wtorek, 15 października 2024

CUKIEREK CZY PSIKUS?

 


Zdjęcie: Pixabay

Opowiadanie oparte na faktach.

Halloween – w Polsce kontrowersyjne święto. Dlaczego jedne osoby nie mają nic przeciwko, a inne się burzą? Trudno tak do końca zgadnąć.
Cieszą się nim głównie dzieci. Te małe i te duże, które już dawno weszły w dorosłość, ale gdzieś w głębi duszy wciąż czują w sobie coś z dziecka.
Czy jakaś wielka dynia z wyciętymi otworami na oczy i nos jest w stanie uczynić komuś coś złego? No nie! A wycięty z tektury lub namalowany na oknie kościotrup? Też nie! A czy podarowana rozbawionym dzieciakom garść cukierków to coś niestosownego? Oczywiście, że nie!
Co więc takiego złego jest w tej zabawie? Ano nic! Jedynym argumentem na nie, które dotąd można było usłyszeć, to to, że to święto pogańskie. Co to właściwie znaczy?

Mała Zosia miała problem ze zrozumieniem nie tylko słowa „pogańskie”. Jak to dzieci, pewne sprawy rozumiała po swojemu. Nie widziała nic złego w święcie, które przyszło do nas zza oceanu. Alboż to ono jedno? Jakoś nikt nie protestował , gdy mowa była o walentynkach. A choinka? Z upragnieniem czekają na nią wszyscy, i młodzi, i starzy. Zwyczaj ten pochodzi z Niemiec i w dodatku zapoczątkowali go protestanci. Czemu więc tyle krzyku o Halloween?

Na kilka dni przed owym świętem zapytała mamy wprost:
- Jak myślisz, mamusiu, czy nasz sąsiad, pan Antoni znowu na nas nakrzyczy, gdy w tym roku razem z kolegami namalujemy mu kredą na drzwiach kościotrupa?
To było jedno z tych pytań, na które mama nie znała odpowiedzi. Pan Antoni bowiem był trochę nieprzewidywalny. Albo inaczej – przewidywalny.
Starszy pan, schorowany i trochę zdziwaczały, stracił żonę kilka lat temu. Od tamtej pory z domu wychodził jedynie do kościoła. Za to codziennie. Przychodziła do niego pani z Opieki Społecznej, która mu sprzątała, czasem coś ugotowała, albo zrobiła zakupy. Powinien się cieszyć z takiego obrotu sprawy, ale on wyżywał się na niej na wszystkie możliwe sposoby. Drażniło go wszystko wokół, a szczególnie dzieci.
A gdy nastawał Halloween przechodził sam siebie. Jego złośliwościom nie było końca. Niszczył dekoracje z dyni przed blokiem, które dzieci robiły na tę okoliczność. Na drzwiach sąsiadów zaś malował krzyże, i to bynajmniej nie kredą. Chciał w ten sposób dać im do zrozumienia, że katolicy obchodzą to święto zgoła inaczej. Choć święto zmarłych obchodzą u nas ludzie różnych religii, a także osoby niewierzące, tyle że na różne sposoby, pan Antoni „wrzucał wszystkich do jednego worka” i wręcz nakazywał świętować go zgodnie z regułami nakazanymi przez kościół katolicki. Był takim, jak to ostatnio zwykło się mawiać, „katoterrorystą”.
Nie wszystkim podobały się jego rządy, ani też tak zwane życiowe mądrości pana Antoniego, jakby żywcem zaczerpnięte ze średniowiecza.
Halloween był więc doskonałą okazją, żeby trochę móc ponaigrywać się z upierdliwego, złośliwego staruszka. Malowanie kościotrupa na jego drzwiach było najdelikatniejszym psikusem. Ktoś kiedyś posunął się nieco dalej i zapalił pod jego drzwiami kilka zniczy. Ktoś inny dodał kilka sztucznych chryzantem, ktoś położył dynię.

To były niestosowne żarty, ale jakoś nikt z sąsiadów nie żałował pana Antoniego.
Tymczasem Zosia drążyła temat i oczekiwała, że mama pochwali zamiary dzieciaków.
Pytanie córki trochę zafrapowało mamę.
- Lepiej nie – poradziła jej. - To starszy pan, schorowany. Zdenerwuje się, i jeszcze, nie daj Boże, dostanie wylewu krwi do mózgu albo zawału. W tym wieku wszystko jest możliwe.
Dziewczynka jednak nie odpuszczała.
- To jaki inny dowcip można by mu zrobić? - dopytywała się nieco zawiedziona.

Mamie jednak nie przychodziły do głowy żadne inne nieco subtelniejsze pomysły. Przestrzegała jedynie, by mieć na uwadze jego wiek i problemy zdrowotne.
Wszystko wskazywało na to, że tym razem nielubiany sąsiad będzie miał spokojny dzień i starym zwyczajem zamówi taksówkę, by zawiozła go na cmentarz, gdzie na grobie swojej zmarłej żony położy kwiaty i zapali znicze.
Tak się jednak nie stało. Na dwa dni przed owym świętem pan Antoni zwichnął sobie nogę. O wizycie na cmentarzu nie mogło być mowy. Wieść rozniosła się po bloku lotem błyskawicy.
Wydawało się, że ze względu na swoją kontuzję, a tym samym unieruchomienie w fotelu, bądź na kanapie, zmierzły staruszek nijak nie będzie w stanie zaszkodzić fantazjom dzieciaków. Z radością więc przystąpiły do dzieła.
Na skwerze przed blokiem urosła wielka instalacja z dyń, tudzież utworzonych ze sztucznych kości i patyków przedziwnych stworów odzianych w białe płótna i inne straszne akcesoria. O zmroku, tradycyjnie rozlegały się stamtąd budzące strach dźwięki. Może wielu osobom się to nie podobało, ale nikt nie ośmielił się przerwać zabawy dzieciakom.

Dowiedziawszy się jednak o kontuzji pana Antoniego, Zosię zaczęły nachodzić mieszane uczucia. Trochę, jak i pozostali, miała ochotę mu dokuczyć, ale jednocześnie zrobiło jej się żal mężczyzny. Podobnych uczuć doświadczał Jasiek, trzynastolatek z sąsiedniego bloku, który nieoczekiwanie wysunął propozycję nie do odrzucenia.
- A może tak dla odmiany zrobimy mu inny dowcip? - spytał, po czym podzielił się swoim pomysłem z Zosią, która chętnie mu przytaknęła.
Wieczorem, tuż przed świętem zmarłych oboje udali się na cmentarz, na którym spoczywała jego żona. Na grobie pani Amalii ustawili doniczkę z chryzantemami i zapalili kilka zniczy. W sukurs przyszli im koledzy i koleżanki, którzy też pojawili się w tym miejscu z kwiatami. Wszystko nagrano telefonem komórkowym, po czym cała ferajna udała się do do mieszkania pana Antoniego, by mu to dokładnie zrelacjonować.
Na początku mężczyzna nie chciał wpuścić ich do mieszkania. Ledwo doczłapał się do drzwi. Ostatecznie jednak udobruchał się, a kiedy zobaczył filmik z cmentarza... omal się nie rozpłakał.
- Ale ja nie mam dla was żadnych cukierków... - żachnął się trochę jakby tym faktem rozżalony.
- Nie szkodzi! Zaraz skoczę do siebie i przyniosę! - zaoferowała się Zosia.
Zabrała też ze sobą... połówkę wydrążonej dyni. W środku były jesienne kwiaty i kilka kolorowych liści z drzew. Ostentacyjnie postawiła ją na środku stołu. Mężczyzna, o dziwo, nie zaprotestował.
- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego święto zmarłych jest takim melancholijnym, ale też zarazem ponurem dniem – wyjawił swoje wątpliwości Jasiu. - Przecież zmarli udali się do innego wymiaru, do tego lepszego świata. Przynajmniej tak mówi się na lekcji religii. Należy więc się jedynie z tego cieszyć, a nie szlochać.

Na pewno komuś, kto stracił bliskie osoby trudno byłoby się z tego powodu cieszyć. Może dlatego w takich momentach nie dopuszczamy do siebie innych uczuć, poza nieukojonym żalem. Czasami żal nigdy nie mija, ale życie toczy się dalej i trzeba go sobie poukładać na nowo.
Wygląda na to, że nasi przodkowie, poganie, lepiej sobie z tym radzili. Ale może to tylko pozory?
***
Co mają do tego chryzantemy albo dynie? Chyba tylko to, że jedne kwitną akurat w tym sezonie, a drugie właśnie dojrzewają.

Jedna z moich znajomych zastanawiała się niegdyś, czy nie lepiej byłoby, żeby zamiast sterty sztucznych kwiatów i zniczy, stawiać na grobach zdjęcia zmarłych. W sytuacjach, kiedy jeszcze byli wśród nas. Takie kadry z ich życia.

A dzieci? Jeszcze nie wszystko rozumieją, a czasem rozumieją więcej od nas.
Niech się dalej bawią dyniami i robią psikusy. Nie ma w tym nic złego. To ich prawo. Przyszykujmy dla nich cukierki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...