pewno chodzi
ci o przebojowość, czy raczej o zwykłe warszawskie cwaniactwo? –
odpowiadała zwykle zła jak osa.
Nie znosiła, kiedy próbował
udowodnić jej i wszystkim wokół, iż na stolicy i jego
mieszkańcach świat się kończy. A poza nią wszystko inne to
miernota. Jeszcze bardziej denerwowało ją, kiedy próbował wmówić
jej, iż każdy powinien dostosować się do tempa, jakie oni,
warszawiacy, narzucają pozostałym obywatelom naszego kraju.
Dostosować się do chaosu, gwaru, dążenia do celu za wszelką
cenę, często po trupach.
To nie był jej świat. Nie miała
zamiaru brać udziału w wyścigu szczurów.
Od Damiana Teresa
dostała jeszcze kilka innych, pięknych kreacji, które teraz
zalegały w szafie.
Większość z nich nadawała się tylko na
szczególnie uroczyste okazje, a tych, niestety, na wsi trudno było
uświadczyć. Miejscowość, w której mieszkała nie była typową
wsią. Raczej przypominała wielkie osiedle domków jednorodzinnych,
pośród których nie brak było i eleganckich willi, ale i tak
panowały tu raczej zaściankowe zwyczaje.
- Kupię ci taką willę
albo jeszcze ładniejszą w Warszawie – obiecywał Damian, kiedy
zachwycała się nimi podczas częstych wspólnych spacerów.
Namawiał
ją, żeby rzuciła wszystko i zamieszkała z nim w stolicy. Ale ona
nie zamierzała ulec namowom, kwitując zwykle wszystko kilkoma
słowami, za to bardzo zdecydowanie.
- Nie. Tu jest mój dom. Nie
widzę siebie w stolicy. Nie wytrzymałabym tam ani jednego dnia.
Dom
odziedziczyła po rodzicach. Mały, skromny, ale z tarasem na
południową stronę i balkonem na wschód. Zadłużyła się sporo,
żeby go wyremontować i doprowadzić wszystko do porządku, łącznie
z niewielkim ogródkiem wokół niego. Ogrom włożonych w to prac i
pieniędzy niejako sprawił, że czuła się z nim związana w
szczególny sposób. Ponadto stale towarzyszyło jej przekonanie, że
tu jest panią na włościach. I co najważniejsze, było jej z tym
niezmiernie komfortowo.
- Nie lubię tego całego blichtru,
nieustającej konkurencji, hałasu samochodów, smrodu spalin –
tłumaczyła zwykle Damianowi. - A poza tym, źle bym się czuła
wśród twoich znajomych, warszawiaków.
- Jakich warszawiaków? -
dziwił się zwykle Damian. - Większość mieszkańców stolicy to
przyjezdni. Prawdziwego warszawiaka ze świecą szukać! - Usiłował
ją wtedy przekonywać, zapominając niejako, albo raczej celowo
pomijając fakt, że przecież stale powołuje się na ich wyższość
nad innymi mieszkańcami naszego kraju.
- Mimo wszystko czułabym
się, jak oni mawiają, tylko wieśniaczką.
- Ty masz lepsze
maniery od niejednego z nich – na tę okoliczność Damian nieco
odpuszczał i trochę jakby pokorniał. - Jesteś kulturalna,
wykształcona, obyta ze światem. Czego można chcieć więcej?
-
Może lepszego pochodzenia? - odpowiadała wtedy.
Nie rozumiał
jej dylematów. Nie urodził się na wsi, tylko w stolicy. Na wiele
spraw patrzył całkiem inaczej. Różnili się, i to bardzo. Tak
bardzo, że w końcu zaczęło im to przeszkadzać. On chciał przeć
do przodu i błyszczeć, ona schować się w mysiej dziurce i robić
swoje. Tak w wielkim skrócie można by opisać ich charaktery,
które, jak się z czasem okazało, na dłuższą metę były nie do
pogodzenia. Wysiłek nad dążeniem do wspólnych kompromisów nie
przynosił rezultatów.
Miejsce po Damianie zajął Krzysztof,
dziennikarz z zawodu, obieżyświat i trochę lekkoduch. Miał jednak
w sobie to coś, co jak magnez przyciągało kobiety. Niezwykłą
południową urodę i dar rozkochiwania w sobie nawet najbardziej
obojętnych na męskie wdzięki kobiet. Nie trudno więc się dziwić,
że wpadła w jego sidła jak bezbronny motyl.
W szafie Teresy
wisiało kilka sukienek z tamtego okresu, które co prawda nie kupił
jej Krzysztof, tylko ona sama, ale wiązały się z nimi całkiem
miłe wspomnienia. W czerwonej, nieco frywolnej, ale za to z
cieniutką i delikatną jak mgiełka krótką marynareczką w kolorze
starego złota, zabierał ją zwykle na bankiety w wydawnictwie. W
beżowym spodnium, w nieco ciemniejsze, drobne paseczki – do pubu
albo na wizyty u swoich licznych znajomych. Kilka krótkich
spódniczek w różnych fasonach i kolorach, tudzież zgrabnych i
obcisłych bluzeczek, zakładała zwykle na jego powrót. Chyba że
wracał nocną porą, wtedy o spódniczkach i bluzeczkach należało
raczej zapomnieć.
Trzeba przyznać, że wyjazdy i powroty
Krzysztofa z rozlicznych podróży były ich chlebem powszednim, ale
Teresa nie potrafiła się do nich przyzwyczaić. I właśnie te
podróże z czasem poróżniły ich na tyle, że wzajemne fascynacje
sobą szybko przerodziły się w niekończące się kłótnie
kochanków.
- Zabierz mnie ze sobą choć raz – stale błagała
Krzysztofa, kiedy kolejny raz pakował swoją walizkę i przymierzał
się do służbowego wyjazdu w odległe zakątki naszego
globu.
Dalekie podróże zawsze były szczytem marzeń Teresy,
niestety wciąż niespełnionych.
- To niemożliwe. Firma nie
poniesie kosztów związanych z twoim wyjazdem – bronił się
Krzysztof.
- Firma nie, ale ty przecież możesz. Raz, jedyny raz
– błagała.
- Nie zgodzą się na to – wysuwał kolejne
argumenty.
- Niby czemu? Wcale nie musisz im o tym mówić, i w
ostateczności sama zapłacę za swój wyjazd – upierała się
desperacko.
Krzysztof jednak nie brał pod uwagę takiej opcji.
Wpędzało ją to we frustrację. Chciała być razem z nim. Męczyły
ją te ciągłe rozstania. No i ciekawa była dalekich krajów.
-
On nie jest wobec ciebie szczery – przekonywała ją Weronika,
przyjaciółka Teresy, kiedy potem wypłakiwała się na jej
ramieniu. - Coś ukrywa – usiłowała wzbudzić w niej
podejrzenia.
- Myślisz, że ma inną kobietę? - zaczęła się
na dobre zamartwiać.
- Nie wiem, ale coś tu nie gra. A może on
nie chce się z tobą wiązać? Woli mieć cię tak z
doskoku?
Radziła zapytać go o to wprost. Gdyby wtedy nie
skorzystała z jej rady, kto wie, może byliby parą do dzisiaj. A
tak, postawiony pod ścianą, przestraszył się i szybko zakończył
związek.
- Nie znoszę, kiedy kobiety dybią na moją
niezależność – powiedział wówczas wprost.
W chwilach
rozstania nie myśli się na ogół logicznie i o wielu rzeczach
zapomina. Zapomniała mu wtedy wytknąć, że jakoś nie myślał o
swojej niezależności, kiedy po każdym wyjeździe przywoził jej
walizę brudnych rzeczy do prania i domagał się dobrego jedzenia.
-
Wiesz, kochanie, w samolotach dają do jedzenia takie byle co. A
lokalne restauracje serwują zwykle swoje rodzime potrawy, które nie
zawsze są zjadliwe – narzekał, prosząc, żeby zrobiła wreszcie
coś normalnego.
A ona, głupia, dwoiła się i troiła, by
zadowolić jego wyszukane podniebienie. Zawsze też dokładała
starań, by na jego przyjazd w domu wszystko lśniło, bo jak mawiał,
uwielbiał porządek. Powinna była wtedy przypomnieć mu, że ma
dwie ręce i jest przecież niezależny, ale tego nie zrobiła. Teraz
żałowała. Takie sytuacje jak te, wręcz były doskonałym dowodem
na to, jak ten rzekomo niezależny mężczyzna wręcz bardzo lubił
być od niej zależny. Zanim jednak doszło do ich rozstania, kupił
jej w Kopenhadze strój do tenisa. Krótką, białą spódniczkę i
bluzeczkę w tym samym kolorze z delikatnymi, granatowymi wstawkami
po bokach i na rękawkach oraz z czarną aplikacją pewnej znanej
marki na kieszonce.
- Dla siebie kupiłem podobny – powiedział
po powrocie z podróży. - To na pamiątkę.
- Jaką pamiątkę?
- dziwiła się.
Okazało się później, że na pamiątkę ich
związku, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziała.
- Ależ kochanie,
ja nie umiem grać w tenisa! Nawet nie wiem, gdzie znajdują się
najbliższe korty tenisowe... - martwiła się, oczywiście całkiem
niepotrzebnie.
Krzysztof nie zamierzał nigdy z nią zagrać. To
miała być jedynie pamiątka, jak podkreślił. Teraz ta pamiątka
wisiała na jednym z wieszaków w szafie i zajmowała, wprawdzie
niewiele, ale zawsze trochę miejsca.
