środa, 1 listopada 2023

Niewidzialni

 


Zdjęcie: Pixabay


Możesz sprzątać mieszkania, myć okna, być opiekunką do dzieci. Możesz też opiekować się osobami niedołężnymi, albo pracować jako pomoc kuchenna w barze, czy salowa w szpitalu. Możesz być kierowcą rozwożącym catering, pomocnikiem budowlanym.... Możesz imać się różnych, najczęściej słabo płatnych i niedocenianych zajęć.
Możesz wstawać o świcie, biec do swojej pracy i wracać późnym wieczorem, a potem padać ze zmęczenia na kanapie.
Wszystko to możesz lub czasem musisz z braku innej perspektywy.
Przysłużysz się na swój sposób małżonkowi, rodzinie, innym ludziom. Tyle że...
W zasadzie jesteś niewidzialny/a.
Ktoś zapyta: Ale jak to?! Przecież efekty twojej ciężkiej pracy są aż nadto widoczne!
Czy oby na pewno?
W gruncie rzeczy nie ma cię w wielu ważnych miejscach. Nie ma cię na spotkaniach towarzyskich, na wystawach, wieczorach autorskich, spotkaniach z ciekawymi ludźmi. Nie pojawiasz się w teatrze, w kinie, opera to przybytek całkiem ci nieznany.
Nie jeździsz na wycieczki, wczasy, do sanatorium. Nie chodzisz do kosmetyczki, masażystki, rzadko pojawiasz się u fryzjera.
Nie ma cię tam, bo nie masz na to czasu ani siły. Pieniędzmi też nie grzeszysz, więc nawet sklepy starasz się odwiedzać jak najrzadziej.
Powoli stajesz się niewidzialny/a. I choć fizycznie wciąż istniejesz, dla większości ludzi z twojego otoczenia przestajesz się liczyć. Jakby cię nie było. Albo co gorsza, stajesz się kimś kompletnie nie liczącym się. Robotem.
Powoli odkrywasz, że ten i ów przestaje ci się kłaniać. Telefony dzwonią coraz rzadziej.
No chyba że są to telefony z firmy. Tam zawsze cię potrzebują i zauważą każdą twoją nieobecność. Przy rozdzielaniu premii, za dobrze wykonaną robotę, już niekoniecznie.
Albo, gdy trzeba zająć się ciężko chorym czy starym rodzicem. Wtedy rodzeństwo dosłownie wykopie cię spod ziemi, żeby to właśnie tobie złożyć go na barki. I nie pomogą tłumaczenia w stylu: to nie mój obowiązek, bo przecież cały majątek po nich otrzyma ktoś inny,. Albo że nie byłeś ich oczkiem w głowie, a jedynie utrapieniem, jak ci próbowali wmawiać przez całe życie, bo nie chciałeś przestrzegać ich zasad itd., przez co nie utrzymywali z tobą kontaktu.
Dla nich też byłeś na swój sposób niewidzialny/a.
Jesteś niewidzialny/a, więc zdaniem wielu nie potrzebujesz do szczęścia niczego. Nawet przysłowiowego parasola nad głową, gdy pada deszcz. Nie zmokniesz przecież. Nawet, gdyby ktoś chciałby wylać na twoją głowę wiadro pomyj. Przyjmiesz wszystko z pokorą, ale czy ktoś to zauważy? Nie potrzebujesz też ubrań, butów i różnych do tego dodatków. Możesz chodzić ciągle w tym samym. Nie musisz się przejmować swoim wyglądem. Spokojnie, nikt nie zauważy. Od dawna jesteś przecież niewidzialny/a.
Jesteś, a jakby cię nie było.
I nie uwierzysz (!), takich jak ty jest całkiem sporo. Jesteś drugim, a może trzecim lub czwartym „sortem”.

A przecież wcale tego nie chciałeś/aś. Nie taki miał być sens twojego życia. Nie z założenia...
Mimo to ciągle trwasz na posterunku i coraz częściej zadajesz sobie pytanie: Jak długo jeszcze zostaniesz na tej Ziemi? Ile jeszcze podołasz? Zwłaszcza, gdy co roku pierwszego listopadowego dnia odwiedzasz groby bliskich ci osób. Wtedy dopada cię szczególna nostalgia. I podobne myśli wżynają się w twoją głowę, niczym ostre wiertła, pozostając w niej przez dłuższy czas.

wtorek, 26 września 2023

Facebookowe fauxs pas





Zdjęcie: Pixabay 

Można mieć na Facebooku grubo ponad tysiąc znajomych i nie wiedzieć o tym, że niektórzy z nich nie żyją od kilku lat? Okazuje się, że można.

Niedawno szukałam profilu jednej z moich znajomych i przez przypadek najechałam kursorem na zdjęcie pewnego pana, który również tam figuruje. Nie byłoby to jakąś sensacją, gdyby nie fakt, że niejako z automatu, obok tegoż profilu pojawiła się tak zwana lista wspólnych znajomych. Ze dziwieniem zauważyłam, iż jest ich około trzydziestu. Co prawda pan ów jest dobrze znany w naszej okolicy, ale wątpiłam, by przynajmniej część z nich rzeczywiście go znała.
Przyszło mi na myśl, że być może akceptował wszystkie zaproszenia, które dostawał, jakoś specjalnie nie kontrolując tego, kogo przyjmuje do swego grona znajomych.
No cóż, można i tak. Jest to jednak trochę ryzykowne.

Nie to jednakże mnie zdziwiło. Dużo większym zaskoczeniem był fakt, że kilku z nich od dawna już nie żyło. A jeden pan posiadał aż cztery konta. Na każdym co prawda inne zdjęcie profilowe, ale nie zmienia to faktu, że była to ta sama osoba, o czym świadczyło imię i nazwisko. Tym sposobem „martwe dusze” zasilały poczet znajomych owego pana i dałabym głowę, że pan nie miał pojęcia o tym, że nie żyją. Ba, pewnie nawet ich nie znał...
Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby poinformować go o tym w prywatnej wiadomości. Ostatecznie jednak zaniechałam go. Z jednego powodu.

Przypomniało mi się, jak niegdyś pewien inny pan składał życzenia urodzinowe swojemu znajomemu z Facebooka, który nie żył już od dwóch lat. Niestety, nikt z rodziny nie zlikwidował mu konta.
Tyle że... zmarły mieszkał niedaleko, żeby nie powiedzieć, po sąsiedzku. Dzieliło ich zaledwie może czterysta metrów...

Czekałam, aż ów znany wszystkim pan popełni faux pas i zrobi podobnie. Tak, wiem. Jestem trochę złośliwa, ale czyż moja reakcja nie jest adekwatna do wspomnianej sytuacji?
Można czasem coś przeoczyć, o czymś nie wiedzieć, nawet o czyjejś śmierci. Mieszkamy przecież w różnych stronach kraju, a nawet świata. Nie zawsze docierają do nas bieżące wiadomości. Ale, na miły Bóg, przez kilka lat?


sobota, 23 września 2023

Albośmy to jacy tacy

 


Zdjęcie:: Pixabay

Polacy nie chcą w swoim kraju muzułmanów. Czy słusznie? Trudno powiedzieć. Życie nie jest bowiem czarno-białe. Ma wiele odcieni. Ich życie także.
Nie jest moim zamiarem bronić racji tych osób, którzy ich nie chcą, ani tych, którzy patrzą na nich łaskawym okiem. Mamy przecież demokrację (podobno jeszcze mamy) i każdy ma prawo do swoich wyborów.
Dziwi mnie jednak, choć już nie powinno, dlaczego przyjmujemy wobec nich tak wrogą postawę i postrzegamy jako jedno wielkie zło. Czyżby u nas nie było terrorystów, gwałcicieli, morderców, pedofilów, ludzi na usługach różnych grup przestępczych?
Wystarczy wziąć do ręki pierwszą z brzegu gazetę, albo zajrzeć do Internetu. Włos staje na głowie. Przestępstwo goni przestępstwo. I to wszystko o nas, o Polakach, tych złych oczywiście.
Problem drugi. Pogarda. Gardzimy ludźmi o innym kolorze skóry. Uważamy, że jesteśmy od nich lepsi, bo mamy ładniejszy kolor skóry... I to by było na tyle.

Ale jakoś nie przeszkadza nam oglądanie ich telenowel, i to w hurtowych ilościach.
Mam na myśli tureckie seriale, od których roi się w polskiej telewizji.
Podglądamy w nich ich życie. Chętnie „zaglądamy do łóżek”, śledzimy ich zachowania, nastroje, życiowe perypetie. A wszystko to w kontekście takiej a nie innej religii, której są wyznawcami.
Seriale to „pikuś”, nie wszyscy przecież je oglądają.
Ale za to większość rodaków uwielbia odwiedzać muzułmańskie kraje. Bo tam przecież jest ciepło i miło. Wyjeżdżamy więc co roku na urlop, ba, nawet na weekend, do Turcji, Maroka, Tunezji, Zjednoczonych Emiratów... Poopalać się, odpocząć od szarości dnia codziennego.
Przyjmują nas najlepiej jak potrafią, pomijając fakt, że po części jesteśmy dla nich źródłem utrzymania. Uśmiechają się do nas, podsuwając pod nos swoje rarytasy. Częstują przepięknie podanymi daniami, słodyczami, oferują nieraz za przysłowiowe grosze swoje ręcznie wykonane wyroby. Nie przeszkadza to oczywiście Polakom przywozić je do kraju i niejednokrotnie całkiem sporo na nich zarabiać.
Nie brzydzimy się wówczas ich kolorem skóry. Nie ma znaczenia wtedy, że przepięknie udekorowane danie podaje nam ręka innego koloru niż nasza. Nie wzdrygamy się na widok muzułmanina, który sprzedaje nam precjoza własnoręcznie wykonane, albo podaje butelkę wody mineralnej, gdy na ulicy doskwiera nam wysoka temperatura podczas zwiedzania ich miast, tudzież na plaży.

Dlaczego więc w kraju zachowujemy się inaczej?
Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Część z nas potrafi na nie odpowiedzieć.
A tym, którzy nadal się zastanawiają, radzę przypomnieć sobie stare powiedzenie, które brzmi: „Lepiej budować mosty niż wznosić mury”

Punktuję czy oceniam

 

Zdjęcie : Pixabay

- Ja nie oceniam, ja tylko punktuję – usłyszałam niedawno przypadkowy dialog pomiędzy dwoma kobietami w średnim wieku. Wiek oczywiście nie ma tu znaczenia. Cała reszta już tak.
Panie stały na targowisku przy jednym ze straganów i rozprawiały na tematy chyba tylko im znane. Nie mniej jednak na tyle głośno, że ten i ów na chwilkę przystawał, podejrzewając, iż nieoczekiwanie stał się świadkiem jakiejś kłótni. Sama zrobiłam podobnie.
- No właśnie! Punktujesz! - zirytowała się pani, nazwijmy ją panią A. - Wytykasz mi błędy.
- Powiedziałam tylko, że powinnaś postąpić inaczej – obruszyła się druga kobieta. Nazwijmy ją panią B.
- Czyli jednak uważasz, że popełniam błędy... Mało tego, wszystkie „wypunktowałaś”.
- Trochę tego jest – pani B nie odpuszczała.
- Aha! W takim razie jaką postawisz mi ocenę za te błędy? - pani A wyraźnie była rozeźlona na swoją rozmówczynię. - Pewnie jedynkę!
- Przecież mówiłam, że cię nie oceniam...
- A to nie to samo? Wytykasz mi to i tamto. To już jest jakaś ocena mojego postępowania.

Zwał jak zwał, pomyślałam sobie, w duchu przyznając rację pani A. Bo skoro ktoś głośno mówi o tym, co mu się w nas nie podoba, to jak to inaczej nazwać?
Ocenić, wypunktować, wytknąć – to przecież w tym wypadku synonimy.

Tamtego dnia nie zabawiłam zbyt długo przy owym straganie. Nie wiem, jak ostatecznie skończyła się ta dyskusja, przekomarzanie, czy kłótnia, jakkolwiek by tego nie nazwać . Uświadomiła mi, albo raczej przypomniała o tym, o czym wiedziałam od zawsze. Stale kogoś oceniamy, nawet, jeśli nie jesteśmy tego świadomi. W myślach, w mowie, a nawet w naszych uczynkach. A zwłaszcza w uczynkach, bo czyż nie dystansujemy się od ludzi, których uważamy za złych, albo odwrotnie? Tych, których w naszej ocenie są dobrzy, chcemy mieć w kręgu znajomych.

Po co więc zapewniać kogoś, że się go niby nie ocenia, skoro jest inaczej. Nawet jeśli nie głośno, a jedynie w myślach. To jakiś rodzaj hipokryzji.

niedziela, 9 lipca 2023

Ciotka nepotka i wujek nepota

 

Zdjęcie: Pixabay

Brzmi zabawnie? Nie do końca.
Co znaczy słowo nepotyzm tłumaczyć nie trzeba. W ostatnim czasie wymieniane jest
w mediach niemal tyle samo razy, co nazwisko Tusk w telewizji rządowej.
Nepotyzm ma się dobrze we wszystkich krajach na świecie, ale odnoszę wrażenie, że w naszym kraju szczególnie. Studiując znaczenie tego słowa w Wirtualnej Encyklopedii doszłam do zaskakujących (albo i nie) wniosków. Nepotyzm bowiem zrodził się przed wiekami w … Watykanie. Przynajmniej tak podaje encyklopedia.
Polskę mianuje się krajem katolickim, stąd te moje skojarzenia.
Przykłady nepotyzmu widzimy na każdym kroku i sądzę, że gdyby ktoś zechciał pokusić się na ich wyliczenie, (choćby tylko z najbliższego kręgu znajomych), musiałby poświęcić na to sporo cennego czasu. A może nawet sam byłby tego przykładem?
Mamy więc znajome i znajomych, ciotki i wujków, bliższą i dalszą rodzinę, którzy dzięki rodzinnym koligacjom piastują dziś mniej lub bardziej ważne stanowiska, oczywiście opłacane z pieniędzy podatników. O takich wszakże tu mowa.
Po co to piszę, skoro rzecz to oczywista?
Otóż spotkałam całkiem niedawno jedną ze swoich ciotek, której nawiasem mówiąc, nigdy nie lubiłam. Właśnie z tego powodu. Wiekowa już nieco ciotka cieszy się życiem, wypoczywając na emeryturze. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że zanim na ową emeryturę się udała, załatwiła wielu osobom ze swojej najbliższej rodziny stanowiska w różnych urzędach. Dodam, że bardzo dobrze płatne. Nadmienię też, że niektórzy z nich nie mają do tego żadnych kompetencji, a iloraz inteligencji też jest niewspółmierny do wykonywanej przez nich pracy.
I znowu nasuwa się pytanie: po co to piszę, skoro to „normalka”?
Napotkawszy ostatnio na swej drodze ową ciotkę, zaczęłam zastanawiać się, jak powinno nazywać się takie osoby. Czy powinnam o niej mówić ciotka nepotka? A może nepota? Wujek nepotek czy wujek nepota? Tak bardziej literacko czy kolokwialnie? I jak zapisać: dużą, czy małą literą?
Może Was to śmieszyć, ale sprawa jest poważna.
No bo - taka analogia – jeśli ktoś coś ukradnie, to nazywamy go złodziejem. A jak nazwać kogoś, kto wprawdzie też okrada, ale w białych rękawiczkach (pobierając miedzy innymi nienależne mu, wysokie wynagrodzenie) i przy okazji dzięki niemu część jego rodziny również to czyni?
Może trzeba byłoby jakoś dosadniej, bo te nepotki średnio mi się podobają.
Jakieś sugestie?
A może wrócić do znanego od prawieków określenia? I po prostu nazywać ich złodziejami?

czwartek, 25 maja 2023

EGO

 



Miejsce akcji: niewielka miejscowość na Podbeskidziu.

Mieszka tu pewien pan w średnim wieku. Nazwijmy go panem Jarosławem. Ów pan w swoim środowisku w gruncie rzeczy cieszy się dobrą opinią. Wśród lokalnej społeczności jest kimś, do kogo zawsze można  zwrócić się o pomoc w trudnej sytuacji. Ma szerokie znajomości w kręgach miejscowych notabli, i nie tylko.
Za swoje, powiedzmy, przysługi, nigdy nie oczekuje wdzięczności, a tym bardziej nie czerpie z nich korzyści materialnych.
O takich ludziach jak pan Jarosław w dzisiejszych czasach mawia się, że są prawie niespotykani, albo… nawiedzeni.
To drugie określenie bywa krzywdzące, ale nie należy zbytnio się temu dziwić. Zło dzisiaj ma dobrą passę, dobro niekoniecznie. U pana Jarosława  wszystko jest okay, zgodnie z dekalogiem i jego własnym sumieniem. Jest jednak pewne ale. Mężczyzna bowiem, choć z sercem na dłoni, ma nazbyt wybujałe ego. Przejawia się to tym, że jego przechwałkom nie ma końca. Zarówno w kwestii tego, kogo osobiście zna, jak i tego, czego może dokonać. I choć rzeczywiście może wiele, ciągłe jego przechwalanie się często bywa uciążliwe dla jego rozmówców.
„Ja” pana Jarosława przewija się zazwyczaj przez cały czas wszelakich dyskusji, a że ma o sobie wielkie mniemanie, niekiedy bywa trudne do zniesienia.

W tej samej miejscowości, kilkanaście domów dalej mieszka inny mężczyzna, niemal jego równolatek. Nazwijmy go panem Stanisławem. I choć ego pana Stanisława jest równie wielkie jak wspomnianego wcześniej mężczyzny, to jednak różni się zasadniczo.
Pan Stanisław też mógłby wiele zdziałać na różnych polach. Tyle że nie chce. Wybrał życie przysłowiowego trutnia, człowieka, który wszystko wszystkim ma za złe i uważa, że to jemu państwo polskie powinno dopłacać do tego, że w ogóle żyje. Wielokrotnie pytany o to, dlaczego tak właśnie myśli, odpowiada zawsze tak samo: „Bo jemu się należy!”. Zaś na pytanie, dlaczego mu się należy, usłyszeć można: „Bo on żyje uczciwie i nie kradnie, a reszta to złodzieje”.
Polemika z takim człowiekiem jest bez sensu. Lepiej nie zniżać się do jego poziomu i po prostu odpuścić. Tyle że za jego wielkie o sobie mniemanie zapłacić muszą inni podatnicy, bowiem pan Stanisław jest częstym gościem tzw. Opieki Społecznej, a jego wielkie ego „ledwo mieści się w drzwiach” tejże instytucji.

Przy sąsiedniej drodze prowadzącej do jego domostwa wybudowała sobie niewielki dom pewna kobieta. Nazwijmy ją panią Janiną. Cicha, skromna, pracowita. Właściwie nic nie można by jej zarzucić. Niestety, pani Janina ma niską samoocenę, co nie pozwala żyć jej pełnią życia. Zawsze cicho, zawsze na szarym końcu, gdzieś w przysłowiowej mysiej norce.
O jej ego można by rzec, że właściwie go nie ma, albo jest gdzieś poniżej zera. Nawet, gdy od czasu do czasu zdobywa się na odwagę, żeby o sobie tu i ówdzie przypomnieć, bywa zakrzyczana lub zignorowana. Jest za słaba, by, jak mawia, walczyć z wiatrakami. Tyle że nie o wiatraki tutaj chodzi, ale o ewidentny brak siły przebicia.
Przyczyną takiego stanu rzeczy był jej nieżyjący już mąż, który sprowadzał ją do roli służącej. I nawet teraz, gdy od dawna go nie ma, pani Janina nadal nie potrafi wyzwolić się z tej patowej sytuacji, do której została latami przymuszana.

Wynika z tego niezbicie, że nasze EGO można zdusić lub dla odmiany wygenerować do niebywałych rozmiarów.Trudno zdecydować, czy to kwestia genów, czy też raczej otoczenia.
Nie zmienia to faktu, że przecież wszyscy czasami jesteśmy trochę EGOcentrykami, bywa że i EGOistami.

piątek, 14 kwietnia 2023

Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

 



Miejsce akcji: Niewielkie miasteczko w południowo-wschodniej Polsce.

Na samym skraju tego miasteczka, gdzie jeszcze rozciągają się urodzajne pola i nieliczne domostwa, mieszka pewna kobieta, nazwijmy ją panią Różą. Jest w wieku przedemerytalnym. Całe swoje życie wraz z mężem Zenonem zajmowała się rolnictwem. Pani Róża ponadto jest zdeklarowaną, praktykującą katoliczką i stale powtarza, że Opatrzność nad nią czuwa. Modli się przy każdej okazji i nawet bez okazji, czego świadkiem niejednokrotnie byli sąsiedzi. Ma bowiem donośny głos, a że modlić potrafi się nawet pieląc chwasty w ogródku, albo pasąc krowę, odmawiać modlitwę różańcową… nic więc dziwnego, że ten i ów mieszkaniec okolicy był tego świadkiem.
W kraju podobno mamy demokrację, a pani Róża nie robi tym nikomu krzywdy, należy więc podejść do tego ze zrozumieniem.
Kobieta słynie też jeszcze z czegoś innego. Każdemu do znudzenia powtarza, słynne powiedzenie „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, co akurat w jej przypadku zgadza się co do joty. Stwórca bowiem obdarzył małżonków dobrym zdrowiem. Co jakiś czas, pewnie za Jego sprawą, banki częściowo umarzają im kredyty zaciągnięte na cele rolnicze. Urząd Gminy zaś obdarza wszelkimi możliwymi dotacjami. Jakby tego było mało, jakaś daleka krewna całkiem niedawno pozostawiła im w spadku dom i dwa hektary pola.
Wygląda więc na to, że pani Róża wszystko to sobie wymodliła…

Zaledwie kilometr dalej, w centrum owego miasteczka, mieszka jej kuzynka Emilia. Pani Emilia jest wdową, kobietą w średnim wieku i ma dwójkę dzieci, trudnych do okiełzania nastolatków, Madzię i Tomka.
Pani Emilia też jest osobą wierzącą, choć w ostatnim czasie nieco mniej poświęca czasu na codzienne modły i uczęszczanie do kościoła. Nie bez powodu.
Pani Emilia zawsze miała pod górkę. Śmierć męża, praca na dwóch etatach, w sklepie i w domu, wychowywanie dzieci i codzienne z tym związane kłopoty. I choć stale modliła się do Boga o to, by choć trochę ulżył jej w pracy i w kłopotach, nie została wysłuchana. Mało tego, dwa lata temu przybył jej kolejny problem. Opieka nad matką, sparaliżowaną po udarze.
Kobieta potrzebowałaby jeszcze co najmniej dwóch par rąk i doby, która miałaby dwa razy tyle godzin, by móc sobie z tym wszystkim poradzić. Toteż podupadła nieco na zdrowiu, a i ze zmęczenia czasami odpuszczała sobie niedzielną mszę w kościele.
Zauważył to miejscowy proboszcz i podczas kolędy od razu jej wygarnął:
- Coś to ostatnio coraz mniej widuję panią w kościele – powiedział uszczypliwie, choć dobrze znał, a przynajmniej powinien, jej życiową sytuację.
A potem dodał:
- Proszę pamiętać o tym, że „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”!
Po czym schował do kieszeni kopertę z datkiem na potrzeby parafii i nie zabawiając długo, opuścił mieszkanie pani Emilii.
Kobieta nie zdążyła się nawet wytłumaczyć, uroniła za to sporo łez. Bo jak miało się owo powiedzenie do tego, czego doświadczała, poświęcając całe przykładne życie Bogu i swojej rodzinie? Nijak.

Niedaleko wdowy, pani Emilii, mieszka siedemdziesięcioletni mężczyzna, nazwijmy go panem Zygmuntem. Niestety, nie cieszy się dobrą opinią wśród mieszkańców.
Dwukrotny rozwodnik, z czwórką dzieci na koncie, na których nigdy nie łożył pieniędzy, leń, pijak i awanturnik. Tak w wielkim skrócie można by opisać pana Zygmunta. Od kilkunastu lat nie zhańbił się jakąkolwiek pracą. Z tego też powodu nie otrzymał emerytury.
Za to otrzymuje comiesięczną zapomogę z MOPS-u, dodatek na utrzymanie (czynsz) małego mieszkania, bo taki należy się osobom samotnym i w kryzysie. Jakby tego było mało, jako że jest już schorowany, trzy razy w tygodniu przychodzi do niego pani z MOPS-u, żeby mu coś ugotować, wyprać, wyprasować i posprzątać mieszkanie. Kiedy nie ma pani „opiekunki”, stołuje się w punkcie pomocy bezdomnym. Ubrania z reguły też otrzymuje z opieki społecznej.
 Pan Zygmunt, a jakże (!) z tego stanu rzeczy jest bardzo zadowolony. Często śmieje się w twarz innym ludziom, najczęściej tym, którym też doskwiera kryzys finansowy, albo inne problemy. Szydzi z nich, najczęściej mawiając, że „on to ma dobrze, bo Bóg ma go w swojej opiece”. Zapominając przy tym, że to nie Bóg, a raczej podatnicy mają go w swojej opiece. Choć z tym Bogiem… trochę racji w tym jest. Tyle że trudno pojąć, czym sobie na to zasłużył, gdyż do kościoła nigdy nie chadzał, choć mawia, że jest katolikiem i ma swoje uczucia religijne, które łatwo zranić. Śmiechu warte!

Jak ma się owo popularne powiedzenie do ostatniej przedstawionej sytuacji, chyba nie są w stanie wytłumaczyć nawet najwięksi mędrcy świa
ta.

SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...