Niewielkie
miasteczko, gdzieś w Polsce. Takie jakich wiele.
Na obrzeżach owego miasta mieszka pani
Eliza, znana w okolicy poetka. Pani Eliza pisze wiersze rymowane, trochę
filozoficzne, ale zrozumiałe dla każdego. Nie ma w nich schizofrenicznych wizji
ani futurystycznego spojrzenia na życie. Jest zwykłe, codzienne życie. Poetka
pisze o swoich doznaniach i odczuciach. A że wszystko ubrane jest w rytm i rym,
na swoich spotkaniach autorskich zwykle ma całkiem sporo słuchaczy.
Kilka przecznic dalej mieszka słynny w całej okolicy, i nie tylko, malarz
impresjonista, pan Lucjan. Mężczyzna
maluje i wystawia urokliwe obrazy
przedstawiające okoliczne pejzaże, co więcej miał już kilka wystaw także za
granicą. Jego obrazy wiszą w galeriach, domach kultury, przyozdabiają ściany
banków i urzędów w mieście. W całym miasteczku chyba nie ma nikogo, kto choć
raz nie spotkałby się z jego twórczością.
Niedaleko malarza mieszka pan Norbert,
utalentowany rockman. Znany jest głównie z radia, ale i w telewizji zdarzało mu
się występować. Czasem pan Norbert daje także popis swoich umiejętności na rynku
w miasteczku, głównie podczas imprez organizowanych przez Urząd Miasta.
W lokalnym światku cała trójka artystów jest dobrze znana.
W jednym z prywatnych domów, także na obrzeżach miasta mieszka pewna rodzina;
rodzice wraz z dwójką dorosłych dzieci. Głową rodziny jest pani Beata. Kobieta ma trochę apodyktyczny charakter i lubi
narzucać innym swoje przekonania i upodobania. Złości ją, gdy inne osoby ich
nie podzielają.
Na co dzień pracuje w fabryce na taśmie. Po pracy zajmuje się tym, co zwykle
żony i matki, czyli gotuje, sprząta, pierze. Wszystko to zajmuje jej większość
czasu i sprawia, że często bywa zmęczona. Tłumaczy, że z tego zmęczenia nie ma
ochoty sięgać po książkę. Wyczerpują ją dobre filmy skłaniające do rozważania
nad niektórymi aspektami życia. Ba, nawet dobra muzyka potrafi ją zmęczyć.
Nigdy nie była w teatrze ani na wystawie malarskiej, sporadycznie bywała w
kinie. Wieczorki poetyckie zapewne byłyby dla niej torturą.
Któregoś dnia jednak w swojej skrzynce pocztowej znajduje trzy zaproszenia.
Wszystkie na ten sam dzień i tą sama godzinę. Pani Eliza bowiem, pan
Lucjan i pan Norbert postanowili połączyć siły i zorganizować w miasteczku
małą imprezę, miłą dla oczu i uszy. Wynajęli na tę okoliczność salę w Domu
Kultury i rozesłali zaproszenia dla wielu znajomych i nieznajomych. Każdy
jednak zrobił to na własną rękę. Dom Kultury posiada dużą salę widowiskową i
kilka mniejszych pomieszczeń, co nie jest bez znaczenia. Artyści nie będą w ten
sposób nawzajem sobie przeszkadzać, a zainteresowani mają swobodę wyboru.
Przede wszystkim liczy się chęć przyciągnięcia większej ilości osób, którym mogą
zaprezentować swój talent i podzielić się artystyczną wizją tego świata.
Pani Beata zaskoczona tym, co znalazła
w skrzynce pocztowej, uśmiecha się pod nosem. Nie zamierza bowiem skorzystać z
żadnego z zaproszeń. Wkłada je do torebki, by chwilę później, już w domu,
pokazać je swojej rodzinie. I od razu komentuje:
- Poezja? To nie dla mnie! Nie będę słuchać tych bzdur! – mówi zdecydowanie do
męża i dzieci, a potem dodaje: - Wystawa obrazów? A po co mam na to tracić
czas? Jakiś rockman? Odpada! Nie będę słuchać rzępolenia! Jeśli zechcę
posłuchać sobie fajnej muzyczki, to włączę radio. Zresztą codziennie je włączam
w samochodzie w drodze do i z pracy – tłumaczy wpatrzonym w nią członkom rodziny.
Syn jednak jest zainteresowany występem rockmana i decyduje się skorzystać z
zaproszenia. Podobnie jak jego siostra.
- Chętnie pójdę posłuchać muzyki, a może i na wieczorek autorski pani Elizy.
Ostatnio rzadko gdzie wychodzę – stwierdza po chwili córka pani Beaty.
- Może i ja bym się wybrał? Obejrzałbym sobie obrazy tego malarza. A przy
okazji nawet coś kupił. Jak myślisz, Beatko, coś ładnego przydałoby się
powiesić w salonie, czyż nie? Trochę pustawa jest ta ściana koło kominka… - mąż dzieli się swoimi spostrzeżeniami.
Żona nie protestuje, ale sama kategorycznie odcina się od pójścia na każdą z
imprez. Rodzina zna jej upodobania głównie do disco polo, więc nie próbuje do
niczego namawiać.
Dwa dni później mąż i dwójka dzieci wsiadają razem do samochodu i jadą pod Dom
Kultury w wiadomym celu. Stojąca na ganku pani Beata macha im ręką na
pożegnanie, po chwili wraca w domowe zacisze. Chce odpocząć. Od wszystkiego. Od
pracy, rodziny, domowych obowiązków. Siada na kanapie, ale czuje jakąś
wewnętrzną frustrację. I trochę żal do siebie, iż podjęła złą decyzję i nie
pojechała razem z nimi.
Włącza jednak radio, gdyż panująca wokół cisza sprawia, że nie czuje się komfortowo.
Ma wprawdzie upragniony święty spokój, ale nic ponadto. Szybko też nudzi ją
Zenek Martyniuk i jemu podobni. Właściwie cały czas słucha tylko tego rodzaju
muzyki, który bynajmniej nie jest wysokich lotów, ale pani Beata nie jest tego
świadoma. Podobnie jak wielu innych rzeczy, bo zamknęła się w swoim małym,
poniekąd wygodnym, ale mocno ograniczonym świecie.
Powoli jednak zaczyna czuć, że coś ją uwiera, czegoś jej brakuje. Jeszcze nie
wie czego dokładnie, ale odnosi wrażenie, że jakby zatrzymała się w miejscu. Nie
rozwija się intelektualnie. Tak naprawdę nie wie, co dzieje się wokół niej w
Kulturze, bo nie chce tego wiedzieć. Swoje lenistwo w tym temacie tłumaczy
ciągłym zmęczeniem.
Proste słowa, prosta muzyka, prosty świat. Taki wybrała sobie sposób na życie i
trudno ją za to winić. Każdy ma prawo do takiego życia, jakie mu odpowiada.
Tyle że tak wiele przez to traci…
I to nie tylko w kwestii szeroko pojętej kultury. Traci też fizycznie,
namacalnie, o czym nie omieszkają jej zakomunikować mąż i dzieci po powrocie z
Domu Kultury.
- Żałuj, mamuś, że się z nami nie wybrałaś – pierwszy daje jej do zrozumienia
syn. – Było świetnie! Facet grał same znane kawałki, a dodatkowo poczęstowano
nas lampką całkiem dobrego wina. Były też patery z owocami i czekoladkami. Ależ
się objadłem! Zaprosił też swojego kolegę znanego jazzmana. Cieszę się, że mogłem
zobaczyć go i posłuchać na żywo. Do tej pory widywałem go jedynie w telewizorze…
- To prawda! Ja też się załapałam, bo spotkanie z poetką wcześniej się skończyło
i dołączyłam potem do brata. A z kolei na spotkaniu z poezją tej pani serwowano
doskonały sernik z równie smaczną kawą z dodatkiem kardamonu i cynamonu.
Jeszcze nie piłam tak wyśmienitej kawy! – przechwala się córka. – I kupiłam
tomik wierszy po promocyjnej cenie. W księgarni zapłaciłabym dwa razy tyle.
- Na wystawie też serwowano winko: białe, różowe, czerwone. Do wyboru, do
koloru. Była herbata i kawa, a do tego drobne ciasteczka – relacjonował mąż. – Spotkałem
też tam naszych znajomych Asię i Wojtka. Pytali o ciebie. A jeśli chodzi o
obrazy, to nie mogłem się zdecydować, który wybrać. Wszystkie mi się podobały.
Wystawa będzie jeszcze jakiś czas czynna. Może wybierzemy się razem i wspólnie
zdecydujemy?
- Nie znam się na malarstwie – odparła pani Beata. – Mnie tam wszystko jedno.
Byłe była ładna kolorystyka – dodała.
Rodzina spogląda na nią z niedowierzaniem. Naprawdę jest jej wszystko jedno? A
może jednak nie? Może trzeba wyjść z tej swojej skorupki i rozejrzeć się wokół.
Dostrzec to, czego do tej pory się nie dostrzegało? Tyle piękna jest przecież
wokół nas! I tylu różnych ludzi. Może dobrze poznać czasem kogoś obcego. Kto
wie, a nuż ten ktoś pokaże nam nieznany dotąd świat. Martyniuka zaś zamknąć w
ciemnej komórce i tylko czasem w przypływie humoru wyciągnąć go na światło
dzienne i nieco odkurzyć?