niedziela, 6 września 2020

Złom, czyli uczciwość niejedno ma imię.

Niewielka podbeskidzka wieś.
Mieszka tu małżeństwo w średnim wieku. On, nazwijmy go Erykiem, jest kierowcą tira. Ona, powiedzmy że ma na imię Maryla, pracuje w biurze jednej z firm w pobliskim mieście.
Dorobili się dwójki synów, ale poza tym, niczego szczególnego, nie licząc średniej klasy samochodu. Niewielki dom, ale za to z wielkim ogrodem i kawałkiem ziemi ornej dostali w spadku po rodzicach Eryka. Domek jaki był, taki jest do dzisiaj. Małżeństwo nie rozbudowało go, ani specjalnie nie remontowało, choć z pewnością wyszłoby im to na dobre. Dwójka małoletnich synów potrzebowała dla siebie oddzielnych pokoi. Jednakże Maryla zamiast w modernizację domu, wolała lokować pieniądze w modnych kreacjach. Potrzebowała ich, bo jak mawiała, pracuje przecież w mieście powiatowym i nie pokaże się w pracy w byle czym.
Eryk nie od zawsze jeździł na tirach. Wcześniej przez wiele lat  pracował w fabryce jako kontroler jakości. Toteż, gdy zmienił miejsce pracy, świat stanął dla niego otworem i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeździ po Europie rozwożąc towary, a przy okazji zwożąc powypadkowe samochody. Głównie te przeznaczone do kasacji, albo takie, których nikt nie chciał kupić, bo pochodziły z terenów popowodziowych. Właściciele więc pozbywali się ich za grosze.
Plac wokół domu małżeństwa czasem przypominał wielkie złomowisko. Innym razem stały na nim lśniące, naprawione i wypucowane samochody, czekając na swojego odbiorcę. Eryk znajduje ich głównie poprzez ogłoszenia w Internecie. Czasem znajomy polecał je swojemu znajomemu, i tak to się wszystko kręci.
W wolnych chwilach razem z bratem naprawiają je. Klepią uszkodzoną karoserię, sztukują lub wymieniają podwozie i inne metalowe części oraz szyby, czyszczą lub wymieniają tapicerkę Trzeba włożyć w to mnóstwo pracy, ale interes się opłaca.
Eryk, Maryla i brat Eryka mają świadomość, że ostatecznie sprzedając samochody nabywcy, tak naprawdę oszukują go. Aby sprzedać taki samochód trzeba mocno naściemniać, żeby otrzymać za niego żądaną przez nich cenę, a ta zwykle bywa niemała. W przeciwnym razie sprawa nie warta byłaby przysłowiowej świeczki. Zachwalają więc je na wszelkie sposoby. Głównie w stylu: „Niemiec płakał, gdy sprzedawał.” W gruncie rzeczy naprawione samochody dalej są tylko niewiele wartym, podrasowanym złomem.
Pan Eryk i pani Maryla to praktykujący katolicy. Co niedzielę wraz z synami uczestniczą we mszy św. Miejsca w kościele zajmują zwykle z przodu, tak by byli dostatecznie widoczni zarówno przez proboszcza jak i znajomych. Czy chcą w ten sposób podkreślić swoje przywiązanie do kościoła, czy raczej status społeczny, który ostatnio bardzo wzrósł dzięki nagłemu przypływowi gotówki, trudno ocenić. W każdym razie uważają się za ludzi uczciwych i pracowitych.

W sąsiedniej miejscowości mieszka pan Zbyszek. Pięćdziesięcioparoletni mężczyzna jest wdowcem i ma na swoim utrzymaniu niepełnosprawną córkę, która porusza się na wózku inwalidzkim. Pan Zbyszek, z zawodu lakiernik samochodowy, zaprzyjaźnił się z panem Erykiem kilka lat temu. Razem im po drodze w wiadomych kwestiach.
Mężczyzna jest bardzo pracowity i nad życie kocha swoją córkę. Na jej rehabilitację potrzebuje sporo pieniędzy. Tyra więc dniami i nocami w swoim warsztacie. Na brak pracy nie może narzekać, bo pan Eryk nieustannie zwozi mu wyklepane przez siebie samochody w celu pomalowania karoserii.
Pan Zbyszek pracuje dużo i uczciwie, ale ma świadomość tego, że bierze udział w procederze oszukiwania potencjalnego kupca wcześniej złomowanych aut.
Stare to stare, grat to grat. Nawet naprawiony i pomalowany, wyglądający, jakby dopiero co zszedł spod taśmy produkcyjnej – mawia pan Zbyszek. I trudno się z nim nie zgodzić. Nie przejmuje się tym jednak, bo ON pracuje uczciwie od świtu do nocy i najlepiej świadczą o tym jego spracowane ręce. Pan Zbyszek jest katolikiem, wierzącym i praktykującym. Nagina jednak czasem przykazania boskie i kościelne, a wszystko dlatego, jak tłumaczy, żeby ulżyć w życiu niepełnosprawnej córce. Każdego więc wieczora przeprasza Boga za swoje grzechy, ale następny dzień zaczyna od popełnienia kolejnego.

W tej samej miejscowości mieszka emeryt, nazwijmy go, pan Władek, razem ze swoją żoną emerytką, powiedzmy, że nazywa się Kasia. Oboje siwiuteńcy jak gołębie, na swojej skromnej emeryturze ledwo wiążą przysłowiowy koniec z końcem. Toteż pan Władek, niegdyś parający się naprawą i konserwacją plastikowych części do samochodów, po cichu dalej kombinuje jak może w tym temacie, starając się oszukać urząd skarbowy i ZUS. A wszystko oczywiście dzięki panu Erykowi, z którym zapoznał go lakiernik pan Zbyszek.
Pan Władek i pani Kasia to praktykujący katolicy, mający świadomość tego, że dodatkowe pieniądze na życie nie do końca są uczciwe. Bo choć uczciwie pracują, pani Kasia chętnie pomaga mężowi, to jednak ostatecznie przyczyniają się do okłamywania potencjalnych nabywców naprawianych samochodów.
Nie uważają jednak tego za grzech, bo przecież ONI pracują uczciwie. Na pracę poświęcają wiele godzin, mimo że ich stan zdrowia nie jest już najlepszy, a sfatygowane kręgosłupy nieustająco im o tym przypominają.

W pobliskim mieście mieszka młode małżeństwo z trzyletnią córeczką. Nazwijmy ich panem Danielem i panią Martyną. Są na dorobku. Nie mają jeszcze samochodu, ale w niedługim czasie to się zmienić. Pan Daniel bowiem znajduje w Internecie ogłoszenie pana Eryka o sprzedaży samochodu po atrakcyjnej cenie. Niebawem decydują się na jego kupno.
Miesiąc później oboje z dzieckiem wyruszają owym samochodem na urlop na Mazury. Mają pecha, bo pogoda nie dopisuje. Jest zimno i często pada deszcz. Decydują się więc na wcześniejszy powrót do domu.
Jednakże już po kilkunastu kilometrach jazdy oboje czują, że wnętrze samochodu śmierdzi stęchlizną. Pan Daniel domyśla się, co jest tego powodem. Samochód stał przez tydzień nieużywany na campingu nad jeziorem. A tam wilgoć. Niemożliwym jednak wydaje im się, aby tak od razu tapicerka „nabrała” wilgoci i stęchła. Oboje dochodzą do wniosku, że dali się oszukać. Sprzedano im samochód, który prawdopodobnie stał w wodzie podczas powodzi. I teraz wystarczyło trochę wilgoci, by stało się to, co się stało. Mało tego trzyletnia córeczka podczas jazdy zaczyna płakać i ciężko oddychać. Jak się okaże w późniejszym czasie, jest uczulona na grzyby i pleśnie. Pani Martyna prosi więc męża, aby zatrzymał się gdzieś na poboczu. Musi wyprowadzić ją na zewnątrz. Mąż słucha jej i parkuje samochód na wąskim skrawku pobocza jezdni. Tyle że jest trochę mglisto i przejeżdżająca tamtędy ciężarówka nie zauważa ich. Najeżdża na samochód, z którego ledwo co wysiadła kobieta z córeczką. Niestety pan Daniel nie ma tyle szczęścia. Ginie. Przerażona kobieta widząc to, niechcąco upuszcza trzymaną dotąd na rękach córeczkę. Dziecko upada i doznaje urazu głowy.
Pół roku później wdowa przeprowadza się z częściowo upośledzoną córeczką do miejscowości, w której mieszkają pan Eryk i pani Maryla. To przypadek. Lokum użycza jej koleżanka, litując się poniekąd nad ciężką sytuacją materialną Martyny i jej dziecka.

Wszyscy należą do tej samej parafii i chodzą do tego samego kościoła. Spotykają się tam niemal w każdą niedzielę.
W pierwszych ławkach siedzą pani Maryla i pan Eryk.
Kilka miejsc dalej pan Zbyszek z córką.
Niemal tuż za nim emeryci Władek i Kasia.
Na samym końcu w ostatniej ławce siedzi pani Martyna z córeczką.
Niestety, nie ma wśród nich Daniela. Być może patrzy na nich z góry…

Wszyscy są dobrymi katolikami, pracowitymi i rzekomo uczciwymi ludźmi.
Ktoś jednak jest winny śmierci mężczyzny. Ktoś przecież znalazł gdzieś ten złom. Nadał mu drugie życie. Tyle że liche. Ktoś mu w tym pomagał.
Niestety, nikt nie poczuwa się do winy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...