poniedziałek, 19 października 2020

Nasze, nie zawsze znaczy najlepsze

Nieduża wioska na południu Polski. Kiedyś była to wieś typowa rolnicza. Teraz zostało tu zaledwie czterech rolników. Reszta przekwalifikowała grunty orne na działki budowlane, kiedy jeszcze było to możliwe, i sprzedała swoją ziemię. Toteż domy wyrosły tu niczym grzyby po deszczu i to w błyskawicznym tempie.
Rolnicy, ci którzy uparcie tkwią dalej w swoim zawodzie z roku na rok coraz bardziej narzekają na ciężkie warunki, i to pod każdym względem.

Na jednym z krańców wsi mieszka rolnik, nazwijmy go pan Czesław, wraz ze swoją żoną Marią. Oboje już niemłodzi. Od dawna powinni cieszyć się zasłużoną emeryturą, ale przywiązanie do ojcowizny i do roli nadal każe im ją uprawiać.
Pan Czesław sadzi głównie ziemniaki i pszenicę.
Bywa że okoliczni mieszkańcy zachodzą do niego właśnie po owe ziemniaki. Może są ciut droższe niż w pobliskim sklepie, ale ogólnie nikt nie narzeka na ich jakość.

Niedaleko pana Czesława mieszka jego kolega po fachu, także rolnik z dziada pradziada, powiedzmy, że nazywa się pan Gerard.
Pan Gerard, człowiek niemal równy wiekiem panu Czesławowi, z kolei hoduje kury. Dawniej hodował jeszcze mleczne krowy, ale odkąd zmarła mu żona, zaprzestał ich hodowli. Mężczyzna często ma kłopot z upłynnieniem jajek, mimo że przysięga na wszystkie świętości, iż nie karmi ich paszą podejrzanego pochodzenia i o niewiadomym składzie, ani tym bardziej antybiotykami. Po prostu ma ich „dużo za dużo”.
Toteż, gdy dowiedzieli się o tym sąsiedzi, niejeden z nich, zamiast do pobliskiego sklepu, ruszył po jajka do pana Gerarda.

Mniej więcej w centrum wsi mieszka rolniczka, powiedzmy, że ma na imię Łucja. Pani Łucja jest w kwiecie wieku, pełna sił do pracy i zawsze dobrze zorientowana, co sadzić lub hodować, żeby się opłacało i sprzedawało. Duże zasługi ma w tym jej mąż, Ludwik, biegły w znajomości Internetu, w którym wyszukuje wszystko to, co go interesuje. Ma też rozliczne koligacje z miejscowymi notablami. Pożyczki, dopłaty, zwolnienia z opłat? Żaden problem!
W tym roku pani Łucja postawiła na hodowlę krów.
Do pani Łucji warto wybrać się po świeży twaróg, masło, śmietanę.

Blisko owej rolniczki mieszka jeszcze jedna pani „parająca się” rolnictwem. Nazwijmy ją panią Magdaleną. To młoda kobieta, która niedawno odziedziczyła 5 hektarów po zmarłych rodzicach. Z zawodu farmaceutka, ani myśli zajmować się ziemią. Po prostu ma inne plany na życie, więc pole wynajmuje mężczyźnie z sąsiedniej wsi. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że pani Magdalena zachowuje się trochę jak przysłowiowy pies ogrodnika. U siebie sama nic nie zasieje, ani nie wyhoduje, a krytykuje tych, którzy to robią.
U pana Czesława regularnie kupuje ziemniaki, choć stale na nie narzeka. Że niby niczym nie różnią się od tych ze sklepu.
U pana Gerarda zaopatruje się w jajka, także regularnie, i wystawia mu podobną ocenę.
U pani Łucji kupuje ser i masło i jak się łatwo domyślić, bez krytykowania się nie obejdzie.
Tym sposobem wystawia całej trójce cenzurkę, która potem idzie w świat. Zwłaszcza ten lokalny. Jedni ludzie jej słuchają, inni nie. Tak czy inaczej psuje im reputację, co bezpośrednio przekłada się na zbyt płodów rolnych w ich gospodarstwach.

Pani Magdalena
, co jest niezrozumiałe, zachwala żywność sprzedawaną w pobliskim sklepie. Sklep należy do jednej ze znanych sieci handlowej. Kobieta nie ma pojęcia, skąd pochodzi owa żywność, ani tym bardziej, co w sobie zawiera.
Na wszystko jednak ma swoje wytłumaczenie. Twierdzi, że rolnicy z innych krajów tak samo uprawiają swoją ziemię i tak samo troszczą się o hodowane zwierzęta. Każdemu bowiem zależy na tym, by się dobrze sprzedawało. Czyli było smaczne i tanie. W przeciwnym razie nikt tego nie kupi.
Żeby jakoś uwiarygodnić swoje w tym temacie poglądy, często wyjeżdża zagranicę. Najczęściej do Czech lub na Słowację, czasem na Ukrainę, bo tam ma najbliżej. Stamtąd przywozi ich płody rolne i różne przetwory, którymi potem częstuje znajomych. Trzeba przyznać, rzeczywiście są bardzo smaczne, a i cena do przyjęcia.

Pani Magdalena
usiłuje także przekonać swoich znajomych, że my Polacy mamy o sobie zbyt wielkie mniemanie. Przechwalamy się, że to co polskie, to najlepsze. Tymczasem wcale do końca tak nie jest. Wystarczy skosztować specjałów choćby tylko naszych południowych sąsiadów.

Do pewnego stopnia pani Magdalena ma rację.

Jednakże kupując nasze lokalne towary, to w pewnym sensie taki nasz patriotyzm. Bo jak inaczej mamy go okazywać w czasie pokoju? I wsparcie naszej gospodarki. Przede wszystkim zaś pomoc sąsiadom i znajomym w tych trudnych czasach.
Może zatem należałoby nieco zmodyfikować lub zmienić popularne hasło „Dobre, bo polskie” na  „Kupuj lokalne, bo niebanalne”, albo „Kupuj u sąsiada, bo tak wypada”?
Panie Magdalenie zaś i osobom w tej kwestii jej podobnym poradzić, by przynajmniej nie zniechęcały do tego innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...