Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: niewielka
wioska na Podbeskidziu.
Czas akcji: jesień.
Swój dom ma tu pewien mężczyzna, nazwijmy go, Janem. Pan
Jan ma duszę artysty i nie bez powodu kilkanaście lat temu kupił tu starą
chatę. Nie było na nią chętnych, bo jak się można domyślić, jej remont dla
potencjalnego nabywcy był nieopłacalny. Ale nie dla pana Jana, który czegokolwiek by nie dotknął, przemieniał w istne
dzieło sztuki. Tak było i z ową chatą. Jej kiepski stan rekompensował widok
rozprzestrzeniający się z okien i obejścia, wprost na okoliczne pagórki.
Pagórki od zawsze porastał las, gdzieniegdzie odsłaniający małe polanki. O
każdej porze roku widok przepiękny, zwłaszcza jesienią.
Stary kawaler, czy jak kto woli, singiel z wyboru, w wieku około pięćdziesiąt
plus, pracuje w fabryce mebli. Po pracy zaś siada przed swoją chatą i tworzy.
Głównie maluje obrazy, ale także pisze teksty piosenek i wiersze. Ma na to
czasu aż w nadmiarze, a urzekające widoki sprawiają, że nigdy nie traci weny.
Jesienny pejzaż mieniący się paletą barw wprawia go w zachwyt i dobry nastrój. Pan Jan nie wie, co to chandra, albo
jesienna depresja. I trudno się dziwić. Jego świat jest kolorowy, wręcz
baśniowy. Codziennie jednak rano musi się z nim pożegnać na parę godzin, by
udać się do pracy. Ale wraca…
W tej samej miejscowości mieszka kobieta, nazwijmy ją panią Władzią. Niemal jego równolatka i zarazem koleżanka z pracy,
mężatka i matka trójki dorastających dzieci. Pani Władzia mieszka w centrum wsi, gdzie domy stoją w niedalekiej
odległości od siebie i często zasłaniają krajobraz ich mieszkańcom. Kobieta ma
jednak to szczęście, że widok z jej okien wychodzi na ogród sąsiada, a właściwie
na niewielki sad. Wiosną pełen kwitnących jabłoni i wiśni, jesienią zaś nie
brak w nim różnokolorowych jabłek, na widok których aż ślinka cieknie.
Chciałoby się je schrupać, i to nawet jeszcze przed poranną, aromatyczną czarną
kawą. Jesienny sad oraz tu i ówdzie kilka kwitnących hortensji bukietowych
budzi niemal co rano panią Władzię,
która z ciężkim sercem musi jednak go opuścić, aby podobnie jak pan Jan udać
się do fabryki.
Kobiecie stale marzy się, aby poza sadem nacieszyć się także
kolorami jesieni rozpościerającymi się gdzie indziej. Nawet w deszczowe dni.
Niestety, z jej okien nie jest to możliwe. Po drodze do i z pracy, którą
codziennie pokonuje, też niespecjalnie, gdyż musi patrzyć na jezdnię i pobocza.
Ubolewa więc, że nie mieszka w atrakcyjniejszej okolicy, skąd miałaby lepsze
widoki.
Na drugim krańcu wsi mieszka trzydziestoparoletni mężczyzna. Powiedzmy, że ma
na imię Wojciech. Pan Wojciech dwa
lata temu uległ wypadkowi, jadąc na motorze. Od tamtej pory jeździ na wózku
inwalidzkim. I choć rodzina przystosowała dom tak, by mógł bez przeszkód z
niego wyjeżdżać na zewnątrz, pan
Wojciech rzadko go opuszcza. Powód? Dom pobudowano w niewielkiej dolinie,
otoczonej zewnątrz pastwiskami i prywatnym, małym stawikiem. Stąd pan Wojciech wszędzie ma pod górkę. W
przenośni i w dosłownym tego słowa znaczeniu. A to ponad jego siły. Trudno się
dziwić, że jesień go nie zachwyca, a raczej martwi. Zwłaszcza gdy nastają
chłodniejsze i deszczowe dni. Przeklina wtedy, (zresztą nie tylko wtedy) swój
los i całą okolicę, w której został uwięziony. Czasem pokrzykuje, że widać stąd
tylko do nieba. Na łąkach nic się nie dzieje, a staw przed jego oczami
odgrodzony jest paroma krzakami. Mimo to stale patrzy na owe łąki i krzaki. Bez
entuzjazmu. Inie zauważa, jak zmieniają się pory roku. Chyba że nadejdzie zima…
W podobnej sytuacji są inni chorzy ludzie, którzy nie mogą opuścić swoich łóżek.
Jesień jak widać nie dla każdego ma to samo oblicze.
Czasem słyszy się, że najważniejsze jest nie to, co wokół nas, ale to, co w
duszy i sercu człowieka. Czy jednak zawsze? Bo przecież to, co właśnie jest wokół
nas sprawia, że jesteśmy radośni, albo smutni, pełni życia, albo zawiedzeni.
Nie zawsze jednak mamy wybór…
Nie zawsze możemy cieszyć się piękną jesienią, choć tak bardzo by się chciało…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz