niedziela, 8 września 2024

TORTOWA WOJENKA




DROGIE CZYTELNICZKI I CZTELNICY MOJEGO BLOGA!

OD TERAZ NA BLOGU BĘDĄ WYŁĄCZNIE OPOWIADANIA NAPISANE NA PODSTAWIE PRAWDZIWYCH HISTORII.

                                                                                   
 Nazwy własne z wiadomych powodów zmienione.


O gustach rzekomo się nie dyskutuje. A co w kwestii smaków? Chyba powinno być podobnie, choć nie do końca wszyscy się z tym zgadzają.
Zwykło się mówić, że coś jest dobre albo niedobre, lub takie sobie. W skrajnych sytuacjach zdarzało się słyszeć – niebo w gębie, albo przeciwnie, paskudne!

Magdalena i Nina miały zgoła odmienne smaki i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie... torty, które o mały włos nie stały się zarzewiem wojny domowej.
Na temat stosunków między teściową a synową od lat krążą legendy, ale między Magdaleną i synową, Niną, wszystko układało się jak należy. Żadnych potyczek słownych, a tym bardziej małych lub wielkich wojenek. Do momentu, kiedy to nadeszły okrągłe urodziny teścia Waldemara.
Z tej okazji żona solenizanta zamówiła w cukierni tort. A że sam Waldemar był już człowiekiem raczej wiekowym, a co za tym idzie, trochę konserwatywnym, tort zgodnie z jego oczekiwaniami był tradycyjny. W jego środku ciasto nasączone było ponczem, trzy rodzaje mas, a na wierzchu klasyczne ozdoby, czyli czekoladowa polewa, małe i większe różyczki, a wszystko zwieńczały, a jakże, dwie duże, ozdobne świeczki. Ot, taki sobie tort, jak wiele innych.
Poszło właśnie o ten poncz, który jak wiadomo bywa często konserwantem masy, zwłaszcza, gdy latem panują męczące upały. W takich warunkach maślane masy szybko się psują. Niestety, ze względu na swoje rozmiary w lodówce nie zawsze się zmieści. Z konieczności więc stawiamy go gdzieś w chłodniejsze miejsce.
Wszyscy goście, w ilości dwudziestu biesiadników, zachwycali się jego smakiem, tylko nie Nina.
- Fuj! - krzyknęła ledwo wzięła pierwszy kęs do ust. - Tego nie da się jeść!
Natychmiast wszystkie pary ócz skierowały się w jej stronę, a na twarzach gości malowało się zdziwienie. Ten i ów zadał podstawowe pytanie: - Dlaczego?
- Jest tak nasączony alkoholem, że śmierdzi nim na odległość. Po prostu fatalny! - udzieliła wyjaśnienia zaskoczonym gościom.
Goście na szczęście nie podzielali jej zdania i dosłownie zmietli z talerzyków swoje porcje. Nina jednakże nie poprzestawała na swojej krytyce.
- Kto dzisiaj robi takie torty?! I ta dekoracja! Teraz tak się nie dekoruje ciast ani tortów. Ostatni raz taka dekorację widziałam w latach dziewięćdziesiątych...
Pierwszy zaśmiał się wuj Antoni.
- No to akurat w czasach naszej młodości. Fajnie, że można znów powrócić do niej myślami, a i przypomnieć sobie tamte smaki – przekomarzał się z Niną, która oczywiście odżegnywała się od zjedzenia tortu jak tylko mogła.
Magdalenie zrobiło się przykro, bo choć sama go nie piekła, a jedynie zakupiła, to niewybredna krytyka Niny była na swój sposób irytująca.

