Miejsce akcji: Jedna z większych gmin w Polsce Południowej.
W skład owej gminy wchodzi kilka wsi. Prawie w co drugiej z nich znajduje się
Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej. Czyli zwykły Ośrodek Zdrowia. Szkoda, że
dawna nazwa przestała być używana, bo moim skromnym zdaniem, bardziej
pasowałaby do czasów współczesnych i tego, co się aktualnie w Polsce dzieje w
służbie zdrowia. Ale mamy, co mamy, więc niech będzie!
Wiejskie PZOZ-y niczym nie różnią się od tych miejskich. Pracują w nich równie
dobrzy lekarze i pielęgniarki, jak i w pozostałych, ze szpitalami włącznie. Tyle
że na wsiach przede wszystkim liczą się te tak zwane ośrodki gminne, usytuowane
zwykle w miejscowości, gdzie znajduje się urząd gminy. Z reguły są największe i
posiadają najpotrzebniejszy (co nie znaczy, że zawsze najlepszy) sprzęt do
badań diagnostycznych, a także oprócz lekarzy rodzinnych pracuje w nich kilku
lekarzy specjalistów. I, a jakże, funkcjonuje laboratorium analityczne oraz
oddział rehabilitacji.
W jednym z takich gminnych ośrodków zdrowia pracują, oczywiście oprócz
personelu lekarskiego i diagnostyków, trzy panie pielęgniarki.
Nazwijmy je kolejno, uwzględniając przy tym ich wiek i staż pracy, paniami: Józią, Gosią i Sylwią.
Pani Józia, wdowa, matka trójki
dorosłych dzieci, z natury jest zawsze spokojna, uśmiechnięta i nade wszystko
opanowana. Pomimo pandemii i związanej z tym ciężkiej sytuacji zarówno w pracy
jak i w domu oraz całego wokół tego zamieszania, cieszy się jak małe dziecko.
Ma ku temu powody, bo za niespełna dwa miesiące udaje się na zasłużoną
emeryturę. Wreszcie może odpocząć i zająć się tym, czym tylko zapragnie. No,
może nie do końca, bo skromne uposażenie, a co za tym idzie równie skromna
emerytura, nie pozwoli jej żyć na przyzwoitym poziomie. Poza tym chciałaby
jakoś wspomóc dzieci. Dwójka z nich straciła pracę, a najstarsza córka nie może
uporać się ze spłatą zaciągniętego we frankach kredytu na kupno mieszkania.
Pani Józia więc będzie zmuszona dorabiać
sobie tak zwanymi prywatnymi usługami. Polegają one na odwiedzaniu domów
pacjentów lub starszych wiekiem osób, którzy z jakichś powodów nie mogą lub nie
chcą udać się na zastrzyk lub opatrunek do przychodni. W budżecie pani Józi od
zawsze owa dodatkowa praca (dodajmy, nie zarejestrowana w urzędzie skarbowym)
stanowiła całkiem przyzwoity zastrzyk gotówki.
Podobnie zresztą, jak w przypadku pozostałych pań, Gosi i Sylwii.
Panią Józię jakoś szczególnie to nie
martwi, bo na emeryturze będzie miała więcej wolnego czasu. Tym samym nie
będzie zmuszona biegać z przysłowiowym wywieszonym językiem, żeby wszystko
pogodzić czasowo.
Liczy także, że mając więcej czasu, uda jej się zdobyć dodatkowych „prywatnych
pacjentów”.
Nieopatrznie postanawia podzielić się swoimi spostrzeżeniami z koleżankami z
pracy.
Pani Gosia w tej sytuacji jest pełna
wątpliwości, czy oby koleżanka po fachu nie odbierze jej części pacjentów,
których to dotąd ona obsługiwała. Kobieta jest w średnim wieku i ma na
utrzymaniu dwójkę nastoletnich dzieci oraz od czasu do czasu także męża, który
często traci pracę. A potem miesiącami szuka kolejnej. Ponadto akurat dopadła
ją menopauza, na skutek czego straciła siły do pracy i wiarę w siebie. Jest
zmęczona, często poirytowana, przez co niekiedy bywa niezbyt uprzejma dla
pacjentów.
Najmłodsza z kobiet, pani Sylwia,
pracuje w gminnym ośrodku zdrowia od niedawna. Jest młoda, piękna, rezolutna,
pełna energii i przede wszystkim nie ma jeszcze rodziny. Ba, nawet
narzeczonego! Marzy o kupnie własnego M3, albo chociaż kawalerki. Stara się
więc jak może, by zdobyć jak najwięcej dodatkowej pracy, która pozwoliłaby jej
to osiągnąć.
Podobnie jednak jak pani Gosia, też obawia się, czy konkurowanie z panią Józią
wyjdzie jej na dobre. Jej starszą koleżankę wszyscy w gminie znają i mają do
niej zaufanie. Zwłaszcza starsi mieszkańcy. A to bardzo ważne.
Po cichu liczy też, że dzięki jej osobistemu urokowi uda jej się zdobyć tych
nowych mieszkańców; młodszych, majętniejszych i bardziej chętnych, by w ich
otoczeniu pojawiło się trochę świeżości, no i kobiecego piękna. W okolicy
bowiem jak grzyby po deszcze wyrastają nowe domy i to całkiem okazałe, co z
kolei świadczy o majętności ich właścicieli. Jednakże co do tego, czy w
przyszłości nowi mieszkańcy zechcą korzystać z jej pielęgniarskich usług,
pewności mieć nie może. Może gdyby nie konkurencja…
Panią Józię postrzega więc, jak rzuconą pod nogi kłodę, którą w jakiś sposób
należałoby usunąć. Najlepiej wyeliminować z rynku. Nawet dzieli się swoimi
spostrzeżeniami z panią Gosią.
- Jeśli ona zabierze nam pacjentów, pomrzemy z głodu – mówi któregoś dnia do
pani Gosi. – Musimy jakoś temu zapobiec.
- Ale jak? Mamy rozklejać reklamy ze swoimi podobiznami na słupach? – pyta nieco
złośliwie pani Gosia.
Kobiecie nie za bardzo umie pogodzić się z faktem, że dokładać ze wszech miar
starań i zabiegać o rynek pracy. Od zawsze miała wielkie o sobie mniemanie i
uważała, że w tym, co sobą prezentuje jest najlepsza. I to do niej powinny
ustawiać się kolejki po pomoc.
Pani Sylwia zdążyła się już przyzwyczaić do jej trudnego charakteru, ale i tak
ciężko to znosi. Mówi więc spokojnie, usiłując jednak nakłonić ją do pewnych
przemyśleń.
- Aż tak to nie, ale gdybyśmy tak trochę nadszarpnęły jej reputację…
- Daj spokój! Ona jest prawie święta! Ludzie ją znają. Kto w to uwierzy? –
oburza się pani Gosia.
- Święta, nie święta! Nawet święci nie zawsze mieli nieskazitelne życiorysy.
Weź, poczytaj sobie o tym!
- A tam! Jakbym nie miała nic lepszego do roboty! – pokrzykuje.
Młoda pielęgniarka jednak nie odpuszcza. Koniecznie chciałaby jakoś
zdyskredytować panią Józię w oczach mieszkańców.
- Jest już starsza, niedowidzi, może pomylić medykamenty, miewa objawy
demencji… W tej sytuacji, kto będzie chciał korzystać z jej usług? – podsuwa
koleżance kolejne niedorzeczne pomysły.
- Co ty mówisz? Ona ma sokoli wzrok! A pamięć lepszą od ciebie!
Pani Gosia nie daje się przekonać. Jednak nie opuszcza ją świadomość, że muszą
coś wymyślić, aby utrzymać się na rynku. Nieoczekiwanie młodsza koleżanka
wyskakuje z kolejnym pomysłem.
- Wiem! Podpowiemy jej, żeby założyła działalność gospodarczą i zatrudniła, o,
najlepiej Ukrainki - nagle wpada na, jak jej się wydaje, świetny pomysł.
- Akurat! Działalność?! Dopłaciłaby do tego interesu na dzień dobry! Chyba że o
to ci chodzi?
- Poniekąd też – przyznaje pani Sylwia. – Zawsze możemy jej podpowiedzieć, by
tylko jedną pielęgniarkę zatrudniła legalnie, a resztę na czarno
Pani Gosia nie widzi jednak w tym sensu.
- Tak czy inaczej odbierze nam pacjentów!
- Zawsze też może znaleźć się jakaś życzliwa osoba… Wiesz, co mam na myśli.
