DROGIE CZYTELNICZKI I CZTELNICY MOJEGO BLOGA!
OD TERAZ NA BLOGU BĘDĄ WYŁĄCZNIE OPOWIADANIA NAPISANE NA PODSTAWIE PRAWDZIWYCH HISTORII.
Nazwy własne z wiadomych powodów zmienione.
O gustach rzekomo się nie dyskutuje. A co w
kwestii smaków? Chyba powinno być podobnie, choć nie do końca
wszyscy się z tym zgadzają.
Zwykło się mówić, że coś jest
dobre albo niedobre, lub takie sobie. W skrajnych sytuacjach zdarzało
się słyszeć – niebo w gębie, albo przeciwnie,
paskudne!
Magdalena i Nina miały zgoła odmienne smaki i nie
byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie... torty, które o mały
włos nie stały się zarzewiem wojny domowej.
Na temat stosunków
między teściową a synową od lat krążą legendy, ale między
Magdaleną i synową, Niną, wszystko układało się jak należy.
Żadnych potyczek słownych, a tym bardziej małych lub wielkich
wojenek. Do momentu, kiedy to nadeszły okrągłe urodziny teścia
Waldemara.
Z tej okazji żona solenizanta zamówiła w cukierni
tort. A że sam Waldemar był już człowiekiem raczej wiekowym, a co
za tym idzie, trochę konserwatywnym, tort zgodnie z jego
oczekiwaniami był tradycyjny. W jego środku ciasto nasączone było
ponczem, trzy rodzaje mas, a na wierzchu klasyczne ozdoby, czyli
czekoladowa polewa, małe i większe różyczki, a wszystko
zwieńczały, a jakże, dwie duże, ozdobne świeczki. Ot, taki sobie
tort, jak wiele innych.
Poszło właśnie o ten poncz, który jak
wiadomo bywa często konserwantem masy, zwłaszcza, gdy latem panują
męczące upały. W takich warunkach maślane masy szybko się psują.
Niestety, ze względu na swoje rozmiary w lodówce nie zawsze się
zmieści. Z konieczności więc stawiamy go gdzieś w chłodniejsze
miejsce.
Wszyscy goście, w ilości dwudziestu biesiadników,
zachwycali się jego smakiem, tylko nie Nina.
- Fuj! - krzyknęła
ledwo wzięła pierwszy kęs do ust. - Tego nie da się
jeść!
Natychmiast wszystkie pary ócz skierowały się w jej
stronę, a na twarzach gości malowało się zdziwienie. Ten i ów
zadał podstawowe pytanie: - Dlaczego?
- Jest tak nasączony
alkoholem, że śmierdzi nim na odległość. Po prostu fatalny! -
udzieliła wyjaśnienia zaskoczonym gościom.
Goście na szczęście
nie podzielali jej zdania i dosłownie zmietli z talerzyków swoje
porcje. Nina jednakże nie poprzestawała na swojej krytyce.
- Kto
dzisiaj robi takie torty?! I ta dekoracja! Teraz tak się nie
dekoruje ciast ani tortów. Ostatni raz taka dekorację widziałam w
latach dziewięćdziesiątych...
Pierwszy zaśmiał się wuj
Antoni.
- No to akurat w czasach naszej młodości. Fajnie, że
można znów powrócić do niej myślami, a i przypomnieć sobie
tamte smaki – przekomarzał się z Niną, która oczywiście
odżegnywała się od zjedzenia tortu jak tylko mogła.
Magdalenie
zrobiło się przykro, bo choć sama go nie piekła, a jedynie
zakupiła, to niewybredna krytyka Niny była na swój sposób
irytująca.
Pół roku później pojawiła się kolejna okazja
do świętowania. Tym razem u Niny i Marka, syna Magdaleny i
Waldemara. Towarzystwo zjawiło się niemal w tym samym składzie, co
u jego rodziców.
Był i tort. Wielki, przerażająco słodki, bo
owinięty w warstwę o grubości niemal dwóch centymetrów
marcepanem. Na jego wierzchu zaś stały przeróżne figurki z masy
cukrowej. Czego tam nie było! Strażak, policjant, kominiarz,
pielęgniarka, striptizerka i Bóg wie jeszcze kto. Cukrowe figurki
zabezpieczone były „płotkiem” z czekolady, tak by nie pospadały
z tortu. Na samym zaś środeczku stał... komin ze sztucznym ogniem,
który w odpowiednim momencie wystrzelił ponad stołem.
Tyle
dekoracja, a smak? No właśnie, jakże odmienny od tradycyjnego. Dwa
rodzaje mas, jedna bardzo słodka, druga agrestowa, bardzo kwaśna.
Zdaniem Magdaleny, jakoś to ze sobą nie współgrało. Mimo to nie
pisnęła ani słówkiem. Delikatnie zdjęła całą marcepanową,
grubą warstwę, odkładając ją na bok talerzyka, by następnie
zjeść sam środek. Nie każdy bowiem lubi marcepan. Z cukrowych
ozdóbek zrezygnowała już na wstępie.
W jej ślady poszło
kilkoro innych gości.
Tymczasem Nina przechwalała się zarówno
jego kunsztem jak i ceną oraz nazwą popularnej w mieście cukierni,
w której tort został zakupiony. Podkreśliła przy tym, i to nie
raz, że masy są zrobione na maśle.
Magdalena niemal ugryzła
się w język, by nie palnąć, że to akurat doskonale czuć, bo
troszkę zalatywały starym, zjełczałym masłem. Ceniła sobie takt
i sama też starała starała się być taktowną, a poza tym takie
uwagi sprawiłyby synowej przykrość, a tego wolała uniknąć.
Gdy
już goście opuszczali dom Marka i Niny, oboje chcieli na koniec
uraczyć ich słodkimi figurkami z tortu.
- Weźcie sobie do domu,
zjecie jutro – przekonywał gości Marek, ale chętnych na nie
prawie nie było.
Ojcu wręczył niemal na siłę pielęgniarkę,
a swoją matkę chciał obdarować policjantem, ale odmówiła.
-
Przecież wiesz, że mam cukrzycę i nie powinnam...
Na to
wtrąciła się Nina.
- Oj tam, oj tam! Czasem trzeba zgrzeszyć!
Ale jedno mama musi przyznać. W torcie zero tego wstrętnego
alkoholu! Taki tort to ja rozumiem! A te figurki, majstersztyk!
Może
i majstersztyk, tylko dlaczego nikt na nie nie reflektował? A ten
kilogram marcepanu to tak, ot, i do kubła na odpadki, pomyślała
Magdalena, żegnając się przed wyjściem.
Synowa zadzwoniła
następnego dnia.
- Naprawdę nie smakował mamie nasz tort, czy
też raczej była to demonstracja?
- Jaka demonstracja? - zapytała
zaskoczona Magdalena.
- No, taki rewanż za to, że
skrytykowałam tort teścia?
Tego się Magda nie spodziewała. Do
głowy nie przyszedłby jej żaden rewanż. Zresztą, nie ośmieliła
się skrytykować tortu ani przed gośćmi, ani przed Niną, tak jak
to wcześniej zrobiła synowa. Chciała powiedzieć coś
dyplomatycznego, w stylu „przecież każdy ma odmienny gust i
smak”, ale nie zdążyła.
- Minęły dekady. Wszystko się
zmienia. To zwykła różnica pokoleń – mądrzyła się synowa.
-
Chyba raczej kwestia mody – odparła Magdalena, dodając: - Przepis
na ciasto biszkoptowe znane było już wieki temu i raczej nic się w
tym temacie nie zmieniło. Podobnie z masami. To i owo udoskonalono.
Reszta to rzecz upodobań. Co zaś się tyczy mody, to zwykle szybko
przemija. Ciekawa jestem, jak będą w przyszłości wyglądały
torty moich wnucząt. Na pewno futurystycznie... Nie potrafię sobie
tego wyobrazić – zaśmiała się.
- Ani ja! - zawtórowała jej
Nina.
Może będą w kształci rakiety albo jakiejś nieznanej nam
jeszcze planety? A co ze smakiem?
Może trzeba zapytać o to sztuczną
inteligencję?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz