piątek, 9 stycznia 2026

Nieodgadniony obraz - opowiadanie

 



W galerii sztuki na pierwszym piętrze, jak można było się spodziewać, nie było wcale tłoczno. Zaledwie kilka osób, z których część w międzyczasie zdążyła opuścić salę, zanim Anna i Michał zdążyli na dobre przejść kilkadziesiąt kroków. Swoje obrazy wystawiali tu malarze należący do awangardowej grupy, która w ostatnim czasie nader mocno reklamowała się na łamach lokalnych gazet. Na tyle skutecznie, że dał się w to wkręcić kuzyn Anny, Michał.
- No chodź! Co ci szkodzi raz na jakiś czas wybrać się na wystawę malarstwa? – namawiał najpierw ją, a potem także jej męża.
W przeciwieństwie do męża Anny, kuzynka Michała odznaczała się słabym charakterem, a co za tym idzie, łatwo było nią manipulować. Wieloletnia praca nad poprawą tego stanu rzeczy, jak na razie nie przynosiła żadnych rezultatów. A szkoda, bo być może nie znalazłaby się w takiej sytuacji jak ta. Ale po kolei.

Mąż stanowczo odmówił. Annie stanowczości zabrakło.
- Ostatecznie mogę pójść – zdecydowała nieco się ociągając, dając tym samym do zrozumienia Michałowi, że robi to wyłącznie dlatego, żeby nie zrobić mu przykrości.
Ogólnie rzecz ujmując, Anna lubiła otaczać się kulturą i sztuką. Teatr, kino, wystawy, spotkania z pisarzami i poetami, wszystko to zawsze było jej pasją. Niestety, nie miała zbyt wiele czasu, który mogłaby na to poświęcić, ale od czasu do czasu, i owszem, chętnie coś zobaczyła, albo posłuchała. Ale żeby oglądać jakieś bohomazy…
Tak właśnie postrzegała sztukę awangardową. Zresztą, jej kuzyn rzekomo także. Przynajmniej tak deklarował. Tym bardziej więc nie mogła zrozumieć, dlaczego chce niemal siłą zaciągnąć ją na ową wystawę. Zrozumiała jego intencje dużo później. Powiedziałaby, że zbyt późno.
W sali wystawowej roiło się od obrazów różnych wielkości, które zakrywały niemal każdy wolny kawałek na ścianach. Od kolorów farb, których użyto do ich namalowania można było dostać oczopląsu. Nie mniej jednak nie przyznawała się Michałowi, że nie specjalnie jej się tu podoba i najchętniej zmieniłaby lokal.
Tymczasem kuzyn, przynajmniej takie odniosła wrażenie, co ją jednocześnie nieco zdziwiło, czuł się, jakby był w swoim żywiole. Przyznać trzeba, nie znała go z tej strony.
Z wnikliwością przyglądał się każdemu obrazowi po kolei, kontemplował, robił różne dziwne pozy, którymi chciał pokazać Annie, że ogląda je pod każdym kątem. Co raz to nachylał się, a to z jednej, a to z drugiej strony, to znów schylał się, żeby spojrzeć od dołu, albo z boku. Zaniepokojona jego dziwnymi ruchami spytała:
- Szukasz jakiejś wskazówki? Ktoś może zostawił ci jakąś informację na tych obrazach?  Zażartowała nie bez powodu, bo trochę wyglądało to jak harcerskie podchody.
- Ależ skąd! – nieco się oburzył. – Jak myślisz, co ten obraz przedstawia? – Spytał, gdy zatrzymali się przed jednym z nich, wielkim, w delikatnych, złotych ramach.
- Nie mam pojęcia – odparła zgodnie z prawdą. – Ale jednego jestem pewna. Ta rama pasuje do niego jak przysłowiowa pięść do oka.
Grube esy floresy namalowane farbami w ciemnych kolorach nie współgrały z cieniutką ramą.
- Ale może ja się nie znam. Właściwie, z całą pewnością się na tym nie znam. W moim odczuciu coś jednak tu nie gra – dodała.
- Przyjrzyj się lepiej. Co mogłabyś powiedzieć o tym obrazie? Co te linie przedstawiają? – Michał drążył uporczywie.
- Na Boga, nie wiem! Może to jakaś głowa smoka omotana starymi szmatami…
Wydawało jej się, że powiedziała to w miarę cicho. Okazało się jednak, że nie do końca tak było, bo stojąca niedaleko i oglądająca obrazy para w średnim wieku, mężczyzna i kobieta, odwrócili się w ich stronę i wymownym wzrokiem próbowali dać jej do zrozumienia, że są nieco zniesmaczeni odpowiedzią Anny. Michał chyba też. Spojrzał z niedowierzaniem najpierw na nią, a potem na obraz i rzekł:
- Eee! Nie może być! Stań z boku i spójrz z innej perspektywy.
Posłusznie stanęła. Perspektywa jak to perspektywa, pod każdym kątem i w zależności od odbierającego obraz, była inna. Dla niej, niestety, taka sama. No, może za wyjątkiem jednego.
- Wiesz co, gdy patrzę na obraz z boku, to równie dobrze może to być głowa zadziornego koguta, któremu inne koguty właśnie co wytargały wszystkie pióra…
Powoli zaczynała się dobrze bawić, w przeciwieństwie do pary, która posłała w ich stronę kolejną porcję niezadowolenia, którego nie potrafili ukryć w swoim wzroku. Michał podrapał się za uchem, co zwykle przydarzało mu się w sytuacjach nieco dla niego kłopotliwych. Ot, taki nerwowy trik wespół z niezadowoleniem na twarzy. Widząc grymas na twarzy kuzyna, próbowała nieco zmienić ton swojej wypowiedzi i sprowadzić rozmowę na inne tory.
- No dobra! A co chciałbyś, żebym zobaczyła w tym obrazie? Może jakaś podpowiedź?
Nie zdążyła jej usłyszeć, bo nieoczekiwanie za plecami usłyszała delikatny, kobiecy głosik, rodem z dziecinnych dobranocek. Głosik najwyraźniej miał dla niej podpowiedź, albo raczej radę, która miała uzmysłowić Annie, że nie należy widzieć wszystko w czarnych kolorach.
- A może to baletnica, tyle że w czarnym, przeźroczystym kostiumie na tle kolorowej widowni? – kobieta niby pytała, niby podpowiadała. – Może swoim ciemnym strojem chce wyrazić smutek?
Potem mówiła coś jeszcze na temat jej subtelności, tanecznej pozy, baletek i rajstop.
Anna patrzyła na rzekomą baletnicę, w osłupieniu, bo za nic nie mogła dostrzec na obrazie żadnej części jej ciała, a cóż dopiero stroju i widowni(!). I kiedy usiłowała trafić do swojej podświadomości, by ta przyszła jej z pomocą, Michał nieoczekiwanie zaczął mazać palcem w prawym dolnym rogu obrazu.
- Co ty robisz? – spytała zaniepokojona.
- Malarze zwykle w tym miejscu kładą swój podpis – wyjaśnił.
- Aha! – powiedziała z rozmysłem. – I co tam wyczytałeś?
- Nie muszę niczego wyczytywać. Wiem, kto namalował ten obraz.
- Doprawdy? Znasz malarza?
- Nawet osobiście…
- To pewnie wiesz też, co przedstawia? – spytała zaintrygowana.
Para w średnim wieku też wykazała swoje zainteresowanie, bo nagle zmniejszył się do tej pory dzielący ich dystans. Wyraźnie przybliżyli się w stronę Michała i jego kuzynki. Co więcej, Anna odkryła też, że na sali oprócz nich, owej pary i kobiety o dziecinnym głosiku, znajduje się tak zwany kurator wystawy, czy jak kto woli kustosz. Właściwie to nie wiedziała, jak prawidłowo nazywa się taka osoba. W każdym razie podszedł do nich zaciekawiony, przynajmniej tak jej się wydawało.
- Przepraszam – zwrócił się do niej i do Michała. – Przypadkowo usłyszałem, że zwracacie się państwo do siebie po imieniu.
- Owszem – odparła zaskoczona. – To dla pana jakiś problem? – Syknęła niezbyt miło, aż na jego twarzy pojawił się delikatny rumieniec świadczący o tym, że nieco go speszyła. I nie dając mu czasu na odpowiedź, spytała:
- A może pan nam powie, co przedstawia ten obraz?
- To… może już sam autor.
- O! Jest tutaj obecny? – szczerze się zdziwiła.
Nie zauważyła, że kuzyn za jej plecami daje mu jakieś znaki. Najwyraźniej chciał zmusić go do milczenia, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Mężczyzna więc oddalił się czym prędzej, tłumacząc się naprędce jakąś pilną pracą. Tymczasem Michał jeszcze intensywniej mazał palcem po obrazie. Zupełnie jakby chciał coś z niego zmazać. Ciekawość Anny wzięła górę, więc postanowiła przyjrzeć się bliżej, co to takiego. I gdy ostatecznie dokonała niebywałego odkrycia, omal nie krzyknęła:
- O rany! On się nazywa tak samo jak ty! No popatrz! Jaka zbieżność nazwisk!
I wtedy Michał, nie wiedzieć czemu, bez słowa opuścił salę. Pobiegła więc za nim. Ale tego dnia najwyraźniej wszystko sprzeciwiło się przeciwko niej. Nagle pośliznęła się i wylądowała na śliskiej posadzce holu. Kuzyn nie widział tego. Zdążył w międzyczasie opuścić galerię. Przy Annie znalazła się niemal natychmiast kobieta o dziecinnym głosiku, za co była jej wdzięczna, bo pomogła jej postawić się do pionu. Choć słowo „pion” nie było tu słowem odpowiednim, gdyż okazało się, że skręciła nogę w kostce i nie była w stanie samodzielnie się poruszać. Dodatkowo upadając, uderzyła się w kaloryfer i na jej ręce pojawił się wielki siniak, a drugi nieco mniejszy i wypukły, na czole. Nie miała pewności, czy oby noga nie jest złamana, więc postanowiono wezwać karetkę, choć bardzo się przed tym wzbraniała.
Michał zorientował się, że coś jest nie tak, gdy zobaczył karetkę pod galerią. Stojąc na zewnątrz przy drzwiach wejściowych do galerii, czekał na swoją kuzynkę. A że trochę to trwało, pełen złych przeczuć pobiegł na górę.

Pół godziny później oboje siedzieli w poczekalni do chirurga.
- Teraz wyglądasz jak ten smok z obrazu, albo kogut z wyszarpanymi piórami – naigrawał się z niej.
- O nie, nie! Wypraszam sobie! Jestem raczej tą baletnicą w czarnym, tiulowym stroju, wyrażającym smutek…
Tak naprawdę wcale nie było jej do śmiechu. Noga przeraźliwie bolała, a ponad trzygodzinne czekanie w kolejce do chirurga też nie napawało optymizmem. Niemniej jednak jakaś kara jej się należała.
- Przepraszam cię, Michale! Nie miałam pojęcia, że malujesz. Dlaczego ukrywałeś to przed całym światem? – spytała zaciekawiona.
- Właśnie dlatego. Żeby nie narażać się na takie sytuacje jak ta w galerii.
- Ależ ja naprawdę nie byłam w stanie odgadnąć, co przedstawiał tamten obraz.
- Ciebie – odparł krótko. A potem, przyglądając się wymownie jej siniakom, dodał: – Chyba byłem złym prorokiem…
Nie wiedziała, czy mówił prawdę, czy tylko sobie z niej żartował. Ale dało to Annie do myślenia. Poskręcana z bólu, zmęczona wyczekiwaniem w kolejce, musiała przedstawiać obraz pożałowania godny. Zastanawiała się później, czy ktoś obcy patrząc na nią w tamtym momencie, byłby w stanie obiektywnie ocenić, kim jest i co tak naprawdę sobą reprezentuje.
Była takim „nieodgadnionym obrazem”. Z siniakami na ciele, utykająca i nieszczęśliwa, według jednych osób mogła być ofiarą jakiegoś wypadku. Według innych, kobietą maltretowaną przez partnera. Zdaniem jeszcze innych, nieuważną, głupią babą. Wszystko przecież zależy od punktu widzenia.

niedziela, 19 października 2025

 



Zdjęcie: Pixabay

PRZEŹROCZYSTA
Im bardziej Michalina tuliła twarz w miękką poduszkę, tym bardziej wydawało jej się, że odnosi wręcz odwrotny skutek. Zamiast ukoić smutek i rozgoryczenie, gniotła policzki i poorane bruzdami czasu czoło. Poduszka była niczym twardy beton. To skojarzenie nie przypadkiem gościło w jej głowie, i to już od dłuższego czasu. Odnosiła wrażenie, że w którąkolwiek stronę by nie spojrzała, napotykała betonową ścianę. Odbijała się od niej niczym pingpongowa piłeczka.
Czasem bywało nieco inaczej. Wokół niej był świat w całej swej rozciągłości, tętniący życiem bliskich osób, znajomych i nieznajomych. Tylko że pomimo swoich starań, by być dostrzeżoną przez innych ludzi, stała się jakby niewidzialną.
Zupełnie, jakby była duchem. Duchem, który niczego przecież nie potrzebuje. Żadnej uwagi, dobrego słowa, fizycznej pomocy.
Ducha, choć się nie widzi, to jednak pamięta się, że gdzieś tam jest. I zawsze można go przywołać, wnieść do niego modły, kiedy jest potrzebny. I ten niewidzialny duch nagle przywdziewa ciało żony, siostry, babci, pracownicy, dobrej znajomej. I biegnie z pomocą. A gdy już wypełni swoje zadanie, znika zazwyczaj niezauważalnie.

Tego dnia był chyba „dzień betonu”, jak zwykła nazywać go Michalina.
Przed południem zadzwoniła do swojej znajomej, Pauliny. Znały się jeszcze od podstawówki. Nie widywały zbyt często, ale za to regularnie do siebie dzwoniły. Podczas poprzedniej rozmowy telefonicznej nie udało im się zbytnio porozmawiać, bo Paulina umówiona była na spacer ze swoją sąsiadką i nie chciała, by ta na nią zbyt długo czekała. Rzuciła więc do telefonu krótkie zdanie:
- Muszę kończyć, bo Wanda pewnie już tam czeka (w domu). Zadzwonię później.
Nie zadzwoniła. Nie odebrała też telefonu przez kilka następnych dni. A gdy już się to stało, ich rozmowa została przerwana przez rzekomo dzwoniącą do niej kuzynkę z Anglii. Michalina kolejny raz usłyszała dyżurne słowo – oddzwonię.
Był to jasny dla niej dowód, że kuzynka z Anglii jest dla Pauliny ważniejsza niż Michalina. Przecież równie dobrze mogła oddzwonić do kuzynki.

Po południu zadzwoniła do syna. Chciała, by ten zawiózł ją do pobliskiej miejscowości, gdzie swój wieczór autorski miał jej znajomy poeta, którego poznała przed kilkoma laty. Syn oczywiście nie miał czasu, synowa zajęta była dziećmi. Zadzwoniła jeszcze z tą samą prośbą do kilku znajomych. Bez skutku. Każdy miał jakąś wymówkę. Co poniektórzy dawali jej do zrozumienia, że przecież to nic ważnego i powinna sobie odpuścić spotkanie autorskie. Cóż było robić? Odpuściła.
Pod wieczór zabrała się za przygotowanie kolacji. Mąż zażyczył sobie tosty. Tyle że ze zgrozą zauważyła, że chleb tostowy „wyszedł” i zostały tylko dwie kromki. W ogóle w domu było zbyt mało chleba w ogóle. Poprosiła więc męża, by podwiózł ją do najbliższego sklepu. Raptem dwa kilometry. Sama Michalina nie prowadziła samochodu. I tu natrafiła kolejny raz na beton, nie wspominając o kilku niewybrednych epitetach pod jej adresem. Na kolację była więc owsianka.
Pech chciał, że jeszcze tego samego dnia wyłączono w okolicy prąd. Zbierało się na deszcz i burzę, i takie praktyki należały do rutynowych czynności w elektrowni w ich okolicy. W dodatku wiał silny wiatr. Michalina pomyślała, aby czym prędzej pobiec do ogródka i zerwać dojrzałe na krzaku pomidory i paprykę. Po ulewie mogłyby być uszkodzone. Poproszony o pomoc mąż, nie zareagował.
Wieczorem, już po burzy, zjawiła się sąsiadka z pretensjami. Wiatr poroznosił po sąsiedniej posesji niepotrzebną folię, którą małżonek, nie wiadomo czemu, wciąż trzymał na tyłach domu. Nie była to pierwsza taka sytuacja, więc pretensje sąsiadki były uzasadnione. Prośby, zarówno jej jak i żony, by po nie poszedł i doprowadził obejście do porządku, spełzły na niczym. „Beton” nie zareagował. Musiała poradzić sobie z tym sama.

Kolejny dzień w życiu kobiety okazał się być dniem przeobrażenia się ducha w człowieka i wypełniony po brzegi pracą, oczywiście darmową, na rzecz innych osób. Męża, wnuczek, sąsiadów i bratowej.
Mąż nagle przypomniał sobie, że kończą mu się czyste skarpety i powinna mu je uprać. Najlepiej natychmiast. Potem usłyszała całkiem sporą listę życzeń na temat tego, co to on tego dnia by nie zjadł. Menu skomponował całkiem szerokie. Na koniec dodał, że trzeba zrobić (w domyśle miała to zrobić Michalina) sałatkę z cukinii do słoików na zimę, bo przecież jest jej całkiem sporo, a na grządkach rosną kolejne.
Przed południem pojawiły się dwie wnuczki, obie w wieku przedszkolnym, i rzecz jasna babcia miała za zadanie się nimi zająć. Ledwo opuściły dom babci, pojawili się sąsiedzi, którzy rzekomo przyszli na herbatę, ale tak naprawdę w interesach. Zażądali wręcz, by Michalina i jej mąż partycypowali w kosztach ogrodzenia, które zamierzali wymienić na nowe wzdłuż wspólnej granicy. Prośba niby oczywista i słuszna, ale nie na czasie, bowiem rodzina Michaliny miała teraz inne ważniejsze wydatki. Doszło więc do niespodziewanej sprzeczki. Jeszcze w trakcie jej trwania pojawiła się bratowa Michaliny. W torbie miała sporo ciuchów wymagających reperacji.
- Ja nie mam maszyny do szycia, ale ty masz. Nie zaniosę do krawcowej, bo za przeróbki sporo sobie liczą – oznajmiła dyktatorskim głosem i nie znosiła sprzeciwu. Tłumaczenie, że nie ma na to czasu i wzrok już nie ten, na nic się zdały.
Kiedy dzień już się skończył i kładła się do łóżka, zadzwonił telefon. Była godzina dwudziesta trzecia i telefon o tej porze nie wieszczył nic dobrego. Nie myliła się. Synowa źle się poczuła i potrzebowała pojechać na SOR.
- Przyjdź do dzieci – błagał syn. - Przecież samych ich nie zostawię, a budzić ich i zabierać ze sobą nie mam sumienia. Smacznie sobie śpią. Trzeba ich tylko przypilnować...
Jak mogłaby w takiej sytuacji odmówić. Z powrotem wskoczyła w ciuchy i pobiegła nocą do domu syna. Na szczęście nie mieszkał zbyt daleko.

Po nieprzespanej nocy, wiadomo wizyta na SOR - rze zwykle trwa kilka godzin, myślała, że sobie trochę odpocznie. A potem zajmie się swoimi sprawami i domowymi obowiązkami. Niestety, źle myślała.
Rankiem nie czuła się dobrze. Miała wrażenie, że coś ją bierze i tylko czekać, aż pojawi się gorączka. Zadzwoniła więc do przychodni. Ale tego dnia nie znalazło się dla niej wolne miejsce. Lekarz miał sporo pacjentów.
Mąż nie wiedzieć czemu, od rana się dąsał i za wszystko, co mu nie wychodziło, obwiniał właśnie ją. Potem przez resztę dnia jej unikał. Gdy poprosiła go, żeby pojechał do apteki i kupił Grypex, aby jakoś przetrwać do wizyty u lekarza w następnym dniu, udał, że tego nie słyszy. Nie zareagował też na prośbę, żeby starł rozlaną przez niego na podłogę w kuchni kawę. Włączył na cały głos telewizor. Poproszony o ściszenie - odparł bezczelnie:
- Nie wiedziałem, że też tu jesteś.
Przykłady mogłaby mnożyć.
Po południu zadzwoniła do znajomej, Agaty, z pytaniem, kiedy odbędzie się najbliższe spotkanie kółka rękodzielniczego, do którego należała.
- Przecież było wczoraj! Nikt cię nie zawiadomił? - spytała naiwnym głosem. Zwykle to ona ją zawiadamiała.
Mimo że nie czuła się zbyt dobrze i była trochę zestresowana, postanowiła pójść na spacer. Żeby „rozchodzić” stres. Liczyła, że dobrze jej to zrobi. Gdy wracała ze spaceru, zmęczona już na maksa, i z trochę obolałą kostką w nodze, przejeżdżali tamtędy znajomi mieszkający kilka domów dalej. Machała do nich ręką, żeby się zatrzymali. Liczyła na podwózkę. Na próżno. Udali, że jej nie widzą.
Jakby tego było mało, jeden z sąsiadów rozpalił w swoim ogrodzie wielkie ognisko, ignorując fakt, że dym z ogniska leci wprost na pranie, które wcześniej rozwiesiła.
Na jej widok odwrócił się tyłem. Nic nie widział, nic nie słyszał. Ani prania, ani Michaliny. A przecież nie była przeźroczysta.
Po kolacji mąż włączył telewizję, a w telewizorze mecz koszykówki. Zwykle o tej porze Michalina oglądała swój ulubiony serial. Nigdy wcześniej nie oglądał koszykówki... W ogóle nie przepadał za sportem.
Potem jeszcze zadzwoniła do syna i synowej z pytaniem o zdrowie.
Nikt nie spytał o jej. Przykre.
Tuż przed snem usiadła do komputera i na Facebooku zagadnęła przyjaciółkę o jej sprawy osobiste. Rozwodziła się z mężem i bardzo to przeżywała. Stale zwierzała się Michalinie, a ta pocieszała ją jak mogła i zawsze służyła dobrą radą.
Przyjaciółka bez zająknięcia się zrelacjonowała jej swoją sytuację. Na koniec Michalina zapytała wprost:
- Nie spytasz co u mnie?
- Może jutro, bo dzisiaj już późna pora - odparła.
Dla niej też była przeźroczystą... Jakie to smutne!
I pomyśleć, że takich przeźroczystych osób tak wiele chodzi po tej ziemi...

czwartek, 14 sierpnia 2025

NIE CHCĘ CZUĆ SIĘ POTRZEBNĄ

 

Zdjęcie: Pixabay

- Wcale nie chcę czuć się potrzebną – Emilia usiłowała uświadomić swojej znajomej, Marcie, że przychodzi w życiu taki czas, iż chce się już żyć tylko dla siebie.
Tymczasem Marta obstawała przy swoim.
- W głębi duszy każdy tak czuje, nawet, jeśli tego nie okazuje. Zarzekanie się nic tu nie zmieni. Zobaczysz, jeszcze kiedyś wspomnisz moje słowa!
Marta, podobnie jak Emilia też była emerytką. Tyle że od kilku lat. Jej rodzina mieszkała daleko i rzadko ją odwiedzała. Z mężem rozwiodła się wiele lat temu. Nic więc dziwnego, że być może czuła się osamotniona. Stąd różnice w odczuciach w temacie samotności czy osamotnienia, bo to jednak nie to samo.
Każda rozmowa Emilii ze znajomą w tej kwestii doprowadzała ją do frustracji. Uważała bowiem, że Marta nie stara się, żeby zmienić swoją szarą rzeczywistość. Nawet nie chciała jej odwiedzić, choć wielokrotnie ją zapraszała, wymawiając się często prozaicznymi sprawami. A to miała katar, a to musiała wypielić w ogródku marchewkę. Deszcz, serial w telewizji, który namiętnie oglądała, akurat w tym czasie zaplanowane prasowanie czy inne czynności domowe, wszystko stawało jej na przeszkodzie. Najlepiej byłoby, gdyby w ogóle nie musiała ruszać się z domu. Za to oczekiwała od innych telefonów i odwiedzin. Zapomniała, że to działa w dwie strony?
Nic więc dziwnego, że znajomi przestali się nią interesować, a ona sam czuła wokół siebie ogromną pustkę. Jeśli naprawdę chciała poczuć się potrzebną, miała ku temu wiele okazji. Trzeba było tylko wyjść ze swojego kokonu i rozejrzeć się naokoło. Na pewno coś by się znalazło.

Emilia natomiast była w dokładnie odwrotnej sytuacji. O niczym innym nie marzyła, jak tylko o tym, by nikt niczego do niej nie chciał. Ona sama i niczym nie zmącony spokój. Jednym słowem, sielanka, która z pewnością pozwoliłaby jej odpocząć i nieco zregenerować nie tylko nadszarpnięte siły, ale także zdrowie.
Właśnie minął trzeci rok, odkąd została emerytką. Miała dorosłe dzieci, wnuki i wiecznie zrzędzącego męża, którzy stale czegoś od niej oczekiwali. Jakby przez te wszystkie lata nie miała dość wymagających, czasem wręcz upierdliwych szefów, opieki nad dziećmi, wiecznych wymagań męża i pozostałych członków bliższej i dalszej rodziny. Rodzina, której członkowie stale czegoś od niej potrzebowali. Od codziennego przygotowania posiłków począwszy (teraz już tylko dla siebie i męża): śniadanie, obiad, kolacja, jedna kawa, druga kawa, trzecia kawa, herbatka, deser i tak dalej. A to jakieś imieniny, a to czyjeś urodziny, zakupy, sprzątanie, pranie, prasowanie. Czasem czyjaś choroba, która spędzała jej sen z powiek. Mogłaby tak długo wyliczać. Zresztą, każda mężatka dobrze to zna. No i wnuki. Temat rzeka. Babcia stale potrzebna.
Gdzie tu czas na bezczynność i samotność? Gdyby ktoś zapytał o jej marzenia, bez wahania odpowiedziałaby, że jej największym marzeniem jest zdrowie własne i najbliższej rodziny oraz… święty spokój. Wstaje rano i nic nie musi!
Ale o marzenia Emilii nikt nie spytał. Przypadek? Raczej brak wdzięczności.
A pro po marzeń...
Nie była w stanie zapomnieć pewnego przykrego dal niej momentu, kiedy spytała męża, czy wie jakie ma marzenia. Odpowiedź była druzgocąca.
- A jakie ty możesz mieć marzenia? - odparł, jakby zaskoczony tym, że śmiała w ogóle je mieć.
W głowie Emilii na stałe zagościła też inna myśl. „Moje marzenia to do siebie mają, że się raczej nie spełniają”.
Święty spokój zatem wciąż pozostawał w sferze marzeń.
Ciągle była komuś po coś potrzebna. Może więc już dość poświęcania się w imię czegoś i dla kogoś?
Emerytura miała być dla niej pewnego rodzaju wyzwoleniem od tych wszystkich problemów i... błogim lenistwem. To miał być czas dla niej. Wolność, spokój, swobodny wybór w kwestii każdego nowego dnia, których przecież coraz mniej miała przed sobą. Świadomość tego ostatniego sprawiła, że chciał przeżyć je jak najlepiej, ale nade wszystko, po swojemu.

Toteż nie do końca rozumiała, czemu Marta tak upierała się przy stwierdzeniu, że każdy człowiek chce czuć się potrzebnym, a już na pewno w starszym wieku. Przecież na dobrą sprawę Marta nie była osobą samotną. Nadal miała rodzinę i znajomych. No właśnie...
Trzeba było tylko odnaleźć do nich drogę. Nawet, jeśli kurzem zasypał ją wiatr historii.
Jest też przecież tyle innych dróg...


poniedziałek, 30 czerwca 2025

TROCHĘ TO IRYTUJĄCE

 








Zdjęcie: Pixabay

Zaczęło się! Cały rok cisza. Żadnych postów, memów, ani nawet jednego lajka pod postami znajomych. Czasem wręcz chciałoby się do tego kogoś zadzwonić i zapytać, czy przypadkiem ciężko nie zachorował, albo dowiedzieć się u źródła, czy jeszcze żyje.
Ale w końcu przychodzi taki moment, że wszystko samo się wyjaśnia. Lato.
Nagle na Twoim Facebooku aż roi się od setek zdjęć z zagranicznych wojaży. Kto tylko może przechwala się fotkami z wakacyjnych kurortów. Nie ma przy tym znaczenia, że czasem zbyt obszerna tusza wylewa się z kąpielowego stroju, na widok której , delikatnie mówiąc, pojawia się grymas na naszych twarzach. U mężczyzn, tak zwany piwny brzuszek, a raczej ogromnych rozmiarów brzuszysko, tudzież sflaczała skóra, bynajmniej nie wzbudza wstydu w prezentującym swoje „wdzięki”. Liczą się drinki w rękach, potężne desery lodowe, palmy i morze w głębi kadru. Czasem rodzinna fotka przed lotniskiem przesądza o tym z kim i dokąd się ten ktoś udaje na wakacje.
A potem to już leci jak z procy. Wszystko udokumentowane i wszystko umieszczone na Facebooku. A co! Niech się inni napatrzą na co nas stać!
Nie ma też znaczenia, że inni użytkownicy tegoż Facebooka czy Instagrama codziennie z trudem przedzierają się przez lawinę tego typu zdjęć z podróży naszych co poniektórych znajomych, aby dostrzec na nim coś innego.
Większość tych zdjęć można podciągnąć pod jeden wspólny mianownik. Z reguły są na nim osoby, które przez cały rok harują od świtu do nocy. Dodatkowo nie zarabiają wcale kokosów.
Ci, którzy zarabiają, nie chwalą się takimi zdjęciami. Łatwo się domyślić dlaczego tak się dzieje.
Ktoś patrzący na to wszystko z boku, mógłby powiedzieć: „Przecież im się to słusznie należy! Właśnie za ową harówkę.” I ma rację.
Tyle że harujemy wszyscy. W taki czy inny sposób, ale jednak ciężko pracujemy.
Dlaczego więc jedni się przechwalają, a inni nie?
Niedawno wyjaśniła mi to w prosty sposób pewna znajoma, której słowa tu przytoczę.
„Bo oni nie mają w życiu niczego innego. Widziałaś kiedykolwiek jakieś ich zdjęcia z teatru, z wystawy, z ciekawej imprezy? O operze nawet nie wspomnę. Nawet ze zwykłego kina?”
Rzeczywiście – nie widziałam. Dodam jeszcze, że także nie słyszałam, by do takich przybytków kiedykolwiek się udawali. O książkach w ogóle chyba nie należy tu dyskutować. Może chociaż jakaś gazeta? Chyba też nie.
Na co dzień mają pracę, wychowywanie dzieci, kredyty, zakupy w Biedronce.
Przychodzi lato i wszystko zmienia!
Na krótko, ale jednak. Wreszcie jest się czym pochwalić! Jedno wielkie szaleństwo. Czasem przez tydzień, czasem przez dwa tygodnie. Potem już tylko szara rzeczywistość...

sobota, 3 maja 2025

PANI SPRZĄTAJĄCA

  

Zdjęcie: Pixabay

- Co też mama mówi? Żadna sprzątaczka, tylko pani sprzątająca – ofuknęła Erykę synowa, Weronika, gdy spytała, czy jutro ma zabrać dzieci do siebie. Zwykle tak robiła, aby podczas sprzątania nie plątały się pod nogami pani Marii i nie utrudniały jej pracy.
Potem nastąpiła krótka instrukcja, jak powinna mówić o sprzątaczce, która od pewnego czasu przychodziła dwa razy w tygodniu uporać się z porządkami w domu Weroniki i Mateusza. Wszystko po to, tłumaczyła synowa, by wnuki, siedmioletni Antoś i pięcioletnia Natalia, nabywały dobrych manier.
- Poza tym każdy człowiek ma przecież jakieś imię. Można mówi o tej pani po imieniu – dodała Weronika.
Teoretycznie tak – pomyślała w głębi duszy Eryka. Ale co to zmieni? Jak świat światem zawsze były sprzątaczki i jakoś nikomu to nie przeszkadzało.
- Dobrze, od dzisiaj niech będzie, pani Maria – przyznała rację synowej, choć nadal nie opuszczały jej mieszane uczucia. Forma pani sprzątająca była nieco przydługa, a przecież na ogół dążymy do skracania sobie, nie tylko drogi, ale funkcjonują też tu i tam pewne skróty myślowe.
Kilka minut później, gdy Eryka budowała z dziećmi wielki pałac z klocków Lego w pokoju wnuków, rozległo się głośne niezadowolenie, usłyszane aż tam, wyrażane przez ich matkę.
- Ten pacan, kurier, znowu zostawił przesyłkę pod drzwiami! Nawet nie chciało mu się zadzwonić! Czy to tak trudno przycisnąć na dzwonek u drzwi? - pokrzykiwała.
Oburzenie było słuszne, bo na zewnątrz zbierało się na deszcz, a tekturowy pakunek nie był zbyt dobrze zabezpieczony.
Słysząc krzyki matki Antoś zapytał:
- Co się dzieje, babciu? Dlaczego mama się złości?
- Ach, bo widzisz, mój drogi... tu się na chwilę zawahała... pan dostarczający przesyłki nie poinformował o tym mamusi dzwonkiem przy drzwiach.
W głębi duszy trochę uśmiechnęła się sama do siebie, w myślach próbując odgadnąć nowe formy co poniektórych zawodów. No bo trochę dziwnie to brzmi, gdybyśmy chcieli na przykład powiedzieć: Oddaję auto, zamiast do mechanika, to do pana naprawiającego samochody. Albo odbierając list od listonosza – od pana roznoszącego listy. Zamiast kasjerki, na przykład, byłaby pani odbierająca nasze pieniądze za zakupy przy kasie? A co z piekarzem? Może pan formujący i wypiekający bochenki chleba? A ogrodnik? Czy nazwać go panem zajmującym się sadzeniem i uprawą roślin? Pielęgniarka, a jakże (!) nie byłaby pielęgniarką, tylko panią opiekującą się chorymi. Lekarz zasadniczo byłby panem badającym i diagnozującym chorych. A co z osobami niepracującymi?
Zawsze, jak mawiała synowa Eryki, można przecież zwracać się do kogoś przez per pani/pan i po imieniu. Tylko wtedy przed zapłatą za zakupy, na przykład w Biedronce, musielibyśmy najpierw zapytać o imię... pani obsługującej kasę.
Tego dnia opuszczając dom Eryka miała jeszcze jeden dylemat.
Wcześniej synowa prosiła, by następnego dnia pofatygowała się przypilnować wnuki, gdyż ona sama ma umówioną wizytę u fryzjerki.
- O której masz jutro umówioną wizytę u pani skracającej i farbującej włosy?
- spytała trochę ironicznie. - Sorry, ale nie znam imienia tej pani.
- No tak! Teraz mama będzie sobie pokpiwała – nieco się obruszyła.
- Ależ skąd! Po prostu trochę mnie to śmieszy. Od wieków każdy zawód miał swoje miano, i jak zwał tak zwał, będzie to zawsze oznaczać to samo. Po co sobie komplikować życie?
W myślach Eryka poszła nieco dalej. A co będzie, jeśli młodym wpadnie do głowy, żeby wymyślać nowe nazwy nie tylko w kwestii wykonywanych zawodów. I zaczną zmieniać nazwy owoców, warzyw, dań (to akurat już się dzieje)?
Wpadniemy w jakąś paranoję.
Uczenie dzieci taktu i szacunku dla drugiej osoby nie polega wyłącznie na zmianie nazwy wykonywanego zawodu, ale do szacunku w ogóle względem drugiego człowieka.
Każdy człowiek ma swoje imię. I to jest fantastyczne. Ale przecież nie wszystkich znamy. Może na koszulkach powinniśmy mieć je wypisane?

sobota, 1 marca 2025

TYLE SAMO CO NIC

 







Zdjęcie: Pixabay

Ostatnie zerknięcie w lustro wiszące w przedpokoju i poprawienie krawatu zwykle przesądzało o tym, czy Jerzy może na dobre opuścić mieszkanie, a następnie udać się do samochodu na parkingu przed blokiem. Tego dnia również. Irena za każdym razem przyglądała się temu ze stoickim spokojem, choć trudno było jej ukryć, że z pewną goryczą. Przywykła wprawdzie do tego, że życie żony polityka nie jest usłane różami, do samotnych dni i nocy również, ale o zaakceptowaniu tej trudnej sytuacji wciąż nie mogło być mowy. Po prostu jej wewnętrzne ja było w opozycji do poczynań małżonka i najwyraźniej przy tej opcji zamierzało pozostać. Tymczasem Jerzy coraz częściej przebywał poza domem, twierdząc, że tak wygodniej. Na dojazdy do Warszawy tracił sporo czasu. Tłumaczył też, że przez ustawiczne podróże ciągle jest zmęczony. W gruncie rzeczy było to zrozumiałe. Przyznawała mu rację, czasem nawet współczuła. Nie zmieniało to faktu, że trudno było jej się z tym pogodzić.
Nie tak wyobrażała sobie małżeństwo. Zwłaszcza teraz, kiedy dwójka dzieci, Michał i Dorota, dorosły i się usamodzielniły. W dodatku wyprowadziły do innych miast. Doskwierała jej samotność. Wprawdzie w swoim mieście miała dalszą rodzinę oraz różnych znajomych, ale to nie to samo, co ktoś bliski, stale krzątający się wokół. Ktoś, do kogo w każdej chwili można było wyciągnąć dłoń z prośbą o pomoc, albo choćby tylko o towarzystwo. Irena pracowała na pół etatu. W ubezpieczeniach. To wystarczało. Byli przecież majętni. Wśród współpracowników nie miała przyjaciół. Takich jak ona, żon polityków, przecież się nie kocha. Z nimi się nie przyjaźni. Im się tylko zazdrości. No i czasem wykorzystuje do „przepchnięcia” dzięki mężowi politykowi swoich własnych interesów.
Bywało, że uciekała się do podstępu, żeby zatrzymać Jerzego na dłużej przy sobie. Kłamała, że źle się czuje i prosiła, żeby zrezygnował z wyjazdu do Warszawy. Bez skutku. W odpowiedzi zwykle i tak słyszała dyżurne frazesy.
- Kochanie, to niemożliwe. Ta sesja jest wyjątkowo ważna – tłumaczył Jerzy. – Poproś o pomoc sąsiadkę, albo wezwij lekarza do domu. Przecież stać nas na prywatne wizyty.
Oczywiście, że było stać ich na prywatne wizyty lekarzy. Nie tylko na to było ich stać. Na wiele więcej, w zasadzie na wszystko. Jednakże pieniądze, które zdaniem innych są w stanie ze wszystkim sobie poradzić, w jej odczuciu niczego nie załatwiały. Nie potrzebowała opieki obcych ludzi. Potrzebowała Jerzego. Ale niestety tego jednego akurat nie był w stanie jej zaoferować. A może nie chciał? Coraz częściej tak stawiane pytanie powoli stawało się jej obsesją, towarzyszącą jej przez wszystkie samotne dni. Zresztą, nie tylko samotne. Nawet, kiedy był blisko, przy wspólnym posiłku przy stole, w sypialni we wspólnym łóżku, na kanapie podczas niedzielnej sjesty, myślami błądził gdzieś daleko i prawie się nie odzywał. Jakby go nie było. Czasem coś odburknął, to znów chłodno zakomunikował. Dusiła w sobie żal. Mimo to starała się być przykładną i wyrozumiałą żoną. Biedak, tyle przecież miał na głowie…
I jak przystało na żonę polityka, nie zapominała o dyplomacji nawet we własnych czterech kątach, często robiąc dobrą minę do złej gry. Coraz baczniej jednak go obserwowała. Postronnemu obserwatorowi mogłoby się wręcz wydawać, iż jej prześwietlający wzrok ma na celu tylko jedno, przyłapać męża na choćby najmniejszym dowodzie na to, że jest z nią wyłącznie dla zachowania pozorów. Pozorów zgodnego i przykładnego małżeństwa, które było nieodłączną częścią jego politycznego, nieskazitelnego wizerunku.
Tymczasem Jerzy niczego nie podejrzewając, zachowywał się jak zawsze, kompletnie nie zwracając uwagi na swoje ruchy i gesty, które Irena stale miała pod bezwzględną kontrolą. Często się irytowała. A zwłaszcza, kiedy podczas posiłków poniekąd zmuszona była patrzeć, jak ostatni kęs znika w jego ustach. Potem szybko wyciera je serwetką i nie czekając, kiedy i ona dokończy posiłek, wstaje od stołu i przenosi się na wygodną kanapę. Albo, jak przed snem obraca się na drugi bok i zasypia w ramionach Morfeusza, kompletnie ją ignorując.
Nie narzucała się swoją obecnością, a tym bardziej rozmową, choć tyle miała mu do powiedzenia. Zachowywała się cichutko, jak myszka. Bo w zasadzie tego od niej wymagał. Bo przecież stale bywał zmęczony. A kiedy nie bywał zmęczony, myślał o przyszłości narodu.

Przez tą troskę o przyszłość obywateli w naszym kraju coraz częściej zżerała ją zazdrość. Chciała, żeby i ją ktoś otoczył opieką. Zatroszczył się o jej przyszłość, nie zapominając przy tym o zwykłej, szarej teraźniejszości. I to nie tyle o finansowej, tu akurat nie miała na co narzekać, co takiej zwykłej, duchowej. Ale Jerzy nie to miał na względzie. Nie interesowała go podstawowa komórka społeczna, rodzina, a już z całą pewnością nie własna. Zajmował się ogółem. Ten ogół kochał go za to mniej lub bardziej. Dzielił jego poglądy albo nie, ale był dla Jerzego bardzo ważny. Był ważny, bo znaczący. A cóż znaczyła na jego tle jedna biedna, mała istota płci żeńskiej, pałętająca się codziennie po kuchni i pokojach? Nadskakująca mu z czystą koszulą albo z talerzem pachnącej zupy? Tyle samo, co nic.
Teraz też burknął pod nosem „pa!” i wymknął się na klatkę, zanim zdążyła mu odpowiedzieć. Potem starym zwyczajem odprowadzała go wzrokiem, stojąc przy oknie w kuchni, wychodzącym na osiedlowy parking. Pomachał jej ręką na do widzenia i tyle go było widać. A ona? Chwilę później, jak zwykle siadała przed telewizorem, albo na odmianę zatapiała się w prasie. Czymś musiała wypełnić sobie czas.
Czasem, tak jak tego dnia, programy telewizyjne niczym szczególnym nie przyciągały jej uwagi, więc nudziła się sromotnie. W pewnym momencie na chwilę oderwała wzrok od telewizora, by z kolei skierować go na równie nieciekawe, beżowe ściany pokoju. Właściwie nie miała nad nim kontroli. Jakoś tak sam bezwiednie wędrował po otaczających go sprzętach i bibelotach. Czasem na odmianę jakby się wyłączał, ustępując miejsca rozmyślaniom.
Nawet się nie spostrzegła, w którym momencie owe rozmyślania przeniosły ją do jednego z nadmorskich krajów. Tyle razy Jerzy obiecywał jej, że ją tam zabierze. Zapewniał, że w tym roku na sto procent. A wyszło jak zawsze, zabrakło mu czasu. Żałowała, że nad jej głową zamiast rozłożystej palmy roztacza się biały sufit, na dobrą sprawę wymagający odświeżenia, a na wyciągnięcie ręki, zamiast zwisającego z niej dorodnego kokosu, czy choćby pachnących pomarańczy, wisi okazały żyrandol. Za oknem co prawda miała pod dostatkiem piasku. Tyle że nie było to nadmorskie wybrzeże, lecz trzy wielkie hałdy należące do pobliskiego placu budowy, budowanych po sąsiedzku dwóch okazałych bloków. Ze znudzenia wlepiła w nie wzrok i kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nagle jej uwagi nie przykuł szklany ekran, a właściwie nieoczekiwanie pojawiająca się na nim sylwetka męża.
Jego wypowiedzi w mediach nie należały do rzadkości i zwykle jej nie dziwiły, ani nawet zbytnio nie ciekawiły. Tym razem było inaczej. Szklany ekran nie kłamał. Jerzy czuł się przed kamerą wyluzowany, jak zawsze. I jak zawsze często wymieniał uściski między koleżankami i kolegami parlamentarzystami, tudzież innymi osobami z pierwszych stron gazet. Teraz też po zakończeniu telewizyjnej dyskusji najpierw uściskał, powiedziałaby nazbyt czule, jednego z kolegów, a potem dwie koleżanki.
- Na misia – przemknęło jej przez myśl, kiedy żegnał się z kolegą ze swojej partii. Ten rodzaj „politycznych pieszczot” kojarzył się Irenie z czasami komunizmu i jego słynnymi przywódcami. Zresztą chyba nie tylko jej. Trochę ją to bawiło, czasem irytowało.
Koleżanki uścisnął podobnie. Wyglądało to groteskowo, ale zwykle nie zwracała na to większej uwagi. Wielu innych parlamentarzystów i różnych sławnych osób w taki właśnie sposób okazywało sobie… No właśnie, co? Przyjaźń, radość, sentyment? A może coś jeszcze? Zresztą, co za różnica, w zasadzie było jej to obojętne. Ale obojętnym nie było to, że wobec niej Jerzy już dawno nie przejawiał podobnych uczuć. Właściwie nic nie przejawiał, myślała nieraz. Tak dawno jej nie przytulił, nie uściskał. Nawet „na misia”. Brakowało jej tego. Zdawkowe cześć albo pa musiało zastąpić jej wszystkie czułości.
Kiedy próbowała mu o tym przypomnieć, opędzał się przede nią, jak przed natrętną muchą.
- No co ty, kochanie. W tym wieku po prostu nie wypada afiszować się ze swoimi uczuciami – słyszała zwykle, po czym ucinał rozmowę, siadał za biurkiem, otwierał laptop i udawał, że nad czymś pilnie pracuje.
Było jej przykro słysząc te słowa. Skończyła wprawdzie pięćdziesiąt lat, ale, czy wiek w tej kwestii miewa znaczenie? Zresztą, nie tylko wtedy było jej przykro. Zawsze, kiedy podkreślał, że dzięki temu, iż zajmuje się polityką i pełni ważną funkcję już drugą kadencję, mogą żyć na odpowiednim poziomie.
- Wiedziałaś o tym, że chcę zostać politykiem – mawiał nazbyt często. - Nie miałaś nic przeciwko, kiedy startowałem do… Tu wymieniał nazwę swojej partii i funkcję, którą pełnił.
- Nie miałam, bo nie wiedziałam, co mnie czeka – odpowiadała zwykle i poniekąd czuła się usprawiedliwiona.

Jerzy tym bardziej czuł się usprawiedliwiony, w dodatku nie wiedzieć czemu, całkiem rozgrzeszony, choć o żadnym rozgrzeszeniu nie mogło być mowy. Przeciwnie, w swoich myślach starannie notowała wszystkie jego kolejne „grzechy”. Czasem prosiła, żeby coś z tym zrobił. Chciała mieć męża, nie polityka, którego nigdy nie ma w domu. Myślała, że się ugnie, z czegoś zrezygnuje, że wybierze ją, a nie politykę. Myliła się.

- Kim byś była, gdybym nie był sławnym - podkreślał to słowo - politykiem? Jakbyśmy żyli? – pytał wprawiając ją w złość. – Z marnej pensyjki? Nikt by o tobie nie słyszał, a tak jesteś żoną sławnego polityka – argumentował.
Nie przyjmował do wiadomości, że ona więcej na tym traci, niż zyskuje.
Ludzie potrafią być złośliwi. Często zaczepiali Irenę na ulicy albo w marketach. Zadawali różne pytania, czasem obraźliwe. Nie zawsze potrafiła odpowiedzieć satysfakcjonująco dla drugiej strony. Zdarzało się, że wychodziła ze słownych potyczek zażenowana. Bywało że i wściekła, ale Jerzy nie reagował na jej utyskiwania w tym temacie. Czuł się panem sytuacji, a może i świata. Kto go tam wie.
- Tylko mi nie wmawiaj, że z tego powodu cierpisz – drwił z niej, zamiast jakoś pocieszyć, uspokoić nerwy. A potem dodawał:
- Dzięki mnie masz pieniądze, sławę, wszystko, co chcesz. Beze mnie nic byś nie znaczyła.
Po tych cierpkich słowach zwykle długo nie mogła przyjść do siebie. Gdyby wypowiedział je raz, tak, jak często robi się to w gniewie albo w zdenerwowaniu, a potem żałował, przeprosił, mogłaby mu wybaczyć. Ale on powtarzał je coraz częściej, wpędzając ją w poczucie niskiej wartości.
Pech chciał, że tego dnia telewizja jeszcze raz wyemitowała program z udziałem Jerzego. Tym razem prowadził go ktoś inny. Inni byli też rozmówcy, choć dyskusja toczyła się na podobne tematy i w podobnym tonie. Na koniec historia się powtórzyła. Jerzy wprawdzie tym razem nie „obściskał” kilku uczestników programu, ale pożegnał się z nimi, jak na jej gust, nazbyt czule podając im dłoń i patrząc głęboko w oczy. Po co? Co chciał w ten sposób im przekazać? Robił to bezwiednie? Nie wiadomo. Według Ireny istotne było to, że patrzyła na niego cała Polska, a na jego twarzy próżno było doszukać się cienia zażenowania. Czegokolwiek, co mogłoby zdradzać jego rzekomą niechęć do przejawiania tego typu gestów serdeczności, a co stale jej insynuował.
Zanim jednak program dobiegł końca, patrzyła w ekran na żywo gestykulującą sylwetkę męża pomiędzy gośćmi w studiu z wyraźnym zniesmaczeniem, złością, pewnego rodzaju zazdrością. Sama już nie wiedziała z czym, ale wszystko to przyprawiało ją o frustrację. Być może właśnie to sprawiło, że nie myślała zbyt logicznie. W konsekwencji tego spakowała walizkę, zamówiła taksówkę i kazała zawieźć się na dworzec. Kupiła bilet do Warszawy, a kilka chwil później siedziała w wygodnej kuszetce, pogrążona w rozmyślaniach.
Zamierzała sprawić Jerzemu niespodziankę. Co prawda liczyła się z tym, że być może nie zostanie wpuszczona do sejmowych kuluarów, ale po cichu wierzyła, iż może jakimś cudem, przynajmniej na chwilę go stamtąd wyciągnie. Pospacerują razem po Starym Mieście albo po Ogrodzie Saskim, albo jakimś innym ciekawym i przyjaznym sercu miejscu. Byle choć przez chwilę razem. Myślała, że może specyficzny klimat Warszawy wpłynie jakoś pozytywnie na ich relacje. Sprawi, że tam, w tym jego świecie, Jerzy szybciej dostrzeże kruchą, zagubioną istotę, swoją żonę. A potem odkryje na nowo, jak ważne dla niej są drobne czułości, bez których kobieta taka jak ona nie jest w stanie oddychać pełną piersią.
Pejzaż za oknem wagonu umykał z niebywałą szybkością, ona zaś dawała upust swojej wyobraźni i marzeniom. Jak bardzo była w błędzie, co do tego, że jej przyjazd do Warszawy cokolwiek zmieni na dobre, przekonała się kilka godzin później.
Z Jerzym zobaczyła się, a jakże, ale tylko przez chwilkę. Nie sądziła, że długo będzie tego żałować. Zamiast ucieszyć się z wizyty żony, nakrzyczał na nią. Wił się jak piskorz, łajał za jej nieroztropność i kazał natychmiast wracać. Była zdruzgotana. Jeszcze nigdy go takim nie widziała.
- A ty myślisz, że co ja tu robię? – krzyczał. – Przecież pracuję!
- Ależ kochanie, nie przyjechałam, żeby cię sprawdzać. Ani mi to w głowie. Chciałam tylko przez chwilę z Tobą pobyć…
Na nic zdały się jej tłumaczenia. Jerzy upierał się przy swojej wersji.
Wróciła więc niepocieszona w rodzinne strony. W wagonie wylała chyba cały zapas łez, bo kiedy wysiadła na dworcu w swoim mieście, oczy piekły ją niemiłosiernie. Jak na złość ostatnia taksówka odjechała jej sprzed nosa. Nie miała ochoty czekać na następną, więc udała się na pobliski przystanek autobusowy. Niestety, zapłakane oczy sprawiły Irenie psikusa i zamiast do autobusu linii osiem, wsiadła do trójki. Myślami wciąż była jeszcze w Warszawie, w miejscu, gdzie spotkała się z Jerzym. Mało obchodziło ją, że pomyliła trasę i do domu wróci okrężną drogą. Bez końca płakała.
- Proszę pani! To już ostatni przystanek. Bardzo mi przykro, ale zjeżdżam do zajezdni – w pewnym momencie z odrętwienia wyrwał ją jakiś obcy męski głos. – Czy coś się stało? – dopytywał się kierowca, widząc opuchnięte od płaczu oczy kobiety.
Zaproponował Irenie pomoc. Ba, gotów był nawet przedłużyć kurs i odwieźć ją do domu.
- Gdzie pani mieszka? - dopytywał się. – Chyba nie powinna pani wracać sama. – Martwił się o nią.
W ogóle był niezwykle sympatyczny i uczynny.
Na początku nie chciała skorzystać z propozycji. Było jej niezręcznie i tak w ogóle, nie po jej myśli.
Nie zamierzała dzielić się swoimi kłopotami z kimkolwiek, ani tym bardziej prosić kogoś o pomoc. W dodatku całkiem obcego. Ale ostatecznie, jakby na przekór sobie i wszystkiemu dookoła przystała na jego propozycję. Droga pod blok, w którym mieszkała, upłynęła jej niemal błyskawicznie. Nie rejestrowała tego, co działo się za oknem autobusu. Zatopiona w swoim smutku i łzach nie była w stanie dostrzec niemalże niczego. Bezgranicznie zawierzyła kompletnie obcemu mężczyźnie, który obiecał zawieźć ją bezpiecznie do domu. Kiedy więc autobus zatrzymał się w pobliżu bloku, trochę jakby się zdziwiła, że to już i musi opuścić pojazd.
Nigdy nie zatrzymywał się w tym miejscu, więc wzbudził pewnego rodzaju sensację wśród okolicznych mieszkańców. Przystanek autobusowy był spory kawał drogi stąd. Nic więc dziwnego, że w oknach pojawili się gapie.
- Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić? – Spytał mężczyzna, kiedy na widok swojego bloku poderwała się z siedzenia.
Spojrzała na niego nieco zaskoczona. Wyrwana z przykrych rozmyślań, zawahała się przez chwilę. W międzyczasie kierowca opuścił swój fotel i wyszedł jej naprzeciw.
- Tak – rzekła po chwili. - Bardzo proszę mnie przytulić. Ogromnie tego potrzebuję. – Wypaliła, i nie czekając na reakcję zaskoczonego mężczyzny, sama rzuciła mu się na szyję.
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło, by ktoś z gapiów zrobił im zdjęcie.
Następnego dnia ukazało się ono w lokalnych gazetach, uruchamiając w ten sposób cały ciąg nieprzewidzianych wydarzeń. Niemal jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem, a właściwie już nocą. wrócił mąż Ireny. Zapewne poinformowany przez kogoś życzliwego. Wymówkom Jerzego nie było końca, ale nie sprawiało to na niej większego wrażenia. Nie teraz. W drodze powrotnej z Warszawy, tam w pociągu, przemyślała wiele spraw. Szkoda tylko, że tak późno. Wniosek nasuwał się jeden.
- Przecież znaczę dla ciebie tyle samo, co nic – broniła się przed lawiną oskarżeń. – Pora coś z tym zrobić.
Kolejny dzień był jeszcze gorszy. Sąsiedzi patrzyli na nią wilkiem. Mąż na odmianę milczał jak kamień. W końcu gdzieś wyszedł, a kiedy wrócił, kompletnie ją zaskoczył. W rękach trzymał jakieś papiery i ulotki reklamowe.
- Proszę, to dla ciebie – niemal rzucił je na stół. – W ramach przeprosin.
To były dwutygodniowe wczasy na Krecie dla dwóch osób. Była przekonana, że w ten sposób chce coś naprawić, że być może jeszcze wszystko się między nimi ułoży. Spotkało ją jednak rozczarowanie.
- Ja nie dam rady pojechać. Zabierz ze sobą koleżankę, albo tego kierowcę – powiedział chłodno i nieco złośliwie.
Usłyszawszy to, niemal ścięło ją z nóg, ale szybko odzyskała równowagę.
- A żebyś wiedział, że zabiorę! – rzuciła mu w twarz.
Jednym ruchem ręki włożyła wszystko do torebki i pobiegła na przystanek. Wsiadła do miejskiego autobusu. Wypytała kierowcę o kolegę, który tamtego dnia odwiózł ją do domu. Z trudem, bo z trudem, ale w końcu udało jej się go odnaleźć.
Tego dnia prowadził autobus linii numer 13. Wsiadła do niego tylnymi drzwiami na przystanku w centrum miasta. Autobus był zatłoczony i sądziła, że być może nie tak od razu ją zauważy. Postanowiła pojechać autobusem do końca, na ostatni przystanek. I dopiero tam do niego podejść. Przez dłuższy czas podczas jazdy obserwowała go kątem oka. Wpatrywała się w niego, rejestrując niemal każdy jego ruch. Patrzyła, jak rozgląda się na boki obserwując jezdnię, to znów spogląda na drzwi, sprawdzając, czy oby jakiś spóźnialski pasażer nie dobiega w ostatnim momencie do autobusu. Czasem ruchem ręki przygładzał włosy. Innym razem sięgnął po coś do picia. Im bliżej końcowego przystanku, tym bardziej autobus pustoszał. Wreszcie, co było nieuniknione, musiał ją zauważyć. Nie wiedziała, że dostrzegł ją znacznie wcześniej. Skinął głową w jej kierunku na przywitanie i trochę jakby nerwowo poruszył się na siedzeniu. Przynajmniej tak jej się wydawało. Nie ruszyła się jednak z miejsca. Dopiero, kiedy autobus opuścił ostatni pasażer, podeszła do kierowcy.
- Jestem winna panu przeprosiny za tamten incydent. Nie sądziłam, że będzie miał takie konsekwencje – stanęła przed nim zawstydzona. – Jest mi niezwykle wstyd i przykro, że naraziłam pana i pańską żonę na takie przykrości. Proszę, to dla państwa w ramach przeprosin – podała mu skierowanie na wczasy i bilety lotnicze na Kretę. – Mam nadzieję, że żona zrozumie.
Zaskoczony mężczyzna, jakby nie dowierzał, że wszystko to dzieje się naprawdę i, czy oby powinien je zatrzymać. Potem spojrzał na Irenę, w jej, tego dnia niezapłakane, całkiem ładne oczy i nieco zrezygnowanym tonem odpowiedział:
- Dziękuję, ale chyba nie skorzystam. Wystarczą przeprosiny. Poza tym nie mam żony. - A potem dodał. – Niestety zmarła przed rokiem.
- Bardzo mi przykro, nie miałam pojęcia… - Irena poczuła się niezręcznie.
- No cóż, a to – tu wskazał na leżącą przed przednią szybą autobusu wczorajszą gazetę z ich wspólnym zdjęciem i roześmiał się. – Koledzy mi zazdrościli. Ja, taki szarak ze znaną osobą na pierwszych stronach gazet. Toż to dla mnie jedynie reklama – podśmiewywał się najwyraźniej zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie miała na sumieniu jego żony. Cała reszta była teraz drugorzędna, o czym nie omieszkała mu powiedzieć, namawiając kolejny raz do przyjęcia biletów.
- Jestem w takim momencie swojego życia, że muszę zacząć wszystko od nowa. Tak postanowiłam. A panu życzę przyjemnego pobytu na Krecie… - zdradziła, niemal siłą wepchnąwszy bilety w ręce mężczyzny, zamierzając pośpiesznie się oddalić.
- Zaraz, ale to jest dla dwóch osób – żachnął się kierowca.
Wcześniej przedstawił się. Na imię miał Aleksander.
– Nie zechce mi pani towarzyszyć?
- Chyba nie powinnam.
- Kreta może być tak samo dobrym miejscem, jak każde inne, żeby zacząć nowy rozdział w swoim życiu – podpowiadał jej swoim ciepłym, ujmującym głosem.
- Myśli pan? – niby trochę się zawahała.
- Jeśli tylko nie będzie miała pani nic przeciwko towarzystwu szarego, nic nieznaczącego obywatela…
- A pan przeciwko kobiecie, która dotąd znaczyła tyle samo, co nic – zdecydowała w jednym momencie, kończąc sekwencję.
W drodze powrotnej do domu zastanawiała się, czy oby dobrze zrobiła. Wmawiała sobie, że jeszcze jest czas, żeby wycofać się z wyjazdu, to znów przekonywała siebie, że być może los nie podsunie jej już podobnej okazji i bezwzględnie musi z niej skorzystać. Upewniła się, że dobrze zdecydowała po przekroczeniu progu mieszkania. Uderzająca cisza i smutek wyzierające z każdego kąta sprawiły, że jeszcze mocniej niż kiedyś zapragnęła znaleźć się w miejscu, gdzie chłód nie sięga.
Otoczyć się ciepłem, miejsca i kogoś serdecznego.
W miejscu, które przed laty wspólnie z Jerzym obrali do życia, niestety, zabrakło tego najważniejszego. Życia. Miłości. Miejsce to stało się krainą lodu. Lodów, które tak ciężko przełamać.
Kilka dni później przed startem w samolocie mówiła do siebie w myślach:
- Zapnij pasy bezpieczeństwa, Ireno. Startujesz w nowe życie. Zmów za siebie modlitwę i poproś Boga o szczęśliwe lądowanie. I niech już żadna góra lodowa nigdy nie stanie na twojej drodze.
- Nie myśl o tym, co było, Ireno. Szkoda na to życia – podpowiadał jej Aleks. - Myśl o tym, co przyniesie jutro. Od kiedy przestawiłem się na tryb myślenia o jutrze w pozytywnym znaczeniu, świat przestał mnie przytłaczać. Pokazuje mi wciąż nowe drogi i możliwości.
A potem dodał:
- Na jednej z tych dróg spotkałem ciebie.
- Jesteś pewien, że to nie ślepy zaułek? – ironizowała jak zawsze sceptyczna Irena.
- Mam nadzieję, że nie. Ty też tego nie chcesz, nieprawdaż?
Cóż mogła mu odpowiedzieć? Że już raz w jeden zabrnęła i wie, jak trudno się z niego wydostać? Że na błędach człowiek się uczy? Że nie ma ochoty jeszcze raz przez to przechodzić? W końcu, że zrobi wszystko, by odmienić swój los? Chyba nie musiała mu tego mówić. Czuła, że i bez tego doskonale ją rozumie. 
Posłała więc w jego kierunku płomienny uśmiech i życzyła jemu i sobie pomyślnego startu w nowe życie, i nade wszystko miękkiego lądowania.








wtorek, 4 lutego 2025

ZAPACH POMARAŃCZY

 

Opowiadanie ze zbioru opowiadań "Dama  w woalce".

- Ze swej strony zrobiliśmy wszystko. Postawiliśmy diagnozę, ustawiliśmy leki. Reszta należy do pani. To schorzenie na ogół nie jest groźne – tłumaczył młody lekarz. – Jedynie uciążliwe.
- Proszę tu podejść i wyjrzeć przez okno – podpowiadał, wskazując ręką pomiędzy niewielkim barakiem, w którym mieścił się mały sklepik spożywczy, a skwerem z kilkoma drzewami i trzema drewnianymi ławkami, znajdującymi się na terenie należącym do szpitala. – Tam czeka na panią inny świat.
Dodał, że słońce dzisiaj cudownie grzeje. Aż chce się żyć. Radził, by łapać chwile i cieszyć się nimi. Bo przecież chwile są ulotne. W ogóle wszystko jest ulotne... Jakby Laura sama tego nie wiedziała.
Napadowa arytmia serca. Nagle coś się dzieje z twoim sercem. Nie wiesz co, więc przepełnia cię potworny strach. Ten strach nazywa się lękiem przed śmiercią. Albo dla odmiany mdlejesz w domu lub na ulicy. W pracy, w sklepie, w kościele. Nigdy nie wiesz, kiedy i gdzie. Po pewnym czasie dochodzi kolejny lęk. Lęk przed wyjściem z domu. Bo przecież arytmia może dopaść cię wszędzie. Boisz się więc. Leki? Niewiele poprawiają tak zwany komfort życia.
- O jakim komforcie w ogóle mowa? – pytała zwykle siebie w myślach.
Spojrzała w okno, tam, gdzie powędrował palec lekarza i rzeczywiście dostrzegła, że na zewnątrz jest piękny, letni dzień. Chciałaby pójść na spacer, gdzieś w góry, nad rzekę. Gdziekolwiek. Podzieliła się swoimi marzeniami z mężczyzną w lekarskim kitlu.
- A dlaczego pani nie może? – spytał lekarz. – Przecież jest pani wolna.
Laura wzruszyła ramionami. Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie umiała, ale on i tak by nie zrozumiał. Ile ów mężczyzna może mieć lat, zastanawiała się. Jakieś trzydzieści, może więcej. Młody. Nie zna jeszcze życia. W każdym razie nie na tyle, by mogła z nim polemizować na każdy temat. I raczej nie w temacie serca, choć z racji swojej profesji na sercu podobno zna się najlepiej.
Gdyby choć parę razy doświadczył tego, co ona. Gdyby choć kilka razy śmierć stanęła mu przed oczami. Może wtedy… Może wtedy coś by zrozumiał.
Tymczasem lekarz powtarzał kolejny raz:
- Na tym nasza pomoc się kończy. Jest pani wolna. Proszę nie przejmować się arytmią.
Laura uśmiechnęła się jedynie. Co innego mogła zrobić? Chwilę później spakowała swoje rzeczy. Podziękowała lekarzom za opiekę. Zabrała wypis ze szpitala i wyszła na zewnątrz budynku.
Ostre słońce raziło ją w oczy. A może to nie tyle słońce, co raczej ta jej wolność tak ją raziła? Nieoczekiwanie jej wzrok padł na niewielki przyszpitalny budynek, a raczej coś w rodzaju baraku. Taki mały ni to sklepik, ni to kiosk. Zauważyła, że ekspedientka ze sklepiku stoi przed nim i pali papierosa. Na jej widok zgasiła go i weszła do wewnątrz. Pewnie w nadziei, że nasza bohaterka do niego wejdzie i coś u niej kupi.
- Dlaczego nie? - pomyślała sobie Laura i po chwili weszła do środka tego czegoś.
Roznosił się w nim zapach pomarańczy. Ekspedientka kroiła je, a właściwie obkrawała, a potem umieszczała na wielkim plastikowym talerzu. Zdziwiło to Laurę, więc spytała:
- Co pani robi?
- Jak to, co? Niektóre są trochę nadpsute, spleśniałe. Ale obkrojone na sok się nadają. Może ktoś kupi – odpowiedziała nieco zażenowana.
- Pleśń jest przecież szkodliwa. Nie wystarczy samo obkrojenie nadpsutego miejsca w owocu. Ona jest wszędzie… - wtrąciła swoje przysłowiowe trzy grosze.
- A kto mi zabroni? – zapytała drwiąco. – To mój sklep. Jestem wolnym człowiekiem i robię, co chcę.
Nie podzielała jej zdania, ale nie polemizowała. Przeczucie mówiło jej, że nie warto. Spojrzała na sklepowe półki. Trochę owoców, jakieś chipsy, batoniki, drożdżówki i temu podobne smakołyki zalegały częściowo na półkach, częściowo na ladzie. Wybrała straszliwie słodki batonik. Nie powinna go zjeść, bo choruje na cukrzycę, ale… kto jej zabroni. Przecież jest wolnym człowiekiem, powoli zaczynała myśleć podobnymi kategoriami. W końcu opuściła sklep.
Usiadła na jednej z ławek niedaleko baraku i raczyła się batonem. Czekała na męża. Obiecał przyjechać po nią samochodem, ale jakoś nie było go widać. Spóźniał się. W międzyczasie kobieta ze sklepiku kolejny raz wyszła na papierosa. Dosiadała się do Laury, nie pytając bynajmniej o przyzwolenie.
- Nikt po panią nie przyjechał? – dopytywała się.
Nie powinna się wtrącać, ale przecież, jak uprzednio zaznaczyła, jest wolna. Mówiła więc, co chciała.
- Mąż miał to zrobić – odpowiedziała Laura. – Nie pojawia się, ani nie dzwoni. Trochę się niepokoję.
- Długo tu pani była? – spytała, wskazując ruchem głowy na szpitalny budynek.
-Trzy tygodnie. Dziesiątki badań. Postawiono diagnozę, ale jak dalej żyć z moim schorzeniem, tego nie powiedzieli – żaliła się przed kobietą.
- A chłop w domu pewnie sam? – padło kolejne pytanie.
Laura przytaknęła.
- Oczywiście, że sam. Dzieci już dorosłe. Mają swoje rodziny.
- Uuu! To sobie użył pewnie trochę tej wolności - siliła się na komentarz ekspedientka.
Laura popatrzyła na nią z niesmakiem. Zero inteligencji i taktu. Po chwili jednak na swój sposób ją rozgrzeszyła. Takt i inteligencja, co to właściwie jest? To pewne ograniczenia, a kobieta przecież ceni sobie swoją wolność. Na szczęście na horyzoncie pojawił się potencjalny klient, więc ekspedientka zerwała się z ławki i popędziła go obsłużyć.
Odetchnęła więc z ulgą. Wreszcie wolna od jej towarzystwa. Siedzi sobie samotnie i czeka. Wreszcie pojawił się mąż.
- Już cię wypuścili? Nie za wcześnie? – spytał jakby z nutą niezadowolenia.
Na tak postawione pytanie nie wiedziała co odpowiedzieć. Od razu przypomniał jej się komentarz sklepowej. Pewnie jest rozczarowany, że powrót żony do domu zabiera mu wolność. Chwilę później wsiadła do samochodu i razem udali się pod adres, gdzie mieszkali od czterdziestu lat. Tak, to najwłaściwsze określenie – mieszkali. Już dawno wypaliło się to, co kiedyś ich łączyło. W samochodzie zaczęła zastanawiać się, jakich użyć słów, by to coś nazwać po imieniu. Nie przeszło jej przez gardło słowo miłość. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy jej między nimi nie było. W takim razie, co to jest? Przywiązanie? Układ? Taka zadaniowość: Ja zrobię to, a ty to i razem jakoś popchamy ten wózek zwany małżeństwem. Przyszło jej na myśl coś jeszcze. Między zadaniowością a ograniczeniem wolności postawiłaby znak równości. Wynikało więc z tego niezbicie, że przez ten ich dziwny układ zabrali sobie wolność…
Niebawem dotarli do domu. Mąż wniósł torby, w których spakowane były „szpitalne” rzeczy. Piżamy, ręczniki, przybory toaletowe. W domu było nawet względnie czysto. Postarał się i posprzątał, pomyślała Laura. Na blacie w kuchni dostrzegła sporą ilość pomarańczy. Na ich widok zmarszczyła brwi. Uwielbiała ich zapach, ale nie jadała cytrusów. Henryk dobrze o tym wiedział. Mimo to, nie zważając na jej minę, rzekł:
- Kupiłem je dla ciebie.
- Jak to? – zdziwiła się nie bez kozery. – Przecież wiesz, że ja…
Przerwał jej wpół zdania i wygłosił długi monolog na temat tego, że on ostatnio bardzo je polubił. Zauważył, że ją to irytuje, więc niezadowolony powiedział:
- To skoczę do sklepu po coś innego – i niemal wybiegł z domu.
Chwilę później wrócił z drożdżówkami. Wielkimi jak księżyc w pełni. Pachnącymi świeżym ciastem i jagodami. Z mnóstwem cukru na wierzchu. Przełknęła ślinę w gardle. Chętnie spałaszowałaby od razu wszystkie, ale przecież… cukrzyca. Zrobiła więc głupią minę i zaczęła ubolewać, że niestety nie może ich tknąć.
- Zaparzę ci kawę do tych drożdżówek, a ja sobie przyrządzę coś innego – zaproponowała mężowi.
Na te słowa mąż wściekł się. Sama też się zezłościła. Przecież Henryk wie, że jego żona choruje na cukrzycę od piętnastu lat i nie jada takich rzeczy. Dlaczego zatem tak się zachowuje? Na szczęście obojgu złość szybko przeszła. Zaparzyła więc kawę, a potem umyła pomarańcze i zamierzała ustawić je na stole w szklanej salaterce. Okazało się jednak, że Henryk miał co do nich inne zamiary, a tym samym pewne dla żony rozkazy.
- Zrób z nich sok! – pokrzykiwał.
Posłusznie wykonała jego rozkaz i już była gotowa wnieść świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy do pokoju, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo.
- Jasna cholera! Złamałem sobie kawałek zęba! Co oni dodali do tego nadzienia w drożdżówkach? Kamienie!?
W tej sytuacji Henryk pobiegł do łazienki, umył zęby i oznajmił jej, że ma zamiar pójść do piekarni, w której je kupił, żeby się z nimi rozprawić. W domyśle, z ekspedientką. Nie udało się Laurze go zatrzymać. Nie cieszyła się też zbytnio chwilą wolności, czyli jego nieobecnością, gdyż nieoczekiwanie ktoś zadzwonił do drzwi.
W drzwiach stała kobieta. Zgrabna i ładna. Nieco młodsza od niej. Na widok żony Henryka cofnęła się dwa kroki. Wyraźnie była zmieszana.
- Przepraszam, chyba pomyliłam adresy – głos jej drżał.
W głębi duszy Laura poczuła, że to jednak nie pomyłka. Przepytała więc ją na okoliczność tego, kogo szuka.
- Pewnie chodzi pani o pana Henryka? Mówił, że spodziewa się gościa – kłamała jak z nut i dziwiła się sama sobie, skąd nagle wpadła na taki pomysł. – Jestem jego gospodynią. Pan Henryk zaraz wróci, proszę wejść – dodała i niemal wciągnęła ją do środka, i od razu posadziła przy stole.
Po tych słowach nieznajomej kobiecie jakby zrobiło się nieco lżej na duszy. Już nie była taka skrępowana i okazało się, że chętnie wypije szklankę soku, który jej zaproponowała gospodyni.
- Uwielbiam sok pomarańczowy – zdradziła. – Henryka też nauczyłam go pić.
Laura nie dowierzała temu, co usłyszała. Już nie miała wątpliwości. Tak wyglądała Wolność jej męża. Koniecznie pisana z dużej litery, bo była niezwykle elegancka. Natychmiast włączyła się jej zazdrość. Postanowiła więc nieco skwasić jej wygląd i minę. Niby niechcąca wylała na nią szklankę soku, a potem zaproponowała, żeby czym prędzej uprała elegancką sukienkę w łazience. Zasugerowała podstępnie, by na chwilę założyła szlafrok Henryka.
- Wisi koło umywalki. Na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. A ja potem wysuszę sukienkę suszarką do włosów – kłamała po mistrzowsku.
- Trochę to banalne. Mogłam wymyślić coś lepszego – w międzyczasie łajała siebie w myślach.
Nieoczekiwanie wrócił mąż.
- Ale zapach! – pokrzykiwał od drzwi. Wszędzie bowiem unosił się zapach pomarańczy.
Na widok Wolności w jego szlafroku nie mógł wyjść z osłupienia. Ich wzrok mówił sam za siebie. Laura nie potrzebowała słów.
W przedpokoju w pośpiechu zabrała torebkę wiszącą na wieszaku i wybiegła z domu. Na ulicy poczuła, że jej serce przełącza się na tryb awaryjny. Robi sobie krótkie i dłuższe przerwy. Co było dalej, nie zarejestrowała. Nie była w stanie.
Odzyskała świadomość w szpitalu. W tym samym, z którego dopiero co wyszła. Przyjmowała ją starsza lekarka. Pielęgniarka zaprowadziła na oddział. Po środkach uspokajających zasnęła. Kiedy się zbudziła, ujrzała nad sobą znajomą twarz.
- Długo pani nie nacieszyła się tą wolnością – mówił młody lekarz. Ten sam, który jeszcze przed południem kazał jej cieszyć się każdą chwilą.
- No nie – przytaknęła mu ledwo dosłyszalnym, zrezygnowanym głosem.
Lekarz dopytywał się, co się stało. Nie kryła, że wprawdzie świat jej się nie zawalił, bo są w życiu o wiele gorsze rzeczy, ale i tak ma wszystkiego serdecznie dość. Opowiedziała o tym, co się wydarzyło.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale to się nawet dobrze stało. Ma pani teraz jasność sytuacji. Może pani zacząć nowe życie. Wolna. Lub zrezygnować z wolności i pozostać przy starym. Wybór należy do pani.
Mówił też, że być może, a jego zdaniem, nawet na pewno, jej arytmia serca spowodowana jest właśnie brakiem zrozumienia i miłości w małżeństwie. Zdziwiły ją słowa lekarza, ale nocą, nie mogąc zasnąć, przeanalizowała je dogłębnie i doszła do tych samych wniosków. Rano nawet podzieliła się swoimi spostrzeżeniami z pacjentką z sąsiedniego łóżka.
- To zależy – powiedziała kobieta. – Bo co to jest właściwie wolność? To pojęcie względne. Tak samo jak szczęście. Dla każdego znaczy coś innego.
- Prawdziwa wolność jest dopiero po śmierci – wtrąciła kolejna pacjentka, snując ponure wizje.
Ostatecznie pożałowała, że podzieliła się z nimi swoimi odczuciami. Nic z tego nie wynikło dobrego, ale też niczego nie przesądziło. Zdecydowała się pójść tropem, który wskazał jej lekarz.
Póki co Laura postanowiła poszukać jej tu, na naszej wiecznie zielonej planecie. Podjęła decyzję, że koniecznie musi rozmówić się z mężem. Może wtedy jej serce znów zacznie pracować normalnie. Może uwolni się wreszcie od arytmii.
Może wtedy będzie naprawdę szczęśliwa i naprawdę wolna.


























SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...