piątek, 6 listopada 2020
Pielęgniarka, czyli jak ulżyć sobie i innym
poniedziałek, 19 października 2020
Nasze, nie zawsze znaczy najlepsze
Rolnicy, ci którzy uparcie tkwią dalej w swoim zawodzie z roku na rok coraz bardziej narzekają na ciężkie warunki, i to pod każdym względem.
Na jednym z krańców wsi mieszka rolnik, nazwijmy go pan Czesław, wraz ze swoją żoną Marią. Oboje już niemłodzi. Od
dawna powinni cieszyć się zasłużoną emeryturą, ale przywiązanie do ojcowizny i
do roli nadal każe im ją uprawiać.
Pan Czesław sadzi głównie ziemniaki
i pszenicę.
Bywa że okoliczni mieszkańcy zachodzą do niego właśnie po owe ziemniaki. Może
są ciut droższe niż w pobliskim sklepie, ale ogólnie nikt nie narzeka na ich
jakość.
Niedaleko pana Czesława mieszka jego kolega po fachu, także rolnik z dziada
pradziada, powiedzmy, że nazywa się pan Gerard.
Pan Gerard, człowiek niemal równy
wiekiem panu Czesławowi, z kolei hoduje kury. Dawniej hodował jeszcze mleczne
krowy, ale odkąd zmarła mu żona, zaprzestał ich hodowli. Mężczyzna często ma
kłopot z upłynnieniem jajek, mimo że przysięga na wszystkie świętości, iż nie
karmi ich paszą podejrzanego pochodzenia i o niewiadomym składzie, ani tym
bardziej antybiotykami. Po prostu ma ich „dużo za dużo”.
Toteż, gdy dowiedzieli się o tym sąsiedzi, niejeden z nich, zamiast do
pobliskiego sklepu, ruszył po jajka do pana Gerarda.
Mniej więcej w centrum wsi mieszka rolniczka, powiedzmy, że ma na imię Łucja. Pani Łucja jest w kwiecie wieku, pełna
sił do pracy i zawsze dobrze zorientowana, co sadzić lub hodować, żeby się
opłacało i sprzedawało. Duże zasługi ma w tym jej mąż, Ludwik, biegły w
znajomości Internetu, w którym wyszukuje wszystko to, co go interesuje. Ma też
rozliczne koligacje z miejscowymi notablami. Pożyczki, dopłaty, zwolnienia z
opłat? Żaden problem!
W tym roku pani Łucja postawiła na
hodowlę krów.
Do pani Łucji warto wybrać się po świeży twaróg, masło, śmietanę.
Blisko owej rolniczki mieszka jeszcze jedna pani „parająca się” rolnictwem.
Nazwijmy ją panią Magdaleną. To
młoda kobieta, która niedawno odziedziczyła 5 hektarów po zmarłych rodzicach. Z
zawodu farmaceutka, ani myśli zajmować się ziemią. Po prostu ma inne plany na
życie, więc pole wynajmuje mężczyźnie z sąsiedniej wsi. I nie byłoby w tym nic
złego, gdyby nie fakt, że pani Magdalena
zachowuje się trochę jak przysłowiowy pies ogrodnika. U siebie sama nic nie
zasieje, ani nie wyhoduje, a krytykuje tych, którzy to robią.
U pana Czesława regularnie kupuje
ziemniaki, choć stale na nie narzeka. Że niby niczym nie różnią się od tych ze
sklepu.
U pana Gerarda zaopatruje się w
jajka, także regularnie, i wystawia mu podobną ocenę.
U pani Łucji kupuje ser i masło i
jak się łatwo domyślić, bez krytykowania się nie obejdzie.
Tym sposobem wystawia całej trójce cenzurkę, która potem idzie w świat.
Zwłaszcza ten lokalny. Jedni ludzie jej słuchają, inni nie. Tak czy inaczej
psuje im reputację, co bezpośrednio przekłada się na zbyt płodów rolnych w ich
gospodarstwach.
Pani Magdalena, co jest niezrozumiałe, zachwala żywność sprzedawaną w
pobliskim sklepie. Sklep należy do jednej ze znanych sieci handlowej. Kobieta nie
ma pojęcia, skąd pochodzi owa żywność, ani tym bardziej, co w sobie zawiera.
Na wszystko jednak ma swoje wytłumaczenie. Twierdzi, że rolnicy z innych krajów
tak samo uprawiają swoją ziemię i tak samo troszczą się o hodowane zwierzęta.
Każdemu bowiem zależy na tym, by się dobrze sprzedawało. Czyli było smaczne i
tanie. W przeciwnym razie nikt tego nie kupi.
Żeby jakoś uwiarygodnić swoje w tym temacie poglądy, często wyjeżdża zagranicę.
Najczęściej do Czech lub na Słowację, czasem na Ukrainę, bo tam ma najbliżej.
Stamtąd przywozi ich płody rolne i różne przetwory, którymi potem częstuje znajomych.
Trzeba przyznać, rzeczywiście są bardzo smaczne, a i cena do przyjęcia.
Pani Magdalena usiłuje także przekonać swoich znajomych, że my Polacy mamy
o sobie zbyt wielkie mniemanie. Przechwalamy się, że to co polskie, to
najlepsze. Tymczasem wcale do końca tak nie jest. Wystarczy skosztować
specjałów choćby tylko naszych południowych sąsiadów.
Do pewnego
stopnia pani Magdalena ma rację.
Jednakże kupując nasze lokalne towary, to w pewnym sensie taki nasz patriotyzm.
Bo jak inaczej mamy go okazywać w czasie pokoju? I wsparcie naszej gospodarki.
Przede wszystkim zaś pomoc sąsiadom i znajomym w tych trudnych czasach.
Może zatem należałoby nieco zmodyfikować lub zmienić popularne hasło „Dobre, bo
polskie” na „Kupuj lokalne, bo
niebanalne”, albo „Kupuj u sąsiada, bo tak wypada”?
Panie Magdalenie zaś i osobom w tej kwestii jej podobnym poradzić, by przynajmniej
nie zniechęcały do tego innych.
piątek, 2 października 2020
Weganka, czyli jak zostać rośliną.
Nieduża gmina na południu Polski, w skład której wchodzi kilka okolicznych wsi. Mieszka tu pewna pani w wieku trzydzieści plus. Nazwijmy ja panią Anią. Pani Ania ma pewna ksywkę. Przez znajomych nazywana jest Anką Weganką. Prowadzi blog kulinarny traktujący o zdrowym odżywianiu się. Blog pani Ani ma już niemałą sławę, z czego jest bardzo dumna. Weganką przezwano ją, ponieważ nade wszystko zachęca do jedzenie warzyw i owoców.
Na terenie tej samej gminy, ale już w innej miejscowości mieszka pan w średnim
wieku, nazwijmy go panem Adamem.
Pan Adam jest mężczyzną nieco
otyłym, co w pewnym stopniu jest zasługą złego odżywiania, a także brakiem
ruchu. Mężczyzna jest informatykiem i w pracy niemal nie wstaje od komputera.
Jest też tradycjonalistą, jeśli chodzi o odżywianie. Bigos, kotlet, sztuka
mięsa królują zwykle na jego talerzu. Nie pogardza też pyzami na parze czy
kluskami ze śliwkami. W ogóle lubi potrawy mączne: naleśniki, spaghetti,
pierogi.
W tej samej wsi mieszka młoda kobieta. Powiedzmy, że ma na imię Karolina. Jakiś czas temu przeszła na
dietę wegetariańską, czyli je ryby, jajka i wszelakie warzywa i owoce. Zero
mięsa, a słodycze ograniczyła do minimum. Tylko na przysłowiowych imieninach u
cioci.
Dieta wegetariańska wychodzi jej na dobre, bo pomaga zachować szczupłą
sylwetkę. Wychodzi też już jej czasem bokiem, zwłaszcza, gdy wraz z koleżankami
spotykają się na babskim party, albo w gronie rodziny, gdzie zwykle królują
słodkie desery, ciasta, lody i przepyszne pieczyste.
Na drugim końcu gminy znajduje się mała wioska. Jedną z jej mieszkanek jest pani Sylwia. Sylwia studiuje
politologię. Trochę to dziwne, bo bynajmniej nie zamierza być politykiem. Nigdy
nie chciała, ale za to zawsze chciała być w centrum uwagi. Wolałaby zostać
aktorką lub piosenkarką. Niestety, okazało się, że brak jej w tym kierunku
talentu. Po nieudanych egzaminach do filmówki, jedyne wolne miejsca, jakie
zostały na studiach, były właśnie na politologii. Stąd te studia. Pani Sylwia
długo myślała nad tym, jak i czym tu zasłynąć. W końcu wymyśliła, że zostanie…
weganką. Nijak miało się to filmówki, nijak do politologii, ale pozwalało
zaistnieć. Czym? Ano tym, że udało jej się nieźle zirytować rodziców, wzbudzić
niezdrowe zainteresowanie ciotek i kuzynek oraz kolegów ze studiów. Krótko
mówiąc, wszyscy pukali się w czoło, gdy patrzyli jak niepotrzebnie umartwia
się, chudnie w oczach i wygląda jak przysłowiowe trzy ćwierci do śmierci. Blada
cera, podkrążone oczy, problemy z kondycją na zajęciach gimnastycznych,
zasłabnięcia, to nie jedyne jej problemy. Budzą jednak zainteresowanie, cóż z
tego, że nie o takich marzyła.
Tymczasem nasza kulinarna blogerka rozpisuje się na wszelkie możliwe sposoby na
swoim prozdrowotnym blogu. Jej życiowe motto brzmi: „Jesteś tym, co jesz”.
Trafił na niego przypadkiem pan Adam,
który chciał schudnąć, ale siedzący tryb życia temu nie sprzyjał. Poza tym
jakoś nie wyobraża sobie życia bez kawałka mięsa.
Blog pani Ani obserwuje też pani
Karolina. Szuka na nim głównie nowych, ciekawych przepisów, gdyż dieta
wegetariańska powoli zaczyna jej się przykrzyć. Poza tym, gdy przechodzi w
marketach koło lad ze słodkościami czy wędlinami, na ich widok cieknie jej
ślinka i wzrasta frustracja. Czasem wręcz na wskutek ciągłego odmawiania sobie
wielu potraw popada w depresję.
Pani Sylwia osobiście zna pani Anię i nawet od czasu do czasu spotykają się
w kawiarni, celem wymiany sowich kulinarnych spostrzeżeń.
Ostatnio pani Sylwia poskarżyła się
jednak blogerce Ani, że wegańska dieta była dobra, ale do czasu. Na początku
jej stosowania czuła się świetnie, ale w miarę upływu miesięcy, a potem
kolejnych dwóch lat, jej organizm zaczął się buntować. Z dnia na dzień czuje
się coraz słabsza i kompletnie straciła chęć do życia. Zasugerowała nawet blogerce,
aby nie zachęcała do stosowania diety wegańskiej, a na zjadane owoce i warzywa
spojrzała z innej perspektywy i rozważyła niekorzystne nadmierne ich spożywanie.
- Ależ, moja droga! – oburzyła się Anka
Weganka. – Człowiek zanim zaczął polować na zwierzynę, jadał tylko to, co
urosło w lesie lub na łąkach!
- Być może. Tyle że nikt wtedy nie traktował warzyw i owoców pestycydami i
wszelkiej maści środkami ochrony roślin. Nikt ich nie modyfikował genetycznie.
Powietrze i wody nie były zatrute spalinami samochodów i tym, co wydobywa się z
kominów – ripostowała pani Sylwia.
Anka Weganka niby przytakiwała, niby o tym doskonale wiedziała, ale odbijała
przysłowiową piłeczkę, tłumacząc, że przecież z rybami, jajami i mięsem jest
ten sam problem. Obstawała przy swoim, mówiąc, że człowiek staje się tym, co
zjada.
Idąc jej tokiem myślenia, zresztą nie tylko jej, gdyż wiele osób podchodzi do
kwestii żywienia w taki sposób, można by pokusić się na stwierdzenie, że w
takim razie pan Adam jest w połowie
zwierzęciem, a w połowie rośliną. Pani
Karolina w połowie rybą albo jajkiem, a w połowie rośliną. Zaś pani Sylwia wyłącznie rośliną.
Hm… kiepsko to wygląda. W każdym razie rośliną na pewno nie chciałabym być. Tak
mówi się o ludziach przebywających w szpitalach w stanie wegetatywnym.
Nie kojarzy się dobrze.
Stan pani Sylwii, wychudzonej,
bladej i osłabionej dobrze nie rokuje.
Stan tęgiego pana Adama też
niekoniecznie.
Zaś sfrustrowanej, popadającej w stany depresyjne pani Karoliny także przedstawia wiele do życzenia.
Tymczasem nasza Anka Weganka na
swoim blogu namawia wciąż do zdrowego jedzenia. Tylko, co tak naprawdę jest
zdrowe? Chyba sama tego nie wie. Ile zatem warte są jej rady?
Nie jestem biegłą w temacie zdrowego odżywiana, ale wiem jedno: Należy jeść wszystko,
tylko z umiarem. Skosztować wszystkiego, czym obdarzył nas Stwórca. W
przeciwnym razie po co by to robił? Po co tak by się starał?
Kosztujmy więc wszystkiego, bo żal byłoby odejść z tego świata, nie zaznając
wielu dobrych rzeczy.
I niech Wam wyjdzie na zdrowie!
I tylko żal tych wszystkich Anek Weganek…
piątek, 25 września 2020
Żona, czyli kobieta na miarę oczekiwań mężczyzny
Małe miasteczko na
Podbeskidziu
Mieszkają tu trzej panowie w wieku pięćdziesiąt plus. Nazwijmy ich kolejno: pan Rafał, pan Kamil i pan Jarek. Co
ich łączy? Patrząc z boku, całkiem wiele. Zacznijmy od szkoły podstawowej. Panowie
dawniej uczęszczali do tej samej szkoły, ba, do tej samej klasy. Nadal się
przyjaźnią, ale jest jedno ale. Wszyscy są zapracowani i nie mają czasu na
utrzymywanie ze sobą bliższych kontaktów. Sporadycznie jednak, najczęściej w
interesach, dzwonią do siebie z prośbą o jakąś przysługę. Bywa że z tego powodu
spotykają się w pubie. Tak było i tego dnia. Ale po kolei.
Pan Rafał pracuje w banku. Jest
zastępcą dyrektora. W szkole uczył się średnio. Na studiach często zawalał to i
owo. Znajomi dziwili się, że w ogóle udało mu się ukończyć ten jego osławiony
marketing. Osławiony, bo bardzo był dumny z kierunku , jaki wybrał i stale
mawiał, że otworzy on przed nim nowe horyzonty. Jeszcze bardziej dziwili się,
gdy dochrapał się tak wysokiego stanowiska w banku. Trzeba przyznać, bystrym
nigdy nie był, a przedmioty ścisłe były jego przysłowiową kulą u nogi. Na
uczelni miał nawet swoje przezwisko „Koziołek”. I tylko zapewne przez
grzeczność nie dodawano do niego drugiego członu.
Pan Rafał ma jednak coś, czego nie
tylko koledzy mogą mu pozazdrościć. Jest wysokim, szczupłym, niezmiernie
przystojnym mężczyzną. Ponadto niezwykle dba o swoją aparycję. Jednym słowem,
ma klasę. I nawet jeśli czegoś nie potrafi, to „dowygląda”. A to swego rodzaju
przepustka do wyższych sfer. W każdym razie, do tych liczących się w świecie
finansjery i show biznesu.
Pan Rafał ma żonę, Justynę, kobietę
ze wszech miar piękną i elegancką. Jest z niej bardzo dumny, bo oprócz swojej
urody i elokwencji, świetnie zna się na wszelkich niuansach bankowości. I jak
się można domyślić, to głównie jej zawdzięcza ową posadę, no i potrzebną mu na
tym stanowisku wiedzę. Justyna towarzyszy mu niemal wszędzie, zwłaszcza na
rautach i bankietach. Krótko mówiąc, przeciera ścieżki.
Pan Kamil z kolei skończył Liceum
Sztuk Plastycznych. Niestety, w tym zawodzie ciężko jest się wybić ponad
przeciętność i uzyskać ze swojej pracy jakie takie korzyści materialne, a tym
bardziej sławę. Toteż pan Kamil
zmuszony został do zweryfikowania swoich życiowych planów i podjęcia pracy nie
do końca odpowiadającej jego zawodowym predyspozycjom. Jest instruktorem na
kursie nauki jazdy samochodem. Do pracy przychodzi schludnie ubrany, co głównie
jest zasługą żony, która o niego dba. Sam zaś nie przywiązuje większej wagi do
ubioru, ani do tego, czy jego fryzura i broda jest w porządku, czy nie. Buty?
Buty są wizytówką każdego mężczyzny, ale nie pana Kamila. Według niego nie zasługują
na to, by poświęcać im uwagę. Pan Kamil to facet przeciętny, ze swoim męskim
spojrzeniem na świat.
Jego żona, Hanna, pracuje w urzędzie miejskim jako księgowa. Przeciętny facet
ma przeciętną kobietę. Niczym nie wyróżniającą się. Skromną i czystą, ale
przeciętną. Ubierającą się w kolory szaro-bure, stricte biurowe. Pani Hanna nie
lubi biegać po gabinetach fryzjerskich i kosmetycznych. Dla niej to strata
czasu i pieniędzy. Zakupy też nie są jej ulubioną rozrywką. Zresztą nie ma na
to zbyt wiele pieniędzy.
Pan Kamil ze swoją żoną rzadko
pojawia się w kinie czy w teatrze. Co najwyżej na rodzinnych imprezach. Tam nie
trzeba specjalnie się stroić, ani tym bardziej popisywać znajomością literatury,
nowinek technicznych, obcych języków, czy wspomnieniami z wypadów w ciekawe
zakątki naszego globu. Wystarczy po prostu być, porozmawiać o gotowaniu,
pogodzie, albo o chorobach.
Pan Jarek skończył szkołę zawodową.
Pracuje w remontach. Tynki, gładzie, kafelki to jego ulubione zajęcie.
Mężczyzna nie narzeka ani na pracę, ani na zarobki. Pasuje mu jedno i drugie. W
ogóle pan Jarek nie ma zbytnio wygórowanych oczekiwań od życia, a tym bardziej
ambicji. Do życia poza pracą wystarczy mu telewizor, kawałek przydomowego
ogródka, czasem zimne piwko, grill, disco polo z radia i sąsiad, z którym może
czasami się pokłócić, głównie w temacie polityki.
Żona pana Jarka, Beata, to kobieta równie nieskomplikowana. Pracuje w fabryce
na taśmie za przysłowiową miskę ryżu. Codziennie przez osiem godzin wkłada do
kartonów paczkowane w małe, jednorazowe torebki herbatę, kawę, śmietankę do
kawy lub cukier. Potem to wszystko pakuje na palety i zawozi do magazynu, skąd
jadą dalej w świat. A konkretnie na lotniska w kraju i w Europie. Później
korzystają z nich pasażerowie samolotów.
Pani Beacie do życia niewiele potrzeba. Trochę ciuchów, butów i tandetnej
biżuterii. Może jeszcze fryzjerka i od czasu do czasu manicurzystka. Potrzebuje
tego głównie na weekendy, gdyż uwielbia wszelkiego rodzaju potańcówki, w tym
najbardziej dyskoteki(!). Nie przeszkadza jej wiek, w ogóle nic jej nie
przeszkadza. Tam może wyszaleć się do woli, pośmiać z rubasznych dowcipów, czasem
trochę poprzeklinać, pochwalić się swoimi kusymi kieckami, które nosi nad
kolano, niczym nastolatka. Na te okazje stroi swoje palce w długie i różniaste
tipsy, a włosy posypuje brokatem. Na szyję wkłada kilogramy sztucznej biżuterii
i nie obejdzie się bez wyzywającej szminki.
Pan Jarek w takich okolicznościach
jest dla niej tylko dodatkiem. Szarym i niekoniecznie dobrze ubranym, ale
trwającym przy swojej małżonce. T-schert albo koszula w kratę to jego dyżurny
strój. Niedogolona broda i zwisające spodnie nie dodają mu uroku. Kufel z piwem
i frytki niemal stały się jego atrybutami. Gdyby pan Jarek kiedykolwiek z jakichś powodów zasłużył sobie na pomnik,
z pewnością tak by na nim wyglądał, z kuflem piwa i papierową tacką pełną
frytek.
Ludzie zwykle dobierają się w pary tak, by do siebie pasowali. Głównie chyba
jednak mentalnie. I choć na początku małżeństwa jak najbardziej im to pasuje, z
czasem może się okazać, że nie do końca.
Tego dnia w pubie pierwszy nawiązał do tego tematu pan Rafał. A że panowie byli już w tym czasie po kilku kieliszkach
wina, szczerość wzięła górę.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo zazdroszczę ci tej twojej żony, Hanny – powiedział do kumpla Kamila. A
potem dodał:
- Jest taka normalna. Nie wyróżniająca się z tłumu. Nie pokazuje po sobie swoich mądrości, ale też nie jest głupia. Nie przytłacza męża.
- A ja zazdroszczę żony Jarkowi – powiedział pan Kamil. - Beata jest
taka nieskomplikowana. Prostolinijna. Może nie najładniejsza, ale zawsze
kolorowo ubrana. I nie wstydzi się zakląć. I nawet te jej krótkie kiecki by mi
nie przeszkadzały… Co z tego, że śmieje się z niej cała okolica. Niech się
śmieją! Ma swoje lata, i owszem, i jest już babcią, ale co z tego! Z nią przynajmniej
nie byłoby nudno. Ludzie mieliby o czym gadać. A moja to taka szara myszka…
- Wiecie co? A ja marzę o takiej żonie jak Justyna!
– odezwał się pan Jarek. – Piękna,
mądra, inteligentna, elegancka, wykształcona! Czegóż chcieć więcej?
Co prawda nie pasowałaby do takiego szaraka jak ja, ale byłbym z niej ogromnie dumny!
Dumny, że ktoś taki mnie pokochał i zechciał ze mną być. Wszyscy by mi
zazdrościli… A z mojej Beaty tylko się naśmiewają. Że głupia, że brak jej
wykształcenia, że przeklina, że idiotycznie się ubiera, że maluje się
wyzywająco… A na te jej tipsy już patrzeć nie mogę. Usta też czerwone jak u
prostytutki… Z taką kobietą jak Justyna byłoby mi jak w niebie – westchnął na
koniec.
- Czyli co? Źle wybraliśmy? – rzekł pytającym tonem pan Rafał.
Panowie Kamil i Jarek nie umieli
odpowiedzieć wprost.
- Może to znudzenie? A może po prostu każdy z nas chciałby być z kimś, kto go
nie przytłacza? – zaczął zastanawiać się pan
Kamil. – Na przykład swoją szarością…
- Albo swoją nadmierną mądrością, przebojowością, elokwencją. Przecież żona nie
powinna być mądrzejsza od męża… - wtrącił pan
Rafał.
- Nie powinna też przytłaczać go swoją głupotą – zasępił się pan Jarek. – Przy mojej żonie zamiast
się rozwijać, coraz bardziej się cofam. Potrzebuje kogoś, kto byłby dla mnie
wzorem i zachęcał do rozwoju…
Najprościej byłoby zamienić się żonami na jakiś czas i zobaczyć, czy nowe
układy sprawdzą się w praktyce. Ale żaden z nich nie odważyłby się wyjść z
taką propozycją, a co dopiero na nią przystać.
I dobrze, bo przecież związali się ze swoimi żonami na dobre i na złe. Wzięli
je pod swój dach z tak zwanym dobrodziejstwem inwentarza. A że czasem pewne
sprawy rozmijają się z naszymi oczekiwaniami, no cóż, tak bywa. Po prostu
trzeba nad tym więcej popracować. Przede wszystkim jednak nad sobą.
niedziela, 13 września 2020
Sport, czyli jak nie przedobrzyć
Miasto powiatowe przy naszej południowej granicy.
Mieszka w nim pięćdziesięcioletnia kobieta, nazwijmy ją panią Mają. Oprócz wielu hobby, jakie ma pani Maja, jedno wybija się na czoło. To taniec. Jakiś czas temu
pani Maja zapisała się na zumbę w pobliskim domu kultury. Uznała, że taniec
połączony z gimnastyką ciała wyjdzie jej tylko na dobre. W ten sposób zadba o
kondycję, a przy okazji nieźle się
zabawi. Ponadto w liceum, do którego uczęszcza jej córka Zosia niebawem
odbędzie się charytatywna impreza, potańcówka połączona z loterią fantową i pokazem
umiejętności tanecznych. To doskonała okazja, by móc się popisać swoimi
umiejętnościami. Dochód z imprezy w całości przeznaczony ma być na leczenie
chorej na białaczkę uczennicy tegoż liceum.
Pani Maja zakupiła już na tę okazję
piękną, czerwoną, obcisłą sukienkę, która doskonale podkreśla kobiece kształty,
z których pani Maja była dotąd
bardzo dumna. Aż do dzisiaj.
Lustro nie kłamie, a tym bardziej kilkunastoletnia córka. Dzieci potrafią być
nad wyraz szczere i bardzo krytyczne, o czym już nieraz przekonała się nasza
bohaterka.
- Nie uważasz, że ta sukienka jest za ciasna biodrach? A tak w ogóle to
ostatnio urósł ci trochę tyłek – odważyła się na szczerą ocenę córka, w chwili,
gdy pani Maja przeglądała się przed
lustrem w swojej nowej kreacji.
- No wiesz! – oburza się natychmiast matka dziewczyny. – Jak możesz być taka
złośliwa! Przecież stale mam taka samą wagę…
Pani Maja przegląda się w lustrze
raz i drugi, wreszcie enty, by ostatecznie uznać, że jednak musi zgodzić się z córką.
Pośladki, bez dwóch zdań, zrobiły się większe. Z żalem przyznaje, że nie tego
oczekiwała po zumbie. A jednak!
- A mówiłam ci, żebyś nie zapisywała się na tę zumbę! – córka bynajmniej nie
stara się być miła dla swojej matki.
Pani Maja wygląda niezwykle
atrakcyjnie i czasem przez inne osoby, żartem, bądź na poważnie brana jest za
starszą siostrę swojej córki. Może więc trochę z zazdrości Zosia pozwala sobie
na takie uwagi. Oznajmia też coś jeszcze.
- Wszystkie moje koleżanki mówią, że jak któraś babka chce mieć duży tyłek, to
powinna ćwiczyć zumbę. Zresztą, już ci to mówiłam, ale nie posłuchałaś mnie –
dziewczyna kontynuuje swoje wywody.
Kobieta jest tym faktem zirytowana. Odkrywa, że rzeczywiście kolejne ciuchy,
które przymierza, okazują się za ciasne w pośladkach. Nosi się z zamiarem
oddania owej kreacji do sklepu i zakupem nowej.
W tym samym mieście i w podobnym wieku mieszka inna kobieta, nazwijmy ją panią Wiolettą.
Pani Wiola ma córkę w tej samej klasie co Zosia i zna jej matkę, głównie ze
szkolnych wywiadówek. Też wybiera się na tą samą imprezę. Pani Wiola z kolei uwielbia rowerowe przejażdżki. Poświęca na nie
każdą wolną chwilę.
Na imprezę ma zamiar założyć granatową suknię w drobny wzorek o długości trochę
ponad kolano, a do tego czerwone szpilki, które kupiła niespełna pół roku temu.
Właśnie przymierza je w garderobie i ze zgrozą odkrywa, że są przyciasne.
- To niemożliwe! – złości się. – Przecież się nie skurczyły przez te pół roku!
– pokrzykuje, aż jej donośny głos dobiega do uszu córki.
Mela zjawia się jak na zawołanie i przygląda się wyczynom matki, która
ostatecznie rzuca szpilkami w kąt.
- Czemu się dziwisz? – pyta matki. – Ciągle pedałujesz i pedałujesz! Wyrobiły
ci się mięśnie w stopach – stwierdza i bez ogródek dodaje: - Spójrz, łydki też
masz grubsze. I to o wiele!
Szybko jednak oddala się do swojego pokoju. Mama dziewczyny bowiem niemal wpada
w furię. Trudno zgadnąć, czy bardziej denerwuje się na bezpardonową córkę, czy
raczej sama na siebie. Przecież jazda rowerem to sport, a sport to zdrowie!
W tej sytuacji ze złości, i ze smutku także, stwierdza, że nie pozostaje jej
nic innego jak ubrać spodnie i elegancką bluzkę.
Jest jeszcze trzecia kobieta. Nazwijmy ją panią
Pauliną.
Pani Paulina także ma zamiar udać
się na ową dobroczynną imprezę. Do tego samego liceum, co Mela i Zosia
uczęszcza także jej syn Maciej. Jest samotną matką i trochę rozrywki jej się
przyda. Poza tym ma dopiero czterdzieści lat. Wygląda młodo i jak jej się
wydaje, seksownie. Po cichu liczy, że znajdzie jeszcze tego jedynego,
wymarzonego mężczyznę.
Matka Macieja dużo pracuje. Jest konsultantką w jednej z firm farmaceutycznych,
często wyjeżdża w delegacje. Ma mało czasu, by zadbać o siebie, ale przysięgła
sobie, że co drugi dzień będzie chodzić na siłownię. Choćby nie wiem, co się
działo, musi znaleźć na to czas. I jak dotąd trzyma się planu. Uważa, że sport
jest ważny, bo sport to ruch, a ruch to zdrowie i tak dalej. Właśnie mija
trzeci rok, od kiedy podjęła decyzję o uczęszczaniu na siłownię i jest z siebie
bardzo dumna.
Na imprezę w liceum kupiła sobie piękną, klasyczną, połyskującą suknią na
ramiączkach w kolorze ciemnego fioletu. Przegląda się w lustrze i zastanawia
się, jaki rodzaj biżuterii powinna do niej dobrać. Nawet pyta o to syna, który
akurat znalazł się w pobliżu.
- Moim skromnym zdaniem nie powinnaś myśleć o biżuterii, tylko raczej o zmianie
kreacji – mówi Maciej, kompletnie zaskakując matkę.
- A co? Nieładna ta kiecka? – pyta. – Pani
w butiku nie mogła się jej nachwalić, a dwie przypadkowe klientki niemal
nie wydarły mi jej z rąk.
- Oj, ładna, ładna! Tylko te twoje bicepsy… No, wybacz, ale nieładnie wyglądają
w sukience na ramiączkach. Sorry, mamuś, ale u góry wyglądasz trochę jak facet.
Pani Paulina słysząc to załamuje
się. Tyle razy przecież codziennie przegląda się w lustrze… I dotąd nie
przyszło jej na myśl, że tak może to wyglądać z boku.
Poza tym sporo włożyła wysiłku w ćwiczenia na siłowni, tyle poświęciła na to
czasu, a teraz taka opinia? I to własnego syna. To, co w takim razie myślą o
niej inni, zwłaszcza mężczyźni?
Żałuje swojej decyzji w kwestii wyboru siłowni. Przecież mogła wybrać coś
innego. Tylko co?
I tu przychodzi jej z pocieszeniem Maciej.
- Mamuś, nie martw się! Ojciec mojego kolegi trenuje zapasy. Niedawno miał
złamaną nogę, a teraz podobno upadł jakoś nieszczęśliwie i doznał urazu biodra.
Przy tym twoje bicepsy to pestka! Zawsze można je zakryć…
- Taaa, to co ja mam ćwiczyć? W tańcu można zwichnąć sobie nogę. Spacerując,
potknąć się o nierówność w chodniku…
- Dokładnie tak! – kwituje rozmowę Maciek. – Bo wszystko ma swoje dobre i złe
strony. Trzeba się tylko pilnować, by nie przedobrzyć.
I jakby na to nie spojrzeć, okazuje się, że nie zawsze sport to zdrowie i nie
każdy ruch wyjdzie nam na dobre. Wszędzie zalecany jest umiar.
Memy, czyli śmiać się czy płakać
Mała miejscowość na południu Polski.
Mieszka tu mężczyzna, powiedzmy, że ma na imię Stanisław. Jest w średnim wieku, żonaty, pracuje na budowach jak
instalator sieci wodno-kanalizacyjnej. To ciężka praca. Toteż po pracy wraca do
domu zmordowany, a jedynie, o czym wtedy marzy, to wygodna kanapa, latem zimne
piwko, a chłodniejszą porą jakiś nieskomplikowany program w telewizji, który
niespecjalnie skłania do myślenia. Za to jest doskonałą rozrywką. Pan Stanisław nie ma siły na to, by
zastanawiać się nad wielkością lub, jak kto woli, marnością tego świata. Po
pracy życzyłby sobie jedynie chwili wytchnienia. Czasem zagląda też do internetu,
głównie na Facebooka, by zobaczyć, co tam umieścili jego znajomi.
Cieszą go proste rzeczy, śmieszą nieco infantylne memy. Ale właśnie to, poza
rodziną, daje mu radość życia.
W tej samej miejscowości, kilka domów dalej, mieszka pewne małżeństwo, także w
średnim wieku. Nazwijmy ich panem
Markiem i panią Bożenką.
Pan Marek pracuje w banku. Pani Bożenka zaś jest laborantką. Mają
dwójkę nastoletnich dzieci. Oboje to ludzie wykształceni, inteligentni,
umiejący odpowiednio zachować się w każdej sytuacji i w każdym towarzystwie.
Po pracy zwykle siadają w fotelach przed telewizorem i słuchają wiadomości z
kraju i ze świata. Irytują ich poczynania polityków, ekologów i wszelkie maści
ludzi, którzy próbują narzucić innym swój światopogląd. Mają też świadomość, że
wiele informacji płynących ze szklanego ekranu nie do końca jest prawdziwych.
Czasem próbują weryfikować je z tym, co znajdują w Internecie, choć i tam
trzeba zachować ostrożność.
Pani Bożenka i pan Marek wykazują
także swoją aktywność na Facebooku, Instagramie, a ostatnio nawet na Tik Toku.
Nie chcą pozostawać w tyle za znajomymi, zwykle tak to tłumaczą. Nie do końca
jest to prawda, bo nade wszystko interesuje ich życie prywatne znajomych. Z
tego powodu wnikliwie codziennie przeglądają zdjęcia i posty przez nich
pozostawione. Bawią ich dodane przez nich memy i komentarze, które są bardzo
różne. Zwykle wklejane w przypływie
chwili lub pod wpływem toczących się w ich życiu wydarzeń.
Pani Bożenka jest zwolenniczką
angielskiego humoru, toteż rzadko co jej się podoba i powściągliwie podchodzi
do wszystkich kwestii związanych z memami, tudzież prywatnymi komentarzami
innych fejsbukowiczów. Przy okazji zawsze podkreśla, że niektórym brak dobrego
smaku.
Pan Marek ma zwyczaj głośnego
komentowania tego, co widzi lub czyta. Często słychać więc pokrzykiwania w
stylu: „Ale cymbał!”, Co za miernota!, Żartowniś jeden!”, ale także:
„Prymitywne to!”, „Mógł wymyślić coś lepszego!”, „Nie popisał się!”.
Pan Marek ocenia wszystko i
wszystkich według swojego poziomu, co w pewnym sensie jest zrozumiałe.
Niezrozumiałe natomiast jest, że nie bierze poprawki na to, iż ludzie
prezentują różne poziomy inteligencji, a co za tym idzie, różne poziomy
odczuwania piękna, wrażliwości na ludzkie sprawy, czy choćby nawet różnorakie
podejście do tematu żartów. Swoją oceną dzieli się zwykle z żoną, która myśli i
widzi podobnie. A nawet, gdy się z nim nie zgadza, przytakuje dla świętego
spokoju. Pani Bożenka bowiem nie
lubi się kłócić, a swoje spostrzeżenia raczej woli zachowywać dla siebie.
Na drugim końcu owej miejscowości mieszka emerytowana nauczycielka, umówmy się,
że ma na imię Halina.
Pani Halinie niedawno zmarł mąż, a
trójka dorosłych dzieci założyła własne rodziny i rozjechali się po kraju. Tak
więc pani Halinka mieszka samotnie w
niewielkim domu, który wybudowali razem z mężem. Nie ma zbyt wielu przyjaciół.
Część z nich opuściła już ziemski padół, a ci którzy jeszcze tu zostali, rzadko
do niej zaglądają. Podobnie sytuacja ma się z dziećmi.
Odkąd jednak nauczyła się obsługiwać komputer, na nudę nie narzeka. Ma swoje
konto na Facebooku, rozmawia z dziećmi przez popularne komunikatory, i cieszy
się każdą chwilą, bo jak mawia, dużo ich już jej nie zostało.
Dawniej nie potrafiła cieszyć się byle czym. Do wszystkiego podchodziła z
dystansem. Teraz zrozumiała, jak wielki był to błąd. Postanowiła więc, że musi
to zmienić.
Ostatnio trafiła na Facebooku na pewien mem, który nieco dowcipnie traktował
sprawę dezynfekcji rąk w szkołach płynem sporządzonym na spirytusie. Bo jakby
nie było spirytus roztacza wokół siebie mocny zapach, co niektórych
dowcipnisiów skłania do żartowania z uczniów i nauczycieli, że to niby przychodzą
do szkoły po spożyciu. Roześmiała się na samą myśl.
Nagle w jej głowie ożyły pewne wspomnienia. Przypomniały jej się dwie dawne
koleżanki nauczycielki, które miały problem z alkoholem. Bywało że przychodziły
do pracy nie tyle po spożyciu, co mocno „wczorajsze”. W pokoju nauczycielskim
żartowały z siebie. Naśmiewały się, która z nich zjadła, (tak, zjadła!) tego
dnia więcej pasty do zębów, żeby nie było od niej czuć tej przykrej woni.
Ponadto czasami zdarzało im się nie przyjść do pracy z powodu poalkoholowej
niedyspozycji. Jedna z nich swego czasu nawet „pożyczyła” sobie klasowe
pieniądze, które zebrała na wycieczkę uczniów. A ponieważ potem miała problem z
ich oddaniem, sprawa stała się głośna nie tylko w szkole, ale w całej okolicy.
Poirytowani rodzice uczniów nalegali na zwolnienie owej nauczycielki, ale
ostatecznie do tego nie doszło.
Pani dyrektor wykazała wobec niej, a także tej drugiej pani, której alkoholizm z
czasem zataczał coraz szersze kręgi, wielkoduszność. Panie bowiem były tuż
przed emeryturą. Jedna z nich miała 2 lata, druga 1 rok do emerytury. Gdyby
zostały usunięte z pracy z tego powodu, żaden inny pracodawca by ich nie
przyjął. Nawet, gdyby dostały wymówienie bez wskazania powodu, sytuacja byłaby
taka sama. Były to lata dziewięćdziesiąte, głębokie bezrobocie. Nikt nie
przyjmował do pracy starszych osób. Nie otrzymałby więc emerytury ze względu na
brak odpowiedniej ilości przepracowanych lat, a tym samym pozbawione byłyby
środków do życia.
Na zapach alkoholu wyczuwalny od pań skarżyli się nieustająco rodzice, ale
niewiele mogli zdziałać w tej sprawie. Narzekali także sami uczniowie. Jedna z
nauczycielek często miewała kłopot z napisaniem najprostszych wzorów na
tablicy, a tym bardziej z podaniem wyniku zadania. Śmiechu było przy tym co nie
miara. Dzieci są doskonałymi obserwatorami. Potrafiły dostrzec to, co czasem
udawało się nauczycielce ukryć przed samą dyrektorką.
Reszta grona pedagogicznego była bez zarzutu i z pewnością przykro było im
słuchać, kiedy owe dwie panie psuły opinię szkole. Ludzie, niestety, mają
tendencję do uogólniania i przypisywania słabości pewnej osoby lub kilku osób, przedstawicielom
tej samej nacji czy zawodu.
Poza tym nie będzie to nic odkrywczego, jeśli dodam, że od każdej reguły bywają
wyjątki. Wszyscy przecież jesteśmy tylko ludźmi. Mamy różne przypadłości i
popełniamy wiele błędów.
Teraz, gdy pani Halinka zobaczyła ów mem w
Internecie, wszystko jej się przypomniało. Patrząc na to z perspektywy czasu,
nawet rozbawiło. I nie zastanawiając się długo, udostępniła go znajomym.
Nie spodobało się to jednej ze znajomych, powiedzmy, że owa pani ma na imię Anna. Kobieta nie miała tego typu
wspomnień. Raczej wręcz przeciwnie, nauczycielom okazywała wielki szacunek. I
słusznie, bo im się należy. Była więc udostępnionym przez panią Halinę postem zbulwersowana i zrugała ją za to jak uczniaka.
A wystarczyło na wszystko spojrzeć mniej emocjonalnie.
Pani Halina wiele lat przepracowała
w szkole. Doskonale wie, jaki to trudny zawód. Cieszy się, że żadna pandemia
nie miała miejsca w czasach, gdy jeszcze pracowała. Wie też, że reakcje ludzi
na pewne sprawy mogą być skrajnie różne. Wiele zależy od nastroju w danej
chwili i postrzegania świata przez pryzmat własnych wyobrażeń. Brzmi nieco filozoficznie,
ale cóż, takie jest życie.
niedziela, 6 września 2020
Złom, czyli uczciwość niejedno ma imię.
Mieszka tu małżeństwo w średnim wieku. On, nazwijmy go Erykiem, jest kierowcą tira. Ona, powiedzmy że ma na imię Maryla, pracuje w biurze jednej z firm w pobliskim mieście.
Dorobili się dwójki synów, ale poza tym, niczego szczególnego, nie licząc średniej klasy samochodu. Niewielki dom, ale za to z wielkim ogrodem i kawałkiem ziemi ornej dostali w spadku po rodzicach Eryka. Domek jaki był, taki jest do dzisiaj. Małżeństwo nie rozbudowało go, ani specjalnie nie remontowało, choć z pewnością wyszłoby im to na dobre. Dwójka małoletnich synów potrzebowała dla siebie oddzielnych pokoi. Jednakże Maryla zamiast w modernizację domu, wolała lokować pieniądze w modnych kreacjach. Potrzebowała ich, bo jak mawiała, pracuje przecież w mieście powiatowym i nie pokaże się w pracy w byle czym.
Eryk nie od zawsze jeździł na tirach. Wcześniej przez wiele lat pracował w fabryce jako kontroler jakości. Toteż, gdy zmienił miejsce pracy, świat stanął dla niego otworem i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeździ po Europie rozwożąc towary, a przy okazji zwożąc powypadkowe samochody. Głównie te przeznaczone do kasacji, albo takie, których nikt nie chciał kupić, bo pochodziły z terenów popowodziowych. Właściciele więc pozbywali się ich za grosze.
Plac wokół domu małżeństwa czasem przypominał wielkie złomowisko. Innym razem stały na nim lśniące, naprawione i wypucowane samochody, czekając na swojego odbiorcę. Eryk znajduje ich głównie poprzez ogłoszenia w Internecie. Czasem znajomy polecał je swojemu znajomemu, i tak to się wszystko kręci.
W wolnych chwilach razem z bratem naprawiają je. Klepią uszkodzoną karoserię, sztukują lub wymieniają podwozie i inne metalowe części oraz szyby, czyszczą lub wymieniają tapicerkę Trzeba włożyć w to mnóstwo pracy, ale interes się opłaca.
Eryk, Maryla i brat Eryka mają świadomość, że ostatecznie sprzedając samochody nabywcy, tak naprawdę oszukują go. Aby sprzedać taki samochód trzeba mocno naściemniać, żeby otrzymać za niego żądaną przez nich cenę, a ta zwykle bywa niemała. W przeciwnym razie sprawa nie warta byłaby przysłowiowej świeczki. Zachwalają więc je na wszelkie sposoby. Głównie w stylu: „Niemiec płakał, gdy sprzedawał.” W gruncie rzeczy naprawione samochody dalej są tylko niewiele wartym, podrasowanym złomem.
Pan Eryk i pani Maryla to praktykujący katolicy. Co niedzielę wraz z synami uczestniczą we mszy św. Miejsca w kościele zajmują zwykle z przodu, tak by byli dostatecznie widoczni zarówno przez proboszcza jak i znajomych. Czy chcą w ten sposób podkreślić swoje przywiązanie do kościoła, czy raczej status społeczny, który ostatnio bardzo wzrósł dzięki nagłemu przypływowi gotówki, trudno ocenić. W każdym razie uważają się za ludzi uczciwych i pracowitych.
W sąsiedniej miejscowości mieszka pan Zbyszek. Pięćdziesięcioparoletni mężczyzna jest wdowcem i ma na swoim utrzymaniu niepełnosprawną córkę, która porusza się na wózku inwalidzkim. Pan Zbyszek, z zawodu lakiernik samochodowy, zaprzyjaźnił się z panem Erykiem kilka lat temu. Razem im po drodze w wiadomych kwestiach.
Mężczyzna jest bardzo pracowity i nad życie kocha swoją córkę. Na jej rehabilitację potrzebuje sporo pieniędzy. Tyra więc dniami i nocami w swoim warsztacie. Na brak pracy nie może narzekać, bo pan Eryk nieustannie zwozi mu wyklepane przez siebie samochody w celu pomalowania karoserii.
Pan Zbyszek pracuje dużo i uczciwie, ale ma świadomość tego, że bierze udział w procederze oszukiwania potencjalnego kupca wcześniej złomowanych aut.
Stare to stare, grat to grat. Nawet naprawiony i pomalowany, wyglądający, jakby dopiero co zszedł spod taśmy produkcyjnej – mawia pan Zbyszek. I trudno się z nim nie zgodzić. Nie przejmuje się tym jednak, bo ON pracuje uczciwie od świtu do nocy i najlepiej świadczą o tym jego spracowane ręce. Pan Zbyszek jest katolikiem, wierzącym i praktykującym. Nagina jednak czasem przykazania boskie i kościelne, a wszystko dlatego, jak tłumaczy, żeby ulżyć w życiu niepełnosprawnej córce. Każdego więc wieczora przeprasza Boga za swoje grzechy, ale następny dzień zaczyna od popełnienia kolejnego.
W tej samej miejscowości mieszka emeryt, nazwijmy go, pan Władek, razem ze swoją żoną emerytką, powiedzmy, że nazywa się Kasia. Oboje siwiuteńcy jak gołębie, na swojej skromnej emeryturze ledwo wiążą przysłowiowy koniec z końcem. Toteż pan Władek, niegdyś parający się naprawą i konserwacją plastikowych części do samochodów, po cichu dalej kombinuje jak może w tym temacie, starając się oszukać urząd skarbowy i ZUS. A wszystko oczywiście dzięki panu Erykowi, z którym zapoznał go lakiernik pan Zbyszek.
Pan Władek i pani Kasia to praktykujący katolicy, mający świadomość tego, że dodatkowe pieniądze na życie nie do końca są uczciwe. Bo choć uczciwie pracują, pani Kasia chętnie pomaga mężowi, to jednak ostatecznie przyczyniają się do okłamywania potencjalnych nabywców naprawianych samochodów.
Nie uważają jednak tego za grzech, bo przecież ONI pracują uczciwie. Na pracę poświęcają wiele godzin, mimo że ich stan zdrowia nie jest już najlepszy, a sfatygowane kręgosłupy nieustająco im o tym przypominają.
W pobliskim mieście mieszka młode małżeństwo z trzyletnią córeczką. Nazwijmy ich panem Danielem i panią Martyną. Są na dorobku. Nie mają jeszcze samochodu, ale w niedługim czasie to się zmienić. Pan Daniel bowiem znajduje w Internecie ogłoszenie pana Eryka o sprzedaży samochodu po atrakcyjnej cenie. Niebawem decydują się na jego kupno.
Miesiąc później oboje z dzieckiem wyruszają owym samochodem na urlop na Mazury. Mają pecha, bo pogoda nie dopisuje. Jest zimno i często pada deszcz. Decydują się więc na wcześniejszy powrót do domu.
Jednakże już po kilkunastu kilometrach jazdy oboje czują, że wnętrze samochodu śmierdzi stęchlizną. Pan Daniel domyśla się, co jest tego powodem. Samochód stał przez tydzień nieużywany na campingu nad jeziorem. A tam wilgoć. Niemożliwym jednak wydaje im się, aby tak od razu tapicerka „nabrała” wilgoci i stęchła. Oboje dochodzą do wniosku, że dali się oszukać. Sprzedano im samochód, który prawdopodobnie stał w wodzie podczas powodzi. I teraz wystarczyło trochę wilgoci, by stało się to, co się stało. Mało tego trzyletnia córeczka podczas jazdy zaczyna płakać i ciężko oddychać. Jak się okaże w późniejszym czasie, jest uczulona na grzyby i pleśnie. Pani Martyna prosi więc męża, aby zatrzymał się gdzieś na poboczu. Musi wyprowadzić ją na zewnątrz. Mąż słucha jej i parkuje samochód na wąskim skrawku pobocza jezdni. Tyle że jest trochę mglisto i przejeżdżająca tamtędy ciężarówka nie zauważa ich. Najeżdża na samochód, z którego ledwo co wysiadła kobieta z córeczką. Niestety pan Daniel nie ma tyle szczęścia. Ginie. Przerażona kobieta widząc to, niechcąco upuszcza trzymaną dotąd na rękach córeczkę. Dziecko upada i doznaje urazu głowy.
Pół roku później wdowa przeprowadza się z częściowo upośledzoną córeczką do miejscowości, w której mieszkają pan Eryk i pani Maryla. To przypadek. Lokum użycza jej koleżanka, litując się poniekąd nad ciężką sytuacją materialną Martyny i jej dziecka.
Wszyscy należą do tej samej parafii i chodzą do tego samego kościoła. Spotykają się tam niemal w każdą niedzielę.
W pierwszych ławkach siedzą pani Maryla i pan Eryk.
Kilka miejsc dalej pan Zbyszek z córką.
Niemal tuż za nim emeryci Władek i Kasia.
Na samym końcu w ostatniej ławce siedzi pani Martyna z córeczką.
Niestety, nie ma wśród nich Daniela. Być może patrzy na nich z góry…
Wszyscy są dobrymi katolikami, pracowitymi i rzekomo uczciwymi ludźmi.
Ktoś jednak jest winny śmierci mężczyzny. Ktoś przecież znalazł gdzieś ten złom. Nadał mu drugie życie. Tyle że liche. Ktoś mu w tym pomagał.
Niestety, nikt nie poczuwa się do winy.
SEKRETARKA
Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...