sobota, 16 października 2021

U cioci na imieninach, czyli „ale wkoło jest wesoło”.

 

Zdjęcie: Pixabay

Miejsce akcji: Pewna miejscowość na południu Polski. Równie dobrze, każda inna w naszym kraju.

Imieniny, urodziny, chrzciny, rocznica ślubu – każda okazja jest dobra, żeby spotkać się w doborowym towarzystwie i porozmawiać o problemach życia doczesnego. Ale nie tylko tego. Istnieje bowiem jeszcze coś, co podobno znajduje się we Wszechświecie, czytaj, Niebo. W tym Niebie zaś króluje Pan i Władca Tego i kto wie, może jeszcze jakichś innych Wszechświatów, któremu należy się cześć i bezwzględne posłuszeństwo.
Jedni w to wierzą, inni nie.
Osoby, które w to wierzą, chętnie mówią o swoich uczuciach religijnych. Zwłaszcza przy stole podczas osławionych już „imieninach u cioci”. Dlaczego akurat tam toczą się zwykle zażarte dyskusje i boje tych wierzących z niewierzącymi, trudno zgadnąć. Może dlatego, że po tradycyjnie zaserwowanej lampce wina lub kieliszku wódki, „język staje się giętki i powie wszystko, co pomyśli głowa”?

Na jednej z takich uroczystości spotkało się kilkoro znajomych. W tym pani Zdzisia mieszkająca we wspomnianej wcześniej miejscowości. Pani Zdzisia ma to do siebie, że uwielbia wręcz rozprawiać na tematy dotyczące wiary, a konkretnie jej wiary. Przy czym niemal zawsze, każdy, kto cokolwiek powie na ten temat, dobrze czy źle, uraża jej uczucia religijne.
Trudno zgłębić, jakie to konkretnie są uczucia, bowiem pani Zdzisia od lat, bodajże czterdziestu, nie była w kościele. Nawet wirtualnie.
Dokładnie od czasu, kiedy uwiodła pewnego żonatego mężczyznę, który dla niej porzucił młodą żonę i maleńką córeczkę. Zrozpaczona żona przez kilka tygodni przychodziła z maleńką córeczką pod fabrykę, w której pracowała pani Zdzisia. Deszcz czy ziąb nie był dla niej straszny. Płakała i błagała ją, aby nie zabierała dziecku ojca. Niestety, kobieta nie miała litości i ani myślała wysłuchać jej próśb.
Gdzie były wtedy uczucia religijne pani Zdzisławy?
Po tym wszystkim spotkała się z dezaprobatą większości koleżanek i kolegów z pracy, także kierownictwa fabryki. Część z nich odwróciła się od niej, a przydomek „amatorka cudzych mężów” pozostał jej już na zawsze.
Pani Zdzisława obraziła się więc z tego powodu na wszystkich i wszystko dookoła, także na Boga. Nadal jednak pamięta, że ma uczucia religijne i gdy tylko ktokolwiek próbuje w towarzystwie mówić coś na temat kościoła, księży, czy ogólnie wiary, oburza się sromotnie. Potrafi wtedy być bardzo niemiła.

O swoich uczuciach religijnych chętnie opowiada także pan Wojciech, niedaleki sąsiad pani Zdzisi. Pan Wojciech w zasadzie ma dwie twarze. Dusza towarzystwa i domowy oprawca. Tak w wielkim skrócie można by go opisać. Kto pana Wojciecha nie zna bliżej, nie ma pojęcia, że w mężczyźnie drzemią dwa żywioły. W osobie pana Wojciecha „amatorka cudzych mężów” znajduje zawsze poplecznika, gdy w szerszym gronie mowa jest o kościele. Nikt nie ma prawa wspomnieć o pedofilii w kościele, rozpasanym klerze, który daje zły przykład wiernym, czy choćby źle prowadzonej nauce religii w szkołach. W takich chwilach gospodarze najczęściej, trochę dla żartu, chowają wszystkie noże leżące na stole. Bo, a któż to wie, a nuż zechciałby ich użyć? Tyle w nim złości i nienawiści do przeciwnika/ów w dyskusji. Każdą uwagę na temat kościoła traktuje jako osobistą zniewagę i obrazę uczuć religijnych.
Dziwne to o tyle, bo całkiem zapomina o swoich uczuciach religijnych w domu. Żona pana Wojciecha niejeden raz zmuszona była tułać się po rodzinie wraz z nieletnimi dziećmi. Swoim despotycznym zachowaniem i brakiem szacunku do najbliższej rodziny swego czasu niemal nie doprowadził do rodzinnej tragedii. Najstarsza córka chciała popełnić samobójstwo. Żonę zaś często można widywać z sińcami pod oczami.
Czy w takich sytuacjach pan Wojciech może mówić o jakichkolwiek uczuciach religijnych? A co dopiero o obrazie tychże uczuć?

U cioci na imieninach często pojawia się też pani Irena. Od kilku lat emerytka i od zawsze wzorowa katoliczka. Tak by się przynajmniej wydawało. Kobieta chyba nigdy nie opuściła żadnej mszy, także w tygodniu. Nawet, gdy idzie po pieczywo do pobliskiego sklepu, w rękach trzyma różaniec i głośno się modli. No cóż, można i tak. Jej wybór, jej sprawa.
Pani Irena zawsze i wszędzie gotowa jest stanąć w obronie swojej wiary. I nawet, gdy na jej oczach rozgrywa się jakaś scena, dająca do myślenia, że w konkretnym przypadku w kościele dzieje się źle, wypiera to ze swojej świadomości. Innymi słowy, broni złoczyńcy. Rzekomo w obronie wiary.
Dobra katoliczka? No nie wiem. Może… Tyle że, gdy przyjrzeć się dokładniej pani Irenie, sprawa nie jest już taka oczywista.
Kobieta ma dwóch dorosłych synów. Młodszy syn związał się z partią o nacjonalistycznych poglądach. Wiele lat temu kandydował nawet z jej listy w wyborach samorządowych. Na szczęście nie otrzymał wymaganej liczby głosów. „Hajluje” od ponad dwudziestu lat, a w jego pokoju, podobno, wisi portret przywódcy III Rzeszy. Czy to prawda, nie wiem, ale nie zdziwiłabym się, gdybym go tam zobaczyła.
Smutne jest to, że jego matka, pani Irena, nic z tym nie robi. Syn nie ma rodziny i nikt nie wie, czym tak naprawdę się zajmuje, jak zarabia na życie. Matka trzyma go pod swoim dachem, zapewne utrzymuje i kto wie, czy jeszcze mu nie usługuje. Nie chodzi też do kościoła. I jakoś matce to nie przeszkadza. Przeszkadza jej za to, i to bardzo, gdy ktoś nieprzychylnie wyraża się o księżach, czy samej wierze katolickiej. A już, broń Boże, u cioci na imieninach. Gotowa wtedy rzucić się na delikwenta i wydrapać mu oczy. Ciśnienie krwi pani Ireny rośnie wtedy do niebotycznych rozmiarów. Widać to po jej czerwonej ze złości twarzy. Współbiesiadnicy nieraz próbują ją uspokoić w obawie, iż może skończyć się to zawałem, albo wylewem krwi do mózgu.
Skąd w niej tyle zaciętości? Pani Irena swoje zachowanie tłumaczy obroną wiary i swoich uczuć religijnych.
Doprawdy? A jak ma się to do „hajlującego” syna? Dlaczego nie każe mu się wynieść z domu i prowadzić normalne życie?

W tymże doborowym towarzystwie nie brakuje też pewnego pana o imieniu Bogusław. Pan ów nienawidzi swojego imienia ze względu na jego pierwszy człon i każe nazywać się Bogdanem. Pan Bogusław jest w kontrze do pani Zdzisławy, Ireny i Wojciecha. Nie to, żeby był osobą niewierzącą. Owszem jest, ale nienawidzi kleru.
Jego uraz do nich bierze się jeszcze z dzieciństwa. Zdarzało się w przeszłości, że na lekcjach religii mały Boguś, a potem nastoletni Bogusław, kilka razy został spoliczkowany przez księdza. Mężczyzna twierdzi, że niesłusznie, bo niczego złego nie zrobił. Jak było naprawdę, tego się nie dowiemy. Bogusław poskarżył się matce, ale matka zamiast go wysłuchać, wymierzyła mu karę… spoliczkowała go. W jej odczuciu bowiem ksiądz to osoba święta. Prawie jak Bóg! I nawet jej własny syn nie ma prawa mu się przeciwstawić… Należało wręcz nadstawić drugi policzek.
Fanatyczna natura matki zaowocowała pewnymi konsekwencjami w życiu jej syna. Trudno więc się dziwić, że pan Bogusław znienawidził kler, a potem także samą wiarę przez nich głoszoną. Ostatnie zaś doniesienia w TV i w Internecie na temat złego prowadzenia się księży stały się jego przysłowiową wodą na młyn. Zwłaszcza na przyjęciach u krewnych i znajomych, na których wytacza wtedy najcięższe działa. O księżach wyraża się nagannie, nazywając ich pasibrzuchami, zapominając przy tym, że sam wyglądem przypomina zawodnika sumo, i zarzuca im różnego rodzaju oszustwa i malwersacje.
Nawiasem mówiąc, śledząc poczynania niektórych duchownych, trudno się z tym nie zgodzić.

Przy takiej mieszance poglądów i urażonych „uczuć religijnych” nie trudno o awanturę, nad którą potem gospodarze nie są w stanie zapanować. Towarzystwo jest podzielone, rozmowy bardzo głośne, naszpikowane wzajemną nienawiścią.
Przykre to wszystko. I hipokryzja, i ataki jednych na drugich.

 A tak chciałoby się zaśpiewać „Ale w koło jest wesoło”. Bo to przecież imieniny! Urodziny! Chrzciny! Ma być radośnie i miło.
Niestety nie jest. Jest za to awanturniczo, czasem groteskowo… A wszystko przez uczucia religijne lub ich brak, na które zwykliśmy się ostatnio stale powoływać.
Dlaczego wszystkich tak to nakręca? Przecież jest tyle innych tematów do rozmów przy biesiadnym stole.

wtorek, 14 września 2021

Jesienne odczucia, czyli co nam w duszy gra.

 

Zdjęcie: Pixabay

Miejsce akcji: niewielka wioska na Podbeskidziu.
Czas akcji: jesień.

Swój dom ma tu pewien mężczyzna, nazwijmy go, Janem. Pan Jan ma duszę artysty i nie bez powodu kilkanaście lat temu kupił tu starą chatę. Nie było na nią chętnych, bo jak się można domyślić, jej remont dla potencjalnego nabywcy był nieopłacalny. Ale nie dla pana Jana, który czegokolwiek by nie dotknął, przemieniał w istne dzieło sztuki. Tak było i z ową chatą. Jej kiepski stan rekompensował widok rozprzestrzeniający się z okien i obejścia, wprost na okoliczne pagórki. Pagórki od zawsze porastał las, gdzieniegdzie odsłaniający małe polanki. O każdej porze roku widok przepiękny, zwłaszcza jesienią.
Stary kawaler, czy jak kto woli, singiel z wyboru, w wieku około pięćdziesiąt plus, pracuje w fabryce mebli. Po pracy zaś siada przed swoją chatą i tworzy. Głównie maluje obrazy, ale także pisze teksty piosenek i wiersze. Ma na to czasu aż w nadmiarze, a urzekające widoki sprawiają, że nigdy nie traci weny. Jesienny pejzaż mieniący się paletą barw wprawia go w zachwyt i dobry nastrój. Pan Jan nie wie, co to chandra, albo jesienna depresja. I trudno się dziwić. Jego świat jest kolorowy, wręcz baśniowy. Codziennie jednak rano musi się z nim pożegnać na parę godzin, by udać się do pracy. Ale wraca…

W tej samej miejscowości mieszka kobieta, nazwijmy ją panią Władzią. Niemal jego równolatka i zarazem koleżanka z pracy, mężatka i matka trójki dorastających dzieci. Pani Władzia mieszka w centrum wsi, gdzie domy stoją w niedalekiej odległości od siebie i często zasłaniają krajobraz ich mieszkańcom. Kobieta ma jednak to szczęście, że widok z jej okien wychodzi na ogród sąsiada, a właściwie na niewielki sad. Wiosną pełen kwitnących jabłoni i wiśni, jesienią zaś nie brak w nim różnokolorowych jabłek, na widok których aż ślinka cieknie. Chciałoby się je schrupać, i to nawet jeszcze przed poranną, aromatyczną czarną kawą. Jesienny sad oraz tu i ówdzie kilka kwitnących hortensji bukietowych budzi niemal co rano panią Władzię, która z ciężkim sercem musi jednak go opuścić, aby podobnie jak pan Jan udać się do fabryki.
Kobiecie stale marzy się, aby poza sadem nacieszyć się także kolorami jesieni rozpościerającymi się gdzie indziej. Nawet w deszczowe dni. Niestety, z jej okien nie jest to możliwe. Po drodze do i z pracy, którą codziennie pokonuje, też niespecjalnie, gdyż musi patrzyć na jezdnię i pobocza. Ubolewa więc, że nie mieszka w atrakcyjniejszej okolicy, skąd miałaby lepsze widoki.

Na drugim krańcu wsi mieszka trzydziestoparoletni mężczyzna. Powiedzmy, że ma na imię Wojciech. Pan Wojciech dwa lata temu uległ wypadkowi, jadąc na motorze. Od tamtej pory jeździ na wózku inwalidzkim. I choć rodzina przystosowała dom tak, by mógł bez przeszkód z niego wyjeżdżać na zewnątrz, pan Wojciech rzadko go opuszcza. Powód? Dom pobudowano w niewielkiej dolinie, otoczonej zewnątrz pastwiskami i prywatnym, małym stawikiem. Stąd pan Wojciech wszędzie ma pod górkę. W przenośni i w dosłownym tego słowa znaczeniu. A to ponad jego siły. Trudno się dziwić, że jesień go nie zachwyca, a raczej martwi. Zwłaszcza gdy nastają chłodniejsze i deszczowe dni. Przeklina wtedy, (zresztą nie tylko wtedy) swój los i całą okolicę, w której został uwięziony. Czasem pokrzykuje, że widać stąd tylko do nieba. Na łąkach nic się nie dzieje, a staw przed jego oczami odgrodzony jest paroma krzakami. Mimo to stale patrzy na owe łąki i krzaki. Bez entuzjazmu. Inie zauważa, jak zmieniają się pory roku. Chyba że nadejdzie zima…
W podobnej sytuacji są inni chorzy ludzie, którzy nie mogą opuścić swoich łóżek.

Jesień jak widać nie dla każdego ma to samo oblicze.
Czasem słyszy się, że najważniejsze jest nie to, co wokół nas, ale to, co w duszy i sercu człowieka. Czy jednak zawsze? Bo przecież to, co właśnie jest wokół nas sprawia, że jesteśmy radośni, albo smutni, pełni życia, albo zawiedzeni.
Nie zawsze jednak mamy wybór…
Nie zawsze możemy cieszyć się piękną jesienią, choć tak bardzo by się chciało…

środa, 16 czerwca 2021

Hobby, czyli każdy ma jakiegoś bzika

 

Zdjęcie: Pixabay

Miejsce akcji: gdzieś w południowej Polsce. Małe miasteczko, jakich wiele w naszym kraju.

Mieszka tu pani Pola, kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat. Miła, życzliwa, sympatyczna osoba. Na co dzień zajmuje się krawiectwem. Ma swoją niewielką firmę, w której powstają głównie sukienki, spódnice i bluzki, które potem sprzedawane są do butików. Ale od czasu do czasu szyje też jakieś drobiazgi. Na przykład przeciwcovidowe maseczki na twarz, kuchenne fartuszki, letnie czapki na plażę i wiele podobnych rzeczy.
Pani Pola ma konto na Facebooku, na którym często prezentuje swoje wyroby. Ile i czy w ogóle za pośrednictwem Facebooka udaje jej się coś sprzedać, trudno powiedzieć. Ktoś jednak chyba jej pozazdrościł. A może miał inne powody, żeby nie lubić kobiety, gdyż prawdopodobnie, tak podejrzewa sama pani Pola, zgłosił to do administratora owego portalu Kto wie, czy nie zasugerował, że jest to reklama firmy krawieckiej, za którą kobieta nie uiściła odpowiedniej kwoty na rzecz właściciela portalu, choć powód mógł też być zgoła inny. Efekt tego był taki, że jej konto zostało zawieszone. Nie wiadomo na jak długo. Zmartwiło ją to, podobnie zresztą jak jej wiernych znajomych, śledzących od lat jej fotki i wiadomości.

W tej samej miejscowości mieszka pani Sabina, niemal jej równolatka. Pracuje w przedszkolu i samotnie wychowuje kilkunastoletniego syna. Kobieta także posiada konto na Facebooku. Co więcej, interesuje się modą i ogólnie kobiecym wyglądem. Prócz tego uwielbia brać udział w różnego rodzaju konkursach, w których przede wszystkim można wygrać coś, co kobiety lubią najbardziej. Czyli ciuszki, kosmetyki, buty, biżuterię.
Pani Sabina ma to do siebie, że wiadomościami o konkursach, a także licznymi w nich wygranymi dzieli się ze swoimi znajomymi na Facebooku. Tym sposobem na jej stronie aż roi się od zdjęć sukienek, butów, biżuterii, itp. Czasem jest tego tak dużo, że innym użytkownikom i zarazem znajomym kobiety trudno jest się przedrzeć przez lawinę zdjęć, żeby móc dotrzeć także do wiadomości od innych osób. Bywało że ten i ów zwracał jej na to uwagę w komentarzach na stronie. Niestety, kończyło się to wyrzuceniem delikwenta z kręgu znajomych. Skądinąd wiem, że wiele osób zablokowało panią Sabinę, by nie zaśmiecać sobie Facebooka. Ktoś kiedyś napisał jej pod jednym z postów, że jest uzależniona od konkursów… Oj, to dopiero się działo! W Realu pani Sabina potrafiła odwdzięczyć mu się, głównie wulgaryzmami.
Kobieta wścieka się niekiedy, bo jej konto na Facebooku często jest blokowane przez administratora. Jak można się domyślić, za sprawą zgłoszenia przez kogoś „życzliwego”, który uzna jej publikowanie niezliczonych fotek z ciuchami za rozsyłanie spamu. Takie bowiem komentarze pojawiały się w przeszłości na jej stronie, i prośby w stylu: „nie rozsyłaj spamu”. Ale nie reagowała.
Gdy kobieta na jakiś czas ma zablokowane konto, w przenośni i dosłownie, jest na głodzie. Dalej co prawda może uczestniczyć w konkursach na innych stronach w Internecie, ale nie może już pochwalić się koleżankom swoimi wygranymi.

Niedaleko owej pani mieszka pan Zdzisław. Mężczyzna jest emerytem. Dawniej zajmował się ogrodnictwem, głównie uprawą kwiatów. Miłość do kwiatów nie przeminęła u niego wraz z wiekiem. I choć sam już nie ma siły, by dalej zajmować się ich uprawą, podziwia je nadal w Internecie.
Dorosłe dzieci założyły mu konto na Facebooku i teraz tam dzieli się zdjęciami przeróżnych i zarazem pięknych, kwietnych okazów. I trochę przypomina w tym panią Sabinę. A mianowicie umieszcza ich tak potwornie dużo, że wśród nich giną wszystkie inne wiadomości, pozostawiane tam przez innych znajomych.
Pan Zdzisław także narzeka, że co jakiś czas jego konto jest blokowane przez administratora strony. Nie zdaje jednak sobie sprawy, albo nie przyjmuje do wiadomości, że dla innych użytkowników portalu bywa kłopotliwy. I tu leży źródło jego problemów z Facebookiem. Co prawda znajomi zawsze mogą go zablokować i po sprawie, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Skoro chcemy mieć kogoś wśród grona swoich znajomych, to znaczy, że chcemy wiedzieć, co u niego słychać. Po co nam jakieś zablokowane „martwe dusze”, albo „cisi obserwatorzy”, którzy nie dzielą się z nikim wiadomościami, za to chętnie podglądają innych?
Wszyscy mamy jakiegoś bzika na punkcie czegoś lub kogoś. Czasem trudno nad tym zapanować, no i trochę przeginamy. Może warto się nad tym zastanowić. Nie chcemy przecież narażać się na blokady na forach społecznościowych i.
tracić kontaktu ze znajomymi.

wtorek, 25 maja 2021

Człowiek z duszą, czyli gdzie znaleźć prawdziwego człowieka.

 

Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: Nieduże podbeskidzkie miasteczko, słynące głównie z atrakcji turystycznych. Biegnie przez nie jedna, zarazem główna ulica. Od niej z kolei rozciąga się pajęczyna drobnych, krótkich  uliczek. Stoją na nich głównie pensjonaty i jednorodzinne domki.

Na jednej z takich uliczek mieszka pan Waldemar. Przeciętny Polak, z równie przeciętną pensją z niezbyt wygórowanymi potrzebami egzystencjalnymi. Jest jednak coś, co wyróżnia pana Waldemara z tłumu przeciętniaków. Otóż mężczyzna z niezwykłą zaciętością obserwuje ludzi i dzieli ich na dwie kategorie: dobrych i złych. To jeszcze nic złego. Tyle że pan Waldemar dokonuje tego, kierując się jedynie własnym osądem na podstawie… pierwszego wrażenia!
- Przecież widzę, że to musi być z gruntu zły człowiek – mówi, widząc daną osobę pierwszy raz w życiu.
Potem zwykle dodaje coś w tym stylu:
- Ubrany jest w ciuchy z górnej półki, bryka sporo warta. To musi być złodziej albo jakiś inny przestępca – wyrokuje, często nie poznawszy nawet jego nazwiska.
Co gorsza, pan Waldemar od razu skreśla takiego człowieka, tłumacząc, że z takimi ludźmi nie będzie utrzymywał kontaktu.
No cóż, jego wybór. Tak samo postępuje z ludźmi, którzy nie spodobali mu się z innego względu. Kiedyś usłyszałam z jego ust takie, bulwersujące słowa:
- To wredna małpa – tak mówił o swojej sąsiadce. – Stale sadzi przed swoim domem łubiny! A ja ich nie cierpię! Wyglądam przez okno i co widzę? Łubiny! Proszę mi wierzyć, to niedobra kobieta jest!
Zapytany o to, czy to jedyne jej przewinienie, odparł, że tak. Ale pani Krysia z gruntu zaliczona została do złych osób, z którymi w żadnym wypadku pan Waldemar nie będzie utrzymywał kontaktu. Hm…
Ciekawiło mnie, jak to jest w drugim przypadku, czyli czym ujmują mężczyznę ludzie tak zwani „dobrzy”.
- Na przykład taki Jacek od Maślanków, wczoraj zabrał mi zakupy na swój rower i odwiózł do domu – opowiadał. – To dobrzy ludzie.
Okazało się jednak, że mężczyzna bardzo słabo zna ową rodzinę, bo mieszka tu od niedawna. Rzec można, wcale jej nie zna. Ale jeden dobry gest ze strony ich syna zawyrokował o tym, że postrzega ich jako ludzi dobrych.
Pan Waldemar nie wie, że ojciec chłopaka znęca się fizycznie nad jego matką. Nie ma pojęcia, że to już jego trzecia żona, a sam Jacek zaś to notoryczny złodziejaszek.
- O! Pan Janek! Ten, co mieszka dwa domy dalej – mówił pan Waldemar, służąc kolejnym przykładem. – Kiedyś pożyczył mi pompkę do roweru, bo moja się zepsuła. Zapomniałem mu oddać. Minął już rok, a on się o nią nie upomniał. To dobry człowiek. Wie, że nam się nie przelewa, więc co się będzie upominał…
Podobne przykłady nasz bohater mógłby sypać jak z rękawa. Kryteria, jakimi posługuje się mężczyzna w dzieleniu ludzi na dobrych i złych są, przynajmniej przez mnie, niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć, żenujące.

Kilka przecznic dalej mieszka pani Ilona, gospodyni domowa. Kobieta jest w średnim wieku. Wychowuje trójkę dorastających dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, za to bardzo udzielała się w różnych organizacjach i kołach zainteresowań. To się chwali, choć może nie do końca…
Mąż i znajomi mają jej za złe, że to jej udzielanie się w przeróżnych organizacjach ma zasadniczą wadę. Pani Ilona poznaje w ten sposób mnóstwo ludzi i ich życiowe historie. Tyle że chętnie dzieli się nimi z innymi znajomymi. Przylgnęła do niej opinia plotkary, przed którą na wszelkie sposoby próbuje się odżegnywać.
- Chcę tylko ludziom pomóc – tłumaczy zwykle. A potem dodaje: - Żeby im pomóc, muszę wiedzieć, z czym się w życiu zmagają.
Coś w tym niewątpliwie jest. Niestety, pani Ilona, być może nieświadomie, pełni też rolę poniekąd od zawsze należącą do mediów. Nadaje rozgłos sprawie. Nie każdy jednak sobie tego życzy, zwłaszcza że prywatna opinia pani Ilony na temat danej osoby niejako z góry ją szufladkuje. I trochę działa to zgodnie z przysłowiem: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Wiele bowiem osób popada przez to w jeszcze większe kłopoty. Są bowiem oceniani, dzieleni i mówiąc kolokwialnie, ustawiani po kątach.

Przy tej samej ulicy, co nasza bohaterka mieszka starsza pani, emerytka. Dawniej pracowała w fabryce włókienniczej, obsługując mechaniczne krosno. Pani Janina wychowała też kilkoro dzieci, a niedawno straciła męża. Mieszka i gospodaruje sama, ale nie stroni od przyjaciół. Ma ich wielu. Jest bowiem osoba bardzo lubianą.
Chyba głównie dlatego, że pani Janina nigdy nikogo nie ocenia, nie krytykuje, ani nadmiernie nie stara rozgrzeszać z wszelkiej maści grzechów i grzeszków swoich słuchaczy. Tak, słuchaczy, bo kobieta każdego zawsze wysłucha. Nie pogrozi palcem, nie napomni, nie daje złotych rad, które w praktyce często nijak mają się do życia. Poza tym traktuje wszystkich równo. Dlatego być może, a nawet na pewno, wśród jej rozlicznych znajomych są zarówno ludzie prości i bardzo przyziemni, jak i różne indywidualności, artyści  oraz biznesmeni, a nawet politycy. Sąsiedzi dziwią się nieraz, że pod jej dom podjeżdża samochód, z którego wysiadają czarnoskórzy ludzie, albo na odmianę osoby w jarmułkach. Wiele razy byli też i tacy, na których nasi rodacy, a przynajmniej wielu z nich, chętnie by napluło, albo co gorsza oblało fekaliami. Kolorowe ptaki z tzw. LGBT.
Ale pani Janina, niezbyt majętna, prosta i słabo wykształcona, ma w sobie to coś, czego wielu nam brakuje. Wyrozumiałość i tolerancję, empatię dla drugiego człowieka. Potrafi kochać drugiego człowieka, bez względu na to kim jest i jaki jest.

I jak widać na przykładzie pani Janiny, nie potrzeba do tego studiów na zagranicznych uczelniach, ani wielkiego majątku. Wystarczy być DOBRYM CZŁOWIEKIEM.
Wszyscy potrzebujemy takich osób. Tylko, gdzie ich znaleźć? Jakaś podpowiedź?

czwartek, 13 maja 2021

Sąsiedzi, czyli każdy kij ma dwa końce.



Miejsce akcji: Nieduża wioska
  w południowej części Polski.
O tym, że „z rodziną najlepiej wychodzi się na fotografii”, przekonał się już niejeden z nas.
Podobnie rzecz ma się w kwestii sąsiadów. Po raz pierwszy „Nie licz na sąsiada, bo zawistny i obgada, i mój Boże, nie pomoże”, usłyszałam kilka lat temu. Nie do końca jestem skłonna podpisać się pod tym powiedzeniem, ale niewątpliwie coś w tym jest. Bywa że czasem są bardzo pomocni. Tyle że trzeba mieć szczęście, żeby na takich trafić. Przynajmniej w ostatnim czasie …

Powszechnie jednak wiadomo, że powiedzenia nie biorą się z niczego.
Najlepiej zobrazuję to na przykładzie zachowania trójki panów, zamieszkujących ową wioskę. Bynajmniej nie są to bohaterowie fikcyjni.
Powiedzmy, że mają na imię: Zbigniew, Daniel i Gabriel.
Wszyscy trzej są w podobnym wieku, pięćdziesiąt plus. I mieszkają po sąsiedzku. Nie ma znaczenia, czym się zajmują. Z racji bliskiego sąsiedztwa czasami zdani są na swoją łaskę i niełaskę. Ta „łaska i niełaska” różne miewa oblicza. Najczęściej jednak wiąże się z pewnymi, nie zawsze pożądanymi konsekwencjami.  Ale po kolei:

Pan Zbigniew mieszka w wiosce od urodzenia, przez co niekiedy wydaje mu się, że na jego grajdołku świat się kończy. I niejako, mniemając, że być może przez zasiedzenie, rości sobie prawo do wszystkiego. Także do okolicznych terenów.
Mniej więcej w połowie jego całkiem sporych rozmiarów działki, a właściwie pola, przebiega wąska, prywatna (wspólna) droga, do której z urzędu mają prawo także pozostali panowie. Obaj, aby dostać się do swoich posesji muszą tamtędy przejeżdżać. Choć sam z niej korzysta, panu Zbigniewowi owa droga od zawsze stoi ością w gardle.
Mężczyzna z natury jest złośliwy i zawistny. Toteż często zdarza mu się robić na złość swoim sąsiadom. Nie sili się przy tym na jakieś wymyślne złośliwości. Jest w siódmym niebie, gdy może na przykład zastawić przejazd sąsiadom swoim zdezelowanym samochodem. Może z zazdrości, że tamci mają lepsze „fury”? Nie mogą wtedy dostać się do swoich domów i zmuszeni są pozostawiać je pod gołym niebem na skraju wiejskiej, zarazem głównej drogi, zamiast w garażu. Najgorzej jest zimą przy mrozie. Bywa że maja kłopoty z ich uruchomieniem , przez co spóźniają się do pracy.
Na pana Zbigniewa nic nie działa. Ani prośby, ani groźby, ani niejednokrotnie wzywana policja. Udaje, że nie ma go w domu. Telefonów też nie odbiera.

Kilkadziesiąt metrów dalej, wzdłuż wspomnianej wspólnej drogi stoi dom pana Daniela. Jakiś czas temu kupił tu stary, powojenny dom do remontu. Żeby w nim zamieszkać, konieczna była pełna modernizacja z doprowadzeniem gazociągu i wodociągu włącznie. Żeby jednak było to możliwe, potrzebował zgody na poprowadzenie ich przez pole pana Zbigniewa. Mężczyzna jednakże nie zgodził się, pozostawiając tym samym swojego nowego sąsiada bez szansy na życie w normalnych warunkach.

Niedaleko działek pana Zbigniewa i pana Daniela mieszka pan Gabriel. Tak się złożyło, że mężczyzna z kolei nie ma możliwości odprowadzenia deszczówki ani fekalii do istniejącej ogólnodostępnej kanalizacji. Rury je odprowadzające musiałaby przebiegać przez tereny obu panów. Oczywiście żaden z nich nie wyraził na to zgody. I tym sposobem pan Gabriel musiał zbudować w swoim ogrodzie wielkie szambo, które zmuszony jest regularnie opróżniać. Niestety płaci za to bajońskie sumy.

W odwecie za to, i trudno mu się dziwić, nie chce pójść na rękę panu Danielowi, który prosił go o wycięcie dwóch potężnej wielkości modrzewi rosnących na jego działce, w pobliżu jego posesji. Przy silnym wietrze drzewa przechylają się niemal wpół i zagrażają domowi pana Daniela. W obawie o uszkodzenie dachu, a co za tym idzie, także o swoje i rodziny życie,  przeżywa niestanne męki. Wietrzne dni są dla nich niczym sceny z najgorszego koszmaru.
Pan Gabriel pozostaje jednak niewzruszony.

To nie jedyny problem sąsiedzkiej nieżyczliwości. Wiosenne roztopy, a także potężna ulewa, która w tym roku przeszła nad tym terenem sprawiły, że nadmiar wody spływał do szamba w ogródku pana Gabriela, które położone było nieco niżej, niż reszta jego działki i działki sąsiada, Daniela. I jak się można domyślić, szambo przebrało, a fekalia z niego wypływające za cel obrały sobie… ogródek warzywny i plac przed domem pana Daniela.

Jakiś czas temu los boleśnie doświadczył pana Zbigniewa. Do jego żony trzeba było wezwać pogotowie. Biedaczka miała udar. Pogotowie przyjechało na czas i pewnie wszystko dobrze by się skończyło, gdyby nie… jego własny, z premedytacją źle zaparkowany samochód. Gdy karetka z żoną pana Zbigniewa w środku, wykonując manewr cofania, a potem próbując wyjechać, tak nieszczęśliwie wbiła się pomiędzy ów samochód a ogrodzenie, że nie była w stanie ruszyć z miejsca. Zanim przyjechała druga, upłynęło sporo czasu. Ucierpiała na tym żona pana Zbigniewa, doznając rozległego paraliżu.

Czy pan Zbigniew wyciągnął z tego jakieś wnioski? Otóż nie. Dalej kombinuje, jakby tu zatruć sąsiadom. Na domiar złego kupił drugi, równie zdezelowany samochód, którym nie jeździ, a jedynie zagraca teren wokół jego domu i tarasuje wspólną drogę.
Pan Gabriel w dalszym ciągu nie zgadza się na przyłącza gazociągu i wodociągu  do domu pana Daniela ani na wycięcie nieszczęsnych modrzewi. Na dodatek sadzi kolejne wysoko rosnące drzewa w pobliżu jego płotu.
Pan Daniel ani myśli pozwolić na przekop przez jego działkę, by sąsiad pan Gabriel mógł wreszcie podłączyć się do ogólnodostępnej kanalizacji. Czeka na kolejną ulewę?

Wszyscy razem utrudniają sobie nawzajem życie jak tylko mogą. I tradycyjnie, każdego dnia wieczorem przed snem padają na kolana i w modlitwie proszą Boga o zdrowie, szczęście, pokój i radość z życia.
Tyle że wszystko to mają w zasięgu ręki, ale nie potrafią należycie z tego korzystać...
Czego zabrakło? Rozumu.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Przyjaciel, anioł bez skrzydeł

 

Miejsce akcji: Podbeskidzie, mała miejscowość. Ale sytuacja zapewne dobrze znana wszystkim rodakom.

Mieszkają tu cztery panie w średnim wieku. O sobie mówią, że są przyjaciółkami. W każdym razie, dotąd były.
Panie są wyedukowane, wszystkie mają wyższe wykształcenie, obeznane ze światem mody i najnowszymi nowinkami technicznymi. Co roku spędzają urlop za granicą. Prowadzą Facebooka i Instagrama. Wydawać by się mogło, że nic im nie brakuje. A jednak!
Katarzyna, Grażyna, Izabela i Hanna, załóżmy, że takie mają imiona, dotąd przypominały przyjaciółki z polsatowskiego filmu pod tym samym tytułem. Kto nie oglądał, wyjaśnię krótko: zawsze razem. Na dobre i na złe. Razem cieszyły się, gdy do którejś z nich los się uśmiechnął. Razem też ruszały ze słowami pocieszenia, gdy ten nie był zbyt łaskawy.
Patrząc na to z boku, można by pozazdrościć takiej przyjaźni. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Tyle że… No właśnie! O te dzisiejsze czasy „rzecz się rozbiła”.

Mamy covid. Sytuacja nie dla wszystkich jest do udźwignięcia. Wystawiła na próbę nawet najtrwalsze przyjaźnie. Tak było i w tym przypadku.

Zachorowało kilkuletnie dziecko Katarzyny. A że nieszczęścia chodzą parami, prawda to ogólnie znana, w tym samym czasie zepsuł się pani Katarzynie samochód. Kobieta samotnie wychowuje dziecko i jej sytuacja finansowa nie jest różowa. Nie stać było jej na naprawę samochodu, tak od ręki. Poprosiła więc swoją przyjaciółkę Grażynę o pomoc. Konkretnie o podwiezienie do przyszpitalnej przychodni.
- Nie mogę cię zawieźć do lekarza. Nie teraz. A jeśli ma covid? Nie mogę pozwolić sobie na to, bym i ja się zaraziła. Mam przecież jeszcze dwójkę dzieci i męża – odmówiła niemal z marszu.
Poradziła jej wziąć taksówkę. Pani Izabella i pani Hanna były podobnego zdania. Wydawać by się mogło, że to logiczne.
Tyle że pani Katarzyna na taki zbytek pozwolić sobie nie mogła. Lekarz do domu też nie chciał przyjechać z wizytą. Ostatecznie zlitował się nad nimi niedaleki sąsiad. Użyczył im swojego samochodu.

Jakiś czas później problem miała pani Izabella, która pracuje w wielkiej korporacji. Podczas pandemii swoje służbowe obowiązki wykonuje zdalnie i z tego powodu niemal nie odchodzi od komputera. Komputer jak komputer, rzecz martwa, która przecież ma prawo się zepsuć. I tak się stało. Ponieważ naprawą komputerów zawodowo zajmuje się mąż pani Hanny, poprosiła ją o pomoc.
- No coś ty! – Zdziwiła się pani Hanna odebrawszy telefon od przyjaciółki. – Teraz nikt po domach nie chodzi! Zawieź go do punktu napraw – zasugerowała, wydawało by się, że całkiem słusznie.
Tyle że nie było to możliwe.
- Ale jak to? Przecież wszystko pozamykane. Już tam dzwoniłam. Ba, żeby tylko do jednego punktu… - odparła zmartwiona pani Izabela.
Na szczęście kolega z pracy postanowił kurierem przesłać jej swój laptop, by nie musiała przerywać pracy. Miał bowiem jeszcze komputer stacjonarny. Zanim jednak pojawił się u niej kurier z laptopem kolegi, minęły dwa dni. Pani Hanna, choć także posiadała dwa komputery, jakoś niechętnie podeszła do tego tematu. Pozostałe przyjaciółki też nie wykazały się żadną inicjatywą.

Wszystkie panie, choć nie mogły się odwiedzać, nadal miały ze sobą kontakt telefoniczny i internetowy. Że to nie zastąpi dawnej zażyłości, a co gorsza, znacznie rozluźni łączącą ich dotąd więź, miały przekonać się w niedługim czasie.

Pani Grażyna z czasem straciła pracę. Była menedżerką w jednym z dużych hoteli w pobliskim mieście. Gdy restrykcje związane z pandemią przybrały na sile, hotel został zamknięty. Tym samym pani Grażyna została wysłana na przymusowy, niestety, bezpłatny urlop.  Firma jej męża także miała problemy, przez co pracownikom znacząco obniżono pensję. Małżeństwo zaczynało popadać w długi. Poprosiła więc o pożyczkę swoją przyjaciółkę panią Izabelę. Spotkała się jednak z odmową.
- Przykro mi. To niemożliwe. Niedawno o to samo poprosiła mnie siostra – usłyszała od pani Izabeli.
Potem tłumaczyła jeszcze przez chwilę, że musi mieć jakieś pieniądze dla siebie na czarną godzinę, a że czasy teraz ciężkie, więc nie może się wszystkiego pozbywać.
Wydawało by się, że to przecież logiczne.
Tyle że pani Grażyna zachodziła o głowę, bo powoli zaczynało im już brakować na chleb, a sytuacja z covidem wciąż się pogarszała. Od innych osób, do których zwracała się z prośbą, słyszała podobne teksty, jak od swojej przyjaciółki.
Na szczęście znalazł się ktoś, kto wyciągnął do niej pomocną dłoń. Była nią daleka kuzynka męża.

W końcu przyszedł czas i na panią Hannę. Nie wiedzieć gdzie i kiedy zaraziła się covidem. Zachorował także jej mąż. Oboje z tego powodu znaleźli się w szpitalu. Pani Hanna, najstarsza z kobiet, nie posiadała dzieci ani bliższej rodziny. Wychowała się bowiem w domu dziecka, a jej mąż był z pochodzenia Belgiem i cała jego rodzina właśnie tam mieszkała. Pozbawiona więc bliższej i dalszej rodziny, zdana była tylko na przyjaciół. Ale przyjaciele w takiej sytuacji jakoś wcale nie palili się do pomocy.
Było to zrozumiałe, choć bardzo przykre.
- Może pojechałabyś do mnie do domu i przywiozła nam parę potrzebnych rzeczy? W pośpiechu, gdy zabierała nas karetka, o pewnych rzeczach zapomniałam – spytała przyjaciółki Katarzyny, informując, że wszystko przygotuje sąsiadka.
Jednakże, jako że to kobieta w starszym wieku, nie jest w stanie dowieźć tego do szpitala. Pani Katarzyna jednak nie była chętna. W pamięci wciąż miała swoją trudną sytuację z chorym dzieckiem. Wtedy też po kolei każdy jej odmawiał. Bardziej ze strachu przed wirusem, czy może z braku życzliwości, trudno jednoznacznie ocenić. Poza tym jej samochód nadal stał zepsuty w garażu.
- A nie mogłabyś przyjechać autobusem? – niemal błagała pani Hanna.
- Autobusem?! Tam dopiero można się zarazić! – Dawna przyjaciółka nie zamierzała ulec jej prośbom.
Rozmowy z pozostałymi przyjaciółkami także spełzły na niczym. Ostatecznie ubłagała jedną z pracujących w szpitalu pielęgniarek, która zgodziła się po pracy pojechać do jej domu. Tyle że nie z dobrego serca, a raczej zachęcona pewna sumą gotówki. Dobre i to.

Pani Hanna w wyniku ciężkiego przebiegu choroby męża niebawem go straciła. Sama nie bez szwanku, ale na szczęście wyszła z choroby.
Przyjaciółki przysłały jej mailem kondolencje. Musiały wystarczyć, bo słowa pocieszenia w takiej sytuacji zwykle nic nie wnoszą. Dyżurne „Wszystko się ułoży. Dasz sobie radę. Jesteś silna” nie zastąpią realnej pomocy przyjaciół. Nie po to bowiem wchodzimy w przyjacielskie relacje, często pielęgnowane latami, by potem nie móc z nich korzystać w potrzebie.

Trudne czasy się zdarzają. Takie czy inne, ale niemal zawsze wystawiają naszych bliskich i nasze przyjaźnie na próbę. Właśnie jesteśmy w trakcie przechodzenia bardzo ważnego testu w naszym życiu. Oby nikt z nas nie musiał powiedzieć: „Nie warto było”. Kogoś pokochać, z kimś się zaprzyjaźnić, komuś pomagać…
Obyśmy nie musieli liczyć jedynie na serca obcych ludzi, tak jak w tych przypadkach.

sobota, 10 kwietnia 2021

Mowa ojczysta, czyli co z niej niebawem zostanie.


Miejsce akcji: Mała miejscowość na południu Polski.
Mieszka tu pewna pani, nazwijmy ją panią Wiktorią. Jest emerytowaną nauczycielką języka polskiego. Pani Wiktoria, zarówno z racji swojego zawodu, jak i z wewnętrznego przekonania, zawsze bardzo dbała i nadal dba o poprawne wysławianie się. Język polski był dla niej niemal świętością i strasznie irytowała się, gdy kaleczyli go jej dawni uczniowie i znajomi. Podobnie rzecz miała się względem swoich dwóch córek. Niestety, gdy córki dorosły i założyły swoje rodziny wyprowadziły się z kraju. Wyjechały do Anglii i raczej nie noszą się z zamiarem powrotu do Polski. Urodzone tam wnuczęta słabo znają język polski. Rzec by można, że wcale. Toteż pani Wiktoria ciężko przeżywa fakt, że jej nauka poszła na marne. Chodzi oczywiście o wpajanie czystej polszczyzny córkom. Często żali się z tego powodu sąsiadowi, panu Stanisławowi.- Nie mogę już ścierpieć tego angielskiego! – narzeka czasem stając przy płocie dzielącym ich domostwa. – Nie dość, że przez telefon wnuczęta stale zagadują do mnie po angielsku, to jeszcze do naszego rodzimego języka wkradło się tyle angielskich słów, iż niedługo ten nasz język to będzie „półpolski, półangielski”.
Pan Stanisław zwykle przytakuje sąsiadce, bo i jemu nie podoba się, że tak się dzieje.
- Mogę ścierpieć, że po zakupy muszę chodzić do marketu, przyzwyczaiłem się już, ale po co tyle angielskich słówek w mediach? Czyżbyśmy nie mieli polskich odpowiedników? Nasz język staje się przez to dla niektórych osób po prostu niezrozumiały – utyskuje pan Stanisław.
Trudno się z nim nie zgodzić. Część Polaków, głównie starsze pokolenie, ale także i to młodsze, gorzej wykształcone, nie zna języka angielskiego. Dla nich rzeczywiście może być to frustrujące.

Sąsiad pani Wiktorii, pan Stanisław, 65-letni wdowiec jest z kolei zapalonym regionalistą. Bynajmniej nie z zawodu, z zamiłowania. Na co dzień posługuje się tutejszą gwarą, którą zresztą opanował do perfekcji. Jest członkiem muzycznego zespołu regionalnego, a także bierze udział w różnych konkursach gwarowych. Ponadto skrupulatnie spisuje każde słowo używane w przeszłości przez jego pradziadów. Jak mawia, robi to dla potomnych. By przyszłe pokolenia miały świadomość tego, skąd się wywodzą i jak dawniej mawiali ich przodkowie. Pasja i przesłanie pana Stanisława rzadko jednak spotyka się ze zrozumieniem. Owszem, są osoby, wśród których wzbudza podziw. Jednakże najczęściej jest wyśmiewany. Co gorsza, pan Stanisław ma syna, który także zdecydował się wyemigrować… do Stanów Zjednoczonych. Jeszcze nie założył rodziny, ale zarzeka się, że do kraju nie wróci. Komunikując się przez Whatsappa namawia ojca, aby ten zaczął uczyć się języka angielskiego.
- Ucz się, tatku, bo jak znajdę sobie żonę i obdarzymy cię wnukami, to się z nimi nie dogadasz! – przestrzega syn Marcin.
Pan Stanisław jednak zwykle odpowiada w ten sam sposób.
- Ani myślę! Nie po to pielęgnuję naszą gwarę, żeby z niej nie korzystać. To ty powinieneś ich nauczyć naszego języka! – burzy się.
Nie pomaga też tłumaczenie, że przecież jest już w wieku, w którym nauka obcych języków ciężko wchodzi do głowy.
Marcin próbuje uświadomić mu coś jeszcze. Mianowicie to, że przyszłe pokolenia na pewno nie będą mówiły językiem, który on tak pielęgnuje, więc wkrótce gwara stanie się językiem martwym. Przy okazji dodaje, że w ostatnim czasie w naszym rodzimym języku pojawiło się tak wiele neologizmów, że niebawem język polski nie będzie przypominał zbytnio tego, którym się teraz posługujemy.
- Nie widzisz tego, tatku, że nowe słowa wypierają stare? – pyta syn.
Pan Stanisław, a jakże, doskonale to widzi, a raczej słyszy. Wielu słów nie rozumie, ale mimo to nadal ma świadomość, że to wciąż jeszcze język polski. Zmieniony, pokaleczony, ale nasz, polski.
- Czy pamiętasz, tatku, „Bogurodzicę”? – spytał któregoś dnia Marcin. – Czy ktoś dzisiaj mówi takim językiem? Przez wieki podobno tak bardzo go szanowano. I co z niego zostało? Tylko zapiski kronikarza.
Ojciec Marcina jest bardzo zdegustowany słowami syna. Trudno mu się pogodzić z faktem, że w pewnym sensie i on jest takim kronikarzem. Najbardziej jednak z tym, że anglojęzyczne słowa wypierają te polskie. A co będzie za parę lat, gdy na przykład okaże się, że Polacy, którzy wyjechali za pracą na wyspy i do innych krajów, zechcą do Polski wrócić? Czy na ulicy usłyszymy częściej język polski, czy raczej angielski?

Tego problemu nie ma małżeństwo warszawiaków, którzy niedawno kupili dom niedaleko pana Stanisława. Wyremontowali go i teraz cieszą się spokojem i pięknem okolicznych terenów. Małżeństwo emerytów, powiedzmy że mają na imię Aurelia i Konrad, czasem zjawia się na różnych spotkaniach organizowanych przez społeczników tejże miejscowości. Jak mawiają, chcą poznać historię i kulturę regionu, ale głównie zintegrować się z mieszkańcami. Tyle że po swojemu. Swój warszawski dialekt i co za tym idzie, pewne zachowania, prezentują bowiem przy każdej okazji.
Nie wszystkim się to podoba. Głównie dlatego, że demonstrują swoją wyższość. Są chyba święcie przekonani, że wszyscy i wszystko winno być podporządkowane stolicy. Także mowa, a może zwłaszcza mowa. Ich przekomarzania w tym temacie bywają bardzo frustrujące. Próbują na przykład wmówić mieszkańcom, że popularne ogórki kiszone to ogórczasy. Osławione kwiatki zwane niemal w całej Polsce margaretkami (od imienia Margaret) to margerytki, albo mergerytki. Wychodzi się zaś nie na zewnątrz albo na pole, tylko na dwór, a dzieci bawią się na dworzu! Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że ich gwara, czy raczej dialekt ma decydować o tym, jak powinni mówić Polacy. A niby czemu! Poza tym w tą swoją mowę wtrącają angielskie słowa, co jak się łatwo domyślić, ma za zadanie podnieść ich rangę wyższości.
Nikt i nic nie jest w stanie przekonać ich, że decydując się na wyprowadzkę z Warszawy wcale nie muszą rezygnować ze swoich dialektycznych nawyków, ale też nie powinni narzucać ich innym. I pochylić się nad przysłowiem „Gdy wpadniesz między wrony, musisz krakać jak i one”, które co prawda odnosi się również do innych aspektów naszego życia, ale jakby nie było, jest to pewna życiowa mądrość, przekazywana sobie przez pokolenia.
Niestety, wielka szkoda, że nasze rodzime „wrony” dają się przeganiać ptakom zza mórz i oceanów.

 

SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...