poniedziałek, 30 czerwca 2025

TROCHĘ TO IRYTUJĄCE

 








Zdjęcie: Pixabay

Zaczęło się! Cały rok cisza. Żadnych postów, memów, ani nawet jednego lajka pod postami znajomych. Czasem wręcz chciałoby się do tego kogoś zadzwonić i zapytać, czy przypadkiem ciężko nie zachorował, albo dowiedzieć się u źródła, czy jeszcze żyje.
Ale w końcu przychodzi taki moment, że wszystko samo się wyjaśnia. Lato.
Nagle na Twoim Facebooku aż roi się od setek zdjęć z zagranicznych wojaży. Kto tylko może przechwala się fotkami z wakacyjnych kurortów. Nie ma przy tym znaczenia, że czasem zbyt obszerna tusza wylewa się z kąpielowego stroju, na widok której , delikatnie mówiąc, pojawia się grymas na naszych twarzach. U mężczyzn, tak zwany piwny brzuszek, a raczej ogromnych rozmiarów brzuszysko, tudzież sflaczała skóra, bynajmniej nie wzbudza wstydu w prezentującym swoje „wdzięki”. Liczą się drinki w rękach, potężne desery lodowe, palmy i morze w głębi kadru. Czasem rodzinna fotka przed lotniskiem przesądza o tym z kim i dokąd się ten ktoś udaje na wakacje.
A potem to już leci jak z procy. Wszystko udokumentowane i wszystko umieszczone na Facebooku. A co! Niech się inni napatrzą na co nas stać!
Nie ma też znaczenia, że inni użytkownicy tegoż Facebooka czy Instagrama codziennie z trudem przedzierają się przez lawinę tego typu zdjęć z podróży naszych co poniektórych znajomych, aby dostrzec na nim coś innego.
Większość tych zdjęć można podciągnąć pod jeden wspólny mianownik. Z reguły są na nim osoby, które przez cały rok harują od świtu do nocy. Dodatkowo nie zarabiają wcale kokosów.
Ci, którzy zarabiają, nie chwalą się takimi zdjęciami. Łatwo się domyślić dlaczego tak się dzieje.
Ktoś patrzący na to wszystko z boku, mógłby powiedzieć: „Przecież im się to słusznie należy! Właśnie za ową harówkę.” I ma rację.
Tyle że harujemy wszyscy. W taki czy inny sposób, ale jednak ciężko pracujemy.
Dlaczego więc jedni się przechwalają, a inni nie?
Niedawno wyjaśniła mi to w prosty sposób pewna znajoma, której słowa tu przytoczę.
„Bo oni nie mają w życiu niczego innego. Widziałaś kiedykolwiek jakieś ich zdjęcia z teatru, z wystawy, z ciekawej imprezy? O operze nawet nie wspomnę. Nawet ze zwykłego kina?”
Rzeczywiście – nie widziałam. Dodam jeszcze, że także nie słyszałam, by do takich przybytków kiedykolwiek się udawali. O książkach w ogóle chyba nie należy tu dyskutować. Może chociaż jakaś gazeta? Chyba też nie.
Na co dzień mają pracę, wychowywanie dzieci, kredyty, zakupy w Biedronce.
Przychodzi lato i wszystko zmienia!
Na krótko, ale jednak. Wreszcie jest się czym pochwalić! Jedno wielkie szaleństwo. Czasem przez tydzień, czasem przez dwa tygodnie. Potem już tylko szara rzeczywistość...

sobota, 3 maja 2025

PANI SPRZĄTAJĄCA

  

Zdjęcie: Pixabay

- Co też mama mówi? Żadna sprzątaczka, tylko pani sprzątająca – ofuknęła Erykę synowa, Weronika, gdy spytała, czy jutro ma zabrać dzieci do siebie. Zwykle tak robiła, aby podczas sprzątania nie plątały się pod nogami pani Marii i nie utrudniały jej pracy.
Potem nastąpiła krótka instrukcja, jak powinna mówić o sprzątaczce, która od pewnego czasu przychodziła dwa razy w tygodniu uporać się z porządkami w domu Weroniki i Mateusza. Wszystko po to, tłumaczyła synowa, by wnuki, siedmioletni Antoś i pięcioletnia Natalia, nabywały dobrych manier.
- Poza tym każdy człowiek ma przecież jakieś imię. Można mówi o tej pani po imieniu – dodała Weronika.
Teoretycznie tak – pomyślała w głębi duszy Eryka. Ale co to zmieni? Jak świat światem zawsze były sprzątaczki i jakoś nikomu to nie przeszkadzało.
- Dobrze, od dzisiaj niech będzie, pani Maria – przyznała rację synowej, choć nadal nie opuszczały jej mieszane uczucia. Forma pani sprzątająca była nieco przydługa, a przecież na ogół dążymy do skracania sobie, nie tylko drogi, ale funkcjonują też tu i tam pewne skróty myślowe.
Kilka minut później, gdy Eryka budowała z dziećmi wielki pałac z klocków Lego w pokoju wnuków, rozległo się głośne niezadowolenie, usłyszane aż tam, wyrażane przez ich matkę.
- Ten pacan, kurier, znowu zostawił przesyłkę pod drzwiami! Nawet nie chciało mu się zadzwonić! Czy to tak trudno przycisnąć na dzwonek u drzwi? - pokrzykiwała.
Oburzenie było słuszne, bo na zewnątrz zbierało się na deszcz, a tekturowy pakunek nie był zbyt dobrze zabezpieczony.
Słysząc krzyki matki Antoś zapytał:
- Co się dzieje, babciu? Dlaczego mama się złości?
- Ach, bo widzisz, mój drogi... tu się na chwilę zawahała... pan dostarczający przesyłki nie poinformował o tym mamusi dzwonkiem przy drzwiach.
W głębi duszy trochę uśmiechnęła się sama do siebie, w myślach próbując odgadnąć nowe formy co poniektórych zawodów. No bo trochę dziwnie to brzmi, gdybyśmy chcieli na przykład powiedzieć: Oddaję auto, zamiast do mechanika, to do pana naprawiającego samochody. Albo odbierając list od listonosza – od pana roznoszącego listy. Zamiast kasjerki, na przykład, byłaby pani odbierająca nasze pieniądze za zakupy przy kasie? A co z piekarzem? Może pan formujący i wypiekający bochenki chleba? A ogrodnik? Czy nazwać go panem zajmującym się sadzeniem i uprawą roślin? Pielęgniarka, a jakże (!) nie byłaby pielęgniarką, tylko panią opiekującą się chorymi. Lekarz zasadniczo byłby panem badającym i diagnozującym chorych. A co z osobami niepracującymi?
Zawsze, jak mawiała synowa Eryki, można przecież zwracać się do kogoś przez per pani/pan i po imieniu. Tylko wtedy przed zapłatą za zakupy, na przykład w Biedronce, musielibyśmy najpierw zapytać o imię... pani obsługującej kasę.
Tego dnia opuszczając dom Eryka miała jeszcze jeden dylemat.
Wcześniej synowa prosiła, by następnego dnia pofatygowała się przypilnować wnuki, gdyż ona sama ma umówioną wizytę u fryzjerki.
- O której masz jutro umówioną wizytę u pani skracającej i farbującej włosy?
- spytała trochę ironicznie. - Sorry, ale nie znam imienia tej pani.
- No tak! Teraz mama będzie sobie pokpiwała – nieco się obruszyła.
- Ależ skąd! Po prostu trochę mnie to śmieszy. Od wieków każdy zawód miał swoje miano, i jak zwał tak zwał, będzie to zawsze oznaczać to samo. Po co sobie komplikować życie?
W myślach Eryka poszła nieco dalej. A co będzie, jeśli młodym wpadnie do głowy, żeby wymyślać nowe nazwy nie tylko w kwestii wykonywanych zawodów. I zaczną zmieniać nazwy owoców, warzyw, dań (to akurat już się dzieje)?
Wpadniemy w jakąś paranoję.
Uczenie dzieci taktu i szacunku dla drugiej osoby nie polega wyłącznie na zmianie nazwy wykonywanego zawodu, ale do szacunku w ogóle względem drugiego człowieka.
Każdy człowiek ma swoje imię. I to jest fantastyczne. Ale przecież nie wszystkich znamy. Może na koszulkach powinniśmy mieć je wypisane?

sobota, 1 marca 2025

TYLE SAMO CO NIC

 







Zdjęcie: Pixabay

Ostatnie zerknięcie w lustro wiszące w przedpokoju i poprawienie krawatu zwykle przesądzało o tym, czy Jerzy może na dobre opuścić mieszkanie, a następnie udać się do samochodu na parkingu przed blokiem. Tego dnia również. Irena za każdym razem przyglądała się temu ze stoickim spokojem, choć trudno było jej ukryć, że z pewną goryczą. Przywykła wprawdzie do tego, że życie żony polityka nie jest usłane różami, do samotnych dni i nocy również, ale o zaakceptowaniu tej trudnej sytuacji wciąż nie mogło być mowy. Po prostu jej wewnętrzne ja było w opozycji do poczynań małżonka i najwyraźniej przy tej opcji zamierzało pozostać. Tymczasem Jerzy coraz częściej przebywał poza domem, twierdząc, że tak wygodniej. Na dojazdy do Warszawy tracił sporo czasu. Tłumaczył też, że przez ustawiczne podróże ciągle jest zmęczony. W gruncie rzeczy było to zrozumiałe. Przyznawała mu rację, czasem nawet współczuła. Nie zmieniało to faktu, że trudno było jej się z tym pogodzić.
Nie tak wyobrażała sobie małżeństwo. Zwłaszcza teraz, kiedy dwójka dzieci, Michał i Dorota, dorosły i się usamodzielniły. W dodatku wyprowadziły do innych miast. Doskwierała jej samotność. Wprawdzie w swoim mieście miała dalszą rodzinę oraz różnych znajomych, ale to nie to samo, co ktoś bliski, stale krzątający się wokół. Ktoś, do kogo w każdej chwili można było wyciągnąć dłoń z prośbą o pomoc, albo choćby tylko o towarzystwo. Irena pracowała na pół etatu. W ubezpieczeniach. To wystarczało. Byli przecież majętni. Wśród współpracowników nie miała przyjaciół. Takich jak ona, żon polityków, przecież się nie kocha. Z nimi się nie przyjaźni. Im się tylko zazdrości. No i czasem wykorzystuje do „przepchnięcia” dzięki mężowi politykowi swoich własnych interesów.
Bywało, że uciekała się do podstępu, żeby zatrzymać Jerzego na dłużej przy sobie. Kłamała, że źle się czuje i prosiła, żeby zrezygnował z wyjazdu do Warszawy. Bez skutku. W odpowiedzi zwykle i tak słyszała dyżurne frazesy.
- Kochanie, to niemożliwe. Ta sesja jest wyjątkowo ważna – tłumaczył Jerzy. – Poproś o pomoc sąsiadkę, albo wezwij lekarza do domu. Przecież stać nas na prywatne wizyty.
Oczywiście, że było stać ich na prywatne wizyty lekarzy. Nie tylko na to było ich stać. Na wiele więcej, w zasadzie na wszystko. Jednakże pieniądze, które zdaniem innych są w stanie ze wszystkim sobie poradzić, w jej odczuciu niczego nie załatwiały. Nie potrzebowała opieki obcych ludzi. Potrzebowała Jerzego. Ale niestety tego jednego akurat nie był w stanie jej zaoferować. A może nie chciał? Coraz częściej tak stawiane pytanie powoli stawało się jej obsesją, towarzyszącą jej przez wszystkie samotne dni. Zresztą, nie tylko samotne. Nawet, kiedy był blisko, przy wspólnym posiłku przy stole, w sypialni we wspólnym łóżku, na kanapie podczas niedzielnej sjesty, myślami błądził gdzieś daleko i prawie się nie odzywał. Jakby go nie było. Czasem coś odburknął, to znów chłodno zakomunikował. Dusiła w sobie żal. Mimo to starała się być przykładną i wyrozumiałą żoną. Biedak, tyle przecież miał na głowie…
I jak przystało na żonę polityka, nie zapominała o dyplomacji nawet we własnych czterech kątach, często robiąc dobrą minę do złej gry. Coraz baczniej jednak go obserwowała. Postronnemu obserwatorowi mogłoby się wręcz wydawać, iż jej prześwietlający wzrok ma na celu tylko jedno, przyłapać męża na choćby najmniejszym dowodzie na to, że jest z nią wyłącznie dla zachowania pozorów. Pozorów zgodnego i przykładnego małżeństwa, które było nieodłączną częścią jego politycznego, nieskazitelnego wizerunku.
Tymczasem Jerzy niczego nie podejrzewając, zachowywał się jak zawsze, kompletnie nie zwracając uwagi na swoje ruchy i gesty, które Irena stale miała pod bezwzględną kontrolą. Często się irytowała. A zwłaszcza, kiedy podczas posiłków poniekąd zmuszona była patrzeć, jak ostatni kęs znika w jego ustach. Potem szybko wyciera je serwetką i nie czekając, kiedy i ona dokończy posiłek, wstaje od stołu i przenosi się na wygodną kanapę. Albo, jak przed snem obraca się na drugi bok i zasypia w ramionach Morfeusza, kompletnie ją ignorując.
Nie narzucała się swoją obecnością, a tym bardziej rozmową, choć tyle miała mu do powiedzenia. Zachowywała się cichutko, jak myszka. Bo w zasadzie tego od niej wymagał. Bo przecież stale bywał zmęczony. A kiedy nie bywał zmęczony, myślał o przyszłości narodu.

Przez tą troskę o przyszłość obywateli w naszym kraju coraz częściej zżerała ją zazdrość. Chciała, żeby i ją ktoś otoczył opieką. Zatroszczył się o jej przyszłość, nie zapominając przy tym o zwykłej, szarej teraźniejszości. I to nie tyle o finansowej, tu akurat nie miała na co narzekać, co takiej zwykłej, duchowej. Ale Jerzy nie to miał na względzie. Nie interesowała go podstawowa komórka społeczna, rodzina, a już z całą pewnością nie własna. Zajmował się ogółem. Ten ogół kochał go za to mniej lub bardziej. Dzielił jego poglądy albo nie, ale był dla Jerzego bardzo ważny. Był ważny, bo znaczący. A cóż znaczyła na jego tle jedna biedna, mała istota płci żeńskiej, pałętająca się codziennie po kuchni i pokojach? Nadskakująca mu z czystą koszulą albo z talerzem pachnącej zupy? Tyle samo, co nic.
Teraz też burknął pod nosem „pa!” i wymknął się na klatkę, zanim zdążyła mu odpowiedzieć. Potem starym zwyczajem odprowadzała go wzrokiem, stojąc przy oknie w kuchni, wychodzącym na osiedlowy parking. Pomachał jej ręką na do widzenia i tyle go było widać. A ona? Chwilę później, jak zwykle siadała przed telewizorem, albo na odmianę zatapiała się w prasie. Czymś musiała wypełnić sobie czas.
Czasem, tak jak tego dnia, programy telewizyjne niczym szczególnym nie przyciągały jej uwagi, więc nudziła się sromotnie. W pewnym momencie na chwilę oderwała wzrok od telewizora, by z kolei skierować go na równie nieciekawe, beżowe ściany pokoju. Właściwie nie miała nad nim kontroli. Jakoś tak sam bezwiednie wędrował po otaczających go sprzętach i bibelotach. Czasem na odmianę jakby się wyłączał, ustępując miejsca rozmyślaniom.
Nawet się nie spostrzegła, w którym momencie owe rozmyślania przeniosły ją do jednego z nadmorskich krajów. Tyle razy Jerzy obiecywał jej, że ją tam zabierze. Zapewniał, że w tym roku na sto procent. A wyszło jak zawsze, zabrakło mu czasu. Żałowała, że nad jej głową zamiast rozłożystej palmy roztacza się biały sufit, na dobrą sprawę wymagający odświeżenia, a na wyciągnięcie ręki, zamiast zwisającego z niej dorodnego kokosu, czy choćby pachnących pomarańczy, wisi okazały żyrandol. Za oknem co prawda miała pod dostatkiem piasku. Tyle że nie było to nadmorskie wybrzeże, lecz trzy wielkie hałdy należące do pobliskiego placu budowy, budowanych po sąsiedzku dwóch okazałych bloków. Ze znudzenia wlepiła w nie wzrok i kto wie, jak długo by to trwało, gdyby nagle jej uwagi nie przykuł szklany ekran, a właściwie nieoczekiwanie pojawiająca się na nim sylwetka męża.
Jego wypowiedzi w mediach nie należały do rzadkości i zwykle jej nie dziwiły, ani nawet zbytnio nie ciekawiły. Tym razem było inaczej. Szklany ekran nie kłamał. Jerzy czuł się przed kamerą wyluzowany, jak zawsze. I jak zawsze często wymieniał uściski między koleżankami i kolegami parlamentarzystami, tudzież innymi osobami z pierwszych stron gazet. Teraz też po zakończeniu telewizyjnej dyskusji najpierw uściskał, powiedziałaby nazbyt czule, jednego z kolegów, a potem dwie koleżanki.
- Na misia – przemknęło jej przez myśl, kiedy żegnał się z kolegą ze swojej partii. Ten rodzaj „politycznych pieszczot” kojarzył się Irenie z czasami komunizmu i jego słynnymi przywódcami. Zresztą chyba nie tylko jej. Trochę ją to bawiło, czasem irytowało.
Koleżanki uścisnął podobnie. Wyglądało to groteskowo, ale zwykle nie zwracała na to większej uwagi. Wielu innych parlamentarzystów i różnych sławnych osób w taki właśnie sposób okazywało sobie… No właśnie, co? Przyjaźń, radość, sentyment? A może coś jeszcze? Zresztą, co za różnica, w zasadzie było jej to obojętne. Ale obojętnym nie było to, że wobec niej Jerzy już dawno nie przejawiał podobnych uczuć. Właściwie nic nie przejawiał, myślała nieraz. Tak dawno jej nie przytulił, nie uściskał. Nawet „na misia”. Brakowało jej tego. Zdawkowe cześć albo pa musiało zastąpić jej wszystkie czułości.
Kiedy próbowała mu o tym przypomnieć, opędzał się przede nią, jak przed natrętną muchą.
- No co ty, kochanie. W tym wieku po prostu nie wypada afiszować się ze swoimi uczuciami – słyszała zwykle, po czym ucinał rozmowę, siadał za biurkiem, otwierał laptop i udawał, że nad czymś pilnie pracuje.
Było jej przykro słysząc te słowa. Skończyła wprawdzie pięćdziesiąt lat, ale, czy wiek w tej kwestii miewa znaczenie? Zresztą, nie tylko wtedy było jej przykro. Zawsze, kiedy podkreślał, że dzięki temu, iż zajmuje się polityką i pełni ważną funkcję już drugą kadencję, mogą żyć na odpowiednim poziomie.
- Wiedziałaś o tym, że chcę zostać politykiem – mawiał nazbyt często. - Nie miałaś nic przeciwko, kiedy startowałem do… Tu wymieniał nazwę swojej partii i funkcję, którą pełnił.
- Nie miałam, bo nie wiedziałam, co mnie czeka – odpowiadała zwykle i poniekąd czuła się usprawiedliwiona.

Jerzy tym bardziej czuł się usprawiedliwiony, w dodatku nie wiedzieć czemu, całkiem rozgrzeszony, choć o żadnym rozgrzeszeniu nie mogło być mowy. Przeciwnie, w swoich myślach starannie notowała wszystkie jego kolejne „grzechy”. Czasem prosiła, żeby coś z tym zrobił. Chciała mieć męża, nie polityka, którego nigdy nie ma w domu. Myślała, że się ugnie, z czegoś zrezygnuje, że wybierze ją, a nie politykę. Myliła się.

- Kim byś była, gdybym nie był sławnym - podkreślał to słowo - politykiem? Jakbyśmy żyli? – pytał wprawiając ją w złość. – Z marnej pensyjki? Nikt by o tobie nie słyszał, a tak jesteś żoną sławnego polityka – argumentował.
Nie przyjmował do wiadomości, że ona więcej na tym traci, niż zyskuje.
Ludzie potrafią być złośliwi. Często zaczepiali Irenę na ulicy albo w marketach. Zadawali różne pytania, czasem obraźliwe. Nie zawsze potrafiła odpowiedzieć satysfakcjonująco dla drugiej strony. Zdarzało się, że wychodziła ze słownych potyczek zażenowana. Bywało że i wściekła, ale Jerzy nie reagował na jej utyskiwania w tym temacie. Czuł się panem sytuacji, a może i świata. Kto go tam wie.
- Tylko mi nie wmawiaj, że z tego powodu cierpisz – drwił z niej, zamiast jakoś pocieszyć, uspokoić nerwy. A potem dodawał:
- Dzięki mnie masz pieniądze, sławę, wszystko, co chcesz. Beze mnie nic byś nie znaczyła.
Po tych cierpkich słowach zwykle długo nie mogła przyjść do siebie. Gdyby wypowiedział je raz, tak, jak często robi się to w gniewie albo w zdenerwowaniu, a potem żałował, przeprosił, mogłaby mu wybaczyć. Ale on powtarzał je coraz częściej, wpędzając ją w poczucie niskiej wartości.
Pech chciał, że tego dnia telewizja jeszcze raz wyemitowała program z udziałem Jerzego. Tym razem prowadził go ktoś inny. Inni byli też rozmówcy, choć dyskusja toczyła się na podobne tematy i w podobnym tonie. Na koniec historia się powtórzyła. Jerzy wprawdzie tym razem nie „obściskał” kilku uczestników programu, ale pożegnał się z nimi, jak na jej gust, nazbyt czule podając im dłoń i patrząc głęboko w oczy. Po co? Co chciał w ten sposób im przekazać? Robił to bezwiednie? Nie wiadomo. Według Ireny istotne było to, że patrzyła na niego cała Polska, a na jego twarzy próżno było doszukać się cienia zażenowania. Czegokolwiek, co mogłoby zdradzać jego rzekomą niechęć do przejawiania tego typu gestów serdeczności, a co stale jej insynuował.
Zanim jednak program dobiegł końca, patrzyła w ekran na żywo gestykulującą sylwetkę męża pomiędzy gośćmi w studiu z wyraźnym zniesmaczeniem, złością, pewnego rodzaju zazdrością. Sama już nie wiedziała z czym, ale wszystko to przyprawiało ją o frustrację. Być może właśnie to sprawiło, że nie myślała zbyt logicznie. W konsekwencji tego spakowała walizkę, zamówiła taksówkę i kazała zawieźć się na dworzec. Kupiła bilet do Warszawy, a kilka chwil później siedziała w wygodnej kuszetce, pogrążona w rozmyślaniach.
Zamierzała sprawić Jerzemu niespodziankę. Co prawda liczyła się z tym, że być może nie zostanie wpuszczona do sejmowych kuluarów, ale po cichu wierzyła, iż może jakimś cudem, przynajmniej na chwilę go stamtąd wyciągnie. Pospacerują razem po Starym Mieście albo po Ogrodzie Saskim, albo jakimś innym ciekawym i przyjaznym sercu miejscu. Byle choć przez chwilę razem. Myślała, że może specyficzny klimat Warszawy wpłynie jakoś pozytywnie na ich relacje. Sprawi, że tam, w tym jego świecie, Jerzy szybciej dostrzeże kruchą, zagubioną istotę, swoją żonę. A potem odkryje na nowo, jak ważne dla niej są drobne czułości, bez których kobieta taka jak ona nie jest w stanie oddychać pełną piersią.
Pejzaż za oknem wagonu umykał z niebywałą szybkością, ona zaś dawała upust swojej wyobraźni i marzeniom. Jak bardzo była w błędzie, co do tego, że jej przyjazd do Warszawy cokolwiek zmieni na dobre, przekonała się kilka godzin później.
Z Jerzym zobaczyła się, a jakże, ale tylko przez chwilkę. Nie sądziła, że długo będzie tego żałować. Zamiast ucieszyć się z wizyty żony, nakrzyczał na nią. Wił się jak piskorz, łajał za jej nieroztropność i kazał natychmiast wracać. Była zdruzgotana. Jeszcze nigdy go takim nie widziała.
- A ty myślisz, że co ja tu robię? – krzyczał. – Przecież pracuję!
- Ależ kochanie, nie przyjechałam, żeby cię sprawdzać. Ani mi to w głowie. Chciałam tylko przez chwilę z Tobą pobyć…
Na nic zdały się jej tłumaczenia. Jerzy upierał się przy swojej wersji.
Wróciła więc niepocieszona w rodzinne strony. W wagonie wylała chyba cały zapas łez, bo kiedy wysiadła na dworcu w swoim mieście, oczy piekły ją niemiłosiernie. Jak na złość ostatnia taksówka odjechała jej sprzed nosa. Nie miała ochoty czekać na następną, więc udała się na pobliski przystanek autobusowy. Niestety, zapłakane oczy sprawiły Irenie psikusa i zamiast do autobusu linii osiem, wsiadła do trójki. Myślami wciąż była jeszcze w Warszawie, w miejscu, gdzie spotkała się z Jerzym. Mało obchodziło ją, że pomyliła trasę i do domu wróci okrężną drogą. Bez końca płakała.
- Proszę pani! To już ostatni przystanek. Bardzo mi przykro, ale zjeżdżam do zajezdni – w pewnym momencie z odrętwienia wyrwał ją jakiś obcy męski głos. – Czy coś się stało? – dopytywał się kierowca, widząc opuchnięte od płaczu oczy kobiety.
Zaproponował Irenie pomoc. Ba, gotów był nawet przedłużyć kurs i odwieźć ją do domu.
- Gdzie pani mieszka? - dopytywał się. – Chyba nie powinna pani wracać sama. – Martwił się o nią.
W ogóle był niezwykle sympatyczny i uczynny.
Na początku nie chciała skorzystać z propozycji. Było jej niezręcznie i tak w ogóle, nie po jej myśli.
Nie zamierzała dzielić się swoimi kłopotami z kimkolwiek, ani tym bardziej prosić kogoś o pomoc. W dodatku całkiem obcego. Ale ostatecznie, jakby na przekór sobie i wszystkiemu dookoła przystała na jego propozycję. Droga pod blok, w którym mieszkała, upłynęła jej niemal błyskawicznie. Nie rejestrowała tego, co działo się za oknem autobusu. Zatopiona w swoim smutku i łzach nie była w stanie dostrzec niemalże niczego. Bezgranicznie zawierzyła kompletnie obcemu mężczyźnie, który obiecał zawieźć ją bezpiecznie do domu. Kiedy więc autobus zatrzymał się w pobliżu bloku, trochę jakby się zdziwiła, że to już i musi opuścić pojazd.
Nigdy nie zatrzymywał się w tym miejscu, więc wzbudził pewnego rodzaju sensację wśród okolicznych mieszkańców. Przystanek autobusowy był spory kawał drogi stąd. Nic więc dziwnego, że w oknach pojawili się gapie.
- Czy mogę coś jeszcze dla pani zrobić? – Spytał mężczyzna, kiedy na widok swojego bloku poderwała się z siedzenia.
Spojrzała na niego nieco zaskoczona. Wyrwana z przykrych rozmyślań, zawahała się przez chwilę. W międzyczasie kierowca opuścił swój fotel i wyszedł jej naprzeciw.
- Tak – rzekła po chwili. - Bardzo proszę mnie przytulić. Ogromnie tego potrzebuję. – Wypaliła, i nie czekając na reakcję zaskoczonego mężczyzny, sama rzuciła mu się na szyję.
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło, by ktoś z gapiów zrobił im zdjęcie.
Następnego dnia ukazało się ono w lokalnych gazetach, uruchamiając w ten sposób cały ciąg nieprzewidzianych wydarzeń. Niemal jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem, a właściwie już nocą. wrócił mąż Ireny. Zapewne poinformowany przez kogoś życzliwego. Wymówkom Jerzego nie było końca, ale nie sprawiało to na niej większego wrażenia. Nie teraz. W drodze powrotnej z Warszawy, tam w pociągu, przemyślała wiele spraw. Szkoda tylko, że tak późno. Wniosek nasuwał się jeden.
- Przecież znaczę dla ciebie tyle samo, co nic – broniła się przed lawiną oskarżeń. – Pora coś z tym zrobić.
Kolejny dzień był jeszcze gorszy. Sąsiedzi patrzyli na nią wilkiem. Mąż na odmianę milczał jak kamień. W końcu gdzieś wyszedł, a kiedy wrócił, kompletnie ją zaskoczył. W rękach trzymał jakieś papiery i ulotki reklamowe.
- Proszę, to dla ciebie – niemal rzucił je na stół. – W ramach przeprosin.
To były dwutygodniowe wczasy na Krecie dla dwóch osób. Była przekonana, że w ten sposób chce coś naprawić, że być może jeszcze wszystko się między nimi ułoży. Spotkało ją jednak rozczarowanie.
- Ja nie dam rady pojechać. Zabierz ze sobą koleżankę, albo tego kierowcę – powiedział chłodno i nieco złośliwie.
Usłyszawszy to, niemal ścięło ją z nóg, ale szybko odzyskała równowagę.
- A żebyś wiedział, że zabiorę! – rzuciła mu w twarz.
Jednym ruchem ręki włożyła wszystko do torebki i pobiegła na przystanek. Wsiadła do miejskiego autobusu. Wypytała kierowcę o kolegę, który tamtego dnia odwiózł ją do domu. Z trudem, bo z trudem, ale w końcu udało jej się go odnaleźć.
Tego dnia prowadził autobus linii numer 13. Wsiadła do niego tylnymi drzwiami na przystanku w centrum miasta. Autobus był zatłoczony i sądziła, że być może nie tak od razu ją zauważy. Postanowiła pojechać autobusem do końca, na ostatni przystanek. I dopiero tam do niego podejść. Przez dłuższy czas podczas jazdy obserwowała go kątem oka. Wpatrywała się w niego, rejestrując niemal każdy jego ruch. Patrzyła, jak rozgląda się na boki obserwując jezdnię, to znów spogląda na drzwi, sprawdzając, czy oby jakiś spóźnialski pasażer nie dobiega w ostatnim momencie do autobusu. Czasem ruchem ręki przygładzał włosy. Innym razem sięgnął po coś do picia. Im bliżej końcowego przystanku, tym bardziej autobus pustoszał. Wreszcie, co było nieuniknione, musiał ją zauważyć. Nie wiedziała, że dostrzegł ją znacznie wcześniej. Skinął głową w jej kierunku na przywitanie i trochę jakby nerwowo poruszył się na siedzeniu. Przynajmniej tak jej się wydawało. Nie ruszyła się jednak z miejsca. Dopiero, kiedy autobus opuścił ostatni pasażer, podeszła do kierowcy.
- Jestem winna panu przeprosiny za tamten incydent. Nie sądziłam, że będzie miał takie konsekwencje – stanęła przed nim zawstydzona. – Jest mi niezwykle wstyd i przykro, że naraziłam pana i pańską żonę na takie przykrości. Proszę, to dla państwa w ramach przeprosin – podała mu skierowanie na wczasy i bilety lotnicze na Kretę. – Mam nadzieję, że żona zrozumie.
Zaskoczony mężczyzna, jakby nie dowierzał, że wszystko to dzieje się naprawdę i, czy oby powinien je zatrzymać. Potem spojrzał na Irenę, w jej, tego dnia niezapłakane, całkiem ładne oczy i nieco zrezygnowanym tonem odpowiedział:
- Dziękuję, ale chyba nie skorzystam. Wystarczą przeprosiny. Poza tym nie mam żony. - A potem dodał. – Niestety zmarła przed rokiem.
- Bardzo mi przykro, nie miałam pojęcia… - Irena poczuła się niezręcznie.
- No cóż, a to – tu wskazał na leżącą przed przednią szybą autobusu wczorajszą gazetę z ich wspólnym zdjęciem i roześmiał się. – Koledzy mi zazdrościli. Ja, taki szarak ze znaną osobą na pierwszych stronach gazet. Toż to dla mnie jedynie reklama – podśmiewywał się najwyraźniej zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Odetchnęła z ulgą. Przynajmniej nie miała na sumieniu jego żony. Cała reszta była teraz drugorzędna, o czym nie omieszkała mu powiedzieć, namawiając kolejny raz do przyjęcia biletów.
- Jestem w takim momencie swojego życia, że muszę zacząć wszystko od nowa. Tak postanowiłam. A panu życzę przyjemnego pobytu na Krecie… - zdradziła, niemal siłą wepchnąwszy bilety w ręce mężczyzny, zamierzając pośpiesznie się oddalić.
- Zaraz, ale to jest dla dwóch osób – żachnął się kierowca.
Wcześniej przedstawił się. Na imię miał Aleksander.
– Nie zechce mi pani towarzyszyć?
- Chyba nie powinnam.
- Kreta może być tak samo dobrym miejscem, jak każde inne, żeby zacząć nowy rozdział w swoim życiu – podpowiadał jej swoim ciepłym, ujmującym głosem.
- Myśli pan? – niby trochę się zawahała.
- Jeśli tylko nie będzie miała pani nic przeciwko towarzystwu szarego, nic nieznaczącego obywatela…
- A pan przeciwko kobiecie, która dotąd znaczyła tyle samo, co nic – zdecydowała w jednym momencie, kończąc sekwencję.
W drodze powrotnej do domu zastanawiała się, czy oby dobrze zrobiła. Wmawiała sobie, że jeszcze jest czas, żeby wycofać się z wyjazdu, to znów przekonywała siebie, że być może los nie podsunie jej już podobnej okazji i bezwzględnie musi z niej skorzystać. Upewniła się, że dobrze zdecydowała po przekroczeniu progu mieszkania. Uderzająca cisza i smutek wyzierające z każdego kąta sprawiły, że jeszcze mocniej niż kiedyś zapragnęła znaleźć się w miejscu, gdzie chłód nie sięga.
Otoczyć się ciepłem, miejsca i kogoś serdecznego.
W miejscu, które przed laty wspólnie z Jerzym obrali do życia, niestety, zabrakło tego najważniejszego. Życia. Miłości. Miejsce to stało się krainą lodu. Lodów, które tak ciężko przełamać.
Kilka dni później przed startem w samolocie mówiła do siebie w myślach:
- Zapnij pasy bezpieczeństwa, Ireno. Startujesz w nowe życie. Zmów za siebie modlitwę i poproś Boga o szczęśliwe lądowanie. I niech już żadna góra lodowa nigdy nie stanie na twojej drodze.
- Nie myśl o tym, co było, Ireno. Szkoda na to życia – podpowiadał jej Aleks. - Myśl o tym, co przyniesie jutro. Od kiedy przestawiłem się na tryb myślenia o jutrze w pozytywnym znaczeniu, świat przestał mnie przytłaczać. Pokazuje mi wciąż nowe drogi i możliwości.
A potem dodał:
- Na jednej z tych dróg spotkałem ciebie.
- Jesteś pewien, że to nie ślepy zaułek? – ironizowała jak zawsze sceptyczna Irena.
- Mam nadzieję, że nie. Ty też tego nie chcesz, nieprawdaż?
Cóż mogła mu odpowiedzieć? Że już raz w jeden zabrnęła i wie, jak trudno się z niego wydostać? Że na błędach człowiek się uczy? Że nie ma ochoty jeszcze raz przez to przechodzić? W końcu, że zrobi wszystko, by odmienić swój los? Chyba nie musiała mu tego mówić. Czuła, że i bez tego doskonale ją rozumie. 
Posłała więc w jego kierunku płomienny uśmiech i życzyła jemu i sobie pomyślnego startu w nowe życie, i nade wszystko miękkiego lądowania.








wtorek, 4 lutego 2025

ZAPACH POMARAŃCZY

 

Opowiadanie ze zbioru opowiadań "Dama  w woalce".

- Ze swej strony zrobiliśmy wszystko. Postawiliśmy diagnozę, ustawiliśmy leki. Reszta należy do pani. To schorzenie na ogół nie jest groźne – tłumaczył młody lekarz. – Jedynie uciążliwe.
- Proszę tu podejść i wyjrzeć przez okno – podpowiadał, wskazując ręką pomiędzy niewielkim barakiem, w którym mieścił się mały sklepik spożywczy, a skwerem z kilkoma drzewami i trzema drewnianymi ławkami, znajdującymi się na terenie należącym do szpitala. – Tam czeka na panią inny świat.
Dodał, że słońce dzisiaj cudownie grzeje. Aż chce się żyć. Radził, by łapać chwile i cieszyć się nimi. Bo przecież chwile są ulotne. W ogóle wszystko jest ulotne... Jakby Laura sama tego nie wiedziała.
Napadowa arytmia serca. Nagle coś się dzieje z twoim sercem. Nie wiesz co, więc przepełnia cię potworny strach. Ten strach nazywa się lękiem przed śmiercią. Albo dla odmiany mdlejesz w domu lub na ulicy. W pracy, w sklepie, w kościele. Nigdy nie wiesz, kiedy i gdzie. Po pewnym czasie dochodzi kolejny lęk. Lęk przed wyjściem z domu. Bo przecież arytmia może dopaść cię wszędzie. Boisz się więc. Leki? Niewiele poprawiają tak zwany komfort życia.
- O jakim komforcie w ogóle mowa? – pytała zwykle siebie w myślach.
Spojrzała w okno, tam, gdzie powędrował palec lekarza i rzeczywiście dostrzegła, że na zewnątrz jest piękny, letni dzień. Chciałaby pójść na spacer, gdzieś w góry, nad rzekę. Gdziekolwiek. Podzieliła się swoimi marzeniami z mężczyzną w lekarskim kitlu.
- A dlaczego pani nie może? – spytał lekarz. – Przecież jest pani wolna.
Laura wzruszyła ramionami. Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie umiała, ale on i tak by nie zrozumiał. Ile ów mężczyzna może mieć lat, zastanawiała się. Jakieś trzydzieści, może więcej. Młody. Nie zna jeszcze życia. W każdym razie nie na tyle, by mogła z nim polemizować na każdy temat. I raczej nie w temacie serca, choć z racji swojej profesji na sercu podobno zna się najlepiej.
Gdyby choć parę razy doświadczył tego, co ona. Gdyby choć kilka razy śmierć stanęła mu przed oczami. Może wtedy… Może wtedy coś by zrozumiał.
Tymczasem lekarz powtarzał kolejny raz:
- Na tym nasza pomoc się kończy. Jest pani wolna. Proszę nie przejmować się arytmią.
Laura uśmiechnęła się jedynie. Co innego mogła zrobić? Chwilę później spakowała swoje rzeczy. Podziękowała lekarzom za opiekę. Zabrała wypis ze szpitala i wyszła na zewnątrz budynku.
Ostre słońce raziło ją w oczy. A może to nie tyle słońce, co raczej ta jej wolność tak ją raziła? Nieoczekiwanie jej wzrok padł na niewielki przyszpitalny budynek, a raczej coś w rodzaju baraku. Taki mały ni to sklepik, ni to kiosk. Zauważyła, że ekspedientka ze sklepiku stoi przed nim i pali papierosa. Na jej widok zgasiła go i weszła do wewnątrz. Pewnie w nadziei, że nasza bohaterka do niego wejdzie i coś u niej kupi.
- Dlaczego nie? - pomyślała sobie Laura i po chwili weszła do środka tego czegoś.
Roznosił się w nim zapach pomarańczy. Ekspedientka kroiła je, a właściwie obkrawała, a potem umieszczała na wielkim plastikowym talerzu. Zdziwiło to Laurę, więc spytała:
- Co pani robi?
- Jak to, co? Niektóre są trochę nadpsute, spleśniałe. Ale obkrojone na sok się nadają. Może ktoś kupi – odpowiedziała nieco zażenowana.
- Pleśń jest przecież szkodliwa. Nie wystarczy samo obkrojenie nadpsutego miejsca w owocu. Ona jest wszędzie… - wtrąciła swoje przysłowiowe trzy grosze.
- A kto mi zabroni? – zapytała drwiąco. – To mój sklep. Jestem wolnym człowiekiem i robię, co chcę.
Nie podzielała jej zdania, ale nie polemizowała. Przeczucie mówiło jej, że nie warto. Spojrzała na sklepowe półki. Trochę owoców, jakieś chipsy, batoniki, drożdżówki i temu podobne smakołyki zalegały częściowo na półkach, częściowo na ladzie. Wybrała straszliwie słodki batonik. Nie powinna go zjeść, bo choruje na cukrzycę, ale… kto jej zabroni. Przecież jest wolnym człowiekiem, powoli zaczynała myśleć podobnymi kategoriami. W końcu opuściła sklep.
Usiadła na jednej z ławek niedaleko baraku i raczyła się batonem. Czekała na męża. Obiecał przyjechać po nią samochodem, ale jakoś nie było go widać. Spóźniał się. W międzyczasie kobieta ze sklepiku kolejny raz wyszła na papierosa. Dosiadała się do Laury, nie pytając bynajmniej o przyzwolenie.
- Nikt po panią nie przyjechał? – dopytywała się.
Nie powinna się wtrącać, ale przecież, jak uprzednio zaznaczyła, jest wolna. Mówiła więc, co chciała.
- Mąż miał to zrobić – odpowiedziała Laura. – Nie pojawia się, ani nie dzwoni. Trochę się niepokoję.
- Długo tu pani była? – spytała, wskazując ruchem głowy na szpitalny budynek.
-Trzy tygodnie. Dziesiątki badań. Postawiono diagnozę, ale jak dalej żyć z moim schorzeniem, tego nie powiedzieli – żaliła się przed kobietą.
- A chłop w domu pewnie sam? – padło kolejne pytanie.
Laura przytaknęła.
- Oczywiście, że sam. Dzieci już dorosłe. Mają swoje rodziny.
- Uuu! To sobie użył pewnie trochę tej wolności - siliła się na komentarz ekspedientka.
Laura popatrzyła na nią z niesmakiem. Zero inteligencji i taktu. Po chwili jednak na swój sposób ją rozgrzeszyła. Takt i inteligencja, co to właściwie jest? To pewne ograniczenia, a kobieta przecież ceni sobie swoją wolność. Na szczęście na horyzoncie pojawił się potencjalny klient, więc ekspedientka zerwała się z ławki i popędziła go obsłużyć.
Odetchnęła więc z ulgą. Wreszcie wolna od jej towarzystwa. Siedzi sobie samotnie i czeka. Wreszcie pojawił się mąż.
- Już cię wypuścili? Nie za wcześnie? – spytał jakby z nutą niezadowolenia.
Na tak postawione pytanie nie wiedziała co odpowiedzieć. Od razu przypomniał jej się komentarz sklepowej. Pewnie jest rozczarowany, że powrót żony do domu zabiera mu wolność. Chwilę później wsiadła do samochodu i razem udali się pod adres, gdzie mieszkali od czterdziestu lat. Tak, to najwłaściwsze określenie – mieszkali. Już dawno wypaliło się to, co kiedyś ich łączyło. W samochodzie zaczęła zastanawiać się, jakich użyć słów, by to coś nazwać po imieniu. Nie przeszło jej przez gardło słowo miłość. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy jej między nimi nie było. W takim razie, co to jest? Przywiązanie? Układ? Taka zadaniowość: Ja zrobię to, a ty to i razem jakoś popchamy ten wózek zwany małżeństwem. Przyszło jej na myśl coś jeszcze. Między zadaniowością a ograniczeniem wolności postawiłaby znak równości. Wynikało więc z tego niezbicie, że przez ten ich dziwny układ zabrali sobie wolność…
Niebawem dotarli do domu. Mąż wniósł torby, w których spakowane były „szpitalne” rzeczy. Piżamy, ręczniki, przybory toaletowe. W domu było nawet względnie czysto. Postarał się i posprzątał, pomyślała Laura. Na blacie w kuchni dostrzegła sporą ilość pomarańczy. Na ich widok zmarszczyła brwi. Uwielbiała ich zapach, ale nie jadała cytrusów. Henryk dobrze o tym wiedział. Mimo to, nie zważając na jej minę, rzekł:
- Kupiłem je dla ciebie.
- Jak to? – zdziwiła się nie bez kozery. – Przecież wiesz, że ja…
Przerwał jej wpół zdania i wygłosił długi monolog na temat tego, że on ostatnio bardzo je polubił. Zauważył, że ją to irytuje, więc niezadowolony powiedział:
- To skoczę do sklepu po coś innego – i niemal wybiegł z domu.
Chwilę później wrócił z drożdżówkami. Wielkimi jak księżyc w pełni. Pachnącymi świeżym ciastem i jagodami. Z mnóstwem cukru na wierzchu. Przełknęła ślinę w gardle. Chętnie spałaszowałaby od razu wszystkie, ale przecież… cukrzyca. Zrobiła więc głupią minę i zaczęła ubolewać, że niestety nie może ich tknąć.
- Zaparzę ci kawę do tych drożdżówek, a ja sobie przyrządzę coś innego – zaproponowała mężowi.
Na te słowa mąż wściekł się. Sama też się zezłościła. Przecież Henryk wie, że jego żona choruje na cukrzycę od piętnastu lat i nie jada takich rzeczy. Dlaczego zatem tak się zachowuje? Na szczęście obojgu złość szybko przeszła. Zaparzyła więc kawę, a potem umyła pomarańcze i zamierzała ustawić je na stole w szklanej salaterce. Okazało się jednak, że Henryk miał co do nich inne zamiary, a tym samym pewne dla żony rozkazy.
- Zrób z nich sok! – pokrzykiwał.
Posłusznie wykonała jego rozkaz i już była gotowa wnieść świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy do pokoju, kiedy nagle usłyszała głośne przekleństwo.
- Jasna cholera! Złamałem sobie kawałek zęba! Co oni dodali do tego nadzienia w drożdżówkach? Kamienie!?
W tej sytuacji Henryk pobiegł do łazienki, umył zęby i oznajmił jej, że ma zamiar pójść do piekarni, w której je kupił, żeby się z nimi rozprawić. W domyśle, z ekspedientką. Nie udało się Laurze go zatrzymać. Nie cieszyła się też zbytnio chwilą wolności, czyli jego nieobecnością, gdyż nieoczekiwanie ktoś zadzwonił do drzwi.
W drzwiach stała kobieta. Zgrabna i ładna. Nieco młodsza od niej. Na widok żony Henryka cofnęła się dwa kroki. Wyraźnie była zmieszana.
- Przepraszam, chyba pomyliłam adresy – głos jej drżał.
W głębi duszy Laura poczuła, że to jednak nie pomyłka. Przepytała więc ją na okoliczność tego, kogo szuka.
- Pewnie chodzi pani o pana Henryka? Mówił, że spodziewa się gościa – kłamała jak z nut i dziwiła się sama sobie, skąd nagle wpadła na taki pomysł. – Jestem jego gospodynią. Pan Henryk zaraz wróci, proszę wejść – dodała i niemal wciągnęła ją do środka, i od razu posadziła przy stole.
Po tych słowach nieznajomej kobiecie jakby zrobiło się nieco lżej na duszy. Już nie była taka skrępowana i okazało się, że chętnie wypije szklankę soku, który jej zaproponowała gospodyni.
- Uwielbiam sok pomarańczowy – zdradziła. – Henryka też nauczyłam go pić.
Laura nie dowierzała temu, co usłyszała. Już nie miała wątpliwości. Tak wyglądała Wolność jej męża. Koniecznie pisana z dużej litery, bo była niezwykle elegancka. Natychmiast włączyła się jej zazdrość. Postanowiła więc nieco skwasić jej wygląd i minę. Niby niechcąca wylała na nią szklankę soku, a potem zaproponowała, żeby czym prędzej uprała elegancką sukienkę w łazience. Zasugerowała podstępnie, by na chwilę założyła szlafrok Henryka.
- Wisi koło umywalki. Na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. A ja potem wysuszę sukienkę suszarką do włosów – kłamała po mistrzowsku.
- Trochę to banalne. Mogłam wymyślić coś lepszego – w międzyczasie łajała siebie w myślach.
Nieoczekiwanie wrócił mąż.
- Ale zapach! – pokrzykiwał od drzwi. Wszędzie bowiem unosił się zapach pomarańczy.
Na widok Wolności w jego szlafroku nie mógł wyjść z osłupienia. Ich wzrok mówił sam za siebie. Laura nie potrzebowała słów.
W przedpokoju w pośpiechu zabrała torebkę wiszącą na wieszaku i wybiegła z domu. Na ulicy poczuła, że jej serce przełącza się na tryb awaryjny. Robi sobie krótkie i dłuższe przerwy. Co było dalej, nie zarejestrowała. Nie była w stanie.
Odzyskała świadomość w szpitalu. W tym samym, z którego dopiero co wyszła. Przyjmowała ją starsza lekarka. Pielęgniarka zaprowadziła na oddział. Po środkach uspokajających zasnęła. Kiedy się zbudziła, ujrzała nad sobą znajomą twarz.
- Długo pani nie nacieszyła się tą wolnością – mówił młody lekarz. Ten sam, który jeszcze przed południem kazał jej cieszyć się każdą chwilą.
- No nie – przytaknęła mu ledwo dosłyszalnym, zrezygnowanym głosem.
Lekarz dopytywał się, co się stało. Nie kryła, że wprawdzie świat jej się nie zawalił, bo są w życiu o wiele gorsze rzeczy, ale i tak ma wszystkiego serdecznie dość. Opowiedziała o tym, co się wydarzyło.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale to się nawet dobrze stało. Ma pani teraz jasność sytuacji. Może pani zacząć nowe życie. Wolna. Lub zrezygnować z wolności i pozostać przy starym. Wybór należy do pani.
Mówił też, że być może, a jego zdaniem, nawet na pewno, jej arytmia serca spowodowana jest właśnie brakiem zrozumienia i miłości w małżeństwie. Zdziwiły ją słowa lekarza, ale nocą, nie mogąc zasnąć, przeanalizowała je dogłębnie i doszła do tych samych wniosków. Rano nawet podzieliła się swoimi spostrzeżeniami z pacjentką z sąsiedniego łóżka.
- To zależy – powiedziała kobieta. – Bo co to jest właściwie wolność? To pojęcie względne. Tak samo jak szczęście. Dla każdego znaczy coś innego.
- Prawdziwa wolność jest dopiero po śmierci – wtrąciła kolejna pacjentka, snując ponure wizje.
Ostatecznie pożałowała, że podzieliła się z nimi swoimi odczuciami. Nic z tego nie wynikło dobrego, ale też niczego nie przesądziło. Zdecydowała się pójść tropem, który wskazał jej lekarz.
Póki co Laura postanowiła poszukać jej tu, na naszej wiecznie zielonej planecie. Podjęła decyzję, że koniecznie musi rozmówić się z mężem. Może wtedy jej serce znów zacznie pracować normalnie. Może uwolni się wreszcie od arytmii.
Może wtedy będzie naprawdę szczęśliwa i naprawdę wolna.


























piątek, 17 stycznia 2025

SZAFA GRA

 



Opowiadanie z tomiku "DAMA W WOALCE"

Zdjęcie: Pixabay
Słodkawy wermut smakował trochę jak sfermentowany kompot, do którego ktoś wsypał sproszkowane goździki i jakieś korzenne przyprawy. Niestety, był to jedyny trunek, jaki Teresa miała w swoim barku. Tkwił w nim od kilku miesięcy, podarowany z okazji imienin przez kogoś z rodziny. Nie była amatorką alkoholi, ale dzisiejszy dzień nie należał do zbytnio udanych, zwłaszcza w pracy. Wróciwszy więc do domu, w przypływie chwili sięgnęła po kieliszek wina, by nieco złagodzić towarzyszący jej od samego rana stres. Nawet nie zorientowała się, kiedy wychyliła go do dna. Wszystko działo się automatycznie, wydawać by się mogło, że bez jej udziału.
Wyglądało to trochę tak, jakby mózg nie rejestrował niektórych ruchów ciała, a już z całą pewnością nie tych, które uważał za mniej istotne. Nawet wtedy, gdy kolejny raz odruchowo sięgnęła po butelkę, by cierpkim płynem ponownie napełnić po brzeg szklany, podłużny kieliszek na długiej i cienkiej nóżce. Nachylała właśnie nad nim butelkę z winem, kiedy niemal w tym samym momencie nieoczekiwanie uwagę Teresy odwrócił jakiś zbłąkany ptak, który z całym impetem uderzył w przeszkolone z góry do dołu balkonowe drzwi. Stanowiły one wyjście wprost na niewielki taras. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Skierowawszy wzrok w tamtym kierunku, zdążyła jedynie dostrzec jego ciało na zimnej posadzce tarasu, zmagające się z tym, co nieuniknione.
Wiedziona zwykłą ciekawością, natychmiast zerwała się z wygodnego fotela znajdującego się niemalże przy samych drzwiach tarasowych, na którym to od prawie godziny odpoczywała po pracy. Wyjrzała przez nie, ale to, co zobaczyła, nie było przyjemne dla oka. Niestety, uderzenie było zbyt silne i nie pozostawiało złudzeń, co dalszego losu biednego ptaka. Przez chwilę przyglądała mu się ze współczuciem, podpatrując, jak nieszczęśnik trzepocze skrzydełkami i resztką sił usiłuje złapać odrobinę powietrza. Wszystko na próżno.
- Biedaku, przyleciałeś do mnie po śmierć – powiedziała tkliwie, użalając się nad jego losem. - Moje okna i drzwi są tak czyste, że nie zauważyłeś w nich szyby. Myślałeś, że wciąż jesteś w przestworzach.
Zrobiło jej się go po prostu żal.
- Mała, słaba istotka, w dodatku zakończyła swój żywot w tak bezsensowny sposób - pomyślała. Zresztą, każdy inny sposób rozstania się z tym światem, z pewnością też do takich by zaliczyła. I to nie tylko jakiegoś przygodnego ptaszka, ale wszystkich żyjących na ziemi istot.
Według Teresy śmierć była czymś kompletnie niezrozumiałym i bezsensownym. W czym niby miała komuś pomóc? W uzyskaniu życia wiecznego? Jeśli tak, to dlaczego nie tu, a gdzieś w jakimś obiecanym, odległym i nieznanym świecie, do którego rzekomo miała teleportować się dusza? Teresie podobało się na Ziemi i na myśl, że kiedyś będzie zmuszoną ją opuścić, dostawała gęsiej skórki. Wielokrotnie stawiała sobie pytanie: Dlaczego w nagrodę za dobre sprawowanie nie mogłaby pozostać tu na wieki? Po co miałaby udawać się gdzieś w nieznane i znów zaczynać wszystko od nowa? Nawet, gdyby tam, w zaświatach, egzystencja miałaby okazać się o wiele lepsza. Mimo wszystko byłoby to coś zupełnie innego niż dotąd. Nie miała żadnej gwarancji, że będzie w stanie zaakceptować nowe życie. A co, jeśli jej się tam nie spodoba?
Teraz, kiedy przyglądała się agonii biednego ptaka, znów naszły ją wątpliwości związane z życiem doczesnym i tym pozagrobowym. W głowie natychmiast pojawiło się kilka pytań, z tym podstawowym na czele. Czy taki ptak na przykład, też może liczyć na to, że przeniesie się do krainy wiecznej szczęśliwości? Czy święty Piotr jemu także otworzy bramy Niebios i pobłogosławi na przywitanie? Czy w ogóle zwierzęta mają duszę? Są przecież istotami żywymi i cierpią podobnie jak ludzie. Czy zatem nie powinny być traktowane w tych samych kategoriach, co człowiek?
Być może inni ludzie, będąc na jej miejscu, w ogóle nie mieliby takich dylematów. Po prostu pomyśleliby: „Jeden ptak więcej czy jeden mniej, co za różnica”. Ale nie Teresa. Śmierć biednego ptaka, która wydarzyła się na jej oczach, poruszyła ją do głębi. Co raz to spoglądała w tamtą stronę. Za każdym razem wzdrygała się na jego widok. Wreszcie za którymś razem pojawiły się u niej wyrzuty sumienia. Gdyby mogła przewidzieć, że tak skończy się jej wczorajsza, jak mawiała, szarpanina z oknami, zostawiłaby je zabrudzone.
- To przez moją nadgorliwość - wyrzucała sobie.
W zasadzie mogła jeszcze poczekać z myciem okien. Na dobrą sprawę wcale nie były takie brudne.
Może wtedy biedak zauważyłby na swojej drodze szybę i nie pomylił się tak sromotnie. Tyle że… szyby w jej oknach muszą bezwzględnie lśnić. I nie tylko szyby. Wszystko musi być bezwzględnie czyste i poukładane. Jest przecież pedantką. Może nie do przesady, ale poukładaną, obowiązkową i przykładną kobietą. Niemalże wzorem do naśladowania, zwłaszcza dla przykładnych gospodyń domowych. I nie dotyczyło to wyłącznie domu.
- W moim życiu wszystko ma swoje miejsce i swój czas - mawiała często.
Nazbyt często, nie zauważywszy, że przez tę niezwykłą pedanterię po drodze zbyt wiele jej umykało. Tych wielkich i małych chwil radości. Różnych, przewidzianych i nieprzewidzianych sytuacji, które były częścią jej życia, a o które nie zadbała należycie. Dlatego, że całe swoje serce i duszę wkładała bardziej w pielęgnację rzeczy martwych, niż rodzinnych więzów i przyjaźni. Poza tym do swojego życia wpuszczała tylko wybrane osoby. Te, które były w stanie jej się podporządkować. Buntowników natychmiast usuwała. W taki czy inny sposób, ale nigdy nie dawała im drugiej szansy. Ani na wytłumaczenie swojego zachowania, ani na poprawę. A potem, często rozżalona na los, który, jakby nie było sama sobie wybrała, swój wolny czas spędzała samotnie. Głównie w wielkim fotelu przed telewizorem. Zwykle zwinąwszy się w nim w kłębek jak kotka, gdzie bez trudu mieściła się w nim cała. Czasem wyglądało to tak, jakby chciała schować się w nim przed całym światem.
- Muszę coś z tobą zrobić, biedaku – powiedziała po chwili do martwego czarnego ptaszyska, otwarłszy na dobre tarasowe drzwi, przez które do wnętrza wpadło chłodne powietrze.
Ptak był całkiem sporych rozmiarów. Nie znała się na gatunkach ptaków. Nie umiała odgadnąć, czy to kruk, czy wrona, a może jeszcze coś innego. Zatrzęsła się tylko z zimna. Na zewnątrz z pewnością było nie więcej niż dziesięć stopni ciepła, ale zwłoki nieszczęśnika nie mogły leżeć tam bez końca.
Trzeba było wynieść je przed dom i włożyć do kubła na śmieci. Wycofała się więc czym prędzej z tarasu, po czym weszła do niewielkiego pomieszczenia, gdzie znajdowała się garderoba.
Koniecznością było włożenie na siebie swetra. Właśnie tam, a nie gdzie indziej spodziewała się go znaleźć.
Garderoba była oczkiem w głowie Teresy. Uwielbiała to miejsce. W obszernej szafie, która zajmowała całą jedną ścianę, za kilkoma rozsuwanymi drzwiami, mogła do woli wieszać i układać na półkach różnorakie stroje. A potem bez końca w nich przebierać, przymierzać, ubierać się w nie. Zwykle, kiedy już zajrzała do owej szafy, tkwiła przed nią dłuższy czas. Miała ona w sobie coś magicznego. Skłaniała do przemyśleń. Wystarczyło jedno spojrzenie na któryś z zalegających w szafie ubiorów, a Teresa niemal natychmiast wracała myślami do chwil, które w jakiś sposób się z nimi wiązały.
- Mój mały, wielki świat – mawiała zwykle przy takich okazjach. - Nie stać mnie na podróże, o których zawsze marzyłam. Ani na wielkie rauty, do których zresztą wcale nie tęskniłam, ale za to chociaż mogłam sobie czasami sprawić małą przyjemność w postaci ładnego ciuszka.
Teraz też głęboko westchnęła, dostrzegłszy na lustrze zawieszonym na jednej ze ścian, które oczywiście stanowiło nieodłączny element garderoby, przyklejoną tam nalepkę, piękny widoczek znad Lazurowego Wybrzeża. Wybierała się tam kiedyś. Nawet kupiła na tą okazję nowiuteńki, błękitno-chabrowy strój kąpielowy, który zachwycił ją swoim krojem i kolorami. Pamiętała, jak bardzo była rozegzaltowana, kiedy włożyła go na siebie pierwszy raz w przymierzalni jednego z butików. Wyglądała w nim niezwykle zgrabnie i ponętnie. Była przekonana, że dzięki niemu zrobi furorę na plaży i przyciągnie rozliczne męskie spojrzenia. Niestety, wszystko potoczyło się nie po jej myśli i ostatecznie nie pojechała w ten uroczy zakątek świata. A szkoda, bo ilekroć spoglądała w lustro z przyklejonym do niego nadmorskim widoczkiem, nie przestawała żałować. Seksowny strój kąpielowy zaś wylądował w jednej z szuflad i wciśnięty pomiędzy inne części bielizny, spokojnie czekał na lepsze czasy.
Ale teraz chwila nie była ku temu, by znów wzdychać do urokliwych palm i piaszczystej plaży na wyklejance. Na uwadze miała coś innego. Na tarasie leżał martwy ptak i czekał, aż zajmie się jego pochówkiem. Rozsunęła więc niemal bezszelestnie jedne z wielu drzwi w szafie, by zdjąć z wieszaka ciepły sweter albo dresową bluzę. Ostatecznie zdecydowała się na to drugie, polarową bluzę w kolorze zgniłej zieleni. Jednakże w trakcie zdejmowania jej z wieszaka, przez nieuwagę zahaczyła ręką i zrzuciła nieopatrznie trzy sukienki z innych wieszaków. Natychmiast się schyliła, by je podnieść i umieścić na swoim miejscu. Zanim jednak tak się stało, na moment wzięła do ręki jedną z nich. W kolorze ciemnej wiśni, z dekoltem z przodu i z tyłu, podkreślonym srebrną lamówką z drobniutkich, lśniących koralików, przypominających maleńkie łezki. Odruchowo przyłożyła sukienkę do twarzy. Zapragnęła poczuć jej miękkość i zapach. Miała do niej szczególny sentyment. Było kilka powodów, dla których ją polubiła. Świetny gatunkowo materiał, piękny, wyrazisty kolor i zawsze modny fason. Ale nade wszystko budziła w niej miłe wspomnienia. Szkoda, że już tylko wspomnienia.
To właśnie ją miała na sobie, kiedy pojawiła się na balu dobroczynnym w swojej miejscowości, niewielkiej wiosce na Podbeskidziu. Większość kobiet, jak na wiejski bal przystało, ubrana była skromnie. Tylko ona wyróżniała się przepychem.
Sukienkę dostała od Damiana, pierwszego życiowego partnera. Damian był częstym gościem na warszawskich salonach i przywykł do tego, że tam liczy się przede wszystkim luksus. Zawsze mawiał, że trzeba wyróżniać się z tłumu, by być zauważonym. Czasem używał słów „spośród motłochu”, co trochę ją denerwowało. Kompletnie nie brał pod uwagę tego, że tu, gdzie mieszkała, panowały dokładnie odwrotne zasady. Wyróżnianie się z tłumu było niemile widziane, poczytywane za pewnego rodzaju szpan. Ponadto Damian zarzucał partnerce brak przebojowości, co też ją irytowało, bo czyż każdy człowiek musi rwać do przodu, niczym lokomotywa? Są jeszcze przecież wagoniki, bez których lokomotywa nie miałaby sensu istnienia. Takie normalne, podobne do siebie jak dwie krople wody, ale każdy z nich ma swoje zadanie. Przewieźć konkretnych ludzi lub konkretne towary. Ona właśnie czuła się takim wagonikiem, który przyczepiony do czegoś, co nazywało się życiem, spokojnie podążał do celu, nie wyrywając się zbytnio przed szereg. A już z całą pewnością nie chciał zastąpić lokomotywy. Teresie wystarczyło, że Damian doskonale czuł się w tej roli. Niestety jej partner nie rozumiał, dlaczego tak a nie inaczej podchodzi do życia.
- Może powinienem wysłać cię na naukę do mojej matki – mawiał czasami, kiedy chciał ją zdenerwować. I w gruncie rzeczy osiągał swój cel. Irytowała się bardzo. I to jego: – Nikt lepiej cię tego nie nauczy od rodowitej warszawianki – puszył się. – Bez tego w Warszawie byś zginęła…
Nie potrafiła policzyć, ile razy już to słyszała. Ale potrafiła się „odszczekać”.
- Czy oby na pewno chodzi ci o przebojowość, czy raczej o zwykłe warszawskie cwaniactwo? – odpowiadała zwykle zła jak osa.
Nie znosiła, kiedy próbował udowodnić jej i wszystkim wokół, iż na stolicy i jego mieszkańcach świat się kończy. A poza nią wszystko inne to miernota. Jeszcze bardziej denerwowało ją, kiedy próbował wmówić jej, iż każdy powinien dostosować się do tempa, jakie oni, warszawiacy, narzucają pozostałym obywatelom naszego kraju. Dostosować się do chaosu, gwaru, dążenia do celu za wszelką cenę, często po trupach.
To nie był jej świat. Nie miała zamiaru brać udziału w wyścigu szczurów.
Od Damiana Teresa dostała jeszcze kilka innych, pięknych kreacji, które teraz zalegały w szafie.
Większość z nich nadawała się tylko na szczególnie uroczyste okazje, a tych, niestety, na wsi trudno było uświadczyć. Miejscowość, w której mieszkała nie była typową wsią. Raczej przypominała wielkie osiedle domków jednorodzinnych, pośród których nie brak było i eleganckich willi, ale i tak panowały tu raczej zaściankowe zwyczaje.
- Kupię ci taką willę albo jeszcze ładniejszą w Warszawie – obiecywał Damian, kiedy zachwycała się nimi podczas częstych wspólnych spacerów.
Namawiał ją, żeby rzuciła wszystko i zamieszkała z nim w stolicy. Ale ona nie zamierzała ulec namowom, kwitując zwykle wszystko kilkoma słowami, za to bardzo zdecydowanie.
- Nie. Tu jest mój dom. Nie widzę siebie w stolicy. Nie wytrzymałabym tam ani jednego dnia.
Dom odziedziczyła po rodzicach. Mały, skromny, ale z tarasem na południową stronę i balkonem na wschód. Zadłużyła się sporo, żeby go wyremontować i doprowadzić wszystko do porządku, łącznie z niewielkim ogródkiem wokół niego. Ogrom włożonych w to prac i pieniędzy niejako sprawił, że czuła się z nim związana w szczególny sposób. Ponadto stale towarzyszyło jej przekonanie, że tu jest panią na włościach. I co najważniejsze, było jej z tym niezmiernie komfortowo.
- Nie lubię tego całego blichtru, nieustającej konkurencji, hałasu samochodów, smrodu spalin – tłumaczyła zwykle Damianowi. - A poza tym, źle bym się czuła wśród twoich znajomych, warszawiaków.
- Jakich warszawiaków? - dziwił się zwykle Damian. - Większość mieszkańców stolicy to przyjezdni. Prawdziwego warszawiaka ze świecą szukać! - Usiłował ją wtedy przekonywać, zapominając niejako, albo raczej celowo pomijając fakt, że przecież stale powołuje się na ich wyższość nad innymi mieszkańcami naszego kraju.
- Mimo wszystko czułabym się, jak oni mawiają, tylko wieśniaczką.
- Ty masz lepsze maniery od niejednego z nich – na tę okoliczność Damian nieco odpuszczał i trochę jakby pokorniał. - Jesteś kulturalna, wykształcona, obyta ze światem. Czego można chcieć więcej?
- Może lepszego pochodzenia? - odpowiadała wtedy.
Nie rozumiał jej dylematów. Nie urodził się na wsi, tylko w stolicy. Na wiele spraw patrzył całkiem inaczej. Różnili się, i to bardzo. Tak bardzo, że w końcu zaczęło im to przeszkadzać. On chciał przeć do przodu i błyszczeć, ona schować się w mysiej dziurce i robić swoje. Tak w wielkim skrócie można by opisać ich charaktery, które, jak się z czasem okazało, na dłuższą metę były nie do pogodzenia. Wysiłek nad dążeniem do wspólnych kompromisów nie przynosił rezultatów.
Miejsce po Damianie zajął Krzysztof, dziennikarz z zawodu, obieżyświat i trochę lekkoduch. Miał jednak w sobie to coś, co jak magnez przyciągało kobiety. Niezwykłą południową urodę i dar rozkochiwania w sobie nawet najbardziej obojętnych na męskie wdzięki kobiet. Nie trudno więc się dziwić, że wpadła w jego sidła jak bezbronny motyl.
W szafie Teresy wisiało kilka sukienek z tamtego okresu, które co prawda nie kupił jej Krzysztof, tylko ona sama, ale wiązały się z nimi całkiem miłe wspomnienia. W czerwonej, nieco frywolnej, ale za to z cieniutką i delikatną jak mgiełka krótką marynareczką w kolorze starego złota, zabierał ją zwykle na bankiety w wydawnictwie. W beżowym spodnium, w nieco ciemniejsze, drobne paseczki – do pubu albo na wizyty u swoich licznych znajomych. Kilka krótkich spódniczek w różnych fasonach i kolorach, tudzież zgrabnych i obcisłych bluzeczek, zakładała zwykle na jego powrót. Chyba że wracał nocną porą, wtedy o spódniczkach i bluzeczkach należało raczej zapomnieć.
Trzeba przyznać, że wyjazdy i powroty Krzysztofa z rozlicznych podróży były ich chlebem powszednim, ale Teresa nie potrafiła się do nich przyzwyczaić. I właśnie te podróże z czasem poróżniły ich na tyle, że wzajemne fascynacje sobą szybko przerodziły się w niekończące się kłótnie kochanków.
- Zabierz mnie ze sobą choć raz – stale błagała Krzysztofa, kiedy kolejny raz pakował swoją walizkę i przymierzał się do służbowego wyjazdu w odległe zakątki naszego globu.
Dalekie podróże zawsze były szczytem marzeń Teresy, niestety wciąż niespełnionych.
- To niemożliwe. Firma nie poniesie kosztów związanych z twoim wyjazdem – bronił się Krzysztof.
- Firma nie, ale ty przecież możesz. Raz, jedyny raz – błagała.
- Nie zgodzą się na to – wysuwał kolejne argumenty.
- Niby czemu? Wcale nie musisz im o tym mówić, i w ostateczności sama zapłacę za swój wyjazd – upierała się desperacko.
Krzysztof jednak nie brał pod uwagę takiej opcji. Wpędzało ją to we frustrację. Chciała być razem z nim. Męczyły ją te ciągłe rozstania. No i ciekawa była dalekich krajów.
- On nie jest wobec ciebie szczery – przekonywała ją Weronika, przyjaciółka Teresy, kiedy potem wypłakiwała się na jej ramieniu. - Coś ukrywa – usiłowała wzbudzić w niej podejrzenia.
- Myślisz, że ma inną kobietę? - zaczęła się na dobre zamartwiać.
- Nie wiem, ale coś tu nie gra. A może on nie chce się z tobą wiązać? Woli mieć cię tak z doskoku?
Radziła zapytać go o to wprost. Gdyby wtedy nie skorzystała z jej rady, kto wie, może byliby parą do dzisiaj. A tak, postawiony pod ścianą, przestraszył się i szybko zakończył związek.
- Nie znoszę, kiedy kobiety dybią na moją niezależność – powiedział wówczas wprost.
W chwilach rozstania nie myśli się na ogół logicznie i o wielu rzeczach zapomina. Zapomniała mu wtedy wytknąć, że jakoś nie myślał o swojej niezależności, kiedy po każdym wyjeździe przywoził jej walizę brudnych rzeczy do prania i domagał się dobrego jedzenia.
- Wiesz, kochanie, w samolotach dają do jedzenia takie byle co. A lokalne restauracje serwują zwykle swoje rodzime potrawy, które nie zawsze są zjadliwe – narzekał, prosząc, żeby zrobiła wreszcie coś normalnego.
A ona, głupia, dwoiła się i troiła, by zadowolić jego wyszukane podniebienie. Zawsze też dokładała starań, by na jego przyjazd w domu wszystko lśniło, bo jak mawiał, uwielbiał porządek. Powinna była wtedy przypomnieć mu, że ma dwie ręce i jest przecież niezależny, ale tego nie zrobiła. Teraz żałowała. Takie sytuacje jak te, wręcz były doskonałym dowodem na to, jak ten rzekomo niezależny mężczyzna wręcz bardzo lubił być od niej zależny. Zanim jednak doszło do ich rozstania, kupił jej w Kopenhadze strój do tenisa. Krótką, białą spódniczkę i bluzeczkę w tym samym kolorze z delikatnymi, granatowymi wstawkami po bokach i na rękawkach oraz z czarną aplikacją pewnej znanej marki na kieszonce.
- Dla siebie kupiłem podobny – powiedział po powrocie z podróży. - To na pamiątkę.
- Jaką pamiątkę​? - dziwiła się.
Okazało się później, że na pamiątkę ich związku, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziała.
- Ależ kochanie, ja nie umiem grać w tenisa! Nawet nie wiem, gdzie znajdują się najbliższe korty tenisowe... - martwiła się, oczywiście całkiem niepotrzebnie.
Krzysztof nie zamierzał nigdy z nią zagrać. To miała być jedynie pamiątka, jak podkreślił. Teraz ta pamiątka wisiała na jednym z wieszaków w szafie i zajmowała, wprawdzie niewiele, ale zawsze trochę miejsca.
Przyjemne odczucie, jakie spowodowało przytknięcie delikatnego, bordowego materiału wprost do policzków Teresy nie mogło przecież trwać bez końca. Po chwili zdecydowała się włożyć bordową sukienkę na swoje miejsce do szafy. Swoje, to znaczy tam, gdzie powinna się znajdować, koło „sukienek z czasów Damiana” i zarazem na granicy tych z „czasów Krzysztofa”. Całkiem blisko osławionego stroju do tenisa. Wszystko w odpowiedniej chronologicznej kolejności. Dwie kolejne, które zsunęły się z wieszaka razem z bordową, też powiesiła na swoim miejscu. Potem włożyła na siebie ciepłą bluzę od dresu, zastanawiając się jednocześnie, gdzie może być szufelka albo kawałek tektury, na którą zamierzała włożyć zwłoki czarnego ptaszyska, by potem wynieść je na śmietnik. Nim jednak zdołała ustalić miejsce ich przechowywania, jeszcze raz spojrzała na swoją długą i przestronną szafę.
Szafa w garderobie, a właściwie jej zawartość, stanowiła jakby swoisty przekrój całego dorosłego życia Teresy. Takie „tekstylne” archiwum jej bycia i niebycia wraz z pamiątkami po dawnych związkach z mężczyznami. Za każdym razem, ilekroć ją otwierała, wracały do niej wspomnienia. Kiedyś podzieliła się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółką Wiktorią, ale ta słuchając jej opowieści ułożyła usta w podkówkę skierowaną w dół, co miało oznaczać niezadowolenie, albo raczej wyraz głupoty Teresy, i powiedziała:
- To jest wariactwo! Musisz się tak katować?
- Muszę, nie muszę. Widocznie muszę - odpowiadała sobie potem w myślach.
A może był to pewien rodzaj kary dla jej skołatanej duszy, którą podświadomie sobie nałożyła?
Tylko za co? Za to, że nie udało jej się utrzymać żadnego ze związków? Tak czy inaczej, wszystkie tekstylne pamiątki pieczołowicie gromadziła w swojej szafie, dbając o to, by nie zjadły ich mole ani inne paskudztwa. Niczego nie wyrzucała, prócz podniszczonej bielizny i rajstop z dziurami i lecącymi oczkami.
Kiedy Krzysztof zniknął z jej życia, przyrzekła sobie, że nie zwiąże się już z żadnym facetem.
- Wystarczy tego dobrego – mówiła wtedy z przekorą do Wiktorii.
- Bo ty jesteś głupia – usłyszała wtedy.
Wiktoria miała to do siebie, że na ogół bywała szczera do bólu. Czemu tym razem miałoby być inaczej? Nie dziwiło więc ją, że rozmawia z nią bezpardonowo.
- Powinnaś traktować mężczyzn wyłącznie instrumentalnie – pouczała przyjaciółkę. - Jak modliszka. Seks i do widzenia...
- Nie, nie, oni nie są zjadliwi – siliła się na żart, pamiętając o tym, że modliszki zawsze na koniec zjadają swoich seksualnych partnerów.
Jednakże nieukojony żal i rozgoryczenie, jakie pozostawił po sobie Krzysztof, sprawiły, że o męskim gatunku zaczęła myśleć wyłącznie w kategoriach: zdeptać, zniszczyć, usunąć. Takie postrzeganie mężczyzn z czasem doprowadziło nieszczęsną Teresę do coraz to większej frustracji, objawiającej się narastającą złością, którą konsekwentnie w sobie dusiła. Złość ma to do siebie, że na dłuższą metę nie da się jej stłamsić. Prędzej czy później uzewnętrzni się. Czasem zacznie uchodzić powoli, czasem długotrwale. Bywa też, że wybucha niczym gejzer z piekielnej otchłani. Złość Teresy wybrała formę pomiędzy. Nie za wolno, ale też nie gwałtownie. Potrzebny jednak do tego był odpowiedni obiekt, czyli jakiś mężczyzna. Jak zwykle przyszła jej z pomocą przyjaciółka Wiktoria.
- Właśnie go znalazłam – usłyszała od niej któregoś dnia. – I nie mów mi, że cię to nie interesuje, bo od tej skrywanej złości często robisz się nadęta jak balon i czerwona niczym piwonia. Tylko patrzeć jak eksplodujesz!
- Jest aż tak źle? – trochę się przeraziła, słysząc jej słowa.
- Jest jeszcze gorzej! Dlatego nie zastanawiaj się, kiedy ktoś podaje ci coś na tacy, tylko bierz! Nie pożałujesz! To będzie takie dwa w jednym: Zemsta i przyjemność!
Na początku nie bardzo wiedziała, co to miało oznaczać, ale kiedy na swoim urodzinowym przyjęciu przedstawiła jej Karola, obie były co do tego zgodne. To jest to, czyli ten odpowiedni obiekt. Do wykorzystania.
Karol był całkiem przeciętny. Właściwie we wszystkim, co robił i co sobą reprezentował, z wyglądem zewnętrznym włącznie. Jego nieprzeciętność objawiała się tylko w jednej dziedzinie. Jak zapewniała ją przyjaciółka, w seksie.
- Wszystkie kobiety za nim szaleją, podobno jest taki w tym dobry. – A potem dodała. – Spójrz tylko, wręcz pożera cię wzrokiem! Co ci szkodzi wykorzystać go i porzucić? Poza tym nie muszę cię chyba przekonywać, że przydałaby by ci się porcja zdrowego seksu. Dobrego seksu. Nie takie tam byle co, co zwykle serwują nam ci wszyscy nieudacznicy. Słyszałam też, że ponadto seks potrafi uleczyć wszystkie choroby – trajkotała. – Będziesz więc miała dwa w jednym, a może i trzy.
Teresa nie była co do tego do końca pewna, bo zawsze słyszała, że to miłość daje chęć do życia i potrafi zwalczyć nawet najcięższą chorobę. Ale, żeby seks? Postanowiła to jednak sprawdzić.
Po czasie uznała, że skoro rzeczywiście Karol na nią leci, to z tego napalenia może wyjść coś całkiem fajnego, oczywiście w łóżku. No i może w ten sposób rzeczywiście upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu. Tym razem to ona będzie tą wykorzystującą. Nie zamierzała bynajmniej angażować się uczuciowo. Karol chyba też nie, bo stale mówił tylko o jednym, o seksie. Uprawiać chciał go codziennie i to zwykle kilkakrotnie. Na początku nawet jej się to podobało. Ale z czasem, w przeciwieństwie do Karola, poczuła jego nadmiar i powoli zaczynała tracić ochotę na te damsko-męskie zabawy. Przesyt bywa zwykle gorszy od niedosytu. Co prawda z jednego i z drugiego można dostać mdłości, ale w przypadku niedosytu nie ma czym wymiotować.
- Zwolnijmy trochę tempo - zaproponowała, kiedy zaczęła tracić ochotę na miłosne z nim igraszki – albo odpocznijmy od siebie na parę dni.
- Nie ma mowy! - zirytował się Karol. - Szkoda każdego dnia. Za dwa, najdalej trzy lata, będziesz już stara i kto wtedy będzie chciał się z tobą kochać? Korzystaj, póki możesz! - wypalił ni z gruszki ni z pietruszki.
Dostał za to po twarzy, albo jak kto woli, z liścia. Miała wtedy trzydzieści pięć lat i uznała, że grubo przesadził. Nie czuła się wcale jak przekwitnięty kwiat, ani tym bardziej nie zamierzała w najbliższej przyszłości zostać babcią. Nie miała nawet jednego siwego włosa i wciąż doskonałą figurę, nie wspominając już o świetnej kondycji fizycznej.
Tymczasem Karol policzek potraktował jako śmiertelną obrazę i jeszcze tego samego dnia spakował swoje zabawki. Już następnego dnia „zadołował się” u pewnej Matyldy, a Teresa miała to, co chciała, upragniony odpoczynek od seksu. Nie na długo jednak, bo wkrótce pojawił się Krystian. Wracając do Karola, została jej po nim tylko jedna bluzka, którą kiedyś kupił jej na urodziny i to w niezbyt dobrym guście, więc nie miała czego żałować.
Za to Krystian był wyjątkowo wyczulony na wszelkie piękno i to nie tylko to kobiece. Uwielbiał malować, chodzić do teatru, opery, pisał książki. Był bardzo delikatny w każdej swojej ocenie, bał się kogokolwiek urazić. Jego subtelności nie było granic.
- To jest mężczyzna, o jakim marzyłam przez całe życie – stwierdziła już po paru dniach znajomości i bez najmniejszych zastrzeżeń przyjęła go pod swój dach.
Krystian zasypywał ją piękną biżuterią i wyszukanymi strojami. Każda podarowana przez niego sukienka, zwykle romantyczna, czasem wręcz bajeczna, to było jedyne w swoim rodzaju małe dzieło sztuki. Teresa była wprost oczarowana. Nim samym i podarunkami, którymi stale ją obdarowywał. Koleżanki jej zazdrościły. Najbardziej Wiktoria.
- Ale ci się trafił frajer! - nie przebierała w słowach. - Jak ty to robisz, że zadajesz się z tak skrajnie różnymi facetami? - Pytała, dziwiąc sie jednocześnie, co raz to częstując ją złośliwymi docinkami.
Gdyby Teresa chciała udzielić jej odpowiedzi na to pytanie, najpierw powinna była sama sobie na nie odpowiedzieć. Nawet próbowała, ale w tym temacie napotykała na niezwykłą trudność. Jedyna sensowna podpowiedź, jaka jej się dotąd nasunęła, to – kompletny brak wyczucia i rozsądku. I to by było w zasadzie tyle.
Sielanka z Krystianem trwała kilka lat i Teresa była nawet skłonna wyjść za niego za mąż. Tyle że Krystian jakoś wcale nie kwapił się, by poprosić ją o rękę. Nauczona na własnych błędach, tym razem nie przypierała go do muru, bojąc się, by historia się nie powtórzyła. Przez te wszystkie lata Krystian oddawał się swoim pasjom, a ona patrzyła na to z boku. Kiedy nie pisał, malował. A kiedy nie malował i nie pisał, próbował swoich sił w rzeźbieniu w drewnie. Trzeba przyznać, miał talent, ale jak każdy artysta potrzebował ciągle nowych wyzwań i nade wszystko natchnienia. Szybko okazało się, że znalazł je w ramionach chudej blondynki o długich włosach i równie długich nogach. Miała na imię Zuzanna i od pewnego czasu królowała niemal na wszystkich sztalugach, ustawionych przez Krystiana w domu Teresy. Tłumaczył jej wtedy, że Zuzanna jest niezwykle piękna i ponętna, i obrazy z jej wizerunkiem wyjątkowo dobrze się sprzedają.
- Dostaję za nie całkiem sporą kasę. To nas ustawi na ładnych parę lat – wmawiał jej z miną wniebowziętego królewicza.
Z początku nawet zaczynała w to wierzyć, bo od niepamiętnych czasów, wreszcie zaczął dokładać się do rachunków za utrzymanie domu i jedzenie. Ale, kiedy pewnego, skwarnego popołudnia, przyłapała ich w swoim salonie na dywanie, i bez ubrania, zmieniła zdanie co do Krystiana i dalszych ich wspólnych losów.
- Rzeczywiście, na zewnątrz jest upał nie do wytrzymania, więc mogę zrozumieć brak waszych strojów – drwiła z nich. – Ale, żeby tarzać się nago po brudnym dywanie, na którym swoje kłaki stale rozrzuca nasza suczka Diana, w dodatku mająca owsiki, to już kompletny brak odpowiedzialności! - grzmiała rozsierdzona. - Właśnie kupiłam jej lekarstwo na odrobaczenie – dodała, i by przypieczętować swoją prawdomówność, niby zaczęła szukać go w torbie wśród rozlicznych zakupów, które tego dnia zrobiła. Po jej przedmowie długonoga blond piękność rzuciła się natychmiast do łazienki, ale Teresa była na tyle sprytna i zagrodziła jej drogę.
- O, wypraszam sobie! Nie wpuszczam obcych do mojej łazienki! Nie wiadomo, czym mogliby mnie zarazić! Teraz trzeba bardzo uważać. Na każdym kroku można zarazić się wirusowym zapaleniem wątroby. Że nie wspomnę o hifie.
Wyczulony na wszelkie piękno tego świata Krystian, po tym incydencie nie zagrzał długo miejsca u Teresy. Próbował jeszcze przepraszać i bajerować, ale nie była na tyle głupia, żeby mu wybaczyć. Przeciwnie, poszła po rozum do głowy i przyrzekła sobie, tym razem na dobre, że jeśli jeszcze kiedykolwiek zwiąże się z jakimś facetem, to musi to być mężczyzna normalny. Nie malarz, nie poeta, nie podróżnik, ani nie seksoholik, tylko zwykły, najnormalniejszy facet pod słońcem.
I w końcu taki się napatoczył. Był całkiem przeciętny. Nawet imię miał zwyczajne, Bolek. Tyle że ten całkiem zwyczajny facet, nie miał w zwyczaju kupować kobiecie sukienek, a tym bardziej biżuterii.
Tak więc w jej szafie nie wisiał żaden ciuch, na który mogłaby sobie spojrzeć i skojarzyć go z Bolkiem. Na razie, oczywiście.
Bolek był jak większość mężczyzn. Chodził po domu w slipkach, nie uznawał piżamy, zapomniał opuszczać klapę sedesu i rzadko mył zęby. Pieniędzy brakowało mu zwykle już w połowie miesiąca i nieustająco zaciągał w bankach kredyty. Koszulę zmieniał raz w tygodniu i stale dopominał się jedzenia. Czasem wypił sobie piwko, czasem wykosztował się na kupon totolotka, to znów wrócił z pracy mocno podchmielony. Z reguły chodził nieogolony i zazwyczaj bywał zazdrosny o byle co. Obiecywał złote góry, ale potykał się na zwykłych pagórkach. Ale poza tym był „normalny”. Czasem mieszkał u niej, to znów na kilka dni wyprowadzał się do siebie. Tak jak i tym razem. Nawet jej to pasowało, bo wtedy na te kilka dni mogli od siebie odpocząć, by po jakimś czasie znów za sobą zatęsknić.
Z rozmyślań nad nieubłaganie uciekającym czasem i nieudanymi związkami z mężczyznami, po których zostawało jej w szafie parę ciuszków i trochę wspomnień, nieoczekiwanie wyrwał Teresę dźwięk telefonu. Podbiegając do niego, po drodze zauważyła w kącie za komodą czerwoną szufelkę, której tak pilnie poszukiwała w swoich myślach. Zdziwiła się na jej widok, bo nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek chowała ją w tym miejscu. Najwyraźniej zrobiła to przez roztargnienie. Najważniejsze, że się odnalazła i mogła teraz bez przeszkód użyć jej jako środka transportu tragicznie zmarłego ptaszyska na miejsce jego wiekuistego spoczynku.
- Słucham – powiedziała do słuchawki, a właściwie do tego kogoś po drugiej stronie telefonicznego kabla.
- No, jesteś! A już myślałem, że cię nie ma. Dlaczego tak długo? - pytał zniecierpliwiony jak zawsze Bolek.
- Przecież odbieram normalnie, po czwartym sygnale – zirytowała się nieco, słysząc jego głos.
Nieszczególnie miała teraz ochotę na rozmowę z nim, a co dopiero na to, co chwilę później zaproponował.
- Będę u ciebie za kwadrans. Kupiłem bilety do kina, a po kinie urządzimy sobie kolację i małe sekscesy! Co ty na to? - Pytał właściwie czysto retorycznie, bo i tak nigdy nie brał pod uwagę jej zdania.
- Wiesz, że nie lubię, kiedy stawiasz mnie przed faktem dokonanym – odparła niezadowolona. - A może mam na dzisiejszy wieczór inne plany?
- Jakie inne plany? - teraz na odmianę w jego głosie dało się wyczuć pewną konsternację. - To już przestałem być dla ciebie najważniejszy?
- Tego nie powiedziałam, ale są sprawy równie ważne...
Nie dał jej dokończyć zdania, jak zwykle zalewając potokiem słów, który tradycyjnie działał na nią jak kubeł zimnej wody, przypominając w ten sposób o hierarchii osób i wydarzeń w jej życiu.
- Na przykład prasowanie, które odkładam już od tygodnia i wizytę u ojca. Przecież wspominałam ci, że jest chory – wyjaśniła, kiedy wreszcie dopuścił ją do słowa.
- Jak sobie chcesz – syknął niczym wygłodniała kobra. – Tylko, żebyś potem nie żałowała.
Wykosztowałem się na te bilety i szkoda, żeby się zmarnowały. W takim razie zaproponuję kino Beacie – próbował ją zaszantażować. Doskonale wiedział, że jest o nią zazdrosna. Podobnie jak wszystkie kobiety w okolicy w promieniu pięciu mil. Beata należała do tych kobiet, na które wystarczyło skinąć ręką, a natychmiast pakowały się do łóżka każdemu mężczyźnie. Za jej sprawą rozpadały się niejedne, nawet najtrwalsze związki.
- Ty i te twoje porządki – narzekał Bolek.
- I chory ojciec – dodała. - Jest sam, nie mogę zostawić go na pastwę losu. Muszę się nim zająć. To mój święty obowiązek.
W odpowiedzi w słuchawce usłyszała krótki, przerywany sygnał, co mogło oznaczać nie inaczej, tylko, że się obraził. Specjalnie się tym nie przejęła. Chciała nawet wziąć z tego powodu głęboki oddech, ale nie zdążyła. W tym samym momencie bowiem usłyszała natarczywy dzwonek u drzwi. Tak dzwonił tylko Bolek, więc podeszła do nich z niepokojem.
- Mogłam się domyślić! Telefonowałeś z komórki pod moimi drzwiami! – Uniosła się gniewem, ujrzawszy go z butelką wina w ręce.
- To jest do kolacji, którą, oczywiście zrobisz po seansie filmowym – oznajmił rozbrajająco.
Jeszcze na dobre nie przekroczył progu, a już zaczął zasypywać ją mnóstwem pytań.
- Co robisz? - spytał, widząc, że drzwi szafy w garderobie są otwarte na maksa. - Znowu nie masz się w co ubrać? - ironizował.
- To też, ale teraz robię porządki, nie wspominałam ci? - skłamała.
- Mówiłaś coś o prasowaniu...
- No właśnie! - Była nieugięta, dając mu do zrozumienia, że nie ma na niego ochoty, proponując jednocześnie, by przełożyć spotkanie na jutro.
- Z drugiej strony, dobrze, że się zjawiłeś. Mam dla ciebie robotę – wpadła nagle na pomysł, że jego niespodziewana wizyta może przełożyć się na pewnego rodzaju korzyść, w wyniku której pozbędzie się „martwego” problemu, i zaciągnęła go od razu na taras, namawiając do pomocy przy uprzątnięciu przygodnego samobójcy.
Na jego widok Bolek obruszył się i wyglądało na to, że nie zamierza w tej sprawie kiwnąć palcem. Przyglądał się Teresie spode łba, usilnie szukając w swojej głowie, jak zawsze w takich sytuacjach, kilku wyświechtanych frazesów, które w sposób skuteczny wyzwoliłyby go od tej niemiłej czynności. Ale tym razem nie zamierzała ich słuchać. Zostawiła go sam na sam ze zwłokami i natychmiast swoje kroki skierowała ponownie w kierunku garderoby.
- Po co ci tyle ciuchów? - Pytał z ironią w głosie chwilkę później, kiedy powróciła do garderoby, a on krok w krok za nią.
Nie zwracała jednak na niego szczególnej uwagi, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli przeglądaniu zawartości szafy. Bolek w międzyczasie dotknął ręką jednej z sukienek.
- Ta na przykład, wygląda jak wielki namiot... – silił się na niezbyt wyrafinowany komentarz.
- O, wypraszam sobie! Taka była wtedy moda, a poza tym dostałam ją od Damiana. To bardzo drogi materiał.
Była zła i nie przebierała w słowach. Przy okazji nie zapomniała mu napomknąć, że jak na razie, od niego niczego nie dostała. Bolek natychmiast pośpieszył z ciętą ripostą. W tym akurat był mistrzem. Natychmiast przypomniał jej, która sukienka po kim jest pamiątką. Dodał jeszcze, że jak na jedną kobietę, to tych facetów było wystarczająco sporo. W dodatku po każdym z nich, tylko to jej pozostało, tych parę starych szmat.
- No widzisz! - uniosła się. - Mam w sercu i zarazem w swojej szafie sporo miejsca! Dla ciebie też się znalazło, ale nie potrafisz tego docenić – powiedziała przekornie. - Szkoda tylko, że nie bardzo będę miała czym się pochwalić, kiedy zakończy się nasz związek.
- Nie zamierzam od ciebie odchodzić, ale ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że to nieuniknione – skomentował jej ostatnie zdanie.
W odczuciu Bolka Teresa szarpała się sama ze sobą, niczym pliszka wrzucona przez skautów w ognisko. Pomiędzy jednym językiem płomienia a drugim. Wszystko wokół stało w ogniu, albo już dawno się spaliło, tylko ona wciąż dzielnie walczyła, próbując ujść z tego cało. Spalona na ciele i duszy wciąż trwała. Pytanie tylko, jak długo jeszcze?
Bolek nie omieszkał dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty dołączyć do tego rytualnego tańca na pogorzelisku przeszłości, które wciąż podsycała w swoich myślach. Nie chciałby też stać się, tak jak ona, niewolnikiem porządków i bez końca dopieszczać każdy martwy przedmiot w ich otoczeniu.
Nie pierwszy raz przypomniał jej o tym, że są w życiu ważniejsze sprawy.
- Przez tą twoją niewidzialną szybę, którą ustawiłaś na swojej drodze rozbijają się wszyscy twoi partnerzy. Któregoś dnia i ty sama się na nią nadziejesz... Obyś nie zginęła jak ten ptak.
- Jak to? - Zdziwiła się, wsłuchując się uważnie w to, co mówi, domagając się wyjaśnień.
- Ty i twój dom lśni czystością. Jak te szyby w oknach. Trudno dostrzec, gdzie kończy się wolna przestrzeń, a gdzie zaczyna twoje prywatne królestwo z napisem „Wstęp wzbroniony!”. Kiedy ktoś nieopatrznie, albo celowo próbuje przekroczyć tą niewidzialną granicę, rozbija się o twoje nieskazitelnie czyste, poukładane i zawsze bezwzględnie zaplanowane życie. I prędzej czy później ginie jak ten ptak.
Teresa spojrzała na Bolka, tego samego, o którym zawsze myślała, że niewiele potrafi dostrzec, poza czubkiem własnego nosa, piwem, krzyżówkami, telewizorem i całą resztą. Na kogoś, kto nie grzeszy inteligencją ani dobrymi manierami. Zjawił się nie wiadomo skąd i nie wymaga szczególnej instrukcji obsługi. Bo jest prosty jak konstrukcja cepa, jak czasem mawiali niektórzy. A teraz ten prostolinijny, niedouczony, wręcz nieokrzesany facet śmie wytykać jej błędy, które dotąd właściwie uważała wręcz za swoje najważniejsze zalety?
Ale Bolek nie był nie wiadomo kim. Był mężczyzną, z którym spotykała się od dłuższego czasu. Niebawem planowali razem na dobre zamieszkać. Poznał jej mały, wielki świat i nawet jej pilnie strzeżone sekrety. Znał ją tak dobrze, jak ona siebie samą. Czasem wydawało jej się, że nawet znacznie lepiej. Nieraz żartowała z niego, że jest jej Aniołem Stróżem, bo doskonale potrafił przewidzieć, jak zareaguje w danym momencie, często przestrzegając ją przed popełnieniem głupstwa. Bolek oburzał się wtedy na tego anioła. Mawiał, że nie wierzy w życie pozagrobowe, a tym bardziej w żadne ulotne skrzydlate anioły, ani inne duchy nieczyste. I godzi się jedynie na określenie „ochroniarz” albo „bodygard”. Bywało, że kłóciła się z nim o to, że stale depcze jej po piętach, to znów była mu za to wdzięczna.
Teraz przyglądała mu się z niepokojem. Był zirytowany, a może nawet zły, ale sądziła, że przecież jedna odmowa pójścia do kina i zjedzenia wspólnej kolacji nie może przesądzić o tym, czy zostaje z nią, czy też odejdzie. Gdyby tak miało być, to każdy związek rozsypywałby się, zanim na dobre by się zaczął. Nawet podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami.
Szybko jednak uzmysłowiła sobie, że właściwie stale tak się zachowywała. Ciągle potykał się o jej niewidzialną szybę, którą ustawiła na jego drodze. Zresztą, nie tylko na jego. Za tą szybą był jej prywatny, zawsze uprzątnięty i poukładany świat, w którym na dobrą sprawę wcale nie czuła się dobrze, a często wręcz obco. Ale nikt i pod żadnym pozorem nie mógł wejść do niego z brudnymi buciorami. Co prawda wpuściła do niego Daniela, Krzysztofa, potem Karola, Krystiana i nawet prostolinijnego Bolka, a także swoją przyjaciółkę Wiktorię i jeszcze kilka innych osób, ale to ona narzucała im swoją wolę i zasady poruszania się po swoim świecie. Po świecie, w którym wszystko miało swoje miejsce i swój czas. Czas, którego nie szczędziła brudnym garnkom, zakurzonym meblom, pobrudzonym przez deszcz i kurz oknom, ale którego często brakowało jej dla bliskich, przez co z czasem odchodzili od niej, nie mogąc się go doprosić.
Uciekali jak ptaki do ciepłych krajów przed zbliżającymi się chłodami, by ostatecznie z nich nie powrócić. Wybierali lepsze życie, cieplejszy klimat... Niektórzy z nich rozbijali się o jej przeźroczyste, zawsze lśniące czystością szyby ustawione na ich drodze.
Bolek odszedł od niej wcześniej, niż się spodziewała. Kiedy i ten „całkiem zwyczajny facet”, opuścił ją na dobre, nie pozostawiając złudzeń co do jej trudnego i nieroztropnego charakteru, zrozumiała jedno. Przyszedł czas na zmiany. Na jej wewnętrzne przemiany i przewartościowanie priorytetów w życiu. Tylko, dlaczego tak późno – pytała potem siebie w myślach setki razy. Zawsze wtedy jakiś wewnętrzny głos odzywał się gdzieś w niej albo koło niej, próbując ją usprawiedliwić.
- „No cóż” – mówił głos - „Jedni uczą się szybciej, a innym nauka trudniej wchodzi do głowy”.


SEKRETARKA

  Zdjęcie: Pixabay Dziś trochę prywaty. Praca sekretarki, bez względu na to, w jakiej firmie przyszło jej pracować, nie należy do łatwych. U...