Przyjemne odczucie, jakie
spowodowało przytknięcie delikatnego, bordowego materiału wprost
do policzków Teresy nie mogło przecież trwać bez końca. Po
chwili zdecydowała się włożyć bordową sukienkę na swoje
miejsce do szafy. Swoje, to znaczy tam, gdzie powinna się znajdować,
koło „sukienek z czasów Damiana” i zarazem na granicy tych z
„czasów Krzysztofa”. Całkiem blisko osławionego stroju do
tenisa. Wszystko w odpowiedniej chronologicznej kolejności. Dwie
kolejne, które zsunęły się z wieszaka razem z bordową, też
powiesiła na swoim miejscu. Potem włożyła na siebie ciepłą
bluzę od dresu, zastanawiając się jednocześnie, gdzie może być
szufelka albo kawałek tektury, na którą zamierzała włożyć
zwłoki czarnego ptaszyska, by potem wynieść je na śmietnik. Nim
jednak zdołała ustalić miejsce ich przechowywania, jeszcze raz
spojrzała na swoją długą i przestronną szafę.
Szafa w
garderobie, a właściwie jej zawartość, stanowiła jakby swoisty
przekrój całego dorosłego życia Teresy. Takie „tekstylne”
archiwum jej bycia i niebycia wraz z pamiątkami po dawnych związkach
z mężczyznami. Za każdym razem, ilekroć ją otwierała, wracały
do niej wspomnienia. Kiedyś podzieliła się swoimi spostrzeżeniami
z przyjaciółką Wiktorią, ale ta słuchając jej opowieści
ułożyła usta w podkówkę skierowaną w dół, co miało oznaczać
niezadowolenie, albo raczej wyraz głupoty Teresy, i powiedziała:
-
To jest wariactwo! Musisz się tak katować?
- Muszę, nie muszę.
Widocznie muszę - odpowiadała sobie potem w myślach.
A może
był to pewien rodzaj kary dla jej skołatanej duszy, którą
podświadomie sobie nałożyła?
Tylko za co? Za to, że nie udało
jej się utrzymać żadnego ze związków? Tak czy inaczej, wszystkie
tekstylne pamiątki pieczołowicie gromadziła w swojej szafie,
dbając o to, by nie zjadły ich mole ani inne paskudztwa. Niczego
nie wyrzucała, prócz podniszczonej bielizny i rajstop z dziurami i
lecącymi oczkami.
Kiedy Krzysztof zniknął z jej życia,
przyrzekła sobie, że nie zwiąże się już z żadnym facetem.
-
Wystarczy tego dobrego – mówiła wtedy z przekorą do Wiktorii.
-
Bo ty jesteś głupia – usłyszała wtedy.
Wiktoria miała to do
siebie, że na ogół bywała szczera do bólu. Czemu tym razem
miałoby być inaczej? Nie dziwiło więc ją, że rozmawia z nią
bezpardonowo.
- Powinnaś traktować mężczyzn wyłącznie
instrumentalnie – pouczała przyjaciółkę. - Jak modliszka. Seks
i do widzenia...
- Nie, nie, oni nie są zjadliwi – siliła się
na żart, pamiętając o tym, że modliszki zawsze na koniec zjadają
swoich seksualnych partnerów.
Jednakże nieukojony żal i
rozgoryczenie, jakie pozostawił po sobie Krzysztof, sprawiły, że o
męskim gatunku zaczęła myśleć wyłącznie w kategoriach:
zdeptać, zniszczyć, usunąć. Takie postrzeganie mężczyzn z
czasem doprowadziło nieszczęsną Teresę do coraz to większej
frustracji, objawiającej się narastającą złością, którą
konsekwentnie w sobie dusiła. Złość ma to do siebie, że na
dłuższą metę nie da się jej stłamsić. Prędzej czy później
uzewnętrzni się. Czasem zacznie uchodzić powoli, czasem
długotrwale. Bywa też, że wybucha niczym gejzer z piekielnej
otchłani. Złość Teresy wybrała formę pomiędzy. Nie za wolno,
ale też nie gwałtownie. Potrzebny jednak do tego był odpowiedni
obiekt, czyli jakiś mężczyzna. Jak zwykle przyszła jej z pomocą
przyjaciółka Wiktoria.
- Właśnie go znalazłam – usłyszała
od niej któregoś dnia. – I nie mów mi, że cię to nie
interesuje, bo od tej skrywanej złości często robisz się nadęta
jak balon i czerwona niczym piwonia. Tylko patrzeć jak
eksplodujesz!
- Jest aż tak źle? – trochę się przeraziła,
słysząc jej słowa.
- Jest jeszcze gorzej! Dlatego nie
zastanawiaj się, kiedy ktoś podaje ci coś na tacy, tylko bierz!
Nie pożałujesz! To będzie takie dwa w jednym: Zemsta i
przyjemność!
Na początku nie bardzo wiedziała, co to miało
oznaczać, ale kiedy na swoim urodzinowym przyjęciu przedstawiła
jej Karola, obie były co do tego zgodne. To jest to, czyli ten
odpowiedni obiekt. Do wykorzystania.
Karol był całkiem
przeciętny. Właściwie we wszystkim, co robił i co sobą
reprezentował, z wyglądem zewnętrznym włącznie. Jego
nieprzeciętność objawiała się tylko w jednej dziedzinie. Jak
zapewniała ją przyjaciółka, w seksie.
- Wszystkie kobiety za
nim szaleją, podobno jest taki w tym dobry. – A potem dodała. –
Spójrz tylko, wręcz pożera cię wzrokiem! Co ci szkodzi
wykorzystać go i porzucić? Poza tym nie muszę cię chyba
przekonywać, że przydałaby by ci się porcja zdrowego seksu.
Dobrego seksu. Nie takie tam byle co, co zwykle serwują nam ci
wszyscy nieudacznicy. Słyszałam też, że ponadto seks potrafi
uleczyć wszystkie choroby – trajkotała. – Będziesz więc miała
dwa w jednym, a może i trzy.
Teresa nie była co do tego do końca
pewna, bo zawsze słyszała, że to miłość daje chęć do życia i
potrafi zwalczyć nawet najcięższą chorobę. Ale, żeby seks?
Postanowiła to jednak sprawdzić.
Po czasie uznała, że skoro
rzeczywiście Karol na nią leci, to z tego napalenia może wyjść
coś całkiem fajnego, oczywiście w łóżku. No i może w ten
sposób rzeczywiście upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu. Tym
razem to ona będzie tą wykorzystującą. Nie zamierzała bynajmniej
angażować się uczuciowo. Karol chyba też nie, bo stale mówił
tylko o jednym, o seksie. Uprawiać chciał go codziennie i to zwykle
kilkakrotnie. Na początku nawet jej się to podobało. Ale z czasem,
w przeciwieństwie do Karola, poczuła jego nadmiar i powoli
zaczynała tracić ochotę na te damsko-męskie zabawy. Przesyt bywa
zwykle gorszy od niedosytu. Co prawda z jednego i z drugiego można
dostać mdłości, ale w przypadku niedosytu nie ma czym
wymiotować.
- Zwolnijmy trochę tempo - zaproponowała, kiedy
zaczęła tracić ochotę na miłosne z nim igraszki – albo
odpocznijmy od siebie na parę dni.
- Nie ma mowy! - zirytował
się Karol. - Szkoda każdego dnia. Za dwa, najdalej trzy lata,
będziesz już stara i kto wtedy będzie chciał się z tobą kochać?
Korzystaj, póki możesz! - wypalił ni z gruszki ni z
pietruszki.
Dostał za to po twarzy, albo jak kto woli, z liścia.
Miała wtedy trzydzieści pięć lat i uznała, że grubo przesadził.
Nie czuła się wcale jak przekwitnięty kwiat, ani tym bardziej nie
zamierzała w najbliższej przyszłości zostać babcią. Nie miała
nawet jednego siwego włosa i wciąż doskonałą figurę, nie
wspominając już o świetnej kondycji fizycznej.
Tymczasem Karol
policzek potraktował jako śmiertelną obrazę i jeszcze tego samego
dnia spakował swoje zabawki. Już następnego dnia „zadołował
się” u pewnej Matyldy, a Teresa miała to, co chciała, upragniony
odpoczynek od seksu. Nie na długo jednak, bo wkrótce pojawił się
Krystian. Wracając do Karola, została jej po nim tylko jedna
bluzka, którą kiedyś kupił jej na urodziny i to w niezbyt dobrym
guście, więc nie miała czego żałować.
Za to Krystian był
wyjątkowo wyczulony na wszelkie piękno i to nie tylko to kobiece.
Uwielbiał malować, chodzić do teatru, opery, pisał książki. Był
bardzo delikatny w każdej swojej ocenie, bał się kogokolwiek
urazić. Jego subtelności nie było granic.
- To jest mężczyzna,
o jakim marzyłam przez całe życie – stwierdziła już po paru
dniach znajomości i bez najmniejszych zastrzeżeń przyjęła go pod
swój dach.
Krystian zasypywał ją piękną biżuterią i
wyszukanymi strojami. Każda podarowana przez niego sukienka, zwykle
romantyczna, czasem wręcz bajeczna, to było jedyne w swoim rodzaju
małe dzieło sztuki. Teresa była wprost oczarowana. Nim samym i
podarunkami, którymi stale ją obdarowywał. Koleżanki jej
zazdrościły. Najbardziej Wiktoria.
- Ale ci się trafił frajer!
- nie przebierała w słowach. - Jak ty to robisz, że zadajesz się
z tak skrajnie różnymi facetami? - Pytała, dziwiąc sie
jednocześnie, co raz to częstując ją złośliwymi
docinkami.
Gdyby Teresa chciała udzielić jej odpowiedzi na to
pytanie, najpierw powinna była sama sobie na nie odpowiedzieć.
Nawet próbowała, ale w tym temacie napotykała na niezwykłą
trudność. Jedyna sensowna podpowiedź, jaka jej się dotąd
nasunęła, to – kompletny brak wyczucia i rozsądku. I to by było
w zasadzie tyle.
Sielanka z Krystianem trwała kilka lat i Teresa
była nawet skłonna wyjść za niego za mąż. Tyle że Krystian
jakoś wcale nie kwapił się, by poprosić ją o rękę. Nauczona na
własnych błędach, tym razem nie przypierała go do muru, bojąc
się, by historia się nie powtórzyła. Przez te wszystkie lata
Krystian oddawał się swoim pasjom, a ona patrzyła na to z boku.
Kiedy nie pisał, malował. A kiedy nie malował i nie pisał,
próbował swoich sił w rzeźbieniu w drewnie. Trzeba przyznać,
miał talent, ale jak każdy artysta potrzebował ciągle nowych
wyzwań i nade wszystko natchnienia. Szybko okazało się, że
znalazł je w ramionach chudej blondynki o długich włosach i równie
długich nogach. Miała na imię Zuzanna i od pewnego czasu królowała
niemal na wszystkich sztalugach, ustawionych przez Krystiana w domu
Teresy. Tłumaczył jej wtedy, że Zuzanna jest niezwykle piękna i
ponętna, i obrazy z jej wizerunkiem wyjątkowo dobrze się
sprzedają.
- Dostaję za nie całkiem sporą kasę. To nas ustawi
na ładnych parę lat – wmawiał jej z miną wniebowziętego
królewicza.
Z początku nawet zaczynała w to wierzyć, bo od
niepamiętnych czasów, wreszcie zaczął dokładać się do
rachunków za utrzymanie domu i jedzenie. Ale, kiedy pewnego,
skwarnego popołudnia, przyłapała ich w swoim salonie na dywanie, i
bez ubrania, zmieniła zdanie co do Krystiana i dalszych ich
wspólnych losów.
- Rzeczywiście, na zewnątrz jest upał nie do
wytrzymania, więc mogę zrozumieć brak waszych strojów – drwiła
z nich. – Ale, żeby tarzać się nago po brudnym dywanie, na
którym swoje kłaki stale rozrzuca nasza suczka Diana, w dodatku
mająca owsiki, to już kompletny brak odpowiedzialności! - grzmiała
rozsierdzona. - Właśnie kupiłam jej lekarstwo na odrobaczenie –
dodała, i by przypieczętować swoją prawdomówność, niby zaczęła
szukać go w torbie wśród rozlicznych zakupów, które tego dnia
zrobiła. Po jej przedmowie długonoga blond piękność rzuciła się
natychmiast do łazienki, ale Teresa była na tyle sprytna i
zagrodziła jej drogę.
- O, wypraszam sobie! Nie wpuszczam obcych
do mojej łazienki! Nie wiadomo, czym mogliby mnie zarazić! Teraz
trzeba bardzo uważać. Na każdym kroku można zarazić się
wirusowym zapaleniem wątroby. Że nie wspomnę o hifie.
Wyczulony
na wszelkie piękno tego świata Krystian, po tym incydencie nie
zagrzał długo miejsca u Teresy. Próbował jeszcze przepraszać i
bajerować, ale nie była na tyle głupia, żeby mu wybaczyć.
Przeciwnie, poszła po rozum do głowy i przyrzekła sobie, tym razem
na dobre, że jeśli jeszcze kiedykolwiek zwiąże się z jakimś
facetem, to musi to być mężczyzna normalny. Nie malarz, nie poeta,
nie podróżnik, ani nie seksoholik, tylko zwykły, najnormalniejszy
facet pod słońcem.
I w końcu taki się napatoczył. Był
całkiem przeciętny. Nawet imię miał zwyczajne, Bolek. Tyle że
ten całkiem zwyczajny facet, nie miał w zwyczaju kupować kobiecie
sukienek, a tym bardziej biżuterii.
Tak więc w jej szafie nie
wisiał żaden ciuch, na który mogłaby sobie spojrzeć i skojarzyć
go z Bolkiem. Na razie, oczywiście.
Bolek był jak większość
mężczyzn. Chodził po domu w slipkach, nie uznawał piżamy,
zapomniał opuszczać klapę sedesu i rzadko mył zęby. Pieniędzy
brakowało mu zwykle już w połowie miesiąca i nieustająco
zaciągał w bankach kredyty. Koszulę zmieniał raz w tygodniu i
stale dopominał się jedzenia. Czasem wypił sobie piwko, czasem
wykosztował się na kupon totolotka, to znów wrócił z pracy mocno
podchmielony. Z reguły chodził nieogolony i zazwyczaj bywał
zazdrosny o byle co. Obiecywał złote góry, ale potykał się na
zwykłych pagórkach. Ale poza tym był „normalny”. Czasem
mieszkał u niej, to znów na kilka dni wyprowadzał się do siebie.
Tak jak i tym razem. Nawet jej to pasowało, bo wtedy na te kilka dni
mogli od siebie odpocząć, by po jakimś czasie znów za sobą
zatęsknić.
Z rozmyślań nad nieubłaganie uciekającym czasem i
nieudanymi związkami z mężczyznami, po których zostawało jej w
szafie parę ciuszków i trochę wspomnień, nieoczekiwanie wyrwał
Teresę dźwięk telefonu. Podbiegając do niego, po drodze zauważyła
w kącie za komodą czerwoną szufelkę, której tak pilnie
poszukiwała w swoich myślach. Zdziwiła się na jej widok, bo nie
mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek chowała ją w tym
miejscu. Najwyraźniej zrobiła to przez roztargnienie.
Najważniejsze, że się odnalazła i mogła teraz bez przeszkód
użyć jej jako środka transportu tragicznie zmarłego ptaszyska na
miejsce jego wiekuistego spoczynku.
- Słucham – powiedziała do
słuchawki, a właściwie do tego kogoś po drugiej stronie
telefonicznego kabla.
- No, jesteś! A już myślałem, że cię
nie ma. Dlaczego tak długo? - pytał zniecierpliwiony jak zawsze
Bolek.
- Przecież odbieram normalnie, po czwartym sygnale –
zirytowała się nieco, słysząc jego głos.
Nieszczególnie
miała teraz ochotę na rozmowę z nim, a co dopiero na to, co chwilę
później zaproponował.
- Będę u ciebie za kwadrans. Kupiłem
bilety do kina, a po kinie urządzimy sobie kolację i małe
sekscesy! Co ty na to? - Pytał właściwie czysto retorycznie, bo i
tak nigdy nie brał pod uwagę jej zdania.
- Wiesz, że nie lubię,
kiedy stawiasz mnie przed faktem dokonanym – odparła
niezadowolona. - A może mam na dzisiejszy wieczór inne plany?
-
Jakie inne plany? - teraz na odmianę w jego głosie dało się
wyczuć pewną konsternację. - To już przestałem być dla ciebie
najważniejszy?
- Tego nie powiedziałam, ale są sprawy równie
ważne...
Nie dał jej dokończyć zdania, jak zwykle zalewając
potokiem słów, który tradycyjnie działał na nią jak kubeł
zimnej wody, przypominając w ten sposób o hierarchii osób i
wydarzeń w jej życiu.
- Na przykład prasowanie, które
odkładam już od tygodnia i wizytę u ojca. Przecież wspominałam
ci, że jest chory – wyjaśniła, kiedy wreszcie dopuścił ją do
słowa.
- Jak sobie chcesz – syknął niczym wygłodniała
kobra. – Tylko, żebyś potem nie żałowała.
Wykosztowałem
się na te bilety i szkoda, żeby się zmarnowały. W takim razie
zaproponuję kino Beacie – próbował ją zaszantażować.
Doskonale wiedział, że jest o nią zazdrosna. Podobnie jak
wszystkie kobiety w okolicy w promieniu pięciu mil. Beata należała
do tych kobiet, na które wystarczyło skinąć ręką, a natychmiast
pakowały się do łóżka każdemu mężczyźnie. Za jej sprawą
rozpadały się niejedne, nawet najtrwalsze związki.
- Ty i te
twoje porządki – narzekał Bolek.
- I chory ojciec – dodała.
- Jest sam, nie mogę zostawić go na pastwę losu. Muszę się nim
zająć. To mój święty obowiązek.
W odpowiedzi w słuchawce
usłyszała krótki, przerywany sygnał, co mogło oznaczać nie
inaczej, tylko, że się obraził. Specjalnie się tym nie przejęła.
Chciała nawet wziąć z tego powodu głęboki oddech, ale nie
zdążyła. W tym samym momencie bowiem usłyszała natarczywy
dzwonek u drzwi. Tak dzwonił tylko Bolek, więc podeszła do nich z
niepokojem.
- Mogłam się domyślić! Telefonowałeś z komórki
pod moimi drzwiami! – Uniosła się gniewem, ujrzawszy go z butelką
wina w ręce.
