czwartek, 16 stycznia 2025

NIEZNAJOMA W WOALCE

 





Opowiadanie z tomiku o tym samym tytule.

Zdjęcie: Pixabay


Była piękna, złota, polska jesień. Na październikowe temperatury też nie można było narzekać, choć daleko im było do letnich. Tego dnia słońce ani razu nie schowało się za chmurę.
Żałowała, że czterdzieści lat temu, kiedy Małgorzata brała ślub z Andrzejem, poskąpiło im blasku. Wprawdzie nie padało, ale za to było potwornie zimno i ogólnie nieprzyjemnie. Na samo o tym wspomnienie za każdym razem czuła na sobie przejmujący chłód. Jak wtedy, kiedy po skończonej ceremonii opuścili kościół, a przy wyjściu na schodach dopadli ich, w dosłownym tego słowa znaczeniu, krewni i znajomi z życzeniami i kwiatami. Zwykle piękne chwile, tym razem przerodziły się niemal w udrękę. Przynajmniej dla Małgorzaty. Ślubna suknia i narzucona na nią pelerynka nie były w stanie ochronić jej przed zimnem. Prawie zamieniła się w sopel lodu.
Nie wszystkim uczestnikom wesela to przeszkadzało. Najmniej chyba matce panny młodej. Jej uwaga skupiona była wyłącznie na tym, by jej córka dobrze się zaprezentowała. W dalszej kolejności na weselnym menu i gościach, którzy przecież musieli być dobrze obsłużeni przez kelnerów i nie mogli wyjść z przyjęcia niezadowoleni.
Po skończonym weselu skomentowała wszystko w niewyszukany sposób.
- Nie będziesz bogata, ale przynajmniej nie wylejesz łez w swoim małżeństwie.
Według niej, a właściwie według wróżb na temat ślubu i towarzyszącym im okolicznościom krążyło wiele legend. Jedna z nich rzekomo mówiła, że gdy w dniu ślubu chociaż przez chwilę pada deszcz, panna młoda będzie bogata, albo dla odmiany nieszczęśliwa. Deszcz bowiem miał oznaczać łzy. Łzy szczęścia, a co za tym idzie bogactwo, albo prawdziwe łzy, wylane na skutek nieszczęść i innych niedogodności losu.
Na dwoje babka wróżyła, pomyślała wówczas Małgorzata. Ani ona, ani jej matka nie wiedziały wtedy, że tylko pierwsza część wróżby spełni się co do joty.
Co prawda przez cały okres swojego małżeństwa Małgorzata nigdy nie mogła narzekać na brak jedzenia i dachu nad głową, ale na wszystko inne już tak.
Teraz jednak o tym nie myślała, bo małżonek chodził z miną skazańca i wykłócał się z synem i córką. Oboje od dawna mieli własne rodziny. W czterdziestą rocznicę ślubu swoich rodziców uznali za stosowne zorganizować dla nich przyjęcie i zamówić mszę św. w kościele. I o tą mszę właśnie cały czas wykłócał się Andrzej. Agnieszka i Tomek przeczuwali, że ojciec może nie być z tego zadowolony, więc w tym celu przezornie udali się do sąsiedniej parafii, gdzie nikt nie znał Małgorzaty i Andrzeja. Mało tego, by nie robić zbędnego rozgłosu, zamówili mszę św. w tygodniu, w sobotę. Nie jak początkowo planowali, w niedzielę. Bez odnowienia przysięgi małżeńskiej, ich zdaniem, uroczystość ta nie mogła się odbyć. Zaprosili najbliższą rodzinę i czwórkę przyjaciół rodziców. Ale Andrzej jak to Andrzej, nigdy nie był zadowolony z tego, co ktoś dla niego robił. Teraz też.

- Co to za rocznica! Czterdzieści lat? Pięćdziesiąt, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale czterdzieści? – irytował się, sprawiając tym przykrość żonie.
Czterdzieści lat razem to szmat czasu, uważała Małgorzata. W dodatku nie miała z nim łatwego życia. Mąż lubił chodzić własnymi ścieżkami i nikogo nie słuchał. Zarabiał niewiele, często zaciągał kredyty, ze spłatą których potem nie mogli sobie poradzić. Nie dbał o swoją żonę i wszystkiego jej żałował. Był okropnym skąpiradłem. Ciągle o coś się awanturował. Życie z nim bynajmniej nie było usłane różami. Co najwyżej ich kolczastymi łodygami. Małgorzata stąpała po tych cierniach, robiąc dobrą minę do złej gry, kalecząc się na duszy i ciele. To on w głównej mierze był powodem jej rozlicznych chorób. A teraz jeszcze pokrzykiwał, próbując wszystkim udowodnić, że czterdziesta rocznica ślubu to nic nie warta data w kalendarzu.
- W żadnym wypadku nie usiądę na krześle przed ołtarzem! – grzmiał. – Żaden klecha nie będzie mnie wywlekał na środek kościoła! Albo usiądziemy w ławkach, jak wszyscy normalni ludzie, albo wcale nie pojadę do tego kościoła! I nie będę odnawiał żadnej przysięgi! Ani mi się śni!
Agnieszka i Tomek widząc, w jakim wszystko zmierza kierunku, ostatecznie zadzwonili do księdza, który tego dnia miał odprawiać mszę i poprosili go, by zmienił nieco rytuał, trochę pod dyktando ich ojca. Na szczęście nie robił oporów.
Przez całą drogę do kościoła Andrzej marudził w samochodzie. Ględził jak stary dziad. Małgorzata miała już tego serdecznie dość i najchętniej wysiadłaby w połowie drogi. Ale nie chciała robić przykrości dzieciom. Zadali sobie tyle trudu, wydali sporo pieniędzy.
Na szczęście w kościele niewiele było osób. Poza zaproszonymi gośćmi jeszcze kilka starszych pań z owej parafii. Jakimś cudem udało się nakłonić Andrzeja, by wraz z żoną usiedli w pierwszej ławce, a nie jak zamierzał, w ostatniej.
Ksiądz trochę się spóźniał i wszyscy zaczęli się już niepokoić. W oczekiwaniu na niego organista grał jedną pieśń za drugą. Małgorzacie nawet się to spodobało. Przy dźwiękach organów zamyśliła się nieco. Wróciła myślami, rzecz jasna, do tamtego pamiętnego dnia, kiedy oboje stanęli na ślubnym kobiercu. Na krótko jednak, bo w pewnym momencie dał się słyszeć odgłos otwierania wahadłowych drzwi, łączących przedsionek z głównym kościołem. Wszyscy jak na komendę, trochę też zapewne z nudów, odwrócili głowy w tamtą stronę z myślą, że to wszedł ktoś ze spóźnionych gości. Ale w zasadzie goście byli już w komplecie. Tym bardziej więc byli zaciekawieni. Tylko Andrzeja kompletnie nic to nie obchodziło. W ogóle nie zareagował. Podparty łokciami o kościelną ławkę siedział z zamkniętymi oczami. Wyglądał jakby spał.
Tymczasem w drzwiach ukazała się nikomu nieznana postać. Kobieta w woalce. Cała ubrana była w seledynowy komplecik, łącznie z woalką w takim samym kolorze.
- Gośka, znasz ją? Kto to jest? – Szturchnęła ją łokciem przyjaciółka Adela, wiedziona ciekawością, dopytując o personalia kobiety.
- Nie. Chyba nie - odparła Małgorzata, tłumacząc jej ściszonym głosem, że przecież ma kiepski wzrok i nie widzi tak daleko. - Obraz twarzy mi się zlewa, i do tego jeszcze ta woalka… Pewnie to jakaś tutejsza elegantka.
- Eee – skrzywiła się Adela niezadowolona z jej odpowiedzi. A potem dodała: - Wygląda, jakby to ona brała dzisiaj ślub, albo przyszła odnowić swoją przysięgę małżeńską, a nie ty. No, przyjrzyj jej się – nalegała przyjaciółka. - Zobacz, jak ona się ubrała. Jak do ślubu!
- A co mnie to obchodzi – zirytowała się Małgorzata wypowiadając swoje słowa dokładnie w momencie, kiedy ksiądz wraz z ministrantami wyszedł wreszcie z zakrystii i udał się wprost do Stołu Pańskiego.
Zauważyła jedynie, że kobieta trzymała w ręku wielką, białą kopertę i usiadła w ostatniej ławce. Jedyna myśl, jaka wówczas jej się nasunęła, to skojarzenie, że przecież jest październik i w tym kusym i cienkim kostiumiku musi jej być zapewne bardzo zimno. Nawet się wzdrygnęła z zimna, przypominając sobie, jak bardzo sama zmarzła tamtego dnia czterdzieści lat temu.
Na szczęście msza nie trwała długo, a ksiądz swoje kazanie ograniczył do zaledwie paru zdań. Potem dowiedziała się, że zasługi w tym mieli Tomek i Agnieszka. Uprosili księdza. Wszystko ze względu na marudnego ojca. Gdy wszyscy powoli zaczęli opuszczać swoje ławki i udawać się do wyjścia, okazało się nieoczekiwanie, że tajemnicza kobieta chyba już dawno wyszła. W każdym razie nie było po niej śladu. Ani w kościele, ani tuż przed nim, gdzie ewentualnie spodziewała się ją jeszcze dojrzeć. Spod kościoła oczywiście goście udali się do restauracji, gdzie odbywało się przyjęcie.
- No, teraz już jestem spokojny! – powiedział Andrzej siedząc w samochodzie i zapalając silnik.
- A co przedtem nie dawało ci spokoju? – spytała ironicznie żona.
- Jak to, co? Te wszystkie durnoty! Wymyślacie jakieś msze, jakieś przysięgi małżeńskie! Na ch… to komu? – denerwował się klnąc siarczyście. - Jakby nie wystarczyło przyjęcie. Golonka i parę głębszych.
- Jasne! Tylko żarcie ci w głowie! I wóda.
- Żyje się po to, żeby jeść – odparł Andrzej, denerwując tym jeszcze bardziej żonę.
W restauracji oczywiście od razu sięgnął po butelkę wódki i zaczął nalewać ją do kieliszków.
- Tato! Co ty robisz? – upomniała go córka, przypominając mu, że tym się zajmują kelnerzy.

Niestety, nie posłuchał jej i nalewał dalej.
- Poczekaj, przecież najpierw będzie szampan! Trzeba wznieść toast – wytknął mu Tomek.
Na szczęście mimo propozycji i zachęty ojca do poniesienia kieliszka z wódką, nikt po niego nie sięgnął. Goście czekali na szampana. Kelnerzy zjawili się w te pędy, ale jak się okazało nie dość szybko. Andrzej był szybszy. Widząc, że nikt nie chce zaczynać od wódki, ku zgorszeniu córki i syna, sam wychylił swój kieliszek.
W tracie biesiadowania przysiadła się do ich stolika Adela.
- Nie wiem, kiedy zniknęło to cudo – zaczęła rozmowę, mając na myśli kobietę w woalce. - I po co przyszła do kościoła z tą wielką kopertą? Zupełnie tego nie rozumiem.
- Nie musisz. To nie nasz problem – próbowała zmienić temat Małgorzata.
Nie wiedziała jeszcze wtedy, że i owszem, to jest jej problem. I to wielki. Tymczasem przyjaciółka wciąż wracała do tematu nieznajomej kobiety.
- Gdzieś już ją widziałam. Tylko za nic nie mogę sobie przypomnieć gdzie – zastanawiała się Adela.
W międzyczasie okazało się, że Andrzej ma już sporo za kołnierzem. Bredził coś bez sensu. Tomek denerwował się, że urządzili rodzicom imprezę, a ojciec jak zwykle skończy ją przed czasem. Na dodatek wciąż wypominał dzieciom, że czterdziestej rocznicy ślubu się nie świętuje, co było dla wszystkich bardzo irytujące.
- Pięćdziesiąt! O! To ja rozumiem! – bełkotał.
- Jesteś pewien, że jej dożyjesz? Bo my nie mamy takiej pewności. Woleliśmy więc urządzić wam czterdziestkę – przygadywała mu poirytowana jego zachowaniem córka.
- Dożyję, córeczko! Tobie na złość! Chyba że wykończy mnie wasza matka. A to jest możliwe…
- Prędzej ty ją! – grzmiał mu and uchem Tomek.
Na szczęście po jakimś czasie Andrzej zwolnił nieco tempo w piciu alkoholu. Co prawda nie przestał mówić od rzeczy, ale przynajmniej nie trzeba było odstawić go do domu przed czasem.

Kolejny dzień niczym nie różnił się od poprzednich. Oczywiście wpadła z wizytą Adela. Koniecznie musiała „obgadać” poprzedni dzień. Dokładniej mówiąc, gości uczestniczących w imprezie.
Małgorzata czasem miała jej serdecznie dość, ale nie zamierzała zrywać tej znajomości. Pomijając wrodzone wścibstwo przyjaciółki i nieustające plotkowanie, jak każdy człowiek miała też i zalety. Dobre serce i pomocne dłonie. A to zawsze, a szczególnie w obecnych czasach było na wagę złota. Na jej pomoc zawsze można było liczyć. Teraz też ją deklarowała, choć o to nie prosiła.
- Znajdę tę kobietę! Zobaczysz! Dowiem się, kto to był – zapewniała ją podekscytowana.
Małgorzata próbowała odwieść ją od tego pomysłu na wszelkie możliwe sposoby. W gruncie rzeczy niewiele ją to obchodziło. Nie zapamiętała nawet jej twarzy. Po co miałaby się nią interesować?
- Ale po co? Co mnie obchodzi jakaś obca kobieta! - irytowała się.
- Może ciebie nic, ale mnie nie daje to spokoju. Gdzieś już ją spotkałam.
- Być może. Mało to osób spotykamy w swoim życiu.
- Tak, masz rację. Ale mam jakieś dziwne przeczucie, że coś jest nie tak z tą kobietą.
- O matko! Daj już spokój! – niemal błagała.
Tak czy inaczej, Adela obiecała wpaść w przyszłym tygodniu na kawkę. Wcześniej, jak zaznaczyła, będzie bardzo zajęta.
Następnego dnia Andrzej rano poszedł do pracy. Agnieszka i Tomek wraz z rodzinami rozjechali się przed południem do swoich domów i wydawało się, że Małgorzata wreszcie będzie miała święty spokój i chwilkę odpocznie. Jak się jednak później okazało, było to tylko pokorne życzenie.
Kilka minut po czternastej ktoś zadzwonił do drzwi mieszkania. Akurat przygotowywała obiad. Pierogi leniwe. Ręce miała brudne od mąki. Zanim mogła otworzyć drzwi, musiała jej najpierw umyć.
- Już! Już! Zaraz otwieram – pokrzykiwała z kuchni.
Ten ktoś jednak nie zamierzał czekać. Po drugim dzwonku zwyczajnie sobie poszedł. Gdy więc otwarła drzwi, okazało się, że gość rozpłynął się w powietrzu. Za to na wycieraczce przed drzwiami leżała duża, biała koperta. Podniosła ją z pewną obawą. W pierwszej chwili nie skojarzyła, że taką samą, a przynajmniej podobną, widziała w rękach kobiety w woalce. Przez moment jej się przyglądała, jednocześnie rozglądając się na klatce schodowej, czy oby gdzieś nie dojrzy jeszcze jej nadawcy, albo chociaż kuriera. Ale panował tam niczym niezmącony spokój. Zamknęła więc drzwi i weszła do pokoju z zamiarem otwarcia jej. W kopercie znajdowało się duże zdjęcie jakiejś nieznanej jej kobiety w wieku około czterdziestu lat i złożone wpół urzędowe pismo z wielką, czerwoną pieczęcią w lewym rogu u góry i trzema innymi pod spodem pisma. Usiadła przy stole, by je przeczytać. Już pieczęć wzbudziła w niej podejrzenia. Widniała na niej nazwa jakiegoś laboratorium. Dopiero, gdy przeczytała nagłówek pisma, zdębiała na dobre. To był test na ojcostwo. Czytając go, z trudem dobrnęła do końca. Stało w nim czarno na białym, że ojcem kobiety na zdjęciu jest Andrzej. Dla Małgorzaty był to szok.
Data wskazywała wyraźnie, że owa kobieta ze zdjęcia o dźwięcznym imieniu Izabela urodziła się dziewięć miesięcy po ślubie Małgorzaty z Andrzejem.
- Jak to? Zdradził mnie tuż przed ślubem, czy zaraz po? – zastanawiała się w myślach. - I jak mu się to udało ukryć tyle lat?
Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w zdjęcie, usiłując przypomnieć sobie, czy przypadkiem gdzieś już jej nie widziała, nie spotkała. Ale była niemal pewna, że jednak nie.
Wściekłość do Andrzeja rosła z minuty na minutę. A wraz z nią kłębiła się cała masa pytań, z tymi najważniejszymi włącznie. Wiedział o tym, że ma jeszcze jedną córkę czy nie? I kiedy ją zaczął zdradzać? I dlaczego dowiaduje się o tym dopiero teraz? Skąd owa kobieta w woalce wiedziała, że tego dnia właśnie w tej, a nie w innej parafii odbędzie się rocznicowa msza? Wszystko to było bardzo podejrzane. A może wciąż to trwa? Może dalej jest trochę z nią, trochę z tamtą kobietą?

W pierwszym odruchu chciała sięgnąć po telefon i zażądać, by natychmiast przyjechał do domu i wszystko jej wyjaśnił. Pamiętała jednak, że najpierw musi uspokoić swoje nerwy. W nerwach bowiem nie zawsze postępuje się właściwie. Rzuciła więc zdjęcie i całą resztę na stół, po czym wstała i poszła do kuchni po kieliszek i butelkę wina. Nigdy dotąd nie topiła swoich trosk i zmartwień w kieliszku. Wprost przeciwnie, zamartwiała się, wypłakiwała w poduszkę, żaliła przyjaciółce. Ale to, czego dowiedziała się tego dnia, było ponad jej siły. Musiała czymś uśmierzyć swój ból.
Kto wie, czy na jednym kieliszku wina by się skończyło, gdyby znów nie usłyszała dzwonka do drzwi. Zmuszona była je otworzyć. Ku jej zaskoczeniu stała w nich Adela.
- A ty co tu znowu robisz? Stało się coś? – Spytała drżącym głosem, niemalże płaczliwym, wpuszczając ją do środka.
- Musiałam przyjść! Wybacz, ale przypomniałam sobie, kim była ta kobieta wczoraj w kościele.
- Mogłaś zadzwonić… No, kto to? – spytała proponując jej, aby usiadła na krześle przy stole.
- To była koleżanka Andrzeja z dawnej pracy. Pamiętasz, była na waszym ślubie, a potem na weselu. Pamiętasz? – próbowała uruchomić pamięć swojej przyjaciółki.
- Nie. Nie pamiętam. Minęło czterdzieści lat, a ty tak bez trudu ją poznałaś? – dziwiła się Małgorzata.
- Ona prawie się nie zmieniła. Poza tym, że nieznacznie przytyła. Tylko moja pamięć trochę mnie zawodziła… Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie żeśmy się spotkały. O! A co to? Można? – spytała Adela dostrzegając kopertę i zdjęcie leżące na stole.
- Proszę bardzo! Przeczytaj sobie, a ja naleję sobie wina. Ty też chcesz? – zapytała.
- Nie. Może później – odparła, biorąc do ręki zdjęcie i dokument. - Co to jest? – spytała nie dowierzając, prawie się jąkając ze zdziwienia.
- Pisze czarno na białym. Andrzej jest jej ojcem. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Bo ja nie. Chyba tego dokumentu nie da się podważyć.
- Raczej nie, ale…
Adela nie wiedziała, co powiedzieć, żeby jakoś uzdrowić atmosferę.
- Teraz już masz pełny obraz. Wiesz, kim była kobieta w woalce i czego chciała – powiedziała zrezygnowanym głosem Małgorzata. - Na dokumencie jest jej nazwisko, które nawiasem mówiąc nic mi nie mówi. I adres. Ale nie wiem, czy jeszcze aktualny.
- Jak to? To nie przyniosła tej koperty osobiście? – nie do końca rozumiała Małgorzatę.

Starała się wytłumaczyć przyjaciółce wszystko ze szczegółami, ale nie szło jej najlepiej. Głos jej się załamywał, to znów wpadała we wściekłość. Jedno za to Adela zrozumiała aż za dobrze. Było oczywistym, że Małgorzata chce się spotkać z ową kobietą. Zamierzała ją odnaleźć. I tu akurat dobrze ją rozumiała, tyle że mogły z tego wyniknąć nieprzewidziane konsekwencje, a o tym jak widać, jej przyjaciółka na razie nie myślała. Radziła jej więc, by najpierw wszystko dobrze przemyślała.
- Pewnie bez trudu ją odnajdziesz. Pewnie powiesz jej, co o tym wszystkim sądzisz. Andrzejowi też. Tylko, co dalej? – pytała Adela.
- Nie wiem – usłyszała w odpowiedzi. - Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę ustalić, kiedy to się stało. Chcę znać dokładny dzień i godzinę. Muszę wiedzieć, kiedy mnie zdradził.
- Doskonale cię rozumiem, ale… Chociaż, zaraz! Coś mi się przypomniało. To dlatego dobrze ją zapamiętałam! Ty nie, ale ja tak!
Małgorzata patrzyła na nią z niedowierzaniem. Nie rozumiała, o czym mówi.
- Zapamiętałam ją, bo w dzień waszego wesela napatoczyłam się na nią i na Jerzego w damskiej toalecie. Tak! Doskonale to pamiętam. Wchodzę i słyszę jakieś śmichy, chichy. I co widzę? Z jednej z toalet wychodzi właśnie ona, a tuż za nią twój Andrzej! Gdy mnie zobaczył, zaczął się tłumaczyć, że musiał wejść do damskiej toalety, bo koleżanka zatrzasnęła się w WC i nie mogła wyjść. A ja, głupia, dałam temu wiarę. Do głowy wtedy mi nie przyszło, że oni…
- Proszę cię, nie kończ – powiedziała cicho. - Czyli co? Zdradził mnie w dzień naszego ślubu?! Nie mogę w to uwierzyć! Jeśli tak, na dobrą sprawę moje małżeństwo można unieważnić… Od chwili zawarcia małżeństwa do dwudziestu czterech godzin można było z ważnych powodów unieważnić małżeństwo. Ale teraz? Chyba nie... A to przecież był bardzo ważny powód. Zdradził mnie w dzień ślubu! Bo zdradził, prawda?
- Nie wiem, ale dopóki go nie spytasz, nie dowiesz się.
- I tak się nie przyzna. Ale jest na to dowód – Izabela.
- Trochę słaby, każdy sąd go obali.
- A może niekoniecznie?
- Mogło do tego dojść po ślubie. W każdym razie trzeba poznać wersje obu stron. Od kogo zaczynasz? – spytała Adela.
Małgorzata chciała najpierw porozmawiać z ową kobietą. Na przeszkodzie stał tylko brak numeru jej telefonu. I tu jak zwykle z pomocą obiecała przyjść przyjaciółka. Postanowiła udać się pod wskazany w dokumencie adres i odegrać pewną scenę. Tak, by się dowiedzieć o jej personalia i możliwie jak najwięcej od niej wyciągnąć.
- Jeśli otworzy mi kobieta, podam się za przyjaciółkę jej córki. Jeśli jej córka, za przyjaciółkę matki. Jakoś sobie poradzę. Na wszelki wypadek ubiorę perukę, bo mogła mnie zapamiętać z kościoła.
- A jeśli ani jedna, ani druga? Może już tam mieszka zupełnie ktoś inny?
- Nie martw się! Dam radę – obstawała przy swoim Adela.
Przyjaciółka dotrzymała słowa i wywiązała się ze swojego zadania szybciej niż się Małgorzata spodziewała.

Późnym popołudniem wrócił z pracy Andrzej. Na jego widok ledwo powstrzymała się, by nie uderzyć go w twarz, albo nie przyłożyć w głowę czymś ciężkim. Z całych sił też starała się póki co nie pisnąć ani słowa o tym, co się tego dnia wydarzyło. Koperta ze zdjęciem Izabeli i badaniami DNA leżała schowana w półce z rzeczami Małgorzaty, gdzie mąż raczej nie zaglądał. Było mało prawdopodobne, że zajrzy tam akurat tego dnia. Chcąc uniknąć jego obrzydłego widoku położyła się do łóżka, okłamując go, że źle się czuje i ma podwyższoną temperaturę ciała. W gruncie rzeczy przepłakała cały wieczór i noc. Rano poduszka była do cna zmoczona i nadawała się już tylko do prania. Ale nie zamierzała jej prać. Zamierzała zrobić coś całkiem innego. Czekała tylko na wiadomość od Adeli.
Na szczęście wiadomość nadeszła bardzo szybko. Przyjaciółka sobie tylko znanym sposobem, jakimś cudem, zdobyła numer telefonu nieznajomej w woalce. Nawet nie zadrżała jej ręka, gdy naciskała klawisze w telefonie.
- Dzień dobry! Skoro podrzuciła mi pani tę kopertę, to znaczy nie inaczej, tylko to, że chce się pani ze mną spotkać. Mylę się? – spytała.
Przez chwilę w telefonie panowała zupełna cisza. Nie na długo jednak.
- Niekoniecznie – odparła tamta. - Uznałam, że Andrzej nigdy nie zdobędzie się na to, żeby pani o tym powiedzieć. Postanowiłam więc wziąć inicjatywę w swoje ręce.
- Inicjatywę. Co za wyszukane słownictwo!
- Może to pani nazywać sobie jak chce…
- Pewnie, że mogę jak chcę. Mam nawet na to doskonałe określenie, takie zaczynające się na literę k. Proszę mi tylko odpowiedzieć na jedno pytanie: Dlaczego akurat teraz? Dlaczego w czterdziestą rocznicę naszego ślubu?
- Tak się jakoś złożyło. Może trochę ze złości, albo raczej zawiści.
- Nie rozumiem.
- Równie dobrze mogła to być nasza rocznica. Moja i Andrzeja – usłyszała w telefonie.
Nie do końca rozumiała do czego zmierza kobieta. Przecież nie odebrała jej Andrzeja. Czemu więc rości sobie do niego jakieś prawo? A może jest coś, o czym nie wiedziała?
W tej sytuacji Małgorzata poprosiła, żeby przyszła do ich domu. Skoro mleko się wylało, trzeba teraz posprzątać. Zapewniła ją, że przy rozmowie będzie obecny Andrzej. Być może dlatego kobieta nie sprzeciwiała się. Nawet zdziwiła się, że poszło jej z nią tak łatwo. Tyle że trudno było przyjąć to za dobrą monetę. W dodatku po tym telefonie uświadomiła sobie coś jeszcze. Wreszcie coś zrozumiała. To dlatego Andrzejowi stale brakowało pieniędzy. Przez cały czas trwania ich małżeństwa ciągle zaciągał jakieś kredyty, pożyczał od znajomych. Bez dwóch zdań musiał płacić alimenty na córkę.

Małgorzata wiele razy dziwiła się, że przy ich skromnych wydatkach na życie nie powinno brakować im pieniędzy. Tymczasem każde oszczędności rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Andrzej zawsze znalazł sobie jakąś wymówkę. Wyjątkowo często rzekomo psuł mu się samochód, a części przecież tyle kosztowały. Nie znała się na tym. Nie była w stanie go sprawdzić. Zresztą nie było to jedyne kłamstwo, jeśli chodziło o pieniądze. Czasem musiał ratować swoich rodziców, bo im, biedakom, podobno brakowało funduszy, a to na leki, a to na opał. Teraz miała jasność, gdzie znikały pieniądze. Mało tego, wściekła się na myśl, że jego rodzice musieli o wszystkim wiedzieć i być w nim w zmowie. W przeciwnym razie nie tłumaczyliby się przed nią, że zaciągali u syna oczywiście rzekome pożyczki lub przyjmowali od niego darowiznę.
Najbardziej wkurzające jednak było to, że trwało to tyle lat! I nikt ani nic nie było w stanie uświadomić jej, co tak naprawdę się dzieje. Tego nie mogła przeboleć.

Kobieta zjawiła się o umówionej porze. Małgorzata nie podała jej ręki. Kazała tylko wejść do środka i usiąść na krześle przy stole.
- A gdzie Andrzej? – spytała tamta na wstępie.
- Przyjedzie – odpowiedziała lakonicznie, przystępując od razu do rzeczy. - Proszę mi powiedzieć, od kiedy i jak długo to trwało.
- Andrzej to był mój facet – powiedziała bez ogródek, budząc w niej zdziwienie. - Sama nie wiem, dlaczego się z tobą ożenił.
- A on wiedział, dlaczego?
- Chyba też nie.
- Ach tak… I przez te długie lata nie zażądała pani od niego rozwodu? Mieliście przecież córkę.
- Chciałam, żeby się z panią rozwiódł i nawet zamierzał, ale wtedy akurat pojawił się ktoś w moim życiu i uznałam, że będzie lepszym materiałem na męża.
- Jest pani cyniczna i wyrachowana.
- Jestem – przyznała wzruszając ramionami. - I co z tego? Tylko tak można przejść przez życie w miarę normalnie. Bezboleśnie, że tak powiem.
- Znam też inne sposoby.
- Dobre dla głupców i naiwniaków.
Słysząc to, w Małgorzacie wszystko zaczęło się dosłownie gotować. Kobieta najwyraźniej tak właśnie o niej myślała. A tego było już stanowczo za dużo. Nie namyślając się więc zbytnio, wpadła na pewien pomysł, który jak jej się wydawało był odpowiedni do sytuacji i powinien uciąć tą durną rozmowę.
- Proszę na chwilkę poczekać. Muszę skorzystać z toalety – powiedziała do nieznajomej, po czym zniknęła za jej drzwiami.
Delikatnie, po cichu wyjęła z drzwi od środka klucz i schowała go w dłoni. W kącie stała ceramiczna ozdoba w kształcie pingwina pełniąca zarazem rolę schowka na szczotkę do czyszczenia ubikacji. Była dosyć masywna. Chwyciła ową ozdobę i uderzyła nią o posadzkę, przewracając również przy okazji kosz na śmieci, sama też kładąc się na ziemi. Zrobiła tym niezły harmider, udając, że upadła na ziemię.
- Och! O rany! Proszę mi pomoc! Słabo mi! – pokrzykiwała z toalety.
Kobieta rzuciła się do drzwi niczego nie podejrzewając. Kiedy już się w niej znalazła, Małgorzata nieoczekiwanie wstała z posadzki i uderzyła ją koszem na śmieci, po czym wybiegła z toalety, zamykając ją na klucz od zewnątrz.
- Jest! Na szczęście jest! – mówiła do siebie zaglądając do torby kobiety.
Chodziło jej o telefon. Gdyby ta miała go przy sobie sprawa mogłaby się skomplikować. A tak nie była w stanie wezwać pomocy. Kobieta krzyczała wniebogłosy, ale było mało prawdopodobne, by ktoś z sąsiadów ją usłyszał.
- Przetrzymywanie kogoś bez jego zgody jest karalne! Dostanie pani za to kilka lat więzienia! – darła się zza drzwi.
- Nikt pani nie przetrzymuje. Powiem, że się pani zatrzasnęła. Tak jak wtedy. A poza tym za pięć minut będzie tu Andrzej, to panią uwolni – drwiła z niej.
Andrzej rzeczywiście zjawił się w odpowiednim czasie. Był zaskoczony, kiedy usłyszał krzyki dobiegające z toalety. Natychmiast pobiegł kobiecie na ratunek. Tuż za nim Małgorzata. Kiedy otworzył drzwi niemal wepchnęła go do środka. Z dziką satysfakcją zamknęła je za nim na klucz. A potem zabarykadowała stołem. Na wypadek, gdyby przyszło mu do głowy je wyważyć.

- Taka mała powtórka z rozrywki! W czterdziestą rocznicę! – krzyczała z pokoju. - Ach! Zapomniałam jeszcze o czymś! Przecież kogoś brakuje! Naocznego świadka! Ale nie przeszkadzajcie sobie! Zaraz zadzwonię po Adelę!
Udawała, że do niej dzwoni. Niestety mąż miał telefon przy sobie i wiedziała, że długo to nie potrwa. Prędzej czy później sprowadzi pomoc. Póki co jednak cieszyła się ze swojej małej zemsty. Tylko tyle mogła w tej chwili zrobić. Żałowała, że tak mało. Niestety, bywa że kara jest niewspółmierna do popełnionego czynu, a popełnionych błędów nijak nie da się już naprawić. W każdym razie nie wyobrażała sobie, by tych dwoje, zamkniętych na ten czas w toalecie, było w stanie się z tego wybielić, jakoś wytłumaczyć. Zresztą po co? Nie chciała dalej iść z oszustem przez życie. Żal trawił jej duszę.
Gdyby wtedy wiedziała, że razem im nie po drodze, dziś zapewne miałby całkiem inne życie. A tak czterdzieści lat minęło jak jeden dzień i nagle okazało się, że bezpowrotnie straciła szmat życia. Poświęcając je niewłaściwemu człowiekowi. Obłudnemu i niewiernemu. I dopiero teraz zrozumiała, dlaczego mąż tak bardzo nie lubił obchodzić rocznic ślubu.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...