środa, 13 listopada 2024

MARIA CZY MARYJA

 


Opowiadanie oparte na faktach.


Zdjęcie: Pixabay
Na imię miała Maria. Przez to imię cierpiała niewyobrażalne męki. Oczywiście psychiczne. Nie dość, że chyba było najczęściej nadawanym imieniem dziewczynkom na całym świecie, a nasza Marysia nie chciała być jak wiele innych dziewcząt i kobiet, chciała być wyjątkowa, to na dodatek większość jej krewnych i znajomych kojarzyła go z... Matką Boską. A tego znieść nie mogła.
Wszystkiemu winna była matka Marii. Fanatyczna wręcz katoliczka, która niemal codziennie biegała do kościoła. Świątek, piątek, mróz czy upał, kobieta podążała pieszo niemal dwa kilometry, by móc się pomodlić przed ołtarzem.
Być może nie byłoby w tym nic złego, każdy bowiem może wierzyć w co chce i jak chce, gdyby nie fakt, że przymuszała do tego również swoje dzieci, i to od maleńkości.
Czwórka dzieciaków, ledwo skończywszy pierwszy rok życia, w wózku, na sankach albo na rękach, w dosłownym tego znaczeniu, wleczone były do kościoła. Latem spocone i przegrzane, zimą zziębnięte i zasmarkane podążały za swoją matką.
Gdzie był wtedy ich ojciec? Na drugim końcu Polski „budował” Gdynię. To był tak zwany głęboki PRL, i faktem jest, że w tym czasie nad naszym Bałtykiem zaczęło powstawać nowe miasto, a wraz z nim kolejny port. Ojciec wracał do domu co kilka tygodni, przynosił brudne ciuchy do prania, upominał się o swoje mężowskie prawa, po czym po kilku dniach wracał do swojej pracy.
Mała Marysia czuła jego brak w dwójnasób. W kwestii religii był on przeciwieństwem matki. Wyjątkowo często wykłócał się o coś z księżmi. Krótko mówiąc, nie był im przychylny i dziewczynka zabiegała o to, żeby mieć go po swojej stronie, jako że fanatyzm rodzicielki sprawił, iż szybko znienawidziła kościół i księży.
Niestety, nadaremno. Ojciec był tam gdzie był i nie mógł uczestniczyć w codziennym życiu swojej rodziny. A może nie chciał? Chyba tak było mu wygodniej, bo w okolicy ich rodzinnego domu pracy nie brakowało.
Na ojca nie mogła liczyć. Matka zaś doprowadzała ją do szału nie tylko swoim fanatyzmem. Stale przypominała jej o jednym.
- Nie bez powodu dałam ci na imię Maria – mówiła wielokrotnie. - Masz być jak Matka Boska. Swoim nieskazitelnym życiem dawać świadectwo prawdzie i podążać jej śladem – dodawała.

Powtarzała to również w obecności krewnych i znajomych, przez co patrzono na nią i na jej matkę trochę z litością graniczącą ze śmiesznością.
Zanim jeszcze przekroczyła próg pierwszej klasy podstawówki, dzieciaki z sąsiedztwa na dobre okrzyknęły ją Matką Boską.
W szkole było jeszcze gorzej. W każdych jasełkach i innych religijnych przedstawieniach Maria miała już „zaklepaną” rolę. Nie pomagał bunt dziewczyny, a nawet płacz. Uważała, zresztą słusznie, że doświadcza tych wszystkich nieprzyjemności przez matkę. Naśmiewano się przecież z kobiety wiele razy i przy byle okazji. Obsadzanie zaś Marysi w szkolnych przedstawieniach wciąż w tej samej roli, to wyłącznie złośliwość nauczycielek. Mało tego, gdy przychodził czas kartkówek z języka polskiego, koledzy szturchali biedną dziewczynę domagając się podpowiedzi.
- Ty, niepokalana! Nie mogłabyś dowiedzieć się, tam, w niebie, co mam napisać w punkcie drugim? - dopytywał się kpiąco kolega Kazik.
- Pogadaj z Jezusem, żeby załatwił mi dzisiaj piątkę z polaka – drwiła z niej koleżanka Benia.
Najgorzej było, gdy zimą przychodziła do szkoły w spodniach. Wtedy drwinom nie było końca.
- Kto to widział, żeby tak ubierała się Matka Boska! Nie widziałaś na obrazkach jak wyglądała? Gdzie masz długą sukmanę? A na głowie czapka?! No, jak tak można! - szydzili z niej.
W szkole średniej nie było wcale lepiej. Na nieszczęście dziewczyny, do tej samej szkoły zdała egzamin jej koleżanka z podstawówki. I zaraz wszystko się rozniosło.
Maria często płakała z tego powodu. Czasem zamykała się w sobie i nie chciała z nikim rozmawiać. A gdy zbliżał się adwent, przeżywała piekło.
Jednego razu któryś z kolegów zażartował sobie, że powinna przywieźć ze sobą ze wsi osiołka albo inne żywe zwierzątko, bo przydałoby się jakieś żywe zwierzę przy żłobku w szkolnej inscenizacji jasełek. Co poniektórzy posunęli się dalej. Przynosili dzwoneczki i chodząc za Marysią głośno na nich pobrzękiwali, albo naśladowali odgłosy zwierząt. Zwykle pokrzykując: be, be, me, me.
Dzieci potrafią być okrutne, młodzież także, nie wspominając o dorosłych.
Gdy więc Maria skończyła szkołę średnią, natychmiast poszła do pracy. Z nadzieją, że tam nikt jej nie będzie znał. Po cichu liczyła, że od tej pory wszystko się odmieni.
I odmieniło się, ale nie tak jak chciała.
Nowy etap w życiu zaczął się od tragedii. Zginął jej ojciec. Na drodze w wypadku komunikacyjnym. Jedyna, tak zwana główna droga przebiegająca przez miejscowość, w której mieszkała, nie licząc tych prowadzących do przysiółków, była słabo uczęszczana. Mimo że łączyła ze są dwa niewielkie miasta, samochody przejeżdżały nią zaledwie kilka razy dziennie. I pod jeden z nich wpadł akurat jej ojciec. Co za pech! Trudne to wszystko było do wytłumaczenia, a domysłom na temat tego wypadku nie było końca. Kolejna tragedia nadeszła kilka miesięcy później.
Wybuchła wojna. Niemal na samym jej początku zginął straszy brat Marii. Matka z bólu niemal oszalała. Jedyny syn zginał na wojnie, a trzy nastoletnie córki stanowiły łakomy kąsek dla żołnierzy, zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Toteż nieustający strach matki o ich bezpieczeństwo i rozpacz po utracie syna sprawiły, że biedna kobiecina stała się jeszcze bardziej zagorzałą katoliczką. W domu codziennie odbywały się kilkugodzinne modły za dusze ojca, brata, o pokój i chleb.
Maria tego nie wytrzymała. Któregoś dnia spakowała kilka rzeczy i oznajmiła matce, ze wstępuje w szeregi AK. Akurat tak się składało, że jeden z pododdziałów ukrywał się w pobliskim lesie. Matce nie udało jej się zatrzymać. Po prostu uciekła z domu.
Zanim jednak to się stało, wykrzyczała jej w twarz, że przecież chciała, żeby była jak Matka Boska. I ona musi teraz do tego lasu, żeby ich (żołnierzy) chronić.
W gruncie rzeczy ucieczka była pewnego rodzaju odwetem na matce za to wszystko, co przez nią wycierpiała przez te wszystkie lata. Chciała ją po prostu ukarać.
I w pewnym sensie tak się stało, bowiem po dziewięciu miesiącach pojawiła się w domu rodzinnym z niemowlakiem na rękach. Zostawiła go matce i wróciła do lasu.
Schorowana już wówczas matka, w czasie, gdy tuż obok przebiegał front walczących ze sobą wojsk polskich i niemieckich, starała się zaopiekować dzieckiem jak tylko mogła. Niestety, po kilku miesiącach dziecko rozchorowało się i umarło. Maria jakoś szczególnie się tym nie przejęła. Nie była z nim związana, nie odczuwała żadnych uczuć macierzyńskich. Chyba nawet była za to wdzięczna Bogu.
Nie minął nawet rok od śmierci chłopczyka, gdy Maria będąc w dziewiątym miesiącu ciąży znów zawitała do domu. Tym razem matka została już o tym uprzedzona przez wiejskie kumy, które zwąchały, co w trawie piszczy.
- Ta twoja Maryśka znowu jest w ciąży – naśmiewały się. - I do tego każde dziecko z innym!
Maria urodziła córkę i tak jak i poprzednim razem, zostawiła ją na wychowanie matce. Dziecko przeżyło, ale długo nie poznawało swojej matki. Ledwo tylko odzyskała siły po porodzie, znów wróciła „do swoich”, czyli do lasu.
Gdy skończyła się wojna, wróciła, ale tylko na miesiąc. Ukrywała się, gdyż nowa władza, która zawładnęła Polską miała wobec takich jak ona, czyli byłych akowców, swoje plany. Organizację tę uznano za wrogą komunistycznym władzom, a niektórych ich członków schwytano i osądzono. Ostatecznie Maria trafiła do więzienia na kilka lat. Jednakże dzięki mężczyźnie, który kochał się w niej od dawna, a po wojnie wstąpił w szeregi PZPR i stał się jednym z ważniejszych osobistości w powiecie, karę skrócono jej do roku.
Była to jednak miłość nieodwzajemniona. Maria chyba nie była stworzona do miłości, a zwłaszcza do córki. Nigdy się nią nie zajmowała.
Po powrocie z więzienia coś się w naszej bohaterce odmieniło.
Nagle zapragnęła zostać... Matką Boską. Oczywiście poniekąd. Nie było w okolicy, ba, nawet w powiecie, organizacji charytatywnej lub innej o charakterze społecznym, do której by się Maria nie zapisała. Tym sposobem, poza pracą w biurze, była księgową, resztę czasu wypełniał jej wolontariat.
Córka Anna poszła na dobre w odstawkę. Dziecko bardzo cierpiało z tego powodu, ale nikt i nic nie było w stanie sprawić, żeby się nim zajęła, choćby tylko na trochę.
I tak zostało już do końca jej dni.
Na nic zdał się fanatyzm matki, modlitwy najbliższej rodziny, wszelkie prośby i groźby.
Maria nie chciała być Tą Marią. Nie chciała być świętą.
Może, gdyby na chrzcie otrzymała inne imię, jej życie potoczyłoby się inaczej?
A może wszystkiemu winny był wyłącznie fanatyzm matki?
Wreszcie, może ta jej społeczna praca była jakimś rodzajem pokuty? Tylko za czyje grzechy? Swoje czy matki? A może jedno i drugie?
Pewnym było jedynie to, że nadgorliwość zwykle przynosi odwrotny skutek. I to nie tylko w kwestii wiary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...