- To jest do kolacji, którą, oczywiście zrobisz
po seansie filmowym – oznajmił rozbrajająco.
Jeszcze na dobre
nie przekroczył progu, a już zaczął zasypywać ją mnóstwem
pytań.
- Co robisz? - spytał, widząc, że drzwi szafy w
garderobie są otwarte na maksa. - Znowu nie masz się w co ubrać? -
ironizował.
- To też, ale teraz robię porządki, nie
wspominałam ci? - skłamała.
- Mówiłaś coś o prasowaniu...
-
No właśnie! - Była nieugięta, dając mu do zrozumienia, że nie
ma na niego ochoty, proponując jednocześnie, by przełożyć
spotkanie na jutro.
- Z drugiej strony, dobrze, że się zjawiłeś.
Mam dla ciebie robotę – wpadła nagle na pomysł, że jego
niespodziewana wizyta może przełożyć się na pewnego rodzaju
korzyść, w wyniku której pozbędzie się „martwego” problemu,
i zaciągnęła go od razu na taras, namawiając do pomocy przy
uprzątnięciu przygodnego samobójcy.
Na jego widok Bolek
obruszył się i wyglądało na to, że nie zamierza w tej sprawie
kiwnąć palcem. Przyglądał się Teresie spode łba, usilnie
szukając w swojej głowie, jak zawsze w takich sytuacjach, kilku
wyświechtanych frazesów, które w sposób skuteczny wyzwoliłyby go
od tej niemiłej czynności. Ale tym razem nie zamierzała ich
słuchać. Zostawiła go sam na sam ze zwłokami i natychmiast swoje
kroki skierowała ponownie w kierunku garderoby.
- Po co ci tyle
ciuchów? - Pytał z ironią w głosie chwilkę później, kiedy
powróciła do garderoby, a on krok w krok za nią.
Nie zwracała
jednak na niego szczególnej uwagi, oddając się swojemu ulubionemu
zajęciu, czyli przeglądaniu zawartości szafy. Bolek w międzyczasie
dotknął ręką jednej z sukienek.
- Ta na przykład, wygląda
jak wielki namiot... – silił się na niezbyt wyrafinowany
komentarz.
- O, wypraszam sobie! Taka była wtedy moda, a poza tym
dostałam ją od Damiana. To bardzo drogi materiał.
Była zła i
nie przebierała w słowach. Przy okazji nie zapomniała mu
napomknąć, że jak na razie, od niego niczego nie dostała. Bolek
natychmiast pośpieszył z ciętą ripostą. W tym akurat był
mistrzem. Natychmiast przypomniał jej, która sukienka po kim jest
pamiątką. Dodał jeszcze, że jak na jedną kobietę, to tych
facetów było wystarczająco sporo. W dodatku po każdym z nich,
tylko to jej pozostało, tych parę starych szmat.
- No widzisz! -
uniosła się. - Mam w sercu i zarazem w swojej szafie sporo miejsca!
Dla ciebie też się znalazło, ale nie potrafisz tego docenić –
powiedziała przekornie. - Szkoda tylko, że nie bardzo będę miała
czym się pochwalić, kiedy zakończy się nasz związek.
- Nie
zamierzam od ciebie odchodzić, ale ostatnio coraz częściej mam
wrażenie, że to nieuniknione – skomentował jej ostatnie
zdanie.
W odczuciu Bolka Teresa szarpała się sama ze sobą,
niczym pliszka wrzucona przez skautów w ognisko. Pomiędzy jednym
językiem płomienia a drugim. Wszystko wokół stało w ogniu, albo
już dawno się spaliło, tylko ona wciąż dzielnie walczyła,
próbując ujść z tego cało. Spalona na ciele i duszy wciąż
trwała. Pytanie tylko, jak długo jeszcze?
Bolek nie omieszkał
dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty dołączyć do tego
rytualnego tańca na pogorzelisku przeszłości, które wciąż
podsycała w swoich myślach. Nie chciałby też stać się, tak jak
ona, niewolnikiem porządków i bez końca dopieszczać każdy martwy
przedmiot w ich otoczeniu.
Nie pierwszy raz przypomniał jej o
tym, że są w życiu ważniejsze sprawy.
- Przez tą twoją
niewidzialną szybę, którą ustawiłaś na swojej drodze rozbijają
się wszyscy twoi partnerzy. Któregoś dnia i ty sama się na nią
nadziejesz... Obyś nie zginęła jak ten ptak.
- Jak to? -
Zdziwiła się, wsłuchując się uważnie w to, co mówi, domagając
się wyjaśnień.
- Ty i twój dom lśni czystością. Jak te
szyby w oknach. Trudno dostrzec, gdzie kończy się wolna przestrzeń,
a gdzie zaczyna twoje prywatne królestwo z napisem „Wstęp
wzbroniony!”. Kiedy ktoś nieopatrznie, albo celowo próbuje
przekroczyć tą niewidzialną granicę, rozbija się o twoje
nieskazitelnie czyste, poukładane i zawsze bezwzględnie zaplanowane
życie. I prędzej czy później ginie jak ten ptak.
Teresa
spojrzała na Bolka, tego samego, o którym zawsze myślała, że
niewiele potrafi dostrzec, poza czubkiem własnego nosa, piwem,
krzyżówkami, telewizorem i całą resztą. Na kogoś, kto nie
grzeszy inteligencją ani dobrymi manierami. Zjawił się nie wiadomo
skąd i nie wymaga szczególnej instrukcji obsługi. Bo jest prosty
jak konstrukcja cepa, jak czasem mawiali niektórzy. A teraz ten
prostolinijny, niedouczony, wręcz nieokrzesany facet śmie wytykać
jej błędy, które dotąd właściwie uważała wręcz za swoje
najważniejsze zalety?
Ale Bolek nie był nie wiadomo kim. Był
mężczyzną, z którym spotykała się od dłuższego czasu.
Niebawem planowali razem na dobre zamieszkać. Poznał jej mały,
wielki świat i nawet jej pilnie strzeżone sekrety. Znał ją tak
dobrze, jak ona siebie samą. Czasem wydawało jej się, że nawet
znacznie lepiej. Nieraz żartowała z niego, że jest jej Aniołem
Stróżem, bo doskonale potrafił przewidzieć, jak zareaguje w danym
momencie, często przestrzegając ją przed popełnieniem głupstwa.
Bolek oburzał się wtedy na tego anioła. Mawiał, że nie wierzy w
życie pozagrobowe, a tym bardziej w żadne ulotne skrzydlate anioły,
ani inne duchy nieczyste. I godzi się jedynie na określenie
„ochroniarz” albo „bodygard”. Bywało, że kłóciła się z
nim o to, że stale depcze jej po piętach, to znów była mu za to
wdzięczna.
Teraz przyglądała mu się z niepokojem. Był
zirytowany, a może nawet zły, ale sądziła, że przecież jedna
odmowa pójścia do kina i zjedzenia wspólnej kolacji nie może
przesądzić o tym, czy zostaje z nią, czy też odejdzie. Gdyby tak
miało być, to każdy związek rozsypywałby się, zanim na dobre by
się zaczął. Nawet podzieliła się z nim swoimi
wątpliwościami.
Szybko jednak uzmysłowiła sobie, że właściwie
stale tak się zachowywała. Ciągle potykał się o jej
niewidzialną szybę, którą ustawiła na jego drodze. Zresztą, nie
tylko na jego. Za tą szybą był jej prywatny, zawsze uprzątnięty
i poukładany świat, w którym na dobrą sprawę wcale nie czuła
się dobrze, a często wręcz obco. Ale nikt i pod żadnym pozorem
nie mógł wejść do niego z brudnymi buciorami. Co prawda wpuściła
do niego Daniela, Krzysztofa, potem Karola, Krystiana i nawet
prostolinijnego Bolka, a także swoją przyjaciółkę Wiktorię i
jeszcze kilka innych osób, ale to ona narzucała im swoją wolę i
zasady poruszania się po swoim świecie. Po świecie, w którym
wszystko miało swoje miejsce i swój czas. Czas, którego nie
szczędziła brudnym garnkom, zakurzonym meblom, pobrudzonym przez
deszcz i kurz oknom, ale którego często brakowało jej dla
bliskich, przez co z czasem odchodzili od niej, nie mogąc się go
doprosić.
Uciekali jak ptaki do ciepłych krajów przed
zbliżającymi się chłodami, by ostatecznie z nich nie powrócić.
Wybierali lepsze życie, cieplejszy klimat... Niektórzy z nich
rozbijali się o jej przeźroczyste, zawsze lśniące czystością
szyby ustawione na ich drodze.
Bolek odszedł od niej wcześniej,
niż się spodziewała. Kiedy i ten „całkiem zwyczajny facet”,
opuścił ją na dobre, nie pozostawiając złudzeń co do jej
trudnego i nieroztropnego charakteru, zrozumiała jedno. Przyszedł
czas na zmiany. Na jej wewnętrzne przemiany i przewartościowanie
priorytetów w życiu. Tylko, dlaczego tak późno – pytała potem
siebie w myślach setki razy. Zawsze wtedy jakiś wewnętrzny głos
odzywał się gdzieś w niej albo koło niej, próbując ją
usprawiedliwić.
- „No cóż” – mówił głos - „Jedni
uczą się szybciej, a innym nauka trudniej wchodzi do głowy”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz