Zdjęcie: Pixabay
- Ty to masz dobrze! Ma tobie kto
pomóc - usłyszałam całkiem niedawno od swojej znajomej.
Rozmowa
dotyczyła, nie tyle zbliżających się wielkimi krokami świąt
wielkanocnych, co nadchodzącej wiosny. Co za tym idzie, wiosennych
porządków. A bardziej konkretnie, mycia okien po sezonie zimowym.
-
Nie mam już sił – narzekałam, co zresztą jest zgodne z prawdą.
- Przecież niewiele brakuje mi do siedemdziesiątki.
„Zmęczenie
materiału” w tym wieku jest oczywiste i uzasadnione. Jak się nad
tym dobrze zastanowić, to nasze rodzicielki, będąc po
siedemdziesiątce, niewiele były w stanie cokolwiek już zrobić.
Mowa oczywiście o pracach domowych. Prawie we wszystkim wyręczały
ich dzieci.
Przynajmniej tak było w mojej rodzinie i rodzinie
męża oraz w rodzinach moich krewnych i znajomych.
Pewnie teraz
w co poniektórych rodzinach też tak bywa. Tyle że młodzi są
przecież tacy zapracowani... Przynajmniej tak mówią. Większość
z nich być może oczekuje, że z tego powodu to raczej rodzice będą
im pomagać. A jeśli nawet nie, to zdarza się, że pomoc dzieci
sprowadza się do ofiarowania rodzicom „paru złotych” na to,
żeby wynajęli sobie sprzątaczkę lub kogoś do mycia okien.
Dobre
i to! Tyle że wynajęcie firmy lub osoby sprzątającej przed
świętami graniczy z cudem. O tym młodzi często nie
pamiętają.
Raczej więc lepiej o tym nie wspominać i od razu
samemu zabrać się za porządki.
Nie rozumiałam jedynie, co
miała na myśli moja znajoma, Janina, mówiąc, że ja to niby mam
się dobrze. Szybko jednak mnie oświeciła.
- Ty masz męża i
dzieci, ja muszę o wszystko zadbać sama! - oznajmiła ni to z nutą
zazdrości w głosie, ni to przekory.
Trochę się zirytowałam.
Zresztą nie pierwszy raz. Zwłaszcza że rzeczywistość nieco rozmijała
się z tym, co mówiła Janina. Wypaliłam więc jak z
kałasznikowa:
- Ty też mogłaś mieć...
- Sorry, ale ja
jestem singielką z wyboru i dobrze mi z tym – usłyszałam w
odpowiedzi.
Oczywiście, że ci dobrze – pomyślałam w duchu.
Nie wiesz, co to trudy ciąży, o porodach nie wspomniawszy. Nie
wiesz, co to nieprzespane noce, choroby dzieci, ciągły strach o ich
zdrowie i szczęśliwe powroty do domu ze szkoły. Nigdy nie musiałaś
prać sterty brudnych ciuchów dzieci i męża, ani czyichś
śmierdzących skarpet. Nie musiałaś też słuchać utyskiwań ani
wszelakich pretensji skierowanych pod twoim adresem, choć nie ty
byłaś przecież ich przyczyną. Nikt nie rozładowywał na tobie
swoich frustracji, głównie związanych z wykonywanym zawodem...
albo z polityką. Żyłaś sobie w zamkniętej bańce, trochę jak
księżniczka, a jedynym twoim zmartwieniem było to, by nie stracić
pracy, bo przecież trzeba z czegoś żyć. W dodatku twierdzisz, że
dobrze jest ci samej z sobą. Czego więc mi zazdrościsz?
Nawet
ją o to spytałam. Niestety, zareagowała głośnym, szyderczym
śmiechem. Jakby chciała dać mi do zrozumienia, że sama sobie
jestem winna.
Trochę było w tym racji. Mogłam przecież też
się ustawić w życiu tak jak ona. Ale gdyby każda kobieta lub
mężczyzna wybraliby taki sposób na życie jak Jasia, do czego by
to doprowadziło?
Pech chciał, że jeszcze tego samego dnia,
gdy parałam się w ogrodzie uporządkowaniem go po zimie,
napatoczyła się inna moja znajoma, Danuta.
- Nie masz chłopa? -
pokrzykiwała przechodząc koło mojego domu, widząc mnie z grabkami
w rękach, grabiącą połamane gałązki z drzew i zeschłe liście
nagromadzone przez wiatry. - Nie powinien ci w tym pomóc? Ja bym się
takich rzeczy nie tknęła!
Może i powinien, pomyślałam. Tyle
że miał w tym czasie inną pracę, a poza tym i tak niezbyt kwapił
się do pomocy. Przynajmniej w tym temacie.
- Przegoniłam swojego
dziada i tobie radzę zrobić to samo! - Danka udzielała mi rad, o
które nie prosiłam, argumentując to tym, że dopiero teraz wie,
gdy się rozwiodła, jakie życie może być piękne.
Nie minęła
jednak minuta, gdy usłyszałam:
- Ale tobie to dobrze, bo masz na
kogo liczyć... I w święta pewnie zjedzie się rodzina...
Zaraz
(!) pomyślałam sobie: A to przypadkiem nie ty właśnie co
próbowałaś mnie przekonać, jaka to niby jesteś szczęśliwa ze
swojego wyboru?
Wieczorem po kolacji usiadłam na chwilę przy
komputerze. Na popularnym komunikatorze, Facebooku, na Messengerze,
dostrzegłam kolegę z lat młodzieńczych, Marcina. Od dawna nic nie
publikował, nie odzywał się. Z ciekawości więc zapytałam, co u
niego słychać. Z krótkiej rozmowy dowiedziałam się, że niedawno
rozwiódł się z żoną.
- Stale ode mnie czegoś żądała. A to
zrób to, a to tamto! A to załóż czystą koszulę, a to nie chodź
w slipkach po domu, a to zrób zakupy! - tłumaczył mi swoją
sytuację, po czym dodał: - A ja chcę być wolnym człowiekiem, więc ją olałem i
złożyłem papiery o rozwód.
- To grubo – zdążyłam
jedynie wypowiedzieć dwa słowa, bo szybko okazało się, że
właśnie usiłuje przyrządzić sobie kolację, więc nie chciałam
mu przeszkadzać.
- Kupiłem w Biedronce dwa hamburgery i czytam
jak je przygotować – wyjaśnił, na koniec zaskakując mnie
słowami, które tego dnia słyszałam kolejny raz. - Tobie to
dobrze! Ty już po kolacji...
Naprawdę? Niby dlaczego,
pomyślałam. Sama musiałam ją sobie zrobić. Nikt tego nie zrobił
za mnie. Rzeczywiście, biedny ten Marcin – uśmiechałam się w
myślach.
Kolejny SINGIEL z wyboru! Podobno szczęśliwy...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz