czwartek, 26 listopada 2020

Martyniuk, czyli samoograniczenie.

Niewielkie miasteczko, gdzieś w Polsce. Takie jakich wiele.
Na obrzeżach owego miasta mieszka pani Eliza, znana w okolicy poetka. Pani Eliza pisze wiersze rymowane, trochę filozoficzne, ale zrozumiałe dla każdego. Nie ma w nich schizofrenicznych wizji ani futurystycznego spojrzenia na życie. Jest zwykłe, codzienne życie. Poetka pisze o swoich doznaniach i odczuciach. A że wszystko ubrane jest w rytm i rym, na swoich spotkaniach autorskich zwykle ma całkiem sporo słuchaczy.

Kilka przecznic dalej mieszka słynny w całej okolicy, i nie tylko, malarz impresjonista, pan Lucjan. Mężczyzna maluje i wystawia  urokliwe obrazy przedstawiające okoliczne pejzaże, co więcej miał już kilka wystaw także za granicą. Jego obrazy wiszą w galeriach, domach kultury, przyozdabiają ściany banków i urzędów w mieście. W całym miasteczku chyba nie ma nikogo, kto choć raz nie spotkałby się z jego twórczością.

Niedaleko malarza mieszka pan Norbert, utalentowany rockman. Znany jest głównie z radia, ale i w telewizji zdarzało mu się występować. Czasem pan Norbert daje także popis swoich umiejętności na rynku w miasteczku, głównie podczas imprez organizowanych przez Urząd Miasta.

W lokalnym światku cała trójka artystów jest dobrze znana.

W jednym z prywatnych domów, także na obrzeżach miasta mieszka pewna rodzina; rodzice wraz z dwójką dorosłych dzieci. Głową rodziny jest pani Beata. Kobieta ma trochę apodyktyczny charakter i lubi narzucać innym swoje przekonania i upodobania. Złości ją, gdy inne osoby ich nie podzielają.
Na co dzień pracuje w fabryce na taśmie. Po pracy zajmuje się tym, co zwykle żony i matki, czyli gotuje, sprząta, pierze. Wszystko to zajmuje jej większość czasu i sprawia, że często bywa zmęczona. Tłumaczy, że z tego zmęczenia nie ma ochoty sięgać po książkę. Wyczerpują ją dobre filmy skłaniające do rozważania nad niektórymi aspektami życia. Ba, nawet dobra muzyka potrafi ją zmęczyć. Nigdy nie była w teatrze ani na wystawie malarskiej, sporadycznie bywała w kinie. Wieczorki poetyckie zapewne byłyby dla niej torturą.

Któregoś dnia jednak w swojej skrzynce pocztowej znajduje trzy zaproszenia. Wszystkie na ten sam dzień i tą sama godzinę. Pani Eliza bowiem, pan Lucjan i pan Norbert postanowili połączyć siły i zorganizować w miasteczku małą imprezę, miłą dla oczu i uszy. Wynajęli na tę okoliczność salę w Domu Kultury i rozesłali zaproszenia dla wielu znajomych i nieznajomych. Każdy jednak zrobił to na własną rękę. Dom Kultury posiada dużą salę widowiskową i kilka mniejszych pomieszczeń, co nie jest bez znaczenia. Artyści nie będą w ten sposób nawzajem sobie przeszkadzać, a zainteresowani mają swobodę wyboru. Przede wszystkim liczy się chęć przyciągnięcia większej ilości osób, którym mogą zaprezentować swój talent i podzielić się artystyczną wizją tego świata.

Pani Beata zaskoczona tym, co znalazła w skrzynce pocztowej, uśmiecha się pod nosem. Nie zamierza bowiem skorzystać z żadnego z zaproszeń. Wkłada je do torebki, by chwilę później, już w domu, pokazać je swojej rodzinie. I od razu komentuje:
- Poezja? To nie dla mnie! Nie będę słuchać tych bzdur! – mówi zdecydowanie do męża i dzieci, a potem dodaje: - Wystawa obrazów? A po co mam na to tracić czas? Jakiś rockman? Odpada! Nie będę słuchać rzępolenia! Jeśli zechcę posłuchać sobie fajnej muzyczki, to włączę radio. Zresztą codziennie je włączam w samochodzie w drodze do i z pracy – tłumaczy wpatrzonym w nią członkom rodziny.
Syn jednak jest zainteresowany występem rockmana i decyduje się skorzystać z zaproszenia. Podobnie jak jego siostra.
- Chętnie pójdę posłuchać muzyki, a może i na wieczorek autorski pani Elizy. Ostatnio rzadko gdzie wychodzę – stwierdza po chwili córka pani Beaty.
- Może i ja bym się wybrał? Obejrzałbym sobie obrazy tego malarza. A przy okazji nawet coś kupił. Jak myślisz, Beatko, coś ładnego przydałoby się powiesić w salonie, czyż nie? Trochę pustawa jest ta ściana koło kominka…  - mąż dzieli się swoimi spostrzeżeniami.

Żona nie protestuje, ale sama kategorycznie odcina się od pójścia na każdą z imprez. Rodzina zna jej upodobania głównie do disco polo, więc nie próbuje do niczego namawiać.

Dwa dni później mąż i dwójka dzieci wsiadają razem do samochodu i jadą pod Dom Kultury w wiadomym celu. Stojąca na ganku pani Beata macha im ręką na pożegnanie, po chwili wraca w domowe zacisze. Chce odpocząć. Od wszystkiego. Od pracy, rodziny, domowych obowiązków. Siada na kanapie, ale czuje jakąś wewnętrzną frustrację. I trochę żal do siebie, iż podjęła złą decyzję i nie pojechała razem z nimi.
Włącza jednak radio, gdyż panująca wokół cisza sprawia, że nie czuje się komfortowo. Ma wprawdzie upragniony święty spokój, ale nic ponadto. Szybko też nudzi ją Zenek Martyniuk i jemu podobni. Właściwie cały czas słucha tylko tego rodzaju muzyki, który bynajmniej nie jest wysokich lotów, ale pani Beata nie jest tego świadoma. Podobnie jak wielu innych rzeczy, bo zamknęła się w swoim małym, poniekąd wygodnym, ale mocno ograniczonym świecie.
Powoli jednak zaczyna czuć, że coś ją uwiera, czegoś jej brakuje. Jeszcze nie wie czego dokładnie, ale odnosi wrażenie, że jakby zatrzymała się w miejscu. Nie rozwija się intelektualnie. Tak naprawdę nie wie, co dzieje się wokół niej w Kulturze, bo nie chce tego wiedzieć. Swoje lenistwo w tym temacie tłumaczy ciągłym zmęczeniem.
Proste słowa, prosta muzyka, prosty świat. Taki wybrała sobie sposób na życie i trudno ją za to winić. Każdy ma prawo do takiego życia, jakie mu odpowiada. Tyle że tak wiele przez to traci…
I to nie tylko w kwestii szeroko pojętej kultury. Traci też fizycznie, namacalnie, o czym nie omieszkają jej zakomunikować mąż i dzieci po powrocie z Domu Kultury.

- Żałuj, mamuś, że się z nami nie wybrałaś – pierwszy daje jej do zrozumienia syn. – Było świetnie! Facet grał same znane kawałki, a dodatkowo poczęstowano nas lampką całkiem dobrego wina. Były też patery z owocami i czekoladkami. Ależ się objadłem! Zaprosił też swojego kolegę znanego jazzmana. Cieszę się, że mogłem zobaczyć go i posłuchać na żywo. Do tej pory widywałem go jedynie w telewizorze…
- To prawda! Ja też się załapałam, bo spotkanie z poetką wcześniej się skończyło i dołączyłam potem do brata. A z kolei na spotkaniu z poezją tej pani serwowano doskonały sernik z równie smaczną kawą z dodatkiem kardamonu i cynamonu. Jeszcze nie piłam tak wyśmienitej kawy! – przechwala się córka. – I kupiłam tomik wierszy po promocyjnej cenie. W księgarni zapłaciłabym dwa razy tyle.
- Na wystawie też serwowano winko: białe, różowe, czerwone. Do wyboru, do koloru. Była herbata i kawa, a do tego drobne ciasteczka – relacjonował mąż. – Spotkałem też tam naszych znajomych Asię i Wojtka. Pytali o ciebie. A jeśli chodzi o obrazy, to nie mogłem się zdecydować, który wybrać. Wszystkie mi się podobały. Wystawa będzie jeszcze jakiś czas czynna. Może wybierzemy się razem i wspólnie zdecydujemy?
- Nie znam się na malarstwie – odparła pani Beata. – Mnie tam wszystko jedno. Byłe była ładna kolorystyka – dodała.
Rodzina spogląda na nią z niedowierzaniem. Naprawdę jest jej wszystko jedno? A może jednak nie? Może trzeba wyjść z tej swojej skorupki i rozejrzeć się wokół. Dostrzec to, czego do tej pory się nie dostrzegało? Tyle piękna jest przecież wokół nas! I tylu różnych ludzi. Może dobrze poznać czasem kogoś obcego. Kto wie, a nuż ten ktoś pokaże nam nieznany dotąd świat. Martyniuka zaś zamknąć w ciemnej komórce i tylko czasem w przypływie humoru wyciągnąć go na światło dzienne i nieco odkurzyć?

piątek, 6 listopada 2020

Pielęgniarka, czyli jak ulżyć sobie i innym

Miejsce akcji: Jedna z większych gmin w Polsce Południowej.
W skład owej gminy wchodzi kilka wsi. Prawie w co drugiej z nich znajduje się Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej. Czyli zwykły Ośrodek Zdrowia. Szkoda, że dawna nazwa przestała być używana, bo moim skromnym zdaniem, bardziej pasowałaby do czasów współczesnych i tego, co się aktualnie w Polsce dzieje w służbie zdrowia. Ale mamy, co mamy, więc niech będzie!
Wiejskie PZOZ-y niczym nie różnią się od tych miejskich. Pracują w nich równie dobrzy lekarze i pielęgniarki, jak i w pozostałych, ze szpitalami włącznie. Tyle że na wsiach przede wszystkim liczą się te tak zwane ośrodki gminne, usytuowane zwykle w miejscowości, gdzie znajduje się urząd gminy. Z reguły są największe i posiadają najpotrzebniejszy (co nie znaczy, że zawsze najlepszy) sprzęt do badań diagnostycznych, a także oprócz lekarzy rodzinnych pracuje w nich kilku lekarzy specjalistów. I, a jakże, funkcjonuje laboratorium analityczne oraz oddział rehabilitacji.

W jednym z takich gminnych ośrodków zdrowia pracują, oczywiście oprócz personelu lekarskiego i diagnostyków, trzy panie pielęgniarki.
Nazwijmy je kolejno, uwzględniając przy tym ich wiek i staż pracy, paniami: Józią, Gosią i Sylwią.
Pani Józia, wdowa, matka trójki dorosłych dzieci, z natury jest zawsze spokojna, uśmiechnięta i nade wszystko opanowana. Pomimo pandemii i związanej z tym ciężkiej sytuacji zarówno w pracy jak i w domu oraz całego wokół tego zamieszania, cieszy się jak małe dziecko. Ma ku temu powody, bo za niespełna dwa miesiące udaje się na zasłużoną emeryturę. Wreszcie może odpocząć i zająć się tym, czym tylko zapragnie. No, może nie do końca, bo skromne uposażenie, a co za tym idzie równie skromna emerytura, nie pozwoli jej żyć na przyzwoitym poziomie. Poza tym chciałaby jakoś wspomóc dzieci. Dwójka z nich straciła pracę, a najstarsza córka nie może uporać się ze spłatą zaciągniętego we frankach kredytu na kupno mieszkania.
Pani Józia więc będzie zmuszona dorabiać sobie tak zwanymi prywatnymi usługami. Polegają one na odwiedzaniu domów pacjentów lub starszych wiekiem osób, którzy z jakichś powodów nie mogą lub nie chcą udać się na zastrzyk lub opatrunek do przychodni. W budżecie pani Józi od zawsze owa dodatkowa praca (dodajmy, nie zarejestrowana w urzędzie skarbowym) stanowiła całkiem przyzwoity zastrzyk gotówki. 
Podobnie zresztą, jak w przypadku pozostałych pań, Gosi i Sylwii.
Panią Józię jakoś szczególnie to nie martwi, bo na emeryturze będzie miała więcej wolnego czasu. Tym samym nie będzie zmuszona biegać z przysłowiowym wywieszonym językiem, żeby wszystko pogodzić czasowo.
Liczy także, że mając więcej czasu, uda jej się zdobyć dodatkowych „prywatnych pacjentów”. 
Nieopatrznie postanawia podzielić się swoimi spostrzeżeniami z koleżankami z pracy.

Pani Gosia w tej sytuacji jest pełna wątpliwości, czy oby koleżanka po fachu nie odbierze jej części pacjentów, których to dotąd ona obsługiwała. Kobieta jest w średnim wieku i ma na utrzymaniu dwójkę nastoletnich dzieci oraz od czasu do czasu także męża, który często traci pracę. A potem miesiącami szuka kolejnej. Ponadto akurat dopadła ją menopauza, na skutek czego straciła siły do pracy i wiarę w siebie. Jest zmęczona, często poirytowana, przez co niekiedy bywa niezbyt uprzejma dla pacjentów.

Najmłodsza z kobiet, pani Sylwia, pracuje w gminnym ośrodku zdrowia od niedawna. Jest młoda, piękna, rezolutna, pełna energii i przede wszystkim nie ma jeszcze rodziny. Ba, nawet narzeczonego! Marzy o kupnie własnego M3, albo chociaż kawalerki. Stara się więc jak może, by zdobyć jak najwięcej dodatkowej pracy, która pozwoliłaby jej to osiągnąć.
Podobnie jednak jak pani Gosia, też obawia się, czy konkurowanie z panią Józią wyjdzie jej na dobre. Jej starszą koleżankę wszyscy w gminie znają i mają do niej zaufanie. Zwłaszcza starsi mieszkańcy. A to bardzo ważne. 
Po cichu liczy też, że dzięki jej osobistemu urokowi uda jej się zdobyć tych nowych mieszkańców; młodszych, majętniejszych i bardziej chętnych, by w ich otoczeniu pojawiło się trochę świeżości, no i kobiecego piękna. W okolicy bowiem jak grzyby po deszcze wyrastają nowe domy i to całkiem okazałe, co z kolei świadczy o majętności ich właścicieli. Jednakże co do tego, czy w przyszłości nowi mieszkańcy zechcą korzystać z jej pielęgniarskich usług, pewności mieć nie może. Może gdyby nie konkurencja…
Panią Józię postrzega więc, jak rzuconą pod nogi kłodę, którą w jakiś sposób należałoby usunąć. Najlepiej wyeliminować z rynku. Nawet dzieli się swoimi spostrzeżeniami z panią Gosią. 

- Jeśli ona zabierze nam pacjentów, pomrzemy z głodu – mówi któregoś dnia do pani Gosi. – Musimy jakoś temu zapobiec.
- Ale jak? Mamy rozklejać reklamy ze swoimi podobiznami na słupach? – pyta nieco złośliwie pani Gosia.
Kobiecie nie za bardzo umie pogodzić się z faktem, że dokładać ze wszech miar starań i zabiegać o rynek pracy. Od zawsze miała wielkie o sobie mniemanie i uważała, że w tym, co sobą prezentuje jest najlepsza. I to do niej powinny ustawiać się kolejki po pomoc.
Pani Sylwia zdążyła się już przyzwyczaić do jej trudnego charakteru, ale i tak ciężko to znosi. Mówi więc spokojnie, usiłując jednak nakłonić ją do pewnych przemyśleń.
- Aż tak to nie, ale gdybyśmy tak trochę nadszarpnęły jej reputację… 
- Daj spokój! Ona jest prawie święta! Ludzie ją znają. Kto w to uwierzy? – oburza się pani Gosia.
- Święta, nie święta! Nawet święci nie zawsze mieli nieskazitelne życiorysy. Weź, poczytaj sobie o tym!
- A tam! Jakbym nie miała nic lepszego do roboty! – pokrzykuje.
Młoda pielęgniarka jednak nie odpuszcza. Koniecznie chciałaby jakoś zdyskredytować panią Józię w oczach mieszkańców.
- Jest już starsza, niedowidzi, może pomylić medykamenty, miewa objawy demencji… W tej sytuacji, kto będzie chciał korzystać z jej usług? – podsuwa koleżance kolejne niedorzeczne pomysły.
- Co ty mówisz? Ona ma sokoli wzrok! A pamięć lepszą od ciebie! 
Pani Gosia nie daje się przekonać. Jednak nie opuszcza ją świadomość, że muszą coś wymyślić, aby utrzymać się na rynku. Nieoczekiwanie młodsza koleżanka wyskakuje z kolejnym pomysłem.
- Wiem! Podpowiemy jej, żeby założyła działalność gospodarczą i zatrudniła, o, najlepiej Ukrainki - nagle wpada na, jak jej się wydaje, świetny pomysł.
- Akurat! Działalność?! Dopłaciłaby do tego interesu na dzień dobry! Chyba że o to ci chodzi?
- Poniekąd też – przyznaje pani Sylwia. – Zawsze możemy jej podpowiedzieć, by tylko jedną pielęgniarkę zatrudniła legalnie, a resztę na czarno
Pani Gosia nie widzi jednak w tym sensu.
- Tak czy inaczej odbierze nam pacjentów! 
- Zawsze też może znaleźć się jakaś życzliwa osoba… Wiesz, co mam na myśli.
A tak w ogóle, widziałaś jak te Ukrainki wyglądają? – irytuje się Sylwia.
- Są młode, całkiem ładne, obwieszone biżuterią. Ha, ha! Nawet do pracy ubierają się jak na dyskotekę! – odpowiada Gosia.
- Właśnie! Która z kobiet zechce, żeby taka opiekowała się ich mężami czy ojcami? A nawet starszymi matkami! A nie daj Bóg jeszcze coś ukradną, albo podstępnie nakłonią starsze osoby do przepisania na nich swoich majątków?
Z takimi to nigdy nic nie wiadomo!
Ten ostatni argument wydaje się pani Gosi do przyjęcia, więc wspólnie z koleżanką postanawiają, że trzeba będzie porozmawiać z panią Józią i to i owo jej podpowiedzieć. Mając na uwadze oczywiście tylko i wyłącznie swoje dobro.

Pani Józia jest zaskoczona, gdy dochodzi do owej rozmowy.
- Ale jak to? Mam im płacić po 5 zł? I bez ubezpieczenia? Kto dziś pracuje za takie pieniądze? -  dziwi się pani Józia.
- Uwierz nam, one tak! – Sylwia robi, co może, by ją do tego przekonać.
- Nikomu nie pisną ani słówka, ani się nie pożalą, bo większość z nich ma krótkie wizy. A w przypadku, gdyby zrobiły coś niezgodnego z prawem, zostaną deportowane bez prawa wydania ponownej wizy. Zgodzą się więc jak nic! Możesz zarobić na tym krocie! – Włącza się pani Gosia i stara się ze wszech miar, żeby kobieta jednak jej uwierzyła, a co najważniejsze skusiła ją perspektywa sporego zarobku.

O tym, czym tak naprawdę kierują się jej koleżanki z pracy, doradzając jej rzekomy krociowy interes, pani Józia póki co nie ma pojęcia. Tym samym ma niemały dylemat.

Zanim jednak na dobre udała się na emeryturę, któregoś dnia spytała najmłodszą koleżankę:
- A ty dlaczego nie założyłaś podobnej działalności? Przecież jesteś singielką, masz sporo wolnego czasu. Ponadto nikt ci nie zabrania dodatkowej pracy. Nie ma takich przepisów, które by na to nie pozwalały. Szybciutko zarobiłabyś na swoje upragnione M i nawet na własny samochód.
Zaskoczona kobieta nie bardzo wiedziała, co jej odpowiedzieć. Przyparta do muru rzekła jedynie:
- Bo ja jestem jeszcze młoda. Chciałabym trochę poszaleć, nim wpakuję się w męża i dzieciarnię. Rozumie pani, co mam na myśli? Chcę trochę poużywać życia. Popołudnia, wieczory i weekendy chciałabym mieć wolne. Wystarczy mi to, co mam do tej pory.
- Acha! – odparła pani Józia. – Czyli mogę podebrać ci trochę „prywatnych” pacjentów? – Oczywiście tylko wtedy, gdy będziesz chciała trochę poszaleć.
Pani Sylwia jednak stanowczo zaprzeczyła. Druga z pielęgniarek także poszła w jej ślady. I nie były przy tym miłe.

Dopiero wtedy pani Józia zrozumiała, o co tak naprawdę im chodziło. 
Nie miała zamiaru zakładać żadnej działalności gospodarczej, otwierać prywatnej opieki pielęgniarskiej. A tym bardziej wchodzić w układy z Ukrainkami. Chciała tylko dorobić parę złotych do emerytury. Nic więcej.
Bo nasza bohaterka to taki trochę wymierający gatunek. Cieszy się z tego, co dał jej los. Nie próbuje włączyć się w tak zwany wyścig szczurów. Jest uczciwa i życzliwa ludziom.
Ma tylko jedną wadę. Stale zapomina, że na ogół nie działa to w drugą stronę. Nawet wśród koleżanek pielęgniarek, które w swoim życiu tyle naoglądały się ludzkich nieszczęść i wydawać by się mogło, że empatia to ich druga twarz.
Gdyby zechciały kierować się w życiu podobnymi zasadami, co pani Józia, tak bez koleżeńskiej zawiści, bezsprzecznie łatwiej byłoby im żyć.

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...