Pół roku później pojawiła się kolejna okazja do świętowania. Tym razem u Niny i Marka, syna Magdaleny i Waldemara. Towarzystwo zjawiło się niemal w tym samym składzie, co u jego rodziców.
Był i tort. Wielki, przerażająco słodki, bo owinięty w warstwę o grubości niemal dwóch centymetrów marcepanem. Na jego wierzchu zaś stały przeróżne figurki z masy cukrowej. Czego tam nie było! Strażak, policjant, kominiarz, pielęgniarka, striptizerka i Bóg wie jeszcze kto. Cukrowe figurki zabezpieczone były „płotkiem” z czekolady, tak by nie pospadały z tortu. Na samym zaś środeczku stał... komin ze sztucznym ogniem, który w odpowiednim momencie wystrzelił ponad stołem.
Tyle dekoracja, a smak? No właśnie, jakże odmienny od tradycyjnego. Dwa rodzaje mas, jedna bardzo słodka, druga agrestowa, bardzo kwaśna. Zdaniem Magdaleny, jakoś to ze sobą nie współgrało. Mimo to nie pisnęła ani słówkiem. Delikatnie zdjęła całą marcepanową, grubą warstwę, odkładając ją na bok talerzyka, by następnie zjeść sam środek. Nie każdy bowiem lubi marcepan. Z cukrowych ozdóbek zrezygnowała już na wstępie.
W jej ślady poszło kilkoro innych gości.
Tymczasem Nina przechwalała się zarówno jego kunsztem jak i ceną oraz nazwą popularnej w mieście cukierni, w której tort został zakupiony. Podkreśliła przy tym, i to nie raz, że masy są zrobione na maśle.
Magdalena niemal ugryzła się w język, by nie palnąć, że to akurat doskonale czuć, bo troszkę zalatywały starym, zjełczałym masłem. Ceniła sobie takt i sama też starała starała się być taktowną, a poza tym takie uwagi sprawiłyby synowej przykrość, a tego wolała uniknąć.
Gdy już goście opuszczali dom Marka i Niny, oboje chcieli na koniec uraczyć ich słodkimi figurkami z tortu.
- Weźcie sobie do domu, zjecie jutro – przekonywał gości Marek, ale chętnych na nie prawie nie było.
Ojcu wręczył niemal na siłę pielęgniarkę, a swoją matkę chciał obdarować policjantem, ale odmówiła.
- Przecież wiesz, że mam cukrzycę i nie powinnam...
Na to wtrąciła się Nina.
- Oj tam, oj tam! Czasem trzeba zgrzeszyć! Ale jedno mama musi przyznać. W torcie zero tego wstrętnego alkoholu! Taki tort to ja rozumiem! A te figurki, majstersztyk!
Może i majstersztyk, tylko dlaczego nikt na nie nie reflektował? A ten kilogram marcepanu to tak, ot, i do kubła na odpadki, pomyślała Magdalena, żegnając się przed wyjściem.

Synowa zadzwoniła następnego dnia.
- Naprawdę nie smakował mamie nasz tort, czy też raczej była to demonstracja?
- Jaka demonstracja? - zapytała zaskoczona Magdalena.
- No, taki rewanż za to, że skrytykowałam tort teścia?
Tego się Magda nie spodziewała. Do głowy nie przyszedłby jej żaden rewanż. Zresztą, nie ośmieliła się skrytykować tortu ani przed gośćmi, ani przed Niną, tak jak to wcześniej zrobiła synowa. Chciała powiedzieć coś dyplomatycznego, w stylu „przecież każdy ma odmienny gust i smak”, ale nie zdążyła.
- Minęły dekady. Wszystko się zmienia. To zwykła różnica pokoleń – mądrzyła się synowa.
- Chyba raczej kwestia mody – odparła Magdalena, dodając: - Przepis na ciasto biszkoptowe znane było już wieki temu i raczej nic się w tym temacie nie zmieniło. Podobnie z masami. To i owo udoskonalono. Reszta to rzecz upodobań. Co zaś się tyczy mody, to zwykle szybko przemija. Ciekawa jestem, jak będą w przyszłości wyglądały torty moich wnucząt. Na pewno futurystycznie... Nie potrafię sobie tego wyobrazić – zaśmiała się.
- Ani ja! - zawtórowała jej Nina.
Może będą w kształci rakiety albo jakiejś nieznanej nam jeszcze planety? A co ze smakiem?
Może trzeba zapytać o to sztuczną inteligencję?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KĄCIK POLITYCZNY

  Zdjęcie: Pixabay Nie o politykę bynajmniej tutaj chodzi, a o zwykłe przyjęcie imieninowe. Na myśl o tym, że zbliżają się imieniny męża, Wa...