A tak w ogóle, widziałaś jak te Ukrainki wyglądają? – irytuje się Sylwia.
- Są młode, całkiem ładne, obwieszone biżuterią. Ha, ha! Nawet do pracy
ubierają się jak na dyskotekę! – odpowiada Gosia.
- Właśnie! Która z kobiet zechce, żeby taka opiekowała się ich mężami czy
ojcami? A nawet starszymi matkami! A nie daj Bóg jeszcze coś ukradną, albo
podstępnie nakłonią starsze osoby do przepisania na nich swoich majątków?
Z takimi to nigdy nic nie wiadomo!
Ten ostatni argument wydaje się pani Gosi do przyjęcia, więc wspólnie z
koleżanką postanawiają, że trzeba będzie porozmawiać z panią Józią i to i owo
jej podpowiedzieć. Mając na uwadze oczywiście tylko i wyłącznie swoje dobro.
Pani Józia jest zaskoczona, gdy dochodzi do owej rozmowy.
- Ale jak to? Mam im płacić po 5 zł? I bez ubezpieczenia? Kto dziś pracuje za
takie pieniądze? - dziwi się pani Józia.
- Uwierz nam, one tak! – Sylwia robi, co może, by ją do tego przekonać.
- Nikomu nie pisną ani słówka, ani się nie pożalą, bo większość z nich ma
krótkie wizy. A w przypadku, gdyby zrobiły coś niezgodnego z prawem, zostaną
deportowane bez prawa wydania ponownej wizy. Zgodzą się więc jak nic! Możesz
zarobić na tym krocie! – Włącza się pani Gosia i stara się ze wszech miar, żeby
kobieta jednak jej uwierzyła, a co najważniejsze skusiła ją perspektywa sporego
zarobku.
O tym, czym tak naprawdę kierują się jej koleżanki z pracy, doradzając jej
rzekomy krociowy interes, pani Józia póki
co nie ma pojęcia. Tym samym ma
niemały dylemat.
Zanim jednak na dobre udała się na emeryturę, któregoś dnia spytała najmłodszą
koleżankę:
- A ty dlaczego nie założyłaś podobnej działalności? Przecież jesteś singielką,
masz sporo wolnego czasu. Ponadto nikt ci nie zabrania dodatkowej pracy. Nie ma
takich przepisów, które by na to nie pozwalały. Szybciutko zarobiłabyś na swoje
upragnione M i nawet na własny samochód.
Zaskoczona kobieta nie bardzo wiedziała, co jej odpowiedzieć. Przyparta do muru
rzekła jedynie:
- Bo ja jestem jeszcze młoda. Chciałabym trochę poszaleć, nim wpakuję się w męża
i dzieciarnię. Rozumie pani, co mam na myśli? Chcę trochę poużywać życia.
Popołudnia, wieczory i weekendy chciałabym mieć wolne. Wystarczy mi to, co mam
do tej pory.
- Acha! – odparła pani Józia. – Czyli mogę podebrać ci trochę „prywatnych”
pacjentów? – Oczywiście tylko wtedy, gdy będziesz chciała trochę poszaleć.
Pani Sylwia jednak stanowczo zaprzeczyła. Druga z pielęgniarek także poszła w
jej ślady. I nie były przy tym miłe.
Dopiero wtedy pani Józia zrozumiała,
o co tak naprawdę im chodziło.
Nie miała zamiaru zakładać żadnej działalności gospodarczej, otwierać prywatnej
opieki pielęgniarskiej. A tym bardziej wchodzić w układy z Ukrainkami. Chciała
tylko dorobić parę złotych do emerytury. Nic więcej.
Bo nasza bohaterka to taki trochę
wymierający gatunek. Cieszy się z tego, co dał jej los. Nie próbuje włączyć się
w tak zwany wyścig szczurów. Jest uczciwa i życzliwa ludziom.
Ma tylko jedną wadę. Stale zapomina, że na ogół nie działa to w drugą stronę.
Nawet wśród koleżanek pielęgniarek, które w swoim życiu tyle naoglądały się
ludzkich nieszczęść i wydawać by się mogło, że empatia to ich druga twarz.
Gdyby zechciały kierować się w życiu podobnymi zasadami, co pani Józia, tak bez koleżeńskiej zawiści,
bezsprzecznie łatwiej byłoby im żyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz