czwartek, 23 lipca 2026

SEKRETARKA

 


Zdjęcie: Pixabay
Dziś trochę prywaty.

Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. Uwierzcie mi.
Ktoś kiedyś powiedział, że sekretarka jest jak czarna skrzynka. W sytuacjach, gdy w firmie dzieje się coś niedobrego, coś się pali, wali, itd., ona jedna wie, gdzie szukać źródła i jak zgasić pożar.
To prawda. Przekonałam się o tym będąc czterokrotnie sekretarką na przestrzeni czterdziestu lat. Bynajmniej nigdy nie aspirowałam do tej roli. Tak jakoś wyszło.
Po skończeniu liceum ogólnokształcącego nosiłam się z zamiarem studiowania, najchętniej na wydziale prawa. Zawsze chciałam zostać adwokatką. Niestety, moje marzenia już to do siebie mają, że się nigdy nie spełniają.
Po maturze matka przeprowadziła ze mną stanowczą rozmowę.
- Jeśli chcesz, to sobie idź na studia, ale my ci pieniędzy nie damy, bo nie mamy – zawyrokowała stanowczym głosem, takim nieznającym sprzeciwu.
Cóż było robić. Mieszkałam w małej wsi, uczyłam się średnio, a przedmioty ścisłe bynajmniej nie były moją mocną stroną. Nawet, gdybym zdecydowała się pójść na jakiekolwiek studia, nie byłabym w stanie sama się utrzymać. Musiałabym podjąć jakąś pracę. Czułam, że nie uciągnę nauki i pracy razem. Matka też to czuła, bo w zanadrzu miała już dla mnie pracę i... męża.
- Wujek Władek załatwił ci już pracę w Fabryce Kapeluszy w Skoczowie – wypaliła jak z dwururki, nie pytając mnie bynajmniej o zdanie.
To miała być praca tak zwana umysłowa, tak się wtedy o tym mówiło, był bowiem głęboki PRL, rok 1975. Praca w dziale zbytu, czyli dzisiejszym dziale marketingu.
Nie miałam na to ochoty, nic nie szło po mojej myśli. Do wyboru miałam słuchać matki, albo wyprowadzić się z rodzinnego domu. Pytanie – dokąd? Czyli jak w/w znaleźć pracę i mieszkanie.
Nie byłam na to gotowa. Postawiona pod ścianą, wybrałam to pierwsze, czego całe życie żałowałam.
Tak więc „wylądowałam” w owej fabryce. Już od początku mi się tam nie podobało. W biurze, do którego trafiłam, zatrudnione były trzy panie, plus ja oczywiście. Nie wiem po co, bo wystarczyłyby dwie, a nawet jedna. To znaczy wiem, ale nie wiedziałam tego od razu. Nie było wówczas komputerów, kurierów, telefonów komórkowych. Prywatne samochody miały tylko osoby zajmujące wyższe stanowiska. Reszta osób przemieszczała się autobusami albo piechotą.
Panie przepisywały potrzebne dane dosłownie z kartki na kartkę i to po kilka kopii. Taki to był czas. Pewnie robiłyby to nadal, ale jeden z dyrektorów sprowadził do biura maszynę drukującą faktury. Miała klawiaturę jak w komputerze i miejsce skąd „wylatywały” wydrukowane faktury, czyli taki niewidoczny rodzaj drukarki.
Dwie panie w wieku czterdzieści plus i jedna przed czterdziestką, zatrudnione wówczas w biurze, były całkowicie, że tak powiem, analogowe i podchodziły do niej jak do jeża. Miałam być tą, która musiała oswoić się z tym cudeńkiem i na dobrą sprawę zostać do niej przypisaną.
He, he, tyle że do napisania i wydrukowania miałam dziennie średnio od siedmiu do dziesięciu faktur. A co na resztę dnia? A no nic, podobnie zresztą jak moje współpracownice, których głównym zajęciem było plotkowanie. Toteż coraz częściej wzywano mnie do sekretariatu, w zastępstwie za często nieobecną sekretarkę.

I tak się zaczęła moja „kariera” sekretarki.
Sekretariat był całkiem sporych rozmiarów. Dyrektorów trzech i jeden główny księgowy. Nie wiadomo, który z nich był najważniejszy. Podejrzewałam, że ten czwarty, bo bez jego decyzji nic nie mogło się w zakładzie dziać.
Na początku byłam przerażona. Na okrągło parzyłam kawy, herbaty, odbierałam telefony, przyjmowałam z poczty pisma, wszystko skrzętnie zapisując w dzienniku podawczym. Na szczęście od pisania pism do różnych firm była inna, jak się potem okazało, zaufana osoba.
Dyrektorzy nagminnie podejmowali u siebie gości, nie rzadko z lokalnego, i nie tylko, Komitetu PZPR. Zdarzało się też, choć nie tak znowu często, że i zza granicy. Pamiętam doskonale, że w sekretariacie były dwa czajniki elektryczne (mało kto wtedy takie miał) i jeden zwykły, taki na piec gazowy, który znajdował się w tak zwanej kuchni roboczej. W owej kuchni przygotowywano kanapki albo jeszcze coś konkretniejszego. Ale wtedy robiły je panie z innych działów, a ja je tylko podawałam gościom. Uff! Masakra! Nie wspominam tego dobrze, za to dobrze wspominam ówczesnych dyrektorów. Byli wobec mnie bardzo uprzejmi i nigdy nie usłyszałam od nich żadnego złego słowa. Nie przekraczali też, nawet nie próbowali, ustalonych przez mnie granic.
Jeden z dyrektorów nad wyraz upodobał sobie kuchnię roboczą. Spędzał w niej każdą przerwę na śniadanie, delektując się jedzeniem. Dlaczego akurat tam, a nie przy biurku? Pokoju śniadań co prawda nie było, ale nie zmienia to faktu, że kuchnia robocza to niezbyt fajne miejsce. Na początku o tym nie wiedziałam i któregoś dnia dosłownie wparowałam tam bez ostrzeżenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam w niej dyrektora, a przed nim całkiem spory kopiec jedzenia. Przeprosiłam grzecznie i wyszłam. Kilka godzin później dyrektor podszedł do mnie i powiedział: „Droga pani, mnie tam nie było. Żona nie może się o tym dowiedzieć. I żeby wszystko było jasne... żona nie przygotowuje mi śniadań. Robię je sobie sam”.
Potem dowiedziałam się, że był nie tyle strasznym łasuchem, co wręcz głodomorem. Dziwiłam się wręcz, gdzie się to wszystko w nim mieściło, bo był niskiego wzrostu i bardzo, bardzo szczupły. W fabryce wszyscy wiedzieli, że gdy wchodził to kuchni roboczej, wszyscy inni mieli do niej zakaz wejścia, ale nie ja. Nie wiedziałam.
Jak wspomniałam na początku, matka miała dla mnie obranego już męża, którego niechcący sama jej podsunęłam. Dążyła więc do tego, by jak najszybciej wydać mnie za mąż. Tak więc w październiku, jeszcze tego samego roku, niespełna cztery miesiące po maturze, pod naciskiem matki, wstąpiłam w związek małżeński.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Mężowi nie podobało się to, że byłam sekretarką, z zazdrości oczywiście, i zmusił mnie do porzucenia pracy w Fabryce Kapeluszy w Skoczowie.
Już nie mama z wujkiem, ale teraz to mąż miał dla mnie plan na życie i kolejną pracę.
Tym razem w Bielsku - Białej, w Biurze Projektów „Miastoprojekt”, w którym to sam dawniej pracował.
Nie przewidział jednak, że ostatecznie znów będę tam, he, he, sekretarką. Nie od razu jednak.


Rok 1976 zaczął się dla mnie niezbyt przyjemnie. Nowa praca, nowe otoczenie i to wielokrotne pytanie mnie, czy nie jestem w ciąży, i to od kadrowej począwszy poprzez główną księgową i jeszcze kilka innych osób, co przyprawiało mnie o zawrót głowy. Pamiętam, że kadrowa przyjmując mnie do pracy zasugerowała wtedy, iż dobrze byłoby, żebym przyniosła zaświadczenie od ginekologa. Świadków tej rozmowy oczywiście nie było, niesmak jednak pozostał. W ciążę zaszłam dokładnie półtora roku później.
Na początku chyba nie wiedziano, w jakim umieścić mnie dziale, bo co kilka tygodni pracowałam w innym. Tak więc były kadry, administracja, dział techniczny, sekretariat. Nie czułam się z tym komfortowo, ale z drugiej strony patrząc, wiele się wtedy nauczyłam. I nie chodzi tu bynajmniej o umiejętności jedynie fizyczne, zawodowe.
Nauczyłam się tam prawdziwego życia. Poznałam wielu ludzi, różnych zawodów, od architektów począwszy, na instalatorach i obsłudze administracyjne, do której i mnie zaszeregowano, skończywszy. W wielkim skrócie pisząc, „góra spotkała się tam z nizinami”, społecznymi oczywiście. Pracownicy, ci z tak zwanej góry, uważali się niekiedy za nadludzi. A jeśli nawet nie, to za artystów, którym bez względu na to, co sobą reprezentowali, należał się podziw i wyrozumiałość w każdym temacie. Oni przecież byli kimś! Mieli swoje wizje, niekiedy iluzoryczne, ale zawsze to jakieś wizje. Projektowali przecież miasta i małą architekturę, w zasadzie wszystko. To od ich wizji zależało, gdzie ma iść droga, ulica, gdzie stanąć blok, a gdzie szkoła lub przedszkole. To od nich też zależało czyje domy miały być pod ich wizje wyburzone, albo które drzewa wycięte. Wszystko zależało od ich rozbujanego ego i... Komitetu Powiatowego PZPR.
Artyści bywają specyficzni, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Z czasem nawet ich polubiłam. Potem naśmiewałam się, że po prostu nauczyłam się instrukcji obsługi większości z nich.
Po niemal dwuletniej tułaczce po różnych biurach, okazało się, że moim przeznaczeniem jest... sekretariat. Sekretarka, skądinąd bardzo fajna młoda kobieta była singielką z małym dzieckiem, a co za tym idzie, często korzystała z L4 lub opieki nad dzieckiem. Na zastępstwo byłam ja. A gdy skorzystała z bezpłatnego,

rocznego urlopu przysługującego na dziecko, stało się oczywistym, że prędko z tego sekretariatu „nie wyjdę”.
Na szczęście tym razem dyrektorów było tylko dwóch, i to całkiem znośnych. Chyba ich wspominam najlepiej z całej swojej „sekretariackiej” kariery.
Jak wcześniej wspomniałam, sama w międzyczasie urodziłam dziecko, więc i mnie nie było najłatwiej. Też musiałam czasem skorzystać z opieki nad dzieckiem. Nikt się jednak na mnie wtedy nie boczył, ani nie wbijał nieprzyjemnych szpileczek. Dyrektor naczelny zwykle reagował w ten sposób:
- No tak, matka Polka! Niech pani idzie na to zwolnienie, ale proszę szybko wracać, bo my tu bez pani zginiemy.
Czasem dodawał też, co było dla mnie bardzo miłe, że przyzwyczaili się już do mnie i nie chcą tu (w sekretariacie) widzieć nikogo innego. Kiedyś usłyszałam : „Jest pani właściwą osobą na tym stanowisku i nie ma się do czego przyczepić. Jest nam tu z panią dobrze”. Żeby tak jeszcze szła za tym jakaś gratyfikacja pieniężna... ale niestety nic z tych rzeczy.
Drugi z dyrektorów był bardzo specyficzny, ale bynajmniej nie problematyczny. Wyjątkowo cichy, często zapominałam, że siedzi w swoim gabinecie. Tak jakby go w ogóle nie było. Podrywał się jedynie, gdy dzwonili z Komitetu Powiatowego PZPR. Chyba był to dla niego ogromny stres. Był też typowym artystą, czyli architektem ze swoją wizją świata na miarę Ameryki. Zdarzało się, że wychodził ze swojej gawry , prosił o pół szklanki ciepłej wody, a na odchodnym dziwił się, co ja robię w sekretariacie. Często pytał, czy przyjechałam z Cieszyna. Tam była filia naszego biura. Doprawdy nieraz się z tego uśmiałam. Przecież pracowałam już w sekretariacie prawie dwa lata! Mężczyzna bywał jednak do tego stopnia rozkojarzony, albo skupiony na swojej wizji świata, że pewne rzeczy mu się po prostu mieszały. Przyznaję, czasem bywało to uciążliwe. Wszystkie kolejne sekretarki, jak się potem okazało, miały na niego sposób, w jaki się na nim odgrywały, gdy nieco przeginał.
Gdy tylko wychodził do toalety, która na dodatek była niedaleko sekretariatu, mniej więcej po minucie wybiegały na korytarz i głośno go nawoływały.
- Dyrektorze, gdzie pan jest?! Telefon z Komitetu!
Oczywiście żadnego telefonu nie było, ale biedny Ozi, tak nazywali go architekci, wylatywał z toalety jak z procy. Jego lęk przed Komitetem nieraz był powodem dowcipów pracowników i chyba nawet samego naczelnego. Jednym słowem, z Ozim było całkiem fajnie.
Co zaś się tyczy naczelnego, też nie było na co narzekać. Codziennie na śniadanie sekretarka musiała przynieść mu z pobliskiego sklepu pół litra słodkiej śmietany i dwie bułki. Dzień bez śmietany i bułek byłby dniem straconym. Tłumaczył się chorą wątrobą i trzustką. Wiele osób próbowało uświadomić mu, że z tą śmietaną jest dokładnie na odwrót. To ona powoduje owe dolegliwości, ale mężczyzna do końca swoich dni uparcie trwał przy swoim.
Tak więc w sekretariacie biura projektów miałam się całkiem znośnie.
Nie wiem jak długo trwałaby ta sytuacja, gdyby nie stan wojenny. Kierownictwo biura wpadło wówczas w popłoch, podobnie jak inni ludzie. Nagle nikt nie wiedział kto jest kim. To znaczy, kto był tajnym agentem, a kto pracował w tak zwanym podziemiu, czyli przeciwko ówczesnej władzy. Każdy bał się każdego. W dodatku w biurze było tak zwane tajne archiwum, w którym znajdowały się plany całego miasta, zapewne też i schronów oraz obiektów wojskowych. I była też Światłokopia, dział, gdzie drukowano wszelkie plany i inne potrzebne rzeczy. A to było wówczas na wagę złota, zwłaszcza dla wszelkiej maści opozycjonistów. Toteż od razu po wybuchu stanu wojennego dział ten został zamknięty i zabezpieczony plombami.
Sytuacja w kraju już wcześniej robiła się nieciekawa. Przebąkiwano o zmianie rządu, ale nikt głośno nie ośmielił się tego powiedzieć.
Na krótko przed wybuchem stanu wojennego zostałam zdegradowana z sekretarki do roli telefonistki. Nie wiedziałam dlaczego. To znaczy, teraz już wiem (nie przyjęłam propozycji wstąpienia do PZPR), ale wtedy nie miałam pojęcia co się dzieje. Moje miejsce zajęła tak zwana zaufana osoba z polecenia KP PZPR, dobrze rozeznana w tym, co się działo w kraju i na swój sposób „pilnująca”, by w biurze wszystko działało pod jej dyktando.
To był dla mnie pewnego rodzaju policzek. Siedziałam w maleńkiej klitce razem z portierem, niemalże dusząc się tam z braku powietrza. Pokoik miał wymiary 2 m na 2,5 m, w tym szafa, w której znajdowały się kable telefoniczne. Masakra! W dodatku do biura wciąż przychodzili jacyś ludzie, interesanci czy nie, portier musiał ich wylegitymować i ewentualnie pokierować w odpowiednie miejsce. Ciągły ruch, hałas, wszystko to wyprowadzało mnie z równowagi.
Aż przyszedł ten dzień – 13 grudnia 1981roku. Ogłoszenie stanu wojennego.
Nic nie działało. Nie jeździły autobusy, pociągi, nie działała telewizja ani telefony. Przez kilka pierwszych dni nie miałam jak dostać się do pracy oddalonej od mojego miejsca zamieszka jakieś 17 km. A gdy już stało się to możliwe... pilnowałam nieczynnej centrali telefonicznej. Od tamtej pory wszystko szło jak po grudzie, żeby nie powiedzieć, po linii pochyłej.
Rok później okazało się, że jestem w kolejnej ciąży, którą niestety poroniłam w piątym miesiącu. Było długie L4 i brak możliwości po powrocie do pracy na lepsze stanowisko. Długo więc tam nie wytrzymałam i zwolniłam się sama.
Liczyłam, że znajdę inną, lepszą pracę, ale się przeliczyłam. Pojawiły się kłopoty ze zdrowiem.

Tymczasem mąż ubzdurał sobie, że będzie budował dom. Jego matka uraczyła go polową ogrodu, czyli 7,3 a ziemi, bynajmniej nie budowlanej. Od tej pory zaczęły się liczne przepychanki, aby odrolnić teren, a potem uzyskać na nim pozwolenie na budowę. Trwało to 2 lata. W międzyczasie cały czas chorowałam, a także urodziłam syna.
Pierwszy materiał budowlany kupił za pieniądze z kredytu. Kto tak robi! To samobójstwo na raty. Ale nie w rodzinie męża, rzekomych znawców od wszystkiego. Rady swojej rodziny traktował jak nakaz od samego Boga. To za ich radą zwolnił się z pracy i zgłosił prywatną działalność. Od tej pory miał budować domy. Nie tylko swój, ale w szerokim tego słowa znaczeniu. Chciał być biznesmenem pełną gębą, zaczynając tradycyjnie, od kolejnego kredytu, który miał posłużyć na wypłaty dla ewentualnych zatrudnionych w przyszłości pracowników. Banki nie wymagały jeszcze wtedy zgody żony, niestety.
Dla mnie miał już wyznaczoną rolę. Miałam zostać jego sekretarką i księgową w jednej osobie, bo tak przecież trzeba. W jego mniemaniu żona powinna mu pomagać.
Czy płacił za mnie składki na ZUS? Nie. Wynagrodzenie? Oczywiście, że nie.
Nie chciałam się na to godzić, ale rodzina męża wywierała na mnie tak wielką presję, że gdybym tego nie zrobiła, niemalże wyklęliby mnie nie tylko z rodziny, ale też ze wsi.
Pierwszy samochód kupił też za pożyczone pieniądze. Kilkunastoletni fiat 125p odtąd woził jego i pracowników na prowadzone przez niego budowy.
Dla mnie był autobus, osławiony PKS, tudzież MZK. Trzeba było bowiem co najmniej 2 razy w tygodniu udać się do oddalonego o 17 km. Bielska-Białej. Tu bowiem znajdowały się wszystkie potrzebne urzędy. Nie było jeszcze wtedy komputerów. Sprawozdania i wszelkie rozliczenia z prowadzonej przez niego działalności trzeba było zawozić do miasta. O ile Urząd Skarbowy upominał się o potrzebne rozliczenia raz w miesiącu, o tyle z ZUS-em nie było już tak prosto. I nie sam ZUS był tu problemem, tylko mój mąż, a raczej jego cwaniactwo i chamski charakter. Niczego nie płacił na czas, bo nie miał z czego. Pracownicy przychodzili na dwa, trzy dni i się zwalniali lub sam ich zwalniał. Jedni pili alkohol i nie nadawali się do pracy, inni sami rezygnowali, nie mogąc znieść mobbingu męża.
Tym sposobem jego prywatna sekretarka jednego dnia kogoś zgłaszała do ZUS-u i skarbówki, a po średnio dwóch, trzech dniach znów była zmuszona jechać do Bielska, żeby go wygłosić. Sterty umów o pracę, tyleż samo zwolnień. Wszystko wypisane ręcznie, oczywiście na specjalnych drukach. Były też kolejki w urzędach i mnóstwo z tego powodu straconego czasu. Na samych urzędach się nie kończyło.
Mąż „załatwiał” kasę gdzie się dało. Z reguły na bardzo wysoki procent. I znowu wyjazdy autobusem typu: przywieź, oddaj, uproś o odroczenie, załatw to i owo.
Ile upokorzeń, które musiałam znieść z tego powodu, nie jestem w stanie zliczyć. Dodać należy, że cały czas borykałam się ze swoimi kłopotami zdrowotnymi i wychowaniem dwójki dzieci, przy zerowej pomocy ze strony mojej i jego rodziny.
Kiedy patrzę na to z perspektywy minionego czasu, nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak ja to wszystko wytrzymałam.
Pogarszający się stan zdrowia i brak opieki nad dziećmi sprawił, że nadszedł ten czas. W końcu powiedziałam dość!
O innej pracy, niestety, mogłam jedynie pomarzyć. To nie był czas, gdy zatrudniano ludzi. To był czas, gdy zwalniano ich na potęgę. Czas bankructwa wielu firm, sklepów, itd. Jeden wielki pat!

Nie sądziłam, że nadejdzie taki czas, a ja znów usiądę za biurkiem i będę robiła to, co w gruncie rzeczy szczerze nienawidziłam. To był rok 1993.
Powoli dobiegałam czterdziestki. Patowa sytuacja z licznymi bankructwami firm trwała w najlepsze. Pracę można było zdobyć tylko po znajomości, albo mieć cholerne szczęście. Nie miałam ani jednego, ani drugiego, więc tułałam się po urzędach dla bezrobotnych, bez skutku, powoli tracąc nadzieję na znalezienie jakiejkolwiek pracy. Wszędzie pytano, ile mam lat i ile znam języków. Po ogólniaku i w wieku około czterdziestki nikt nie chciał nikogo zatrudniać, a cóż dopiero kobiet.

Byłam przerażona tą sytuacja, zwłaszcza że córka uczęszczała do liceum, z myślą, iż będzie mogła studiować. Syn niebawem miał przystąpić do Pierwszej Komunii św., a tu oprócz długów, ani grosza w domowym budżecie.
Któregoś dnia jednak mąż wrócił z pracy uradowany. Właśnie udało mu się zdobyć kontrakt na rozbudowę szkoły podstawowej w naszej wsi. Pojawiło się w światełko w tunelu. Po czasie okazało się, że na końcu tego tunelu sunie w naszym kierunku pociąg, który niebawem rozjedzie nas doszczętnie. Ale po kolei.
W szkole podstawowej zmieniła się dyrektorka. Nie wiedziałam, kto zastąpił poprzednią. Jakieś obce nazwisko nic mi nie mówiło. Mężowi na początku też nie, ale zorientował się, gdy po raz pierwszy ją zobaczył.
Okazała się nią moja dalsza kuzynka, z którą od podstawówki nie miałam kontaktu. Mieszkała w innym mieście i nie miałam pojęcia, co się u niej działo przez te wszystkie lata. Właśnie sprowadziła się do sąsiedniej wsi i jakimś cudem została u nas dyrektorką szkoły. Nie była wyłoniona przez żaden konkurs. Po prostu, jak sama potem mówiła, „została przyniesiona w teczce na czas rozbudowy szkoły”.
Najważniejsze było to, że szukała sekretarki na cały etat. Dotąd rolę sekretarki pełniła poprzednia dyrektorka, głównie podczas przerw, gdyż sama uczyła w tejże szkole.
Otrzymałam więc propozycję zatrudnienia na etacie sekretarki. Za śmieszne pieniądze, ale w mojej sytuacji nie miałam wyboru.
Okazało się, niestety, że już na wstępie zostałam oszukana. Była mowa o całym etacie, a tymczasem przyjęto mnie na pół etatu. Nikt nie uprzedził mnie wcześniej, że na drugiej połówce do tej pory figuruje „stara” sekretarka. Dowiedziałam się o tym, gdy już od kilku dni pracowałam. Umowę o pracę dostałam po kilkunastu dniach od jej rozpoczęcia i nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić, zwłaszcza że panie nauczycielki solidarnie opowiedziały się po stronie ówczesnej sekretarki, którą to rzekomo wygryzłam.
Na gwałt potrzebowaliśmy pieniędzy, więc ostatecznie umowę podpisałam. To był wielki błąd w moim życiu, bo zaważył nie tylko na zdrowiu, ale nade wszystko na mojej reputacji.
Szkoła się rozbudowywała, a co za tym idzie, pracy nie było na 4 godziny, a na 8. Po jakimś czasie jednak dostałam cały etat.
Pani dyrektor pracowała w dwóch szkołach i pełniła ważną funkcję w Radzie Gminy. „Rozbudowywała” też szkołę, choć się na tym kompletnie nie znała. I gdyby nie mój mąż, który często podpowiadał jej, że jakiś dostawca, czy ktoś inny związany z budową próbuje wpuścić ją w przysłowiowe maliny, albo coś ugrać da siebie, na wielu sprawach pewnie by się „przejechała”. Robił to z dobroci serca. Potem żałował, bo wobec niego nie zachowała się jak trzeba, ale to osobny temat.
Zanim jednak na dobre rozpoczęłam pracę, jeden z nauczycieli tam pracujących, Krzysiek, chodził za mną krok w krok i robił mi zdjęcia. Protestowałam, ale tylko głupkowato się śmiał. Nie wiedziałam, czemu te zdjęcia miały służyć. Potem ukazały się w kronice z rozbudowy szkoły i na szkolnej gazetce w korytarzu. Na wszystkich byłam albo z miotłą do sprzątania, albo z koszem na śmieci, albo ze ścierką. Nie widziałam tych zdjęć wcześniej. Zobaczyłam je dopiero, gdy Kronika została już ukończona. Było mi przykro. Zostałam na nich sprowadzona do roli sprzątaczki, wyśmiana. Rok później zdradził mi, kto go do tego namówił. Jedna z nauczycielek, po której bynajmniej bym się tego nie spodziewała.
Na tym drwiny ze mnie się nie kończyły. Jak wcześniej wspomniałam, nie było jeszcze komputerów, a jedynie poczciwa stara maszyna do pisania. Rozkłady lekcji nauczycieli pisało się na wielkich planszach bristolu. Na napisanie tego trzeba było poświęcić pół dnia. Gdy tylko powiesiłam rozkład w pokoju nauczycielskim, niemal natychmiast nazwisko jednego z nauczycieli było zmieniane, powodując u niego złość. Kończyło się na „ski”, więc jedna z nauczycielek wydrapywała kropkę nad „i”, dopisując laseczkę, i wychodziło z tego „a”. O zgrozo, to nie było tylko jeden raz! Dyrektorka wściekała się na mnie, myśląc, że to mój błąd i kazała zmienić mi cały rozkład lekcji. Dopiero za którymś razem w końcu uwierzyła, że to nie może być moja wina. Stała przy mnie i patrzyła jak pisałam kolejny rozkład. Widziała, że nie popełniłam błędu, a mimo to kilka minut później znów pojawił się rzekomy błąd w nazwisku tego nauczyciela. Najgorsze było to, że w świat poszło przesłanie, iż jestem tępą kretynką, a tak w ogóle to ona rzekomo żałowała, że zatrudniła kogoś tak niekompetentnego.
Tyle razy byłam już sekretarką, i nie w tak małej firmie jak ta, ale moja pracodawczyni, nie wiedzieć czemu, wszystkie pisma pisała sama odręcznie, a potem dawała mi do przepisywania, stojąc podczas tej pracy cały czas za moimi plecami. Czasem coś wtrącała, co było strasznie denerwujące i rozpraszające. Co za tym idzie, w takich chwilach nie trudno o błąd. A to nie był przecież komputer, gdzie każdą literówkę można szybko skasować. Na maszynie do pisania trzeba było pisać wszystko od początku. Nauczycielki się ze mnie podśmiewały, szemrząc po kątach, że nie umiem nawet napisać zwykłego pisma.
Była też sytuacja, bardzo nieprzyjemna, gdy cała wieś aż huczała o tym, że jestem rzekomą złodziejką. To też za sprawą, może nie do końca przemyślaną, mojej dyrektorki. Przepłakałam wtedy kilka dni i nocy.
Rozliczałam delegację do Skoczowa. Zawoziłam zasłony do pralni. Zanim zamieszkałam w Grodźcu, mieszkałam w sąsiedniej wsi. Gdzieś z tyłu głowy miałam zakodowane, że z mojej rodzinnej wioski do Skoczowa jest 8 km. I tak nieopatrznie wpisałam, zapominając o tym, że przecież z Grodźca jest 2 km mniej. Różnica raptem 4 złotych. Dyrektorka od razu to wyłapała, i dobrze, ale nakrzyczała na mnie, że oszukuję. Było mi strasznie przykro. Mało tego, jej krzyki słyszały nauczycielki, co skrzętnie wykorzystały. I znów cała wieś się o tym dowiedziała. Jedna z nauczycielek, niejaka Halinka, od razu wypomniała mi, że chciałam oszukać dyrektorkę. Co wchodziła do sekretariatu, niby żartem, niby nie, głośno komentowała: „Jak mogłaś oszukać panią dyrektor!”. Nie wiedziała, jak bardzo było mi przykro? Na pewno wiedziała. Inne panie też wiedziały, bo gdy wchodziłam po coś do pokoju nauczycielskiego, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności chowały wszystko, co miały przed sobą i po prostu z niego wychodziły. Nie powiedziałam o tym nawet mężowi. Nosiłam to w sobie zadręczając się, bo przecież nie mogłam rzucić pracy. Nie wtedy, kiedy nie miałam nic w zamian.
Środowisko, w którym przyszło mi pracować było straszne. Dwie panie nauczycielki często przychodziły do szkoły po spożyciu alkoholu. Już w drzwiach wejściowych naśmiewały się z siebie nawzajem, zadając sobie pytanie w stylu „Która akurat zjadła więcej pasty do zębów”, by nie śmierdzieć alkoholem. Dyrektorka o tym wiedziała. Rodzice przychodzili na skargę, bo dzieci widywały jedną z pań na lekcji ewidentnie pijaną. Ale dla owych nauczycielek dyrektorka była wyjątkowo pobłażliwa. Kiedyś powiedziała mi wprost : „Gdybym dała im dyscyplinarkę, nikt ich już nie zatrudni, a mają 2 lata do emerytury. Bez pełnego stażu, emerytury nie dostaną w ogóle”. Zgadzam się z takim tłumaczeniem, ale dlaczego mnie potrafiła gnębić za 2 km, a nad nimi stworzyła ochronkę?
Pod szczególną ochroną u pani dyrektor były nauczycielki na urlopach wychowawczych i pobierające na chore dzieci L4. To się chwali, byłam za. Tylko dlaczego, kiedy mój syn zachorował, w sumie dwa razy, usłyszałam coś takiego?
- Nie masz mamy, teściowej, opiekunki? Inni sobie jakoś radzą. Coś sobie załatw!
Nie miałam nikogo do pomocy i dobrze o tym wiedziała. Ona miała mamę, tatę i niezamężną ciotkę na emeryturze, która właściwie cały czas zajmowała się jej młodszą córką.
W dodatku za nieobecne nauczycielki trzeba było zorganizować płatne zastępstwo. Za mnie nikt nie płacił, gdy byłam na zwolnieniu. Po powrocie czekało mnie mnóstwo zaległości.
Na szczególną ochronkę u pani dyrektor mogła też liczyć jedna z pań nauczycielek, której tak ustawiano plan pracy, by miała 1 dzień wolny w tygodniu. Rzekomo w tym dniu miała lekcje w jednym z liceum w Bielsku. Gdy sprawa się wydała, żadnego zatrudnienia tam nie miała, a dzień ten potrzebowała jedynie na spotkania z przyjacielem, choć niektórzy przebąkiwali, że chodziło raczej o kobietę. Sama nauczycielka zarzekała się, że nic takiego nie miało miejsca, a to jedynie plotki, a dzień wolny potrzebowała aby jeździć … na targowisko.
Kiedy sprawa się wydała, dyrektorka dosłownie się wściekła. Tylko nie na siebie, a nie wiedzieć czemu, między innymi na mnie. Wydało się też przy okazji, że pan nauczyciel, ten od zdjęć, miał podobną sytuację, akceptowaną przez szefową. Wśród grona pedagogicznego rozgorzała nieprzyjemna dyskusja, a sama pani dyrektor „nie mogła sobie znaleźć miejsca” w szkole. Wyżywała więc się głównie na mnie, bo przecież byłam pod ręką.
Sytuacja w szkole zrobiła wielce nieprzyjemna, wszyscy chodzili zestresowani, a ja szczególnie to odczuwałam. Ze stresu nie spałam po nocach, a do pracy przychodziłam z kołataniem serca. Wtedy też po raz pierwszy musiałam skorzystać z pomocy kardiologa, który stwierdził niedomykalność zastawki mitralnej, a potem aortalnej i trójdzielnej. Zasugerował, że stres może być tego przyczyną.
Nauczyciele nienawidzili jej z całego serca, ale na jej widok, wszyscy mieli przyklejony, dyżurny uśmiech na twarzy. Wiadomo, bali się o swoje stanowiska pracy.
W międzyczasie, niejako za karę, choć nie za swoje błędy miałam posprzątać archiwum na strychu. Było tak bardzo zakurzone, że śmiem twierdzić, iż od kilkudziesięciu lat nikt tam nie zaglądał. W środku archiwum pełno było zeschniętych nietoperzy i mysich odchodów, między tym ułożone w stosy wszystkie dzienniki zbierane tam przez lata oraz inne dokumenty.
Jakoś musiałam sobie z tym poradzić. Pewnego rodzaju nagrodą było znalezienie cennej kroniki/spisu z nazwiskami uczniów, która zapewne została założona wraz z powstaniem tejże szkoły. Wynikało z tego, że miała dobre sto lat i pisana była dziwnym niemieckim, starodawnym pismem, przypominającym gotyk. Wspólnie z dyrektorką i ówczesnym proboszczem próbowaliśmy rozszyfrować, co to za pismo. Nie udało się jednak, więc dyrektorka zabrała ją do siebie do domu, bo jak stwierdziła: „To cenny dokument i musi być pod szczególną ochroną”. Czemu akurat u niej w domu, nie wiem. Nigdy więcej już potem nie widziałam na oczy tego dokumentu.
Kiedyś dopadła mnie rwa kulszowa. Nie pomagały zastrzyki. Jedna z pań, którą znałam wyłącznie z wywiadówki u mojego syna, widząc mnie z trudem się ruszającą, podeszła do mnie i spytała, czy nie chciałabym skorzystać z pobliskiego sanatorium, w którym wówczas pracowała. Akurat zaczął się turnus, a jednej z kuracjuszek zmarł mąż i musiała wyjechać do domu. Turnus był o 3 dni krótszy, ale co tam! Pewnie, że chciałam. Dyrektorka się zgodziła. W szkole trwał akurat tzw. martwy sezon, więc nie było problemu. He, he, po dziesięciu dniach pobytu w sanatorium posłała po mnie męża i kazała wracać. Miałam do wyboru: powrót albo zwolnienie z pracy. Wróciłam, bojąc się jednocześnie o to, że rezygnując, będę musiała zapłacić za sanatorium z własnej kieszeni. A nie było mnie na to stać. Na szczęście główna księgowa i zarazem kadrowa nie zgodziła się na to. To było wbrew przepisom.
Od tamtej pory jednak w gabinecie dyrektorki średnio 2 razy w tygodniu pojawiała się żona owego nauczyciela, który tak natarczywie robił mi swego czasu zdjęcia. Szybko wydało się, że dyrektorka obiecała jej etat w szkole. A tu klops! Etatu nie ma. Nie zraziło to jednak ani jednej, ani drugiej. Stopniowo zmniejszała mi etat, najpierw do 1/2 etatu, a potem zapowiedziała, że po nowym roku będzie to już 1/4 etatu, choć obowiązki te same, co na całym etacie. Rzekomo wina leżała po stronie wójta, który ograniczył ten etat. Dziwne, bo wraz z nowym rokiem owa pani na moje miejsce zatrudniona została na cały etat.
Nie przyjęłam proponowanych mi warunków, więc miałam prawo do zasiłku dla bezrobotnych, ale go nie otrzymałam z powodu pomyłki w wypowiedzeniu (według dat w nim zawartych, miałam pracować jeszcze miesiąc) i braku świadectwa pracy.
Nie otrzymałam go od razu, ani nawet po kilku dniach. Była to czysta złośliwość dyrektorki, bo doskonale wiedziała, że jeśli nie dostarczę tych dokumentów do
10- ciu dni po zwolnieniu, zasiłek przepada.
Pani w pośredniaku poradziła mi wówczas, że aby zasiłek nie przepadł, muszę wystąpić do sądu z roszczeniem o wydanie świadectwa pracy. Wtedy mogą mi przywrócić do niego prawo. Nie chciałam składać skargi do sądu. Innego wyjścia jednak nie było.
Druk zwolnienia z pracy dostałam pocztą, ale dwa dni po wyznaczonym przez Urząd Pracy terminie. Było to celowe, złośliwe działanie dyrektorki. Ostatecznie sąd się nie odbył, bo uznano (w Gminnym Zespole Obsługi Szkół i Przedszkoli) wypłacić mi pieniądze za miesiąc, (choć nie o to mi chodziło), który miałam jeszcze pozostać na swoim stanowisku, tym samym data mojego zwolnienia z pracy przesunęła się o miesiąc, a ja w tej sytuacji mogłam wreszcie otrzymać zasiłek dla bezrobotnych.

Na temat mojej pracy w szkolnym sekretariacie mogłabym pisać jeszcze długo. Niestety, gdy dzisiaj wracam do niej myślami, nie zawaham się stwierdzić, że była to najgorsza praca, jaką kiedykolwiek w życiu podjęłam, a trochę tego było. Nawet w najgorszych snach nie sądziłam, że z w środowisku nauczycieli może się tak źle pracować.
Niektórzy z nich byli jak dzieci. Gdy któregoś z uczniów o coś poprosiłam, zawsze grzecznie to robili. Gdy poprosiłam o coś nauczycieli, niektórzy dziwnie pytali: „A czy ja muszę”?, A może nie chcę”, „A po co, a na co, a dlaczego?”, „A będę coś z tego mieć?”. No cóż, pewnie powiedzenie „Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie wzięło się znikąd.
Zachowanie dyrektorki to jedno, zachowanie pedagogów, to drugie. Oba nie do przyjęcia. Ośmieliłam się tak napisać, gdyż pracując w kilku innych miejscach, miałam doskonałe porównanie.
Paradoksalnie ciągłe drwiny ze mnie i usiłowanie wmówienia mi, że jestem beznadziejną sekretarką, nie potrafię napisać zwykłego pisma, sprawiło, iż moje wewnętrzne ja za wszelką cenę podświadomie chciało udowodnić im coś zupełnie przeciwnego. I tak się stało.

Zaczęłam pisać. Najpierw opowiadania do gazet, potem felietony, teksty piosenek, rymowane bajki, a nade wszystko wiersze. Dziś mogę poszczycić się całkiem sporym dorobkiem literackim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...