Zdjęcie: Pixabay
Miejsce akcji: W
tych konkretnych przypadkach to podbeskidzkie wsie, ale podobne historie
zdarzyć mogą się wszędzie.
W jednej z małych miejscowości Podbeskidzia mieszka pewna kobieta, nazwijmy ją, panią Adelą. Niemal po sąsiedzką z nią
mieszka jej siostra, powiedzmy, że ma na imię Monika. Obie kobiety są w kwiecie wieku i często się odwiedzają.
Mają za sobą bagaż życiowych doświadczeń i nie zawsze udane życiowe wybory. Są
one częstym powodem do sprzeczek i wzajemnych, nie zawsze słusznych oskarżeń.
Od takich słów jak: idiotka, kretynka, a nawet debilka, roi się w ich
wzajemnych ni to rozmowach, ni to kłótniach. Ale jak to często w siostrzanych
relacjach bywa, po burzy zwykle wychodzi słońce. Mówiąc krótko: najpierw
wymierzają sobie słowne policzki, a potem się przepraszają.
Czy tak być musi? Raczej nie. Jest gdzieś przecież granica, której przekraczać
się nie powinno. Nawet w takim wypadku jak najbliższa rodzina.
Kilka domów dalej mieszka niemłody już mężczyzna, powiedzmy że nazywa się
Wiktor. Pan Wiktor ma żonę Henrykę, która wpatrzona w niego jak w
święty obrazek stara się umilać mu życie
jak tylko może. Jej popisowe dania z powodzeniem mogłyby konkurować z daniami w
pieciogwiazdkowch restauracjach. Dom zawsze lśni czystością, a pani Henryka nigdy nie ma wolnej dla siebie
chwili, bo w całości poświęca je mężowi.
Tyle że mężczyzna zachowuje się wobec niej jak przykry, stetryczały dziad i
obrzuca ją najgorszymi wulgaryzmami. Słowa te pani Henryka słyszy kilka, a nawet kilkanaście razy dziennie. Ranią
tak samo jak uderzenie w twarz albo w inne miejsce na ciele, a czasem może nawet
bardziej.
Każda normalna kobieta już dawno wzięłaby rozwód z takim osobnikiem, ale nie pani Henryka. Kobieta bowiem wychowana
została w purytańskim domu, gdzie mężczyznę traktowano niemal jak Boga. Poza
tym boi się go. No i to nieszczęsne „… że cię nie opuszczę aż do śmierci…”.
Pan Wiktor ma świadomość tego, że
źle postępuje. Jednakże skutecznie zagłusza ją poczucie wolności słowa, bo nikt
go z tych słów nie rozlicza, ani nawet za nie nie karci. Wyzywa żonę, bo mu
wolno. Bo mu na to pozwala.
W sąsiedniej miejscowości mieszka pan
Kazimierz. Schorowany siedemdziesięciolatek od pewnego czasu porusza się o
kulach. Miażdżyca kończyn dolnych – tak brzmiała postawiona przez lekarza
diagnoza. Dodać należy, że choruje na własne życzenie. Pan Kazimierz zarówno dawniej jak i teraz nie gardził alkoholem. Na
tym lista jego grzechów się nie kończy. Jest po prostu życiowym nieudacznikiem.
Schorowany i rozgoryczony sytuacją, w jakiej się znalazł, próbuje obarczyć winą
za swoją nieroztropność innych ludzi. Głównie kolegów, żonę, dzieci, a także…
dawną dziewczynę, Aleksandrę, w
której w młodości był zakochany. Zdaniem pana
Kazimierza, jej wina polega na tym, że … nie wybrała go za męża, tylko
wyszła za mąż za kogoś innego. Choć sam nie poprosił ją o rękę, nigdy też nie
powiedział jej, że ją kocha, nadal rości sobie do niej prawo.
Teraz, kiedy przez swoją chorobę mężczyzna niemal nie opuszcza domu, próbuje
się na niej zemścić, siedząc przed komputerem i hejtując ją w sieci. Na
popularnych portalach społecznościowych wypisuje różne obelgi.
Najdelikatniejsze z nich to: gruba, stara baba, kura domowa. Wymyślone przez
niego rzekome fakty godzą w jej dobre imię i psują reputację. Kobieta już dawno
chciała zgłosić to na policję, albo wnieść sprawę do sądu, ale zwyczajnie zrobiło
jej się żal kaleki.
Czy jednak choroba jest usprawiedliwieniem na jego ,jak on to nazywa, wolność
słowa? Upominany, wielokrotnie tak właśnie się tłumaczył: „Przecież mamy
wolność słowa” i „Jego w tym głowa jak rozumieć wolność słowa”.
To ostatnie zdanie w zasadzie mogłoby być puentą, gdyby nie fakt, że nie o taką
puentę chodzi. Wciąż jednak ciśnie się na usta pytanie: Czym tak naprawdę jest
wolność słowa? Okazuje się, że dla każdego słowa te znaczą coś innego. Co z
tego, że są pewne granice, skoro ludzie bezpardonowo przesuwają je raz w jedną,
to znów w drugą stronę.
Nie zawsze też można zerwać z kimś znajomość, odciąć się na dobre, wnieść
sprawę do sądu. Czasem powód jest prozaiczny. Wysokie koszty sądowe albo brak
ochoty na spotkanie w sądzie z własną siostrą czy bratem, sąsiadem, pracodawcą
itd.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz