wtorek, 15 października 2024

CUKIEREK CZY PSIKUS?

 


Zdjęcie: Pixabay

Opowiadanie oparte na faktach.

Halloween – w Polsce kontrowersyjne święto. Dlaczego jedne osoby nie mają nic przeciwko, a inne się burzą? Trudno tak do końca zgadnąć.
Cieszą się nim głównie dzieci. Te małe i te duże, które już dawno weszły w dorosłość, ale gdzieś w głębi duszy wciąż czują w sobie coś z dziecka.
Czy jakaś wielka dynia z wyciętymi otworami na oczy i nos jest w stanie uczynić komuś coś złego? No nie! A wycięty z tektury lub namalowany na oknie kościotrup? Też nie! A czy podarowana rozbawionym dzieciakom garść cukierków to coś niestosownego? Oczywiście, że nie!
Co więc takiego złego jest w tej zabawie? Ano nic! Jedynym argumentem na nie, które dotąd można było usłyszeć, to to, że to święto pogańskie. Co to właściwie znaczy?

Mała Zosia miała problem ze zrozumieniem nie tylko słowa „pogańskie”. Jak to dzieci, pewne sprawy rozumiała po swojemu. Nie widziała nic złego w święcie, które przyszło do nas zza oceanu. Alboż to ono jedno? Jakoś nikt nie protestował , gdy mowa była o walentynkach. A choinka? Z upragnieniem czekają na nią wszyscy, i młodzi, i starzy. Zwyczaj ten pochodzi z Niemiec i w dodatku zapoczątkowali go protestanci. Czemu więc tyle krzyku o Halloween?

Na kilka dni przed owym świętem zapytała mamy wprost:
- Jak myślisz, mamusiu, czy nasz sąsiad, pan Antoni znowu na nas nakrzyczy, gdy w tym roku razem z kolegami namalujemy mu kredą na drzwiach kościotrupa?
To było jedno z tych pytań, na które mama nie znała odpowiedzi. Pan Antoni bowiem był trochę nieprzewidywalny. Albo inaczej – przewidywalny.
Starszy pan, schorowany i trochę zdziwaczały, stracił żonę kilka lat temu. Od tamtej pory z domu wychodził jedynie do kościoła. Za to codziennie. Przychodziła do niego pani z Opieki Społecznej, która mu sprzątała, czasem coś ugotowała, albo zrobiła zakupy. Powinien się cieszyć z takiego obrotu sprawy, ale on wyżywał się na niej na wszystkie możliwe sposoby. Drażniło go wszystko wokół, a szczególnie dzieci.
A gdy nastawał Halloween przechodził sam siebie. Jego złośliwościom nie było końca. Niszczył dekoracje z dyni przed blokiem, które dzieci robiły na tę okoliczność. Na drzwiach sąsiadów zaś malował krzyże, i to bynajmniej nie kredą. Chciał w ten sposób dać im do zrozumienia, że katolicy obchodzą to święto zgoła inaczej. Choć święto zmarłych obchodzą u nas ludzie różnych religii, a także osoby niewierzące, tyle że na różne sposoby, pan Antoni „wrzucał wszystkich do jednego worka” i wręcz nakazywał świętować go zgodnie z regułami nakazanymi przez kościół katolicki. Był takim, jak to ostatnio zwykło się mawiać, „katoterrorystą”.
Nie wszystkim podobały się jego rządy, ani też tak zwane życiowe mądrości pana Antoniego, jakby żywcem zaczerpnięte ze średniowiecza.
Halloween był więc doskonałą okazją, żeby trochę móc ponaigrywać się z upierdliwego, złośliwego staruszka. Malowanie kościotrupa na jego drzwiach było najdelikatniejszym psikusem. Ktoś kiedyś posunął się nieco dalej i zapalił pod jego drzwiami kilka zniczy. Ktoś inny dodał kilka sztucznych chryzantem, ktoś położył dynię.

To były niestosowne żarty, ale jakoś nikt z sąsiadów nie żałował pana Antoniego.
Tymczasem Zosia drążyła temat i oczekiwała, że mama pochwali zamiary dzieciaków.
Pytanie córki trochę zafrapowało mamę.
- Lepiej nie – poradziła jej. - To starszy pan, schorowany. Zdenerwuje się, i jeszcze, nie daj Boże, dostanie wylewu krwi do mózgu albo zawału. W tym wieku wszystko jest możliwe.
Dziewczynka jednak nie odpuszczała.
- To jaki inny dowcip można by mu zrobić? - dopytywała się nieco zawiedziona.

Mamie jednak nie przychodziły do głowy żadne inne nieco subtelniejsze pomysły. Przestrzegała jedynie, by mieć na uwadze jego wiek i problemy zdrowotne.
Wszystko wskazywało na to, że tym razem nielubiany sąsiad będzie miał spokojny dzień i starym zwyczajem zamówi taksówkę, by zawiozła go na cmentarz, gdzie na grobie swojej zmarłej żony położy kwiaty i zapali znicze.
Tak się jednak nie stało. Na dwa dni przed owym świętem pan Antoni zwichnął sobie nogę. O wizycie na cmentarzu nie mogło być mowy. Wieść rozniosła się po bloku lotem błyskawicy.
Wydawało się, że ze względu na swoją kontuzję, a tym samym unieruchomienie w fotelu, bądź na kanapie, zmierzły staruszek nijak nie będzie w stanie zaszkodzić fantazjom dzieciaków. Z radością więc przystąpiły do dzieła.
Na skwerze przed blokiem urosła wielka instalacja z dyń, tudzież utworzonych ze sztucznych kości i patyków przedziwnych stworów odzianych w białe płótna i inne straszne akcesoria. O zmroku, tradycyjnie rozlegały się stamtąd budzące strach dźwięki. Może wielu osobom się to nie podobało, ale nikt nie ośmielił się przerwać zabawy dzieciakom.

Dowiedziawszy się jednak o kontuzji pana Antoniego, Zosię zaczęły nachodzić mieszane uczucia. Trochę, jak i pozostali, miała ochotę mu dokuczyć, ale jednocześnie zrobiło jej się żal mężczyzny. Podobnych uczuć doświadczał Jasiek, trzynastolatek z sąsiedniego bloku, który nieoczekiwanie wysunął propozycję nie do odrzucenia.
- A może tak dla odmiany zrobimy mu inny dowcip? - spytał, po czym podzielił się swoim pomysłem z Zosią, która chętnie mu przytaknęła.
Wieczorem, tuż przed świętem zmarłych oboje udali się na cmentarz, na którym spoczywała jego żona. Na grobie pani Amalii ustawili doniczkę z chryzantemami i zapalili kilka zniczy. W sukurs przyszli im koledzy i koleżanki, którzy też pojawili się w tym miejscu z kwiatami. Wszystko nagrano telefonem komórkowym, po czym cała ferajna udała się do do mieszkania pana Antoniego, by mu to dokładnie zrelacjonować.
Na początku mężczyzna nie chciał wpuścić ich do mieszkania. Ledwo doczłapał się do drzwi. Ostatecznie jednak udobruchał się, a kiedy zobaczył filmik z cmentarza... omal się nie rozpłakał.
- Ale ja nie mam dla was żadnych cukierków... - żachnął się trochę jakby tym faktem rozżalony.
- Nie szkodzi! Zaraz skoczę do siebie i przyniosę! - zaoferowała się Zosia.
Zabrała też ze sobą... połówkę wydrążonej dyni. W środku były jesienne kwiaty i kilka kolorowych liści z drzew. Ostentacyjnie postawiła ją na środku stołu. Mężczyzna, o dziwo, nie zaprotestował.
- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego święto zmarłych jest takim melancholijnym, ale też zarazem ponurem dniem – wyjawił swoje wątpliwości Jasiu. - Przecież zmarli udali się do innego wymiaru, do tego lepszego świata. Przynajmniej tak mówi się na lekcji religii. Należy więc się jedynie z tego cieszyć, a nie szlochać.

Na pewno komuś, kto stracił bliskie osoby trudno byłoby się z tego powodu cieszyć. Może dlatego w takich momentach nie dopuszczamy do siebie innych uczuć, poza nieukojonym żalem. Czasami żal nigdy nie mija, ale życie toczy się dalej i trzeba go sobie poukładać na nowo.
Wygląda na to, że nasi przodkowie, poganie, lepiej sobie z tym radzili. Ale może to tylko pozory?
***
Co mają do tego chryzantemy albo dynie? Chyba tylko to, że jedne kwitną akurat w tym sezonie, a drugie właśnie dojrzewają.

Jedna z moich znajomych zastanawiała się niegdyś, czy nie lepiej byłoby, żeby zamiast sterty sztucznych kwiatów i zniczy, stawiać na grobach zdjęcia zmarłych. W sytuacjach, kiedy jeszcze byli wśród nas. Takie kadry z ich życia.

A dzieci? Jeszcze nie wszystko rozumieją, a czasem rozumieją więcej od nas.
Niech się dalej bawią dyniami i robią psikusy. Nie ma w tym nic złego. To ich prawo. Przyszykujmy dla nich cukierki!

czwartek, 12 września 2024

NIEWINNE POZDROWIENIA

 


zdjęcie: Pixabay

Opowiadanie oparte na faktach


Odkąd mamy nowoczesne telefony komórkowe, a na nich różnorodne aplikacje, możemy sobie na różne sposoby przesyłać pozdrowienia. Życzyć dobrego ranka, mile spędzonego dnia, pysznej popołudniowej kawki, spokojnej nocy i tak dalej. Do tego dołączona okolicznościowa fotka, awatar, czy choćby emotikon, potrafi sprawić wiele radości. To przede wszystkim dowód na to, że ktoś o nas pamięta.

Ledwo tylko zaczynał się nowy dzień Zuzanna z ciekawością spoglądała na niewielki ekranik telefonu, by sprawdzić, kto i co tym razem jej przysłał. Był to niewątpliwie miły dla niej moment. Zawsze chętnie odpisywała, dziękując za przesłane życzenia, umieszczając jednocześnie informacje zwrotne i dołączając stosowne kolorowe zdjęcia czy rysunki.
Jej siostra Agata miała jednak na ten temat zgoła odmienne zdanie.
- To zwykłe bzdurki, wysyłane z automatu do wszystkich znajomych z listy w telefonie – twierdziła, dodając przy tym. - Skąd wiesz, że naprawdę dobrze ci życzą? Dobrego dnia, spokojnej nocy? A może akurat przeciwnie? Woleliby, żeby przydarzyło ci się coś niekoniecznie złego, ale nieprzyjemnego już tak?
Zuzanna odpowiadała zawsze podobnie:
- Bzdurki, nie bzdurki, mnie to sprawia przyjemność. Dlaczego miałabym podejrzewać kogoś o nieszczerość?

O tym, że w głowach ludzi nie zawsze „siedzi” to co na papierze czy w telefonicznej informacji, wiedziała przecież od dawna. Stosunkowo długo żyje już na tym świecie, by nie zorientować się, jak ten świat się kręci. Jednakże znajomi, którzy co dnia zagadywali ją w ten sposób, i vice wersa, z całą pewnością nie należeli do tych, którzy byliby jej nieprzychylni, a ona im tym bardziej nie. Toteż dogaduszki siostry puszczała mimo uszu.
Któregoś jednak dnia zaczęła się nad tym głębiej zastanawiać. To był czwartek. Niby zwykły dzień, niby zwykłe życzenia. Tyle że napisane w języku niemieckim. Pod życzeniami znajdowało się zdjęcie kubka kawy, do tego jakaś czekoladka, parę ciasteczek. W sumie miłe. Guten Morgen brzmiał napis nad kubkiem.
Dlaczego akurat po niemiecku? Zdarzyło się już parę razy, że otrzymała życzenia z napisem angielskim Good Morning. To akurat w naszym kraju jest dość popularne, więc nie widziała w tym nic zdrożnego. Toteż nie przywiązywała do tego wagi.
Ale niemieckie napisy na życzeniach zaczęły pojawiać się coraz częściej. I to zawsze od tej samej osoby, która na dodatek stale demonstrowała swoją niechęć do obywateli zza Odry. Jak to rozumieć?

- Dziwne... Co nadawczyni chciała mi w ten sposób przekazać? – Zuzanna podzieliła się swoimi wątpliwościami z siostrą Agatą.
- Może to, że ciebie też stawia na równi z nimi – zasugerowała siostra.
- Ale jak to? Przecież ja nie mam nic wspólnego z Niemcami...
- Jesteś pewna? Przecież od lat mieszka tam twoja córka. Urodziła tam dzieci. Jakby nie było, twoje wnuczki są Niemkami – wypaliła prosto z mostu.
Musiała przyznać, że nie przyszłoby jej na myśl, żeby tak o tym pomyśleć. Tylu Polaków przecież wyjechało za granicę: do Stanów, Anglii, Norwegii, Irlandii, Niemiec. Założyli tam swoje rodziny. Chyba nie ma kraju, w którym by nas nie było. I nikt im z tego tytułu nie robi wymówek.
- Dlaczego akurat padło na mnie? Dlatego, że moja znajoma z What's Appa akurat nie lubi Niemców? - zdawała sobie w myślach pytanie.

Za którymś razem, gdy znowu otrzymała podobne życzenia i podzieliła się tą informacją z siostrą, Agata pokusiła się na pewną sugestię.
- Twoja znajoma, z tego co wiem, pochodzi z Rusi Czerwonej. To teren dawnej i obecnej Ukrainy oraz tereny na wschód od Krakowa. Mniej więcej jakoś tak.
- I co z tego? - zapytała Zuzanna, nie od razu domyślając się do czego zmierza siostra.
- Jak to co? A ludzie z tamtych stron to niby mają u nas dobre notowania?
Jedni mieli, inni nie, jak i ludzie z różnych stron świata. Polacy też nie wszędzie są lubiani. Ale, żeby zaraz wytykać znajomej jej pochodzenie? Nie leżało to w charakterze Zuzanny.
- Nie zrobię tego. Nie przeszkadza mi jej pochodzenie. Poza tym nie będę zniżała się do jej poziomu. Z drugiej strony, jeżeli rzeczywiście uważa mnie za pół Polkę, pół Niemkę, albo co gorsza, za Niemkę... sprawia mi to przykrość. Chyba powinnam z nią o tym porozmawiać - głośno myślała.

Po długim namyśle Zuzanna ostatecznie nie poruszyła tego tematu, nie zwróciła jej uwagi. Uznała, że lepszym rozwiązaniem będzie po prostu zaprzestanie wysyłania do niej wiadomości zwrotnych. Może sama zrozumie swój błąd. A jeśli nawet nie, to przynajmniej będzie miała na jej temat wyrobione zdanie.

***
Szkoda, że nie jesteśmy w stanie przeskanować czyjejś głowy, odczytać myśli. W wielu sytuacjach ułatwiłoby nam to życie.
I kto by pomyślał, że czasem czyjeś wewnętrzne nastawienie do kogoś lub czegoś, może niespodziewanie zdradzić taka zwykła mała, niby niewinna fotka w telefonie...

niedziela, 8 września 2024

TORTOWA WOJENKA




DROGIE CZYTELNICZKI I CZTELNICY MOJEGO BLOGA!

OD TERAZ NA BLOGU BĘDĄ WYŁĄCZNIE OPOWIADANIA NAPISANE NA PODSTAWIE PRAWDZIWYCH HISTORII.

                                                                                   
 Nazwy własne z wiadomych powodów zmienione.


O gustach rzekomo się nie dyskutuje. A co w kwestii smaków? Chyba powinno być podobnie, choć nie do końca wszyscy się z tym zgadzają.
Zwykło się mówić, że coś jest dobre albo niedobre, lub takie sobie. W skrajnych sytuacjach zdarzało się słyszeć – niebo w gębie, albo przeciwnie, paskudne!

Magdalena i Nina miały zgoła odmienne smaki i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie... torty, które o mały włos nie stały się zarzewiem wojny domowej.
Na temat stosunków między teściową a synową od lat krążą legendy, ale między Magdaleną i synową, Niną, wszystko układało się jak należy. Żadnych potyczek słownych, a tym bardziej małych lub wielkich wojenek. Do momentu, kiedy to nadeszły okrągłe urodziny teścia Waldemara.
Z tej okazji żona solenizanta zamówiła w cukierni tort. A że sam Waldemar był już człowiekiem raczej wiekowym, a co za tym idzie, trochę konserwatywnym, tort zgodnie z jego oczekiwaniami był tradycyjny. W jego środku ciasto nasączone było ponczem, trzy rodzaje mas, a na wierzchu klasyczne ozdoby, czyli czekoladowa polewa, małe i większe różyczki, a wszystko zwieńczały, a jakże, dwie duże, ozdobne świeczki. Ot, taki sobie tort, jak wiele innych.
Poszło właśnie o ten poncz, który jak wiadomo bywa często konserwantem masy, zwłaszcza, gdy latem panują męczące upały. W takich warunkach maślane masy szybko się psują. Niestety, ze względu na swoje rozmiary w lodówce nie zawsze się zmieści. Z konieczności więc stawiamy go gdzieś w chłodniejsze miejsce.
Wszyscy goście, w ilości dwudziestu biesiadników, zachwycali się jego smakiem, tylko nie Nina.
- Fuj! - krzyknęła ledwo wzięła pierwszy kęs do ust. - Tego nie da się jeść!
Natychmiast wszystkie pary ócz skierowały się w jej stronę, a na twarzach gości malowało się zdziwienie. Ten i ów zadał podstawowe pytanie: - Dlaczego?
- Jest tak nasączony alkoholem, że śmierdzi nim na odległość. Po prostu fatalny! - udzieliła wyjaśnienia zaskoczonym gościom.
Goście na szczęście nie podzielali jej zdania i dosłownie zmietli z talerzyków swoje porcje. Nina jednakże nie poprzestawała na swojej krytyce.
- Kto dzisiaj robi takie torty?! I ta dekoracja! Teraz tak się nie dekoruje ciast ani tortów. Ostatni raz taka dekorację widziałam w latach dziewięćdziesiątych...
Pierwszy zaśmiał się wuj Antoni.
- No to akurat w czasach naszej młodości. Fajnie, że można znów powrócić do niej myślami, a i przypomnieć sobie tamte smaki – przekomarzał się z Niną, która oczywiście odżegnywała się od zjedzenia tortu jak tylko mogła.
Magdalenie zrobiło się przykro, bo choć sama go nie piekła, a jedynie zakupiła, to niewybredna krytyka Niny była na swój sposób irytująca.

Pół roku później pojawiła się kolejna okazja do świętowania. Tym razem u Niny i Marka, syna Magdaleny i Waldemara. Towarzystwo zjawiło się niemal w tym samym składzie, co u jego rodziców.
Był i tort. Wielki, przerażająco słodki, bo owinięty w warstwę o grubości niemal dwóch centymetrów marcepanem. Na jego wierzchu zaś stały przeróżne figurki z masy cukrowej. Czego tam nie było! Strażak, policjant, kominiarz, pielęgniarka, striptizerka i Bóg wie jeszcze kto. Cukrowe figurki zabezpieczone były „płotkiem” z czekolady, tak by nie pospadały z tortu. Na samym zaś środeczku stał... komin ze sztucznym ogniem, który w odpowiednim momencie wystrzelił ponad stołem.
Tyle dekoracja, a smak? No właśnie, jakże odmienny od tradycyjnego. Dwa rodzaje mas, jedna bardzo słodka, druga agrestowa, bardzo kwaśna. Zdaniem Magdaleny, jakoś to ze sobą nie współgrało. Mimo to nie pisnęła ani słówkiem. Delikatnie zdjęła całą marcepanową, grubą warstwę, odkładając ją na bok talerzyka, by następnie zjeść sam środek. Nie każdy bowiem lubi marcepan. Z cukrowych ozdóbek zrezygnowała już na wstępie.
W jej ślady poszło kilkoro innych gości.
Tymczasem Nina przechwalała się zarówno jego kunsztem jak i ceną oraz nazwą popularnej w mieście cukierni, w której tort został zakupiony. Podkreśliła przy tym, i to nie raz, że masy są zrobione na maśle.
Magdalena niemal ugryzła się w język, by nie palnąć, że to akurat doskonale czuć, bo troszkę zalatywały starym, zjełczałym masłem. Ceniła sobie takt i sama też starała starała się być taktowną, a poza tym takie uwagi sprawiłyby synowej przykrość, a tego wolała uniknąć.
Gdy już goście opuszczali dom Marka i Niny, oboje chcieli na koniec uraczyć ich słodkimi figurkami z tortu.
- Weźcie sobie do domu, zjecie jutro – przekonywał gości Marek, ale chętnych na nie prawie nie było.
Ojcu wręczył niemal na siłę pielęgniarkę, a swoją matkę chciał obdarować policjantem, ale odmówiła.
- Przecież wiesz, że mam cukrzycę i nie powinnam...
Na to wtrąciła się Nina.
- Oj tam, oj tam! Czasem trzeba zgrzeszyć! Ale jedno mama musi przyznać. W torcie zero tego wstrętnego alkoholu! Taki tort to ja rozumiem! A te figurki, majstersztyk!
Może i majstersztyk, tylko dlaczego nikt na nie nie reflektował? A ten kilogram marcepanu to tak, ot, i do kubła na odpadki, pomyślała Magdalena, żegnając się przed wyjściem.

Synowa zadzwoniła następnego dnia.
- Naprawdę nie smakował mamie nasz tort, czy też raczej była to demonstracja?
- Jaka demonstracja? - zapytała zaskoczona Magdalena.
- No, taki rewanż za to, że skrytykowałam tort teścia?
Tego się Magda nie spodziewała. Do głowy nie przyszedłby jej żaden rewanż. Zresztą, nie ośmieliła się skrytykować tortu ani przed gośćmi, ani przed Niną, tak jak to wcześniej zrobiła synowa. Chciała powiedzieć coś dyplomatycznego, w stylu „przecież każdy ma odmienny gust i smak”, ale nie zdążyła.
- Minęły dekady. Wszystko się zmienia. To zwykła różnica pokoleń – mądrzyła się synowa.
- Chyba raczej kwestia mody – odparła Magdalena, dodając: - Przepis na ciasto biszkoptowe znane było już wieki temu i raczej nic się w tym temacie nie zmieniło. Podobnie z masami. To i owo udoskonalono. Reszta to rzecz upodobań. Co zaś się tyczy mody, to zwykle szybko przemija. Ciekawa jestem, jak będą w przyszłości wyglądały torty moich wnucząt. Na pewno futurystycznie... Nie potrafię sobie tego wyobrazić – zaśmiała się.
- Ani ja! - zawtórowała jej Nina.
Może będą w kształci rakiety albo jakiejś nieznanej nam jeszcze planety? A co ze smakiem?
Może trzeba zapytać o to sztuczną inteligencję?



sobota, 3 sierpnia 2024

Urlopowy szok

 



Zdjęcie: Pixabay

Urlop nad Bałtykiem jest lepszy niż we Włoszech. Jestem w szoku” - pisze jakaś pani na jednym z portali internetowych.
Czytając takie rewelacje, w pewnym sensie też doznałam szoku.
No bo jak to porównać? Jakby nie było to dwie skrajności.
Tam upały, u nas względnie ciepło.
Tam ceny proporcjonalne do zarobków, u nas niekoniecznie.
Zależy też co porównujemy.
Plaże? Tam cały przekrój, od piaszczystych ,poprzez te z ciemnym, wulkanicznym piaskiem, po kamieniste. U nas wyłącznie piaszczyste.
Morze? We Włoszech ciepłe, przyjemne. Bałtyk niemal zawsze zimny albo wręcz lodowaty.
Góry? Tam większe niż u nas. Które piękniejsze? Trudno ocenić, zależy co się komu podoba.
Może więc jeziora? Zaczynając od tego na północy Włoch, Jeziora Garda, to jak to się ma do naszego Śniardwy?
Roślinność? Królują gaje oliwne, cyprysy, palmy, itp. U nas raczej świerki i sosny, kasztany i wierzby, grusze, śliwy i jabłonie.
Może zatem ludzie? Tam pogodni, choć rozkrzyczani, ale ogólnie życzliwi. U nas raczej smętni, w większości zatroskani, roszczeniowi i zawistni, choć bywa że także gościnni. W ostatnich czasach jednak coraz mniej...
Miasta? Jest tam co oglądać. Od starożytności począwszy, po nowoczesne, futurystyczne rozwiązania. Wielkie galerie, wielcy mistrzowie. Tyle że brudno.
U nas wielkiego szału nie ma, ale za to przynajmniej jest czysto. I wielkich artystów też trochę mamy.

Co zatem tak zszokowało ową panią? Czym urlop w Polsce nad Bałtykiem tak ją ujął?
Zgaduję, zgaduję i nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jedynie co przychodzi mi do głowy, to język. Jest różnica. Włoskiego pewnie pani nie zna, polski już tak.

No bo jak, będąc we Włoszech na urlopie, powiedzieć w ich ojczystym języku: „Poproszę dwie gałki lodów?” Albo w restauracji przy stoliku zapytać: „Czy to miejsce jest zajęte?”. Pojawia się problem i to jest wielki minus urlopu na Półwyspie Apenińskim.

Nad Bałtykiem tego problemu już nie ma. Dogadamy się ze wszystkimi. Można nawet komuś nawtykać to i owo, i też każdy zrozumie. No szok!
Doprawdy u nas jest o niebo lepiej!

czwartek, 27 czerwca 2024

O co tyle krzyku

 


Zdjęcie: Pixabay

O jedną lekcję religii w szkołach, którą zredukowano?
To, że nie będzie jej w szkołach, nie znaczy jeszcze, że nie może być jej w ogóle.
Zawsze może odbywać się na plebanii.

Nie ma miejsca na plebanii? Może użyczy swojego pomieszczenia ktoś z wiernych?

Państwo nie zapłaci? No nie, bo przecież państwo to nie tylko katolicy. Inni niekoniecznie mają ochotę się do tego dokładać.
Gdyby ktoś na przykład zabierał mi podatek na zielonoświątkowców czy ludzi wyznających w naszym kraju islam (to tylko przykład), też bym się oburzyła. Zapewne jak większość katolików.

Lekcja religii może bez przeszkód odbywać się na plebanii. Ksiądz (lub katechetka, zakonnica, czy ktokolwiek inny) może bez przeszkód nauczać jej za darmo. Ileż to osób pracuje społecznie i jakoś nikomu korona z głowy nie spadła.
A gdyby ten i ów ksiądz podniósł krzyk, że nie będzie pracował za darmo, niech się złożą na zapłatę za jego pracę rodzice dzieci uczęszczających na religię.

Rodzice boją się o to, że dzieci nie dotrą na miejsce bezpiecznie? Żaden problem.
Każdy ksiądz i każda zakonnica mają samochody. Mogą przecież czekać pod szkołą na dzieci i bezpiecznie dowieźć je na plebanię, a potem z powrotem odwieźć pod szkołę. Ewentualne kwestie finansowe (etylina) też są do ogarnięcia przez rodziców.

O co więc tyle krzyku?
Ano o to, że już mało kto ma ochotę posyłać dzieci na religię.

Religii na dobrą sprawę mogą nauczyć się z internetu. Rodzice w tym wypadku mieliby pełny wgląd w treści przekazywane ich dzieciom.

Komu to nie pasuje?
Księżom. Dlaczego? Powodów pewnie znalazłoby się kilka.
Nie wszystkim oczywiście, bo wciąż wśród nich są tacy księża, którzy są w porządku. Na dociekliwe pytania naszych pociech odpowiadają mądrze, z rozsądkiem, odpowiednio przygotowani pod kątem psychologii i nie naginają swojego podejścia do dzieci przez złe rozumowanie przez nich samych prawd nauki i wiary.
Jesteście w stanie wskazać taką osobę duchowną z imienia i nazwiska?
Jeśli tak to już polowa sukcesu.

środa, 26 czerwca 2024

Dzień bez telewizora i telefonu

 



Zdjęcie: Pixabay

A co za tym idzie, bez wszędobylskiej polityki, przykrych wiadomości z Polski i ze świata. Bez wymądrzania się i chwalenia przez celebrytów, bardziej lub mniej mądrych rad na wszelkie tematy.
Uff! Żyć, nie umierać! To się nazywa wolność! Mieć spokojną głowę i otaczać się przyrodą.
Można wziąć ze sobą kocyk i dobrą książkę, i położyć się gdzieś na trawie. Patrzeć jak chmury suną po niebie, albo przyglądać się wokół roślinom i dziwić się ich urzekającemu pięknu i skomplikowanej budowie.
Można też zabrać ze sobą sztalugi i farby do malowania. Albo pójść na spacer z pieskiem. Jest tyle możliwości...

Dlaczego zatem tego nie robimy lub robimy niezmiernie rzadko? Ano dlatego, że czas kradnie nam telewizor.
Ciągle słyszymy: „Jestem strasznie zajęty! Wracam z pracy, w domu obiad i dzieci do ogarnięcia. Potem jakiś serial albo mecz, wiadomości ze świata, portale internetowe, i ani się obejrzę, już jest wieczór”. Emeryci też znajdą zawsze jakąś wymówkę. Jeśli akurat nie są w stanie zrzucić wszystkiego na pracę, to są przecież jeszcze kolejki u lekarzy, wnuki, którymi trzeba się zająć, tureckie seriale, rozgrywki piłkarskie, piwko z kolegami przy grillu itd.
I tym sposobem rzeczywiście jesteśmy strasznie zajęci. A kiedy nie będziemy? Może nigdy. Może nigdy nie znajdziemy czasu na leniuchowanie, na odwiedziny starych znajomych, na robienie prostych rzeczy, które dawniej sprawiały nam przyjemność. Na podziwianie świata, i to niekoniecznie dalekich jego zakątków, ale tego wokół nas.
Życie „przeleci nam koło nosa”, a my dopiero u jego schyłku zorientujemy się, że przecież tyle było w nim zmarnowanych czy też niepotrzebnych chwil, które można było przeżyć całkiem inaczej. Może więc czas coś z tym zrobić?

Moja znajoma mówi, że raz w tygodniu wyłącza telewizor i telefon, tak całkowicie, i razem z mężem mają tzw, dzień bez telewizora i telefonu. Mają go tylko dla siebie. Każdy robi to, na co ma ochotę. Nikt też tego dnia nie przygotowuje obiadu, nie sprząta, nie robi zakupów, nigdzie się nie spieszy. Jest za to pełny luz.
Nazwała go nawet Dniem dla Życia. Życia ze spokojną głową, wolną od stresu i nadmiaru atakujących ją bodźców. Taki jednodniowy reset.

Kiedyś piątek w kościele katolickim był dniem bezmięsnym, który miał za zadanie pozwolić żołądkowi i wątrobie odpocząć od mięsnych i tłustych potraw. Po to, żeby mogły się nieco zregenerować. Teraz już prawie nikt tego nie przestrzega, a szkoda, bo coś mądrego w tym niewątpliwie jest.
Przydałby się też taki dzień bez mediów. Szkoda, że dotąd nikt tego jeszcze nie wprowadził. Może więc spróbować samemu?

wtorek, 26 marca 2024

CZYLI NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO

 

Zdjęcie: Pixabay

W każdym razie niewiele.
Zaczęło się! Znowu mamy paradę twarzy wiszących głównie na płotach i drzewach.
Wiadomo, wybory do rad gmin i powiatów.
Barwne plakaty kandydatów niekiedy wiszą w miejscach, gdzie absolutnie wisieć nie powinny, gdyż zasłaniają widoczność kierowcom skręcającym w boczne drogi i ulice. Ponadto, bywa że często rozpraszają ich uwagę. Ale, czy którego z kandydatów to obchodzi?
Na plakatach w większości te same twarze. Trwa wielka bitwa, głównie o stołki, i co za tym idzie, o pieniądze. Zarobić można na tym całkiem nieźle. A co potem, czyli po wygranej? Ano, bywa różnie. Kandydaci, a później radni, nie zawsze rzetelnie przykładają się do swojej pracy.
Osobiście znam pewnego pana, nie mieszkającego w żadnej z miejscowości, które reprezentuje w Radzie Powiatu, ani też nie słyszałam i nie widziałam, by kiedykolwiek nieprzymuszony i z własnej woli się w nich pojawił. Chyba że trzeba przeciąć jakąś wstęgę, przywitać ministra lub inną osobistość, dokonać otwarcia jakiejś uroczystości. Co do tej ostatniej, to jest to podwójnie opłacalne, bo przy okazji można załapać się na gościnę i dobrze sobie podjeść.
Znam też pewną panią, która lwią część swojej kadencji uczestniczyła w spotkaniach/zebraniach Rady Powiatu przez Internet. Nie do końca było to z jej winy, bo niestety zachorowała. No cóż, siła wyższa. Rodzi się jednak pytanie, czy w tej sytuacji nie powinien ktoś ją zastąpić? No bo jak można zajmować się sprawami mieszkańców przez Internet? W wielu wypadkach trzeba przecież pojechać i na miejscu przyjrzeć się zgłaszanej przez nich sprawie.
Tyle że w przypadku zastępstwa pojawiłoby się kolejne pytanie: Komu w tej sytuacji wypłacić należną tej pani dietę?
A co ze sprawami dręczącymi mieszkańców, z dziurawymi drogami, brakiem kanalizacji i problemami, którymi na co dzień mierzą się mieszkańcy miast i wsi? W obu przypadkach bywało różnie, ale najczęściej nie tak, jak sobie mieszkańcy tego życzyli.
Zadrżałam, gdy całkiem niedawno znów zobaczyłam plakaty z ich zdjęciami...
O wieku wielu kandydujących osób lepiej nie wspominać. Choć niektórzy przy pomocy photoshopa sporo się odmłodzili. Oj, i to bardzo! Zmarszczki takie wygładzone... Jeszcze trochę i wyglądaliby prawie jak w czasach liceum!
A teraz coś, że tak powiem, z własnego podwórka, czyli z mojej wsi. Otóż niedawno dowiedziałam się, że jednak z kandydatek do Rady Powiatu ma kryminalną przeszłość. Na swoim koncie ma wyrok i kilkuletnią odsiadkę za kratami. I to bynajmniej nie za wypadek drogowy czy inne drobne przestępstwo.
Byłam w szoku, akurat nie znam tej pani. Gdy jedna z internautek zapytała, dlaczego nikt tego nie kontroluje (nie ma rozeznania w tej kwestii), jej post natychmiast zniknął z przestrzeni internetowej razem z innymi postami wyrażającymi zdziwienie w tym temacie. Tajemnicą pozostaje na czyje polecenie.
Rzekomo mamy wybór. Możemy po prostu na nich nie głosować. Czy oby na pewno to coś da, skoro większość z nich jest na początkach list? Wszyscy wiemy jak to wygląda w praktyce.